MAŁOSTKOWOŚĆ LOKALNA

         Problematyka raczej sięgająca swoim rozmachem poza przyjęte zwyczajowo pojęcie lokalności. Wielce rozczarowany i przerażony zasięgiem szerzącej się małostkowości czyli przywiązywaniu wagi do rzeczy błahych, a nie postrzeganiu tego, co jest naprawdę ważne, staram się zrozumieć podłoże występowania. Przeżywszy ponad „pięćdziesiąt plus” lat wysnuwam teorię braku osobistego dowartościowania. Brak możliwości zaistnienia w szerszym wymiarze kieruje nasze myśli ku przysłowiu – „Lepszy wróbel w garści niż gołąbek na dachu”. Lepiej być kimś, i zajmować się problematyką herbu miasta na pokrywach studzienek kanalizacyjnych lub nazewnictwem kładek na rzece Krznie, w lokalnym środowisku z jego ułomnymi wartościami, niż starać się budować byt ogólnospołeczny swoją wewnętrzną wartością i osobowością.

            Podejrzewam też brak chęci zaangażowania, lenistwo i tak zwane działanie na skróty. W myśl zasady, że liczy się efekt nie wysiłek, jaki został włożony w jego uzyskanie. Przykładów mamy od groma nie tylko w środowiskach lokalnych. Praktycznie można powiedzieć, że to model globalny. Jak to mówił mój świętej pamięci chorąży, podwładny, że nie liczy się wysiłek jaki włożyłeś w daną sprawę, idee lecz, jak została ona sprzedana. Niedopracowane, błędne, problematyczne w wielu sytuacjach niewłaściwe tematy otrzymują społeczne zaufanie tylko dlatego, że kot w worku został umiejętnie wyreklamowany i społeczeństwu sprzedany. Społeczność zaś pomna historycznych tematów naszych i minionych cywilizacji w swej prostocie istnienia żąda tylko – „Igrzysk i Chleba”.

            Społeczność lokalna, która dzięki postępowi technicznemu poczuła globalność, w swej istocie tę globalność traktuje jak igrzyska, zaś miejscowe zawirowania jako namiastkę poprawy bytu socjalnego. Nie dziwi zatem, że „chleb” zamieniono programami „500+” oraz postawiono na egzystencjalizm, nie intelektualność. Jakaż wielka umiejętność dostosowania do realiów skomplikowanej administracji państwowej, która sprawia problemy biznesmenom, u osób które praktycznie bazują na poziomie zaspokajania potrzeb nasycenia alkoholowego, doprowadzona została do perfekcji. Postawiliśmy na ilość nie jakość i może to właściwa droga, bo niech chociaż te trzydzieści procent nowo narodzonych będzie w przyszłości pracować na nasze emerytury, to już będzie sukces.

            Wiadomo też, że nie każdy zaistnieje w województwie, kraju czy na świecie tak jak Bogusław Kaczyński czy Roman Kłosowski, ale trzeba próbować. Młodzież, a przecież i my musimy mieć świadomość, że życie nie kończy się na Białej i jej wewnętrznych sensacjach. Każdy może się przebić, tylko trzeba chcieć i realizować swoje marzenia. Okrasa, który łamie przepisy kulinarne przecież wszyscy wiemy, że pochodzi, przepraszam za sformułowanie, z zadupia. Potrafił pokazać swoją kreatywność. Przykładów mamy wiele. Jedni błyszczą inni robią karierę i co najważniejsze potrafili spojrzeć szerzej, dalej w przyszłość. Nie ograniczyli się do spraw mniej istotnych, błahych, które uziemiłyby ich w lokalnej małostkowości.

            Wróciłem w me rodzinne strony kierowany miłością do rodziców i tych stron, skazując swą małżonkę na dożywotnie zesłanie w małostkowość. Wierzcie mi, że trudno przyzwyczaić się do zasad funkcjonowania prowincjonalnego miasteczka, kiedy widziało się Bejrut, Tel Awiw, Paryż, Berlin, Barcelonę, Wenecję, Warszawę i wiele innych wspaniałości, kiedy czuło się małość świata i nagle przytłaczają gierki lokalnych ……… Wierzę, że można to zmienić, chociaż żona się uśmiecha, ale wiara to jest to, co pozwala nam istnieć. Pozwala wszystko przeobrazić, tworzyć i dawać nadzieję na przyszłość.   

POMPA ŚMIECHU DLA WETERANA. NIE WSZYSCY MOGĄ LICZYĆ NA PAŃSTWOWE WSPARCIE

          Pewnie ma emocjonalność mnie zgubi, ale nie sposób oprzeć się konieczności reakcji na społeczną debatę na temat artykułu Miry Suchodolskiej „Pompa śmiechu dla weterana. Nie wszyscy mogą liczyć na państwowe wsparcie” na portalu Forsal.pl. Wydawałoby się, że artykuł w treści mówiący o weteranach, przedstawiający jakiś punkt widzenia nie powinien budzić emocji jednak stał się tą przysłowiową pięścią uderzającą w stół, po której nożyce się odezwały. Szeroki oddźwięk oburzenia, dezaprobaty, niezrozumienia oraz krytyki, który nie pozostawił suchej nitki na autorce, wręcz z pogranicza hejtu i chamstwa przekonuje, że coś jednak jest nie tak z tą naszą kulturą słowa i wychowania.

            Przyznam się szczerze, że pewnie bym nie zauważył tekstu, gdyby nie reakcja osób zainteresowanych. Bardziej byłem w szoku, że moi znajomi, których opinię znałem i ceniłem też dali się ponieść serwilizmowi, zapominając o czym na facebooku ma małżonka przypomniała – poczuciu szacunku i godności do swojej osoby. Miałem zamiar przemilczeć sytuację, ale jak Państwo wiecie, lubię jasne i klarowne dywagacje, a tym bardziej mą szczerość i pogląd na codzienność nie tylko polityczną. Pani Mira może niezbyt zorientowana w realiach wojskowości jednak problem weteranów przedstawiła w sposób dosyć klarowny i czytelny. Oczywiście czytelnik ma prawo do własnej opinii. Zawsze nas uczono, że brudy pierze się we własnym domu, a nie oddaje do pralni, ale przecież mamy postęp. Pralki automatyczne i pralnie chemiczne, które każdy „brud” usuną, nawet ten moralny, pokazują nam, że prawda ma różne oblicza i granica między prawdą, a fałszem to fikcja. Dlatego człowiek mądry zanim opowie się za którąś prawdą zawsze szuka.

           My weterani mamy tę godność i honor wojownika, by przemilczeć nasze bolączki, urazy, krzywdy i zapomnienia. Czytamy, widzimy, słuchamy i milczymy, bo honor nie pozwala, by się poniżyć i zniżyć do poziomu tych, którzy zapomnieli o naszych dokonaniach. Słowa Pani redaktor, które mam nadzieję nie były związane z szukaniem sensacji, pokazują, że my też nie jesteśmy ze skały i niektórzy pękają. Pisałem wielokrotnie, że wśród weteranów nie ma nieposzkodowanych. Każdy z nas wrócił z jakimś balastem, ale rozumiemy tych, którzy wrócili z potężnym uszczerbkiem na zdrowiu i to nie tylko powyżej 30%, którzy powinni otoczeni być opieką i troską. Musimy pamiętać, też o tych, którzy doznali urazów psychicznych i fizycznych, które odezwały się po czasie, a które są niewygodne dla współczesnych realiów. Nie możemy zapominać chłopców z problemami socjalno-społecznymi, którzy mają problem z dostosowaniem się do życia. My nie możemy się skarżyć, ale dobrze, że jest Pani redaktor, która nie boi się pisać. Fakt, że pomówienia bolą, budzą negatywne reakcje, ale dają też do myślenia. Jedni się zastanawiają nad prawdą, w drugich powinny budzić mobilizację do otwartego działania, by faktami zamknąć buzię „kłamcom”. Tylko winni się tłumaczą.

            Pompa śmiechu dla weterana, jakież to przewrotne i krzywdzące. Nam wcale nie jest do śmiechu, a tym bardziej pompy. My chcemy być pozostawieni sobie i chcemy się wspierać, pomagać i działać na rzecz tych, którzy tej pomocy potrzebują. Zawsze tak było, nawet na zachodzie, że jednostka przegrywa. Tylko grupa może zdziałać i wzajemnie się wspierać w bólu, problemach i trosce. Nawet spotkanie i wspominanie dają tę pociechę, że są ludzie, osoby tak samo myślący, że nie jesteśmy samotni na świecie. Zatem powtórzę jeszcze raz – „Być weteranem to zaszczyt. Weteran to brzmi dumnie” i nikt mnie nie przekona do innej racji.

SOCJOLOGICZNE ROZWAŻANIA !!!!

         Mam dość polityki, knowań i robienia mnie w durnia. Mam dość słuchania reportaży, wywiadów, transmisji i poszukiwania sensacji, które mają przykryć lub odkryć niekonstytucyjne działania. Mam dość polityków lewej, prawej i środkowej strony, którzy myślą o politycznych sukcesach nie naprawie Rzeczy Pospolitej. Mam dość karierowiczów, kibiców i malkontentów, którzy narzekają i nic nie robią, a jak robią to z myślą o swojej karierze. Mam dość takich wakacji, które nie dały nam psychicznie odpocząć.

            Widocznie tak mamy, że najważniejsze sprawy rozwiązujemy w czasie okresu letniego odpoczynku. By nie poddać się nudzie politycy od czasu do czasu próbują przepchnąć swoje nonsensy w okresie kanikuł licząc, że okres ogórkowy uśpi naszą czujność. Bunt społeczny od lat te założenia rujnuje, ale nikt nie bierze pod uwagę faktu, że człowiek myślący uczy się na błędach. Nie wierzę, że działania polityków dobrej zmiany tego prostego faktu nie uwzględniają. Tak jak propaganda w iście goebbelsowski sposób drąży naszą świadomość, tak działania, jestem przekonany, uwzględniają różne scenariusze.

            Czas operacji też nie jest przypadkowy i uwzględnia narodowe słabości. Letnie rozleniwienie, urlopy, odpoczynek oraz ogólna niechęć do aktywności nie tylko społecznej. Naprawdę trzeba wkurzyć społeczność aby zaczęła działać. Trzeba też przewidzieć i taki scenariusz, że o to chodziło, by odciągnąć uwagę od czegoś istotnego. Nie trzeba być wielkim uczonym, by przewidzieć, jak przeciętny Polak o nieustalonej orientacji politycznej się zachowa. Do wyboru trzy reakcje: obojętność, zaangażowanie lub negacja. Obojętność nie jest przedmiotem zainteresowania. Zaangażowaniem i negacją można manipulować. Wiedzieli o tym już wielcy tego świata: Aleksander Macedoński, Cezar, Napoleon, Hitler oraz Stalin. Popełnili jeden znaczący błąd, bo uwierzyli w swoją „boskość”. Osiągnięcia wiedzy społecznej, psychologii oraz socjologii wyciągnęły wnioski z ich klęski. Dziś manipulowanie społecznością to wielka nauka i umiejętność.

            Telewizja, radio, prasa, Internet czyli media manipulują naszą świadomością. Już Goebbels powiedział, że powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Odpowiednia propaganda potrafi w krótkim czasie z człowieka nijakiego zrobić wieszcza narodu, a z osoby znamienitej, wroga. Zaangażowanie bliskie fanatyzmu jest bardziej przyswajalne niż budowanie mądrości opartej na faktach. Dziś nie ten, który ma argumenty wygrywa lecz ten, który z obłędem w oku głosi swoje prawdy. Dlaczego? Bo człowiek prosty wierzy w empatię, bo jest bardziej prawdziwa niż prawda. Nie ma i nie będzie argumentów na wygraną, jeżeli my społeczeństwo nie będziemy fanatycznie wierzyć, że może się okazać, że demokrację będziemy uważać za wartość schyłkową. Prawdy, też wielkiej nie ja odkryłem, że prawda musi być poparta siłą lub świadomością, że może być użyta w obronie tej prawdy. Oczywiście, informacje te nie są ogólnie dostępne, ale dla chcącego nic trudnego. Warto czytać i obserwować.

            Wakacje się kończą, ale nie koniec zabawy, chociaż na zabawę to nie wygląda. Podejrzewam, że jesteśmy na drodze do Polexitu, chociaż wszyscy zaprzeczają. Chociaż większość społeczeństwa jest, jak na razie przeciwna, ale przecież specjaliści wiedzą, jak grać na nutę narodową. Tym bardziej, że media i propaganda, a zwłaszcza siła będą pod kontrolą. Pesymistyczny scenariusz, ale chyba prawdziwy. Chciałbym się mylić.

MĄDROŚĆ NARODU

          Pojęcie raczej trudne do określenia, opisania i wyjaśnienia. Mądrość człowieka to zbiór jego doświadczeń, wiedzy, empatii i wychowania. Jak pogodzić te dwie wartość, jak osiągnąć konsensus, by jedno stanowiło drugie. Pamiętam i przytaczałem to wielokrotnie słowa Tewiego mleczarza ze „Skrzypka na Dachu”, że mądrością narodu jest jego tradycja. Pewnie są to słuszne racje, bo tylko dzięki tym wartościom naród wybrany przetrwał. Jednak mam pewne wątpliwości. Polacy pełni doświadczeń i tradycji mają problem z interpretacją tego pojęcia. W mojej ocenie mądrość jest jak prawda i tu odwołuję się do księdza Józefa Tischnera. Mądrość zależy od punktu siedzenia i miejsca odniesienia. Trudno się z mądrością poruszać, jeżeli nie wiesz, a właściwie wiesz, że twoja jest prawdziwa, ale inni twierdzą, że jesteś jełop. Gorzej, jedna trzecia narodu tworzy mądrość „dobrej zmiany”, a reszta się przygląda. Piękny wiersz Wojciecha Młynarskiego „Nie wycofuj się” wydawałoby się jest iskrą zapłonową pracy silnika zwanego mądrością narodową jednak, jakby nie do końca poprawnie działającego. Wszyscy się zachwycają i robią swoje – patrzą. Dlatego mam wątpliwość odnośnie prawdy, mądrości.

           Gdybym oglądał i słuchał telewizji publicznej i radia, jak to zaobserwowałem po swojej mamie, zostałbym urobiony do mądrości narodowej związanej z dobrą zmianą. Próby zdobywania informacji z mediów niepublicznych stwarzają tę trudność, że często są w sprzeczności z informacją publiczną. Podobno mądrość ma mi pomóc ocenić, która jest słuszna i prawdziwa. Kiedyś, gdzieś czytałem, że wśród wariatów mądry jest głupcem. Zawsze ci pierwsi byli w mniejszości, ale dziś już nie wiem. Wydarzenia sierpniowe związane ze sprawiedliwością, korci mnie powiedzieć, że też powiązanej z księdzem Tischnerem, wydawało się pokazały, że naród nie jest marionetką. Tak przynajmniej się wydawało, patrząc na ulicę i spacery społeczne w większości miast kraju nad Wisłą.

            Byłem dumny mądrością narodu, dopóki nie ………. Pamiętam, jak byłem swego czasu dowódcą i chciałem zdobyć odpowiednią kasę na zakupy dla pododdziału. Zawyżałem trzykrotnie potrzeby, aby wyjść na swoje, bo wiedziałem, że dwie trzecie obetną. Reszty chyba nie muszę tłumaczyć. Wilk był syty i owca w całości tylko kto w tym układzie był idiotą? Wierzcie mi, że nie czułem się dobrze w tym układzie, ale taka była konieczność. Brakowało, a może byli fachowcy, którzy wiedzieli o co chodzi, ale oni też mieli za zadanie obcinać koszty. Czyli ja otrzymałem swoje, a oni wywiązali się z zadania. Gorzej, gdy chodzi o państwo, naród. Stosowanie tych metod jest antyspołeczne, antypatriotyczne, tym bardziej że jest związane z krzywdą tych, którzy myśleli, że osiągnęli sukces. Przypomina się skecz Laskowika o ciągniku. Cieszmy się, że w trójkołowcu dwa koła są sprawne, a zepsute tylko jedno. Chciałoby się krzyczeć narodzie, gdzie twoja mądrość, ale jest to wołanie na puszczy, której pomału już nie ma. Puszczy, która może się też okazać zawyżaniem kosztów, by odwrócić uwagę od czegoś innego. Naród pała oburzeniem, Europa też jest w szoku, media wręcz szaleją, a po cichu świstak swoje zawija. Mądrzy to wiedzą, ale bilans zysku i strat jest zbyt wysoki dla przeciętnego inteligenta. Lepiej siedzieć cicho i się nie wychylać, chociaż rozum podpowiada, że cena może być wysoka. Niestety, inteligencja nie idzie w parze z odwagą. Czas mija i słowa Młynarskiego miło będzie wspominać, a status społeczny związany z rozumem, inteligencją ulegnie, jak to już było, ideologii, która nie będzie miała oporu zniszczyć tę pierwszą. Dlatego cały czas mam dylemat, czy możemy mówić o mądrości narodu, jeżeli ten naród oddaje się ideologii, a z rozumu nie korzysta. 

PRZYGODA Z HARLEYEM DAVIDSONEM

         W mojej ocenie brzmi interesująco. Nie ma chyba Polaka, który nie wiedziałby, co to za firma. Amerykański motor, nie mylić z chopperem, bo choć nazwa kojarzy się z Ameryką, to cel jest inny. Chopper to motor okrojony ze wszystkiego Harley Davidson to pełny wypas. Chopper narodził się pod koniec lat 50 w Stanach Zjednoczonych, gdy motocykliści jeżdżący na ciężkich Harleyach wpadli na pomysł „odchudzenia” swoich jednośladów, celem zwiększenia ich osiągów (nazwa „Chopper” pochodzi od czasownika „to chop” – siekać, odcinać). W tym czasie nie było części do tuningu, a maszyny wyścigowe nie miały homologacji. Motocykliści zdejmowali ze swoich motocykli wszystkie zbędne elementy (np. błotnik przedni, szerokie opony przednie, klakson, oświetlenie) lub wymieniali je na lżejsze odpowiedniki. W przerobionych motocyklach wymieniano seryjne siedzenie na małe siedziska, zakładano cieńsze koła przednie, a seryjny, duży bak zastępowano nowym (wtedy robionym często w garażu), małym zbiornikiem. Z początku wszystkie przeróbki podporządkowane były zwiększeniu osiągów, dopiero później zaczęto większą dbałość przykładać do wizualnej strony. Wszystko, aby zainteresować nabywcę niezbyt wysoką ceną. Tak twierdzi Wikipedia.

          Myślę, że Chopper to produkt kultowy. Mam sam Kawasaki VN 1500 Chopper z 1991 roku i jestem nim zachwycony. Prawdą jest, że działam okazjonalnie, bo niestety zdrowie nie pozwala. Jeżdżę na zloty, ale nie fanatycznie. Lubię ten nastrój spotkania fanów jednośladów i koncerty wspaniałych kapel. Jestem „Easy Rider” i tak przemierzam tę polską ziemię. Bywam dwa trzy razy w roku na imprezach i bardzo żałuję, że nie więcej, ale niestety tylko wakacje i kasa ograniczają możliwości samorealizacji. Faktem jest, że od 2008 roku troszeczkę się tego nazbierało. Członkiem klubu „Grom” PZM w Białej Podlaskiej jestem, ale Koledzy nie bardzo mają ze mnie pożytek. Dużo do pasa poprzyczepiałem i trudno wszystko pogodzić. Kumple są w porządku dali mi zawiesić działalność i kocham ich za to.

        Wracamy do Harleya Davidsona. Zostałem zaproszony przez Harleya na Facebooku na jazdę próbną niestety w Warszawie. Byłem wielce zainteresowany więc zrezygnowałem z otwarcia sezonu w Białej „Św. Krzyś” i pojechałem do stolicy. Stawiłem się o wyznaczonej porze i otrzymałem umowę od krajana na użycie białego „Road Kinga”. Stary pewnie wiesz, jak się jeździ Harleyem? Podstawowe pytanie. Oczywiście przez trzydzieści lat nic innego nie robiłem. Nieważne, dostałem jakąś kartę pamięci i podszedłem do maszyny. Zatankowana full. Starter jak w Kawasaki. Chciałem postawić nogę na podeście i tyłem buta dałem w dźwignię i szarpnęło i zgasł. Krajan mówi, że ten typ tak ma. W szczegóły nie wchodziłem, żeby nie wyjść na totalnego dyletanta. Odpaliłem i wyjechałem delikatnie na ulicę, ale nie na Puławską, o nie, najpierw po osiedlu się pokręciłem. Kierunkowskazy oddzielnie na jednej i drugiej stronie. Włączasz, ale musisz pamiętać, że trzeba ponownie nacisnąć, żeby wyłączyć. Przepraszam, ale nie pamiętam, ile tam było biegów, ale moim zdaniem chyba sześć. Praca silnika cichutka, przyśpieszenie niesamowite, kanapa jak w Wersalu. Poszpanowałem troszeczkę na obwodnicy i po godzinie podjechałem do stacji benzynowej obok salonu, by uzupełnić braki w paliwie. Po godzinie jazdy zatankowałem za sześć złotych. Generalnie super maszyna. Cicha, wygodna z klasą się reprezentuje i tylko dwa pytania. Pierwsze, ile kosztuje? Akurat ta która jeździłem była do oddania za jedynie sto dwanaście tysięcy złotych, a te nówki od stu trzydziestu już można nabyć oczywiście ceny idą w górę. Drugie pytanie jak taką maszyną jechać na zlot? Fakt bez chipa chyba nie ruszą, ale na naczepę wezmą. Myślę, że trzeba chyba spać z motorem. Widziałem ostatnio namioty takie w stanach, ale bardzo drogie.

       Podsumowując moją przygodę z Harleyem powiem krótko, że niestety nie stać mnie na taki motor i nie stać na wstąpienie do elitarnej Grupy Harleyowców, którzy swoje zloty zaczynają od organizacji ochrony, przynajmniej tak mi się wydaje. Podobał mi się sprzęt i jak będę zarabiał krocie sobie taki sprawię, bo przecież trzeba mieć marzenia.     

WAKACYJNE REMINISCENCJE

      Jeszcze czerwiec, ale już lipiec blisko. Rok szkolny mamy już jako element historii i wszyscy zaczynamy wakacje. Odpoczywamy, jeszcze tylko czasami dyrekcja przypomni o sobie, ale generalnie to laba. Dzień 28 czerwca br. zbliża się ku końcowi. Wieczór pomału zapada, a ja siedzę na leżaku na działeczce i staram się podsumować te ostanie dwa miesiące. Maj bez wpisu na blogu, ale czułem się jakiś wyjałowiony. Wiele się działo, ale nie było ochoty, by siąść i coś napisać. Lenistwo, a może jakaś taka dezaprobata tego wszystkiego. Po co pisać, kiedy i tak to nic nie zmieni, a jedynie może ktoś przeczyta. W każdym razie była totalna niechęć siadania do komputera i pisania. Dopiero ten czerwcowy jeszcze wieczór natchnął jakąś mistyczną siłą, by kilka słów przelać na stronice Worda.

            Maj jak powiedziałem był bogaty w wydarzenia. Wiadomo na początku miesiąca rocznice państwowe. Rocznica Konstytucji Trzeciego Maja obchodzona, jak co roku z udziałem młodzieży mundurowej ALO PSW w Białej Podlaskiej. Niedziela siódmego maja to święto 34 pułku piechoty, w którym oczywiście też braliśmy udział z uwagi na to, że to ogólne bialskie święto służb mundurowych. Natomiast w poniedziałek 8 maja obchodziliśmy pierwszy raz Bialski Dzień Przyjaźni Polsko-Włoskiej oraz uczciliśmy pamięć pomordowanych w niemieckim oflagu żołnierzy włoskich. Maj zakończył wyjazd do Ostródy na Piknik Klas Mundurowych oraz Targi Proobronne „Pro Defense” Ostróda 2017. Wróciliśmy trzeciego czerwca br. W sumie cztery dni szkolenia i zwiedzania dla młodzieży zapewnione przez FIA i Biuro do Spraw Proobronnych MON. Powrót do Białej i w połowie następnego tygodnia tj. 8 czerwca br. wyjazd z klasami mundurowymi na czterodniowy wycieczko-obóz połączony z survivalem w Ogonkach koło Węgorzewa. Było fajnie i młodzież fajnie się bawiła. Było bagno i było zwiedzanie siedziby Hitlera. Zakończyliśmy pobyt na Mazurach w Giżycku na plaży. Potem to już tylko wystawianie ocen i uzupełnianie dokumentacji. Zakończenie roku szkolnego, rozdanie świadectw i widzimy się we wrześniu.

            Teraz jestem tu i wspominam, oceniam i wyciągam wnioski, których nie notuję i z pewnością zapomnę, ale od czego jest blog. Generalnie dobrym pomysłem jest udział w Targach Proobronnych i Pikniku Klas Mundurowych w Ostródzie. Wart kontynuacji i wsparcia. Młodzież się spotyka i wymienia doświadczenia. Obserwuje, ocenia i przenosi swoje spostrzeżenia na ziemię bialską. Survival, jak najbardziej tylko trzeba urozmaicić ofertę. Może warto zmieniać miejsca albo przejść do formy tygodniowego obozu kondycyjnego realizującego „Minimum Programowe” Ministerstwa Obrony Narodowej. Powtarzanie co rok tego samego może się znudzić. Można Survival w Ogonkach zaoferować tylko pierwszym klasom mundurowym. Drugie klasy wysłać w Bieszczady lub nad morze. Warte rozważenia i złożenia oferty dyrekcji.

         Nawet nie zauważyłem, jak nastało lato. Noc świętojańska była, ale ja przespałem. Fajne imprezy i wydarzenia, a mnie zabrakło. Cieszę się tym swoim pobytem na działeczce. Strasznie rano dzisiaj lało, ale potem lato wygrało i upałem doładowało. Komary są, kleszcze też, ale ten las, sosny, brzozy, ptactwo i zapadający zmierzch wart jest tego ryzyka, by być sam na sam z ciszą czerwcowego wieczoru. Wszystko jest nieistotne i nieważne. Gdzieś tam bawią się polityką, hackerstwem, jakąś aferą w tytule – złotą. Przeżywają opóźnienia pociągów i brak prądu nie zastanawiając się, że to szczegół. Patrząc na niknące w mroku drzewa nasuwa mi się polskie przysłowie – „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Tym optymistycznym akcentem mówię Wam  dobranoc. 

JESTEM WETERANEM, KOCHAMY CIĘ WSZYSCY

           Takie skojarzenia niełatwe nasuwają mi się w kontekście rozważań na temat Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ, których jestem członkiem, a jednocześnie mam obawę, że może to jakieś uzależnienie na przykład tak, jak alkoholowe. Budzące współczucie społeczne i troskę, że facet się zatracił w nałogu tożsamości narodowej raczej skromnie tolerowanej w społeczeństwie. Oczywiście symbolicznie zasygnalizowanej rocznym pobytem za granicą, który nijak się ma do osiągnięć weteranów, którzy prawie całą służbę poświęcili, jak to niektórzy mówią służeniu państwu za kwoty dewizowe. Często niewspółmierne do poniesionych strat osobisto-mentalnych. Kosztem rodzin i służby trwali w swej fascynacji służenia Polsce poza granicami kraju. Zmiany są odczuwalne w psychice, działaniu i skłonnościach do zatracenia się w używkach ogólnie dostępnych. Do tworzenia rzeczywistości nie zawsze ogólno pojętej.

           Zarząd stowarzyszenia, Prezydium to osoby, które zostały wybrane w procesie demokratycznych ustaleń w trakcie IV Krajowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ z myślą społeczności do stworzenia podstaw transparentności. Transparentność, modne to ostatnimi czasy słowo. Cóż ono realnie ma oznaczać i czym ma skutkować realne zastosowanie? W teorii ma zapewniać przejrzystość, jasność reguł i ich zastosowania. Generalizując, ludzie oczekują przejrzystości na dwóch płaszczyznach, pierwszą jest sprawowanie władzy, a drugą finanse. Mówiąc prosto, ludzie oczekują, że gdy ktoś rządzi (mniej istotne czy w Pałacu Prezydenckim, Kancelarii Premiera, czy Urzędzie Gminy w Białej Podlaskiej) ma czynić to w taki sposób, aby „członkowie” nie mieli wątpliwości co do intencji i sposobów realizacji zadań w sposób jasny i klarowny. Tak, uczciwy, bo transparentność według tego, jak ludzie ją rozumieją, nieodłącznie związana jest z uczciwością. Wierząc w uczciwość nowych władz społeczność kombatancka Zarząd i Prezydium utworzyła, by kształtowały naszą weterańską tożsamość.

          Spotkanie w Rynii w dniach 21-23 kwietnia 2017 roku, trudno mi określić jakiej formy, bo oprócz Prezydium i Zarządu byli przedstawiciele kół oraz zaproszonych gości, mam nadzieję to potwierdziło. Prezydium i Zarząd przepełnieni są pracą dla dobra stowarzyszenia i jego członków. Przykro mi, ale osobiście nie mogłem się pochwalić swym udziałem w działalności prezydium, interpretacją decyzji oraz polityki zarządu, która to ma kształtować naszą pozycję w środowisku służb mundurowych i wojsku. Nie mogłem wyrazić swego uznania i podziwu dla tych wspaniałych ludzi, którzy swój wolny czas poświęcają zaangażowaniu, by pojęcie „Kombatant Oenzetowski” to nie była pojęciowa fikcja, lecz poszanowanie godności i munduru.

             Nie mogłem, bo nie byłem obecny, bo się nie wstrzeliłem w jedyny termin do przeprowadzenia spotkania zaproponowany przez Rewita WDW Rynia. Naprawdę chciałem, ale zdałem się na wybór Sekretarza Generalnego Zarządu, który nie pierwszy raz podjął słuszną decyzję wyręczając nas z kłopotu zajęcia się problematyką wyboru. Ma nieobecność, mam nadzieję niezauważona, nie była istotna przy podejmowaniu decyzji, które przyczynią się do uregulowania statutowej działalności bez zwoływania Nadzwyczajnego Zjazdu Stowarzyszenia. Niestety muszę bazować na opinii kolegów z zarządu. Podobno Koledzy podkreślali transparentność działania Prezydium, które konsultowało się oraz zasięgało opinii w istotnych sprawach dla stowarzyszenia. Które wykazało się dyplomacją i kiedy nam zaproponowano tak mało miejsc na obchody Centralne Dnia Weterana w Giżycku przyjęło to na klatę, jako formę zaproszenia nas jako gości, nie uczestników. Prezydium, które potrafi zająć stanowisko w tak istotnych sprawach jak zmiana ustawodawstwa i współpracę z innymi organizacjami. Prezydium, które dba o naszą przyszłość jako organizacji kombatanckiej zrzeszającej wszystkich kombatantów nie tylko oenzetowskich. Prezydium, które potrafi nas reprezentować w relacjach z Ministerstwem Obrony Narodowej. Prezydium, które nie zawraca głowy zarządowi duperelami tylko informuje o osiągnięciach, a nie problemach. Prezydium, które dba o naszą reprezentację powołując pełnomocników, specjalistów, którzy poprowadzą nas w świetlaną przyszłość. Prezydium, które dzięki znajomości prawa nie pozwoli nam pobłądzić w relacjach kombatant, a kombatant.

          Myślę, że dość klarownie przedstawiłem swoje spostrzeżenia mimo, że na spotkaniu nie byłem i nie ustosunkowałem się do przedstawionych komplementacji moich kolegów, ale wiem na pewno, że Prezydium i Zarząd podąża dobrą drogą samodoskonalenia, które zaowocuje szerokim poważaniem środowisk kombatanckich, szczególnie starszego pokolenia, a nam przyniesie szereg profitów związanych z bytnością w szeregach tych, którzy walkę mają za sobą. Cieszy mnie ogromnie, że mimo kombatanckiego ujednolicenia zachowujemy Oenzetowską tożsamość chociażby w fakcie noszenia błękitnych beretów i przepięknych garniturów. Raduje me serce fakt, że jest spora grupa kolegów, która nie zapomniała o mundurach i swojej przynależności do Sił Zbrojnych. Potrafi przypomnieć tym, którzy chcieliby nas umieścić w zakamarkach Lamusa o naszej wojskowej osobowości. Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt: wysączymy ją z piersi i z pieśni. Tak pisał, obecnie nielubiany poeta i chociaż lat minęło wiele to Kolego drogi nie zapominaj, że członkostwo twe w naszych szeregach to nie tylko znaczek w klapie, ale też powinność jeżeli będzie trzeba. Generalnie rzecz biorąc cieszy mnie ogromnie fakt mego uzależnienia, Polską i nie widzę konieczności przeprowadzenia terapii zespołowej, chociaż niektórym o to chodzi. Kochani ja też Was Kocham i radzę byście pamiętali o innych.

 

 

KATASTROFA SMOLEŃSKA

           Dzisiaj 9 kwietnia 2017 r. w Białej Podlaskiej pod tablicą pamięci w kościele Św. Antoniego na ulicy Reformackiej obchodziliśmy siódmą rocznicę tragedii smoleńskiej. Akademickie Liceum Ogólnokształcące Państwowej Szkoły Wyższej im. Papieża Jana Pawła II w Białej Podlaskiej, klasy mundurowe, dowodzone przez kpr. kdt  Piotra Dymowskiego, kdt Przemysława Tykałowicza oraz kdt Wiktorię Polak pod opieką ppłk rez. Artura Arteckiego uczestniczyły w uroczystości. Utworzony przez młodzież szpaler honorowy, w tle zgromadzenia, nadawał iwentowi charakter podniosły i godny. Przemówienia prezydenta miasta Dariusza Stefaniuka, senatora Grzegorza Biereckiego oraz posła Adama Abramowicza przybliżyły wydarzenia z przed siedmiu lat. Złożenie wiązanek kwiatów pod tablicą upamiętniającą tragedię zakończyło część oficjalną. W kościele odbyło się nabożeństwo w intencji tych, którzy zginęli w katastrofie.

         Nietrudno się domyśleć, że starano się upolitycznić przekaz wracając do teorii spiskowych, które zostaną rozwiązane i naród pozna prawdę. Faktem jest, że spotkaliśmy się, by uczcić pamięć dziewięćdziesięciu sześciu osób, które zginęły w katastrofie lotniczej w 2010 roku na lądowisku w Smoleńsku. Para prezydencka, politycy, senatorowie, posłowie, duchowieństwo i kwiat polskiego dowództwa zginęli, chociaż na całym świecie to zdarzenie byłoby nie do pomyślenia. Tragedia ta winna być przestrogą dla przyszłych pokoleń, jak może się skończyć tragicznie przedsięwzięcie, którego motorem działania jest empatia, a nie zdrowy rozsądek. Pamiętam jak dziś ten sobotni poranek, kiedy leniuchując w łóżku dowiaduję się o tragedii na lądowisku w Smoleńsku. Przerażenie, szok oraz niezrozumienie, jak do tego mogło dojść. Jak Polski Prezydent, całe dowództwo, znamienici politycy tak lekkomyślnie zapakowali się w samolot i podjęli decyzję o lądowaniu na „kartoflisku”. Rozumiem trzecie kraje afrykańskie, inne, gdzie brak funduszy i standardów światowych bezpieczeństwa o ochronie najważniejszych osób w państwie, jeszcze bym przeżył, ale Polska jest w Unii Europejskiej. Czy wyobrażacie sobie Państwo, Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki w takiej sytuacji, Panią Kanclerz Merkel czy innych z Europy? Wątpię, pewnie poleciałyby głowy za usiłowanie przeprowadzenia zamachu stanu. U nas to przeszło. Dlaczego, bo tak kazano, ustalono, pomyślano i nie przewidziano, że to niezgodne ze zdrowym rozsądkiem. Po polskiemu – jakoś to będzie.

              Siedem lat minęło i najważniejszy problem nie w tym, że zginęło dziewięćdziesiąt sześć wspaniałych osób, niepotrzebnie, lecz to, że pewnie komuś na tym zależało. Ktoś chciał się pozbyć elity naszego kraju, by pokazać, że nie potrafimy się zjednoczyć i wyciągnąć pozytywnych wniosków z tragedii. Że tragedia ta nas podzieli nie zjednoczy, jak było ze śmiercią świętego Papieża Jana Pawła II. Wielki entuzjazm, a potem wielkie rozczarowanie. Siedem lat pomówień, niejasności, gry politycznej i tylko wielki żal, że przecież nie o sprawę tu chodzi lecz o pamięć istnień, które nie miały w planie odchodzić na drugą stronę. Chciały być, funkcjonować, cieszyć się życiem i niestety to im zabrano. Dzisiejsze uroczystości to rocznica pamięci nie najważniejszych osób, ale tych, którzy z nimi polegli. Czczę pamięć Generała Franciszka Gągora, czczę pamięć wszystkich dowódców, którzy nie powinni, a polecieli w jednym ordynku. Czczę pamięć senatorów i posłów wszystkich opcji. Czczę pamięć chłopców z BOR i obsługi samolotów, którzy do końca realizowali swoje zadanie. Raz w roku to godne i uczciwe, żeby pamięć została z nami na zawsze.

           Rozumiem żałobę, ale nie rozumiem, że każdego dziesiątego miesiąca zbiera się grono, które chce upamiętniać śmierć bliskiego nie uwzględniając woli tych, którzy też stracili swoich bliskich. Mamy wspaniałego świętego Papieża Jana Pawła II, który przyczynił się w istotny sposób do zmiany systemu ustrojowego Polski, ale nikt nie obchodzi co miesiąc jego śmierci chociaż na pewno na to zasłużył. Pycha, zarozumiałość, fałsz i obłuda to prawie tak, jak Mojżesz, który wrócił do swego ludu i stwierdził, że jego krajanie czczą „Złotego Cielca” nie Boga. Czy my Polacy nie potrafimy jednoczyć się mądrze tylko skaczemy sobie do gardeł bez względu na uczucia, wiarę i zdrowy rozsądek?. Mam nadzieję, że „Tragedia Smoleńska”, przynajmniej dla mnie, będzie przestrogą, że władza to wielka odpowiedzialność i mądrość. Będę co roku pamiętał o tych, którzy zginęli, bo chcieli dobrze, ale ktoś postanowił inaczej. Cześć ich pamięci. Pamięć o Nich z nami zostanie. 

GŁOS WOŁAJĄCEGO NA WETERAŃSKIEJ PUSZCZY

           To staropolskie powiedzenie, jakże trafnie oddaje tematykę felietonu, który powstaje. Felietonu, który piszę z pewną dozą niepokoju czy dobrze czynię. Rozsądek podpowiada, że to mało dyplomatyczne, ale emocje nie każą milczeć. Zresztą, każdy wojskowy w swym sumieniu musi rozważyć czy ma charakter czy jest marionetką. Piszę, bo wydaje się, może zarozumiale, ale weterani czytają czasem to co pomyśli ma głowa w aspekcie sytuacji naszej. Zatem przedstawmy fakty obecnych uwarunkowań w wojsku. Najpierw pozytywy. Sytuacja ekonomiczna w obecnych czasach jest jedną z najlepszych po polityczno-społecznych zmianach. Usunięto ograniczenie służby szeregowych w wojsku. Przyspieszono awanse i wyznaczanie na stanowiska, co prawda niezgodne z kwalifikacjami lecz zgodnie z przekonaniami i zaangażowaniem. Podniesiono zarobki i co najważniejsze uruchomiono społeczne poparcie w tworzenie militarnych struktur Obrony Narodowej. Młodzież, grupy paramilitarne oraz społeczność tym faktem są zachwycone. Obserwator z zewnątrz, z zagranicy wschodniej, powinien być zaniepokojony w ocenie obywateli naszych. Czy tak jest faktycznie? Odpowiedź w mej ocenie jest twierdząca lecz ukierunkowana przeciwnie. Wszyscy chodzą do cerkwi się modlą, by trwało to jak najdłużej. Argumenty, proszę. Jeżeli chodzi o służbę zasadniczą to tylko mam nadzieję, że egzaminy kondycyjne będą weryfikowały zdolność bojową szeregowych po czterdziestce. Awanse, które były związane ze stażem i umiejętnościami w służbie, a dziś powiązane z politycznym kręgosłupem nie wpłyną na umiejętności dowódcze, moralność i tak zwaną wojskową, wyniesioną w drodze szkolenia i działań kindersztubę. Aspekt finansowy jest elementem decydującym i wcale się nie dziwię, że koledzy patrzą za kasą, a nie polityczno-militarnymi aspektami naszej polskiej sytuacji. Każdy chce żyć dostatnio i godnie, co w odczuciu szeregowych żołnierzy zostało zapewnione. Problem tkwi w poczuciu godności i umiłowania ojczyzny. Dowódcy, których przez lata szkolono inwestując zarobione przez społeczeństwo pieniądze, by potrafili dowodzić i dbać o bezpieczeństwo nasze zostają zmuszeni do zmiany priorytetów z obronnych na polityczne. Niepokornych spotyka słuszna kara poniżenia i wyalienowania. Nie dość na tym, upolitycznia się armię bardziej niż w poprzedniej epoce, tylko patrzeć jak pojawią się Oficerowie Wewnętrznego Zaangażowania, oczywiście nie mylić z – „Politycznymi”, bo to przecież źle się kojarzy. Nad wojskiem trzeba pracować ideologicznie podobnie, jak nad narodem jeżeli chce się wygrać kolejne wybory. Boli tylko, że w tej pogoni za władzą ginie gdzieś wątek członkostwa w UE i NATO. Dziwi, że te organy milczą jeżeli chodzi o obronność przecież nie tylko Polski. Możliwe, że jako rezerwista – jeszcze –  o czymś nie wiem.

            Po tej dość głębokiej analizie wkraczam w temat istotny dla weteranów. Jak jest, każdy weteran, kombatant wie i czuje. Mamy ustawę (jeszcze), mamy powiązania światowe, mamy też i podział wewnętrzny. Zamiast Weterana mamy zróżnicowanie na weterana poszkodowanego i weterana. Jestem wstanie się z tym pogodzić, ale nie rozumiem, że władze widząc poszkodowanych nie widzą problemu pozostałych, którzy wrócili z misji w inny sposób pokiereszowani. W moim kole Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ mam kolegów, którzy do tej pory wiele lat po misji borykają się z problemami, które tkwią w ich psychice. Darmowe porady psychologiczne nie pomogą w zabezpieczeniu potrzeb egzystencjalnych. Boli zatem oficjalne pismo MON do jednostek wojskowych, że tylko Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych oraz Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Poległych są godne do otrzymania jednego procentu z naszych podatków. Już w zeszłym roku w trakcie obchodów „Dnia Weterana” w Warszawie były zgrzyty związane z obchodami przez Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych ONZ. Nie dziwi zatem marginalizacja naszego święta i przeniesienie obchodów do Giżycka. Warszawa, Wrocław, Szczecin, Bydgoszcz, Warszawa miał być Kraków, a jest Giżycko. Nie dość na tym dostąpiliśmy zaszczytu wyłonienia z ponad tysiąca osób sześćdziesięciu, którzy będą reprezentować naszą społeczność. Rozumiem brak finansów na rekompensatę zakwaterowania i wyżywienia, ale mam pytanie – Czyje to święto? Wojska Polskiego czy tych, którzy będąc żołnierzami, poza granicami godnie reprezentowali kraj i Siły Zbrojne. Dlatego proszę mi wybaczyć, że nie mogę udawać, że deszcz pada, kiedy traktuje się moich kolegów, jako konieczność, nie będę uczestniczył w przedsięwzięciu, bo jestem żołnierzem nie politykiem. Odczucia moje dlatego się z nimi dzielę, ale nie mogę i nie chcę zabronić udziału w uroczystościach w Giżycku innym, bo to każdego, jak zaproszenie Ministra Obrony Narodowej, jest to decyzja osobista. Proszę jedynie tylko kolegów, którzy się spotkają w Rynii, by się zastanowili nad tematem tożsamości naszej i może zaczęli brać przykład z prawdziwych wojskowych, których umiłowanie Ojczyzny skłoniło do przejścia do rezerwy, nie spoczynku.  Którzy w mojej ocenie są prawdziwymi weteranami z krwi i kości.

MAREK TRELA KSIĄŻKA JAKO PRZYCZYNEK DO ZROZUMIENIA CZŁOWIEKA

            Dzień 23 marca br. Filia Nr 6 Miejskiej Biblioteki Publicznej na ulicy Orzechowej 34 godzina 17.00. czytelnia i wypożyczalnia w jednym miejscu zgromadziła zacne grono publiczności łacnej zdobycia informacji o promocji publikacji Instytutu Wydawniczego „Erica”, a dokładnie książki Ewy Bagłaj pod tytułem „Marek Trela – Moje konie, Moje życie”. Bohater książki „Polski lekarz weterynarii, hodowca koni arabskich, w latach 2000 – 2016 prezes Stadniny Koni Janów Podlaski, wiceprzewodniczący Światowej Federacji Konia Arabskiego (WAHO), w 1978 jako lekarz weterynarii podjął pracę w Stadninie Koni w Janowie Podlaskim. W 1995 został hodowcą. Był współtwórcą sukcesów koni czystej krwi arabskiej ze stadniny janowskiej na konkursach krajowych i międzynarodowych. Uzyskał uprawnienia sędziego międzynarodowego. W lutym 2016 został odwołany ze stanowiska prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim”. Tyle Wikipedia głosi i pewnie w przyszłości to wystarczy, gdyby nie fakt, że w sposób skandaliczny dokonano zamachu na hodowlę konia arabskiego w Polsce. Nie trudno się domyśleć, że afera znalazła rozgłos nie tylko krajowy, a dyrektor Trela stał się znaną i popularną osobą świadczy o tym angaż w kraju arabskim, a dokładnie w Arabii Saudyjskiej. Polska zubożała o kolejnego specjalistę, ale przecież to nie problem. Faktem jest, że media bardzo nagłośniły sprawę i Pan Marek, którego przyszłością miało być stadniny zacisze stał się celebrytą. Nie dziwi zatem, że książka biograficzna potrzebowała tylko trzech miesięcy, by się ukazać. Piękna polszczyzna autorki Ewy Bagłaj zachwyca prostotą i przekazem historii człowieka, który całe życie poświęcił koniom. Książka szczególnie przeznaczona dla kobiet, bo bardzo wzrusza.

            Wieczór, który w jednym promował książkę w drugim był spotkaniem autorskim Pani Ewy i również ozdobiony wystawą fotografii Krzysztofa Tarasiuka i Lecha Mazura też o tematyce końskiej. Trzy w jednym, jak to się często spotyka. Był w założeniach przeciętny, a okazał się dynamicznym przedsięwzięciem bogatym w trudne pytania. Wydawnictwo przedstawiło się z dobrej strony, bo zaproponowało dosyć sporą promocję książki o panu Treli. Dosyć ogólne informacje o twórczości autorki, czyli: „Broszce”, „Dublerce”, „Słonecznej Dziewczynie: opowieści o Klementynie Sołonowicz-Olbrychskiej”, „Prymusce” oraz książce o Marku Treli. Dosyć bogata twórczość, jak na młodą autorkę i szkoda tylko, że Pani Ewa jest tak bardzo tajemnicza. Prawie wieczór cały szukałem jakichś informacji z życia osobistego. Niestety jedynie wiem, że pochodzi z Terespola, ukończyła tamże liceum im. Bohaterów Warszawy, potem studia na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego też związanego z Warszawą. Absolwentka podyplomowego studium dziennikarstwa na Uniwersytecie też Warszawskim. Jako dziennikarka publikowała m.in. w tytułach: „Dziennik Wschodni”, „Słowo Podlasia”, „Koń Polski”, „Sukces”, Polskiearaby.com. i nic poza tym. Kocha konie i Podlasie reszta to tajemnica, którą na spotkaniu próbowałem rozwiązać niestety bez efektu. Ochrona danych osobowych posunięta do granic nieopisanych, jakby Pani Ewa nie była celebrytką.

            Przyznać muszę, że choć byłem niepocieszony to Panią Ewę poznałem poprzez jej twórczość. Nie da się ukryć wrażliwości, rozczarowania, mądrości oraz tęsknoty za uczuciem, szczerością i zrozumieniem. Można przemilczeć swoje życie, ale nie można zamknąć swych myśli pisząc. Przeczytałem „Prymuskę” książkę młodzieżową, kobiecą, ale nie treść mnie zafascynowała, tylko osobisty przekaz niby przemyślenia bohaterki. „Prymuska, czy jest Pani Prymuską”? – spytałem. Nie otrzymałem odpowiedzi, ale bazując na swym bogatym doświadczeniu i tych smutnych, aczkolwiek żywych oczach, doszedłem do wniosku, że nie wiem. Pani Ewa jest zagadką i mam tylko nadzieję, że znajdzie się ktoś taki, który tę książkę przeczyta. Dziękuję za spotkanie Pani Ewo.