CHOPPER – DRUGA EDYCJA dnia 14.08.2008 r.

      Formalności prawne pokonane, mam prawo jazdy na motor. Pozostało sześć miesięcy by zrealizować marzenie. W miedzy czasie Mikołaj, Święta, Nowy Rok, urodziny Ady i urodziny Basi. Przyszedł ten czas 28 kwiecień 2008 roku, godzina 8.45  pięćdziesiąt lat temu przyszedł na świat piszący te słowa. Boże jak to szybko minęło. 
      Czekam z niecierpliwością na dziewczyny, które w dniu urodzin wręczą mi kluczyki do ukochanego motorku. Buźki i ucałowania i dla „jaj” modelik Kawasaki 1500 Vulcan w skali 1:5000. Mają poczucie humoru ale jeszcze jest wieczorem impreza w Rozkoszy. Będą Leszczyniacy więc będzie okazja by uszczęśliwić moją osobę. Cierpliwości na pewno będę zaskoczony. 
      Niestety impreza się skończyła, były śpiewy był koncert na harmonijce ustnej było wspaniale ale chopperka – zero, Nool. Kochani trzeba sprawy wziąć w swoje ręce, ja tak szybko nie odpuszczam. Tydzień czasu poświęciłem na szukanie motorku w Internecie. Znalazłem w Warszawie Kawasaki 1500 Vulcan Custom z wysoka kierownicą. Kolega chłopaka mojej córki obiecał jako znawca pojechać na realizację zakupu. W ostatnie chwili zrejterował chyba bał się odpowiedzialności. 
      Warszawa majowego dnia ulica Wisłostrada, sklepik motoryzacyjny. Kupuję osprzęt: kask, rękawice, buty, kombinezon dobierane i przymierzane. Wszystko leży jak ulał. Kasę też odpowiednią wydałem do jakości sprzętu - „Held”. Jadę po motorek.Facet przyjemny, sympatyczny, młody i operatywny. Miał przygotowaną umowę brakowało tylko ubezpieczenia OC. Motorek pracował prawie jak żyleta. Dymił trochę przy rozruchu i strzelał z gaźnika ale jak właściciel mówił wystarczy tylko wyregulować gaźniki. Wydawało się wszystko „OK.” tym bardziej, ze byłem napalony jak nikt.
      Kolega, niech mu ziemia lekką będzie, pojechał ubezpieczyć motor a ja miast dokładnie zapoznać się z umową „onanizowałem” się widokiem motorku. Cudo to było, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Kosztowało to też chyba nie drogo na ten rocznik (1991 rok) bo dziewięć tysięcy. Podpisaliśmy umowę i wspaniałomyślny dawny właściciel odprowadził mnie na rogatki miasta. 
      Tankowanie na stacji paliw obok Media Mark na Ostrobramskiej i już miałem ruszać w dalszą drogę gdy przypomniał sobie, że muszę przecież mieć „książkę pojazdu”. Pół godziny zajęło nim ją dostarczył, a ja w dalszym ciągu jak idiota nic nie kojarzę. Pożegnaliśmy się i ruszyłem w drogę. 
      Problemy zaczęły się gdy dojeżdżałem do m. Zakręt. Motor nagle zaczął się dławić poczym zgasł. Naiwnie dzwonię do właściciela i mówię mu o problemie. Sugestie i rady niby skutkują, maszyna odpala. Jadę dwa kilometry i powtórka z rozrywki. Ponownie dzwonię i ponownie rady i sugestie, maszyna pali – jadę ale tylko dwa kilometry. Wściekły dzwonię by zabierał swój motor ale niestety nikt już nie odbiera, rozmówca jest nie osiągalny. Dzwonię po pomoc do domu. Wierzcie mi naprawdę ciężko było mi się przyznać żonie, że popełniłem kolejny błąd nabywając uszkodzony motocykl. Godziny oczekiwania na transport poświęciłem na próbach nawiązania kontaktu z byłym właścicielem oraz analizą umowy w której nic niestety nie było na temat ukrytych niesprawności.
       
Około dwudziestej drugiej przyjechała „podwoda”. Andrzejek właściciel znanego w Białej warsztatu samochodowego sprawnie załadował motorek do „Iweko”. Rozmowa na temat motoru oraz dorabiania się na zachodzie zajęła nam czas do samej Białej. Andrzej zobowiązał się zając motorkiem przy okazji kasując odpowiednią kwotę za transport. Muszę przyznać, że dziewczyny mam wyrozumiałe. Żadnego słowa krytyki czy niezadowolenia. To właściwie One zafundowały mi ten motorek. To One zdecydowały się na ponoszenie kosztów jego zakupu i eksploatacji. To dzięki ich zgodzie mogłem zrealizować swoje marzenia.
       
Dwa dni zajęła naprawa. Motorek działał jak żyleta do czasu kiedy się wybrałem na przejażdżkę do Janowa Podlaskiego. Sytuacja się powtórzyła. Ja mu w gaz a on zgasł. Tak kilka razy. Mirek bo ton zajmował się naprawą u Andrzejka wziął robotę do domu. Po tygodniu było wszystko „ok.” mogłem się wybrać na zlot do Komarówki Podlaskiej. Jubileuszowy X Zlot Motocykli organizowany przez „Pantery” z Komarówki. Zlot to już inna historia.

CHOPPER dnia 08.08.2008 r.

      Chopper narodził się pod koniec lat 50 w Stanach Zjednoczonych, gdy motocykliści jeżdżący na ciężkich Harleyach wpadli na pomysł „odchudzenia" swoich jednośladów, celem zwiększenia ich osiągów (nazwa "Chopper" pochodzi od czasownika "to chop" – siekać, odcinać). W tym czasie nie było części do tuningu, a maszyny wyścigowe nie miały homologacji. Motocykliści zdejmowali ze swoich motocykli wszystkie zbędne elementy (np. błotnik przedni, szerokie opony przednie, klakson, oświetlenie) lub wymieniano je na lżejsze odpowiedniki. W przerobionych motocyklach wymieniano seryjne siodła na małe siedziska, zakładano cieńsze koła przednie, a seryjny, duży bak zastępowano nowym (wtedy robionym często w garażu), małym zbiornikiem. Z początku wszystkie przeróbki podporządkowane były zwiększeniu osiągów, dopiero później zaczęto większą dbałość przykładać do wizualnej strony.[1]            
      Kilka słów wstępu pozwoliło mi wprowadzić czytelnika w techniczne zawiłości pojęcia „Chopper” a dalsze wywody, mojego zaangażowania w powyższą problematykę.            Wrześniowy wieczór 2006 roku Bogacs koło Egeru na Węgrzech. Popijając „żywe” wino dochodzimy do wniosku z moim młodszym imiennikiem z Poznania, którego dla potrzeb tego tekstu nazwiemy Arturo, że warto się zamienić koszulkami. Moja „Gromowska” została zastąpiona klubową „Black Rider”. Obie strony wyraziły zachwyt z dokonanej transakcji. Nie wiedziałem, że przeprowadzona wymiana będzie miała brzemienny skutek w kształtowanie dalszej historii mojego życia.            
      Motory, szczególnie ścigacze, zawsze kojarzyły mi się z tak zwanymi „Dawcami”. Dawcami narządów do przeszczepu, których jak się okazuje w przypadku motocyklistów tak naprawdę nie można przeszczepić, po wypadku wszystkie narządy są „rozwalone” podobno tylko rogówka jest cała. 
      Podarowana koszulka swym czarem, a może pochodzeniem zaintrygowała ciekawość i chęć poznania. Klubów „Black Rider” w Polsce mamy dwa Chapters w Poznaniu i Ostrowie Świętokrzyskim. Swym charakterem i problematyką nawiązują do kolegów z Austrii. Czarne skóry, pomieszczenia klubowe oraz uczestnictwo w zlotach jak również „wolność i swoboda” wręcz oczarowały mój wolny emerytalny umysł. Krótko mówiąc pojawiła się nowa „Idea Fix” – mieć motorek, najlepiej Chopperka, siąść, odpalić, wrzucić bieg i śmigać, śmigać, śmigać ale nie jak wariat ze „smyczą” na szyi tylko jak „Old Man in Black” powoli i dostojnie.
      Październik 2007 roku był przełomowym miesiącem w planach realizacji wspomnianej wyżej idei. Zakomunikowałem moim dziewczynom w dniu swoich imienin, że na urodziny jubileuszowe (wstyd się przyznać – pięćdziesiąte) byłbym niesamowicie usatysfakcjonowany otrzymaniem wymarzonego „chopperka”. Wszak pięćdziesiątkę obchodzi się tylko raz w życiu (tak jakby inne można było przeżyć jeszcze raz) no przynajmniej jest to „półwiecze”. Aplauzu nie słyszałem ale sygnałów sprzeciwu też nie. Curuś się nawet zobowiązała, że to Ona oszczędzi pieniążki i zrobi tacie prezent. 
      Od października do kwietnia przyszłego roku było siedem miesięcy. W mojej ocenie to dużo czasu.
Plan realizacji marzeń został uruchomiony ale było jeszcze wiele przeszkód. Najważniejszą był fakt nie posiadania prawa jazdy na motor. Kolega z „WORD-u” polecił mi szkółkę przygotowującą kierowców do egzaminu państwowego. Musiałem się śpieszyć egzaminy na motor realizowane były tylko do miesiąca listopada ze względu na pogodę. 
      Pierwsze jazdy pokazały, że jestem za duży i za ciężki na 250 – tke. Bieg drugi był zabójczy dla motoru. Na „torze przeszkód” pod moim obciążeniem silnik nie wytrzymywał. Konieczne było opracowanie nowej strategii. Właściciel chciał mi już oddać pieniądze z obawy o sprzęt. Wybawieniem okazała się „jedynka”. Powoli to powoli ale jakoś realizowałem figury toru przeszkód. Jazda na wprost i skrętem w lewo, slalom miedzy trzema pachołkami ze skrętem głowy w odpowiednim kierunku. Potem trzy ósemki i podjazd na górkę zakończyłem po kilku treningach sukcesem. Byłem gotowy do egzaminu. 
      Pięćdziesiątka na karku a mnie się zachciewa zabawa w szkołę.
Egzamin państwowy na Prawo Jazdy w WORD-zie nie należy do przyjemnych. „Przepraszam Pana, który raz podchodzi Pan do egzaminu, bo jak mi się wydaje po Pana wyglądzie, to niezbyt się chyba udaje”. Takie przywitanie nie wróży zbyt dobrze. Nie pomogły tłumaczenia, że ja to tylko poszerzam zakres swoich umiejętności, Gość wiedział swoje. Egzamin wiedzy teoretyczne na stanowisku komputerowym mimo otrzaskania się z komputerem stwarzał pewne problemy. Samo uruchomienie programu nie jest czytelne a wręcz stresujące. Później już było normalnie, pytanie i wybór właściwych odpowiedzi. Zrobiłem jeden błąd na dwa możliwe. Czyli zdałem. No to teraz do praktyki.
      Praktyczny egzamin składał się z dwóch części: tor przeszkód i jazda po mieście. Z uwagi na nazwisko do egzaminu podchodziłem pierwszy. Oczywiście płynnie opisałem czynności obsługowe i chciałem przejść do uruchomienia pojazdu gdy egzaminator poinformował mnie, że nie dopuszcza mnie do egzaminu praktycznego. Myślałem, że świat się wali. Pytam się – „dla czego?”. „Kolega ma w dokumentach wpisane, że nosi okulary a ja tu żadnych okularów nie widzę.” Całe szczęście mieszkam trzysta metrów od ośrodka. Bieg do domu i z powrotem zajął mi około dziesięciu minut. Uśmiech na twarzy egzaminatora, wyrażający wyższość urzędnika nad petentem, utwierdził mnie w przekonaniu, że egzamin mogę kontynuować. Kask z urządzeniem głośno mówiącym i instruktarz, który nakazywał mi kręcić głową na „Nie” jeżeli rozumiałem polecenie. Wyjazd w miasto, „skręć w lewo” kręcę głową, że nie. Jedziemy dalej – skręć w prawo, kręcę głową, że „nie”. Tak kilka razy utwierdza mnie w przekonaniu, że ktoś tu kogoś robi w wariata. Nieważne, egzamin zdany. Mam prawo jazdy na motor.


[1]  Wikipedia –  Wolna Encyklopedia