CZY PORTUGALIA JEST NAJWAŻNIEJSZA?

               Przez wymuszony przypadek wszedłem na stronę blogu Pani Anny Marii Nowakowskiej http://www.nowakowska.pl/teksty/ i zachwyciłem się tekstem na temat polskich dyskontów, szczególnie jednego. Nie będę ich wszystkich wymieniał, ale ten nad którym wyżyła się Pani Anna szczególnie zwrócił moją uwagę. W zupełności przyznaję rację, że promowanie firmy, która nie zapisała się złotymi zgłoskami na naszym rynku „pracodawstwa” nie zasługuje na promocję tym bardziej przez tak znamienite osoby establishmentu polskiej władzy. Jak się okazuje pamięć jest zawodna, a może chodzi tu o kasę? Tylko, kto komu, ile i dlaczego? Myślę, że jednak ktoś chciał Premiera wpuścić w maliny. Natomiast, pójście „Prezesa” na (udane) zakupy, było farsą niegodną stanowiska i osoby.            
             
„Jeden dureń, oderwany od realiów wyścigu małp do koryta, z mózgiem rozmiękczonym benzodiazepinami, wypluwa z siebie jakiś miazmat, jakiś stereotyp uliczny na temat sieci dyskontów.”
[1] Przyznam się szczerze, że nie wiem, o kim Pani Anna pisała powyższe zdanie, ale w swej treści i formie mnie osobiście zachwyca i postaram się je utrwalić w swojej „substancji szarej”. Zresztą cały tekst jest warty przyswojenia. Wielokrotnie zastanawiałem się, na jakiej zasadzie działają w tym naszym ukochanym kraju firmy, które oferują nam tak atrakcyjne produkty za tak niskie ceny. Tym bardziej, że ich lokalizacja zmienia się średnio, co dwa lata. W moim ukochanym grodzie dyskontów mamy chyba z osiem. Brak przemysłu, brak dużych firm zatrudniających mieszkańców, a one funkcjonują i mają się dobrze. Może chodzi tu o pranie brudnych pieniędzy? Bo przyznam się szczerze, że nie bardzo rozumiem jak im się to opłaca?
           
              
Może warto zacząć współpracować? Jakiś grosz i mnie kapnie. Jeżeli znaleźli się dziennikarze, którzy uprawiają kryptoreklamę przy współudziale osób z pierwszych stron poczytnych czasopism, to interes wydaje się być opłacalny. Gdy uważnie się przyjrzymy z założenia „polskim” firmom okazuje się, że wcale nie są one polskie. Dyskonty obcy kapitał, banki obcy kapitał, przemysł obcy kapitał. To,  co właściwie w naszym kraju jest polskie? Myślałem, że przyroda, ale okazuje się,  że PGR-y też zostały wykupione przez obcy kapitał. Rozprzedaliśmy nasz kraj, a sami zostaliśmy tanią siłą roboczą. Przodkowie nasi w grobach się „przewracają”, że ich trud poszedł na marne. Tyle emocji, tyle nadziei, tyle wiary, tyle krwi zostało przelanej niepotrzebnie. Polska została tylko z nazwy na mapie Świata. Jeszcze tylko my możemy powiedzieć, że jesteśmy Polakami, ale też coraz częściej się słyszy, że jesteśmy obywatelami Świata. Pomyślałby ktoś, że jestem nacjonalistą, a ja tylko martwię się, żeby ta Polska była jeszcze Polską dla mojej Córki i jej dzieci, bo przecież Polak tak brzmi dumnie.
            
                Całe szczęście jeszcze polski język „kwitnie” w polskiej szkole, ale i on pomału ulega „dywersyfikacji” anglo-niemiecko-francusko języcznej. Czasami zastanawiam się czy ktoś mnie nie obraża, „aczkolwiek” używając wysublimowanego słownictwa. Pomału rozumiem młodych, którzy używają potocznej „łaciny”, bo przynajmniej jest konkretna i dosadnie odzwierciedla intencję przekazu. Młodzi i tak pójdą tam gdzie jest tańsze piwo i mówiąc szczerze, mają gdzieś, kto akurat jest właścicielem sklepu. Jak zwykle Polak będzie mądry po szkodzie. A „owadów” i „łamaczy językowych” w wydaniu sklepowym i tak nie lubię.
 


[1] http://www.nowakowska.pl/teksty/ „Portugalia jest najważniejsza” 27.03.2011 r.

WIOSNA

„Wiosna – cieplejszy wieje wiatr; Wiosna – znów nam ubyło lat; Wiosna, wiosna w koło, rozkwitły bzy; Śpiewa skowronek nad nami; Drzewa strzeliły pąkami; Wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty …..”[1]           
          
Poczujmy wiosnę. Minął 21 dzień miesiąca marca 2011 roku. Robi się coraz cieplej. Natura budzi się do życia. Jeszcze czasami śnieg popada i gdzie niegdzie można pojeździć na nartach, ale generalnie robi się ciepło. Misie budzą się do życia, wkrótce przylecą bociany, wiosna zaszaleje. Jednak zalecam rozwagę. Słoneczko, co prawda pieści, ale na razie za wcześnie na pełny negliż. Można się „przejechać” do szpitala. Hormony jednak budzą się do życia. Coraz częściej spotykam młode pary na ławeczkach w dwuznacznych uściskach.
           
           
Myślałem, że i wiosna zawita na scenę polityczną. Nastąpi „odwilż” i „śniegi puszczą”. Będzie można odetchnąć normalnością. Tymczasem „Świt Odysei” znowu poróżnił polityków. Pokazała się tak dawno nieoglądana Pani minister Anna Fotyga. Właściwie nic nie mam przeciw Pani minister, ale cieszę się, że tak krótko gościła na ministerialnych salonach. Zastanawiam się czy w dalszym ciągu pełni funkcję ambasador? Skoro jednak ponownie zabiera glos medialnie pewnie czuje się niedowartościowana. Pani Aniu proszę brać przykład z Pani Ambasador Marii Suchockiej, która już tyle lat siedzi w Watykanie i taka proza życia jak nasz udział w kolejnej misji militarnej Ją nie interesuje. Po zatym Pani Aniu pozostawmy sprawy fachowe, fachowcom. Myślę, że mimo, że była Pani ministrem spraw zagranicznych to jednak militaria są Pani obce. 
           
           
Cieszy też fakt, że nie tylko Polacy mają skłonności korupcyjne. Europarlamentarzyści: Austrii, Słowenii i Rumunii gotowi byli za kasę sprzedawać poprawki do prawa unijnego. Pewnie Nasi nie doczekali się w kolejce. Chociaż prasa podaje, że też byli poddani prowokacji. Jak widać nauka w kraju nie poszła w las, a szkoda? Fajnie by było gdyby kolega Kurski i Ziobro wrócili do kraju. Byłoby ciekawiej. Tak nudy na pudy. Nikt nie ściga się po drogach z CBA, nikt nie rozlicza nas za potencjalne przestępstwa. Jednak kasa robi swoje, nasi europolitycy się pilnują. Nie kuszą ich nawet wybory do parlamentu.
           
            
„Afrykańska Wiosna Ludów” trwa nadal. Ciekawi, dlaczego Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są za zaangażowaniem się w konflikt Libijski? Dlaczego popiera go Francja, która nawet użyła sił swojego lotnictwa. Przeciwni są Niemcy i Rosja. Gdyby ktoś nie wiedział to chodzi o „Pokój” i obalenie dyktatora. Farsa na skalę Światową i dziwi tylko, że ONZ udaje przygłupa. Kochani jest okazja zmiany strefy wpływów. Wiadomo wszystkim gdzie libijska ropa płynęła i kto miał wspaniałe układy z „dyktatorem”. Wiadomo, że w tej wolnościowej komedii chodzi o kasę i ropę. Wolność narodu jest sprawą drugoplanową. Dlaczego nikt się nie mieszał w sprawy Egiptu? Bo kanał sueski nie jest tak strategiczny jak surowce energetyczne. W przypadku Libii jest się o co bić. Dzięki Bogu, że nasz Premier nie dał się wmanewrować w operację. Zresztą nie miał czym. Ta około setka samolotów akurat w tej operacji jest mało przydatna, zresztą czy warto narażać się Niemcom i Rosjanom?
           
            
Mamy wiosnę, słonko świeci i miło przygrzewa. Wietrzyk wieje i gdzieś za tydzień przywieje nam chmurę radioaktywną znad Japonii. Podobno nie groźną. Tak jak nie groźne było skażenie z Czarnobyla. Dziwne tylko, że tak dużo dzisiaj ludzi choruje. Tak dużo ułomności w narodzie. Tak dużo odchodzi z tego Świata nie doczekawszy siedemdziesiątki. Cicho jakoś o badaniach na ten temat. Nikt się nie pokusił o zbadanie wpływu wybuchu reaktora atomowego w Czarnobylu na ludzką populację. Tak jak nikt nie przekazał nam wyników doświadczeń atomowych amerykanów, francuzów, rosjan i innych mocarstw atomowych. Odnosi się wrażenie, że nie ma problemu. Nawet profesorowie potrafią wyzwać się od „wieśniaków”, ale konkretnej odpowiedzi nie przedstawili. 
           
              
Igranie z energią atomową jest jak zabawa słonia w sklepie z porcelaną. Korzyści wydają się ogromne, ale czy warte zachodu, kiedy nie potrafimy zadbać by były one bezpieczne. Prawa natury pokazały, że bezpieczeństwo jest pojęciem względnym. Gdy dodamy do tego nasze ludzkie ułomności może wszystko skończyć się wielkim „Come Downem”. Warto się może jednak zastanowić czy dorośliśmy do ery wykorzystania „atomu”?
            
Wiosna taka piękna, wszystko się budzi, chce się żyć. Pal sześć, trzeba korzystać z życia, nawet wtedy, kiedy innym to przeszkadza. Niech się zabijają za ropę byle nas w to nie mieszali i nie podnosili jej ceny. Niech koledzy „europejczycy” zostaną w Brukseli. Niech samoloty latają nad Libią byle nie nasze. Niech pomoc, rozsądek i nauka z przykrych doświadczeń kraju "kwitnącej wiśni" nie pójdzie na marne. No i oczywiście niech radni miasta Biała Podlaska biorą się do roboty, bo coś o nich nic nie słychać. Czyżby ulegli urokowi wiosny? 

ERRARE HUMANUM EST, IN ERRORE PERSERVARE STULTUM Błądzić jest rzeczą ludzką, trwać w błędzie głupotą

            Tematykę „błądzenia” poruszałem już wielokrotnie. Przedmiot rozważań jednak jest tak szeroki, że nie sposób go omówić w kilku tekstach. Warto więc rozszerzyć go o kolejne treści. Mówiliśmy, że saper myli się tylko raz, wspominaliśmy o błądzeniu, a okazuje się, że życie płata nam kolejne figle. Przepraszam, nie życie, mieszkańcy naszego kochanego kraju nie pozwalają nam na odrobinę odpoczynku i zadumy nad przemijającym czasem tylko serwują nam kolejne „paranoje”.
            
Przekonanie, że Polak potrafi jest jak najbardziej słuszne. My naprawdę potrafimy zadziwiać Świat swoimi pomysłami. Polska Prezydencja, czyli polskie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej rozpoczyna się pierwszego lipca 2011 roku. Cały Świat wie, że przygotowujemy się do tego wydarzenia. Mało tego, wszyscy wiedzą, że jesteśmy gotowi. Symbolem naszej Prezydencji jest „bączek”. Takie małe „ustrojstwo”, które gdy się nim pokręci to wiruje i nie chce się przewrócić, bo praw fizyki Panie nie złamiesz, żyroskop działa. Wracając jednak do „Bączka” mam pytanie. W jakiej formie i czym kojarzy się on z Polską? Może tym, że jak Polak się napije to kręci mu się w głowie i gdy inni przedstawiciele europejskiej nacji padają, Polak się chwieje, ale dalej stoi, bo „doświadczony” błędnik działa. Może tym, że inne nacje preferują stabilność i rozwagę my zawsze wywijamy szabelką i kręcimy się w kółko, „komu tu przyłożyć”. Naprawdę nie wiem?
            
Rozważałem różne artefakty, które mogłyby kojarzyć się z Polską. Myślałem o ciupadze, mazowieckiej krajce albo o górniczej lampie, ale wszystkie te przedmioty kojarzą się z regionami Polski nie z krajem. Wreszcie odkryłem, że jest taki przedmiot kojarzący się na całym Świecie z Polską. Tym przedmiotem jest fortepian. Miniaturka fortepianu produkowanego w najstarszym polskim grodzie Kaliszu (podobno „Calisia” pada) najbardziej w mojej ocenie kojarzyłaby się z Polską, tym bardziej, że rok Chopinowski właśnie minął.
           
Polacy nie potrafią się sprzedać medialnie. Jako naród stajemy się pośmiewiskiem Europy. Nie prawda? Proszę oto przykłady. Medialna walka o symbol religijny oraz profanacja polskich „relikwii” monarchistycznych, kiedy procedury beatyfikacyjne trwają kilka lat, nie napawają optymizmem, a zakrawają na śmieszność i kpinę. Zapytajmy się kogokolwiek na zachodzie, kiedy został obalony tak zwany „komunizm”? Większość odpowie, że w 1989 roku w momencie zburzenia „Muru Berlińskiego”. Solidarność, Gorbaczow, Wałęsa w ocenie przeciętnego europejczyka to osobowości, ale nie wydarzenie. Zastanawiając się dalej, w ostatnim stuleciu możemy się medialnie poszczycić tylko dwiema postaciami. Elektrykiem z Gdańska i Księdzem z Wadowic. Dwudziestominutowy animowany film o historii Polski, kręcony przez kilka lat oraz „bączek” nie przybliży Polski Światu.
          
Ostatnio Aptekarze ze Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich zbierają podpisy pod petycją, która umożliwi stosowanie klauzuli sumienia. Daje ona prawo do odmowy sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Niektórzy krakowscy ginekolodzy nie zgadzali się na podanie pacjentkom tzw. tabletek po stosunku czy nieodpłatną wymianę wkładek antykoncepcyjnych.[1] Jak widzimy „błądzić jest rzeczą ludzką, trwać w błędzie – głupotą”. Proponuję, by aptekarze i lekarze klauzuli sumienia nosili opaski lub znaczki w klapach marynarek z symbolem krzyża bądź z literką „K”, by każdy klient lub pacjentka, mógł uniknąć upokorzenia odmowy. Fajnie też by było gdyby apteki oraz gabinety lekarskie „Klauzuli Sumienia” były specjalnie oznakowane, na przykład „symbolem religijnym” tak często używanym we wszystkich instytucjach. By potencjalny klient nie tracił czasu oraz nie narażał aptekarzy oraz lekarzy na „grzech nieczystości sumienia”.
           
Fajnie by było, wzorem lat wojennych jak w obozach koncentracyjnych czy gettach żeby wszyscy byli oznakowani. Gej nosiłby literkę „G”, kobieta kochająca inaczej literkę „L”. Ateista wpiąłby sobie w klapę literkę „A”, a idiota literkę „I”. Ileż to nieporozumień byśmy uniknęli. Jak łatwiej byłoby poruszać się w tym gąszczu irracjonalizmu. Jak łatwo byłoby nie „pobłądzić”. Profesor profesorowi nie zarzuciłby, że jest wieśniakiem, a i Prezydent pisałby po „Polskiemu”. Miał rację Seneka mówiąc, że nie sztuką jest błądzić, bo to mamy w swojej naturze, sztuką jest umiejętność „znalezienia drogi”.  


[1]
http://sumienie-lekarza-a-prawa-pacjenta.debata.blog.pl/

OBŁUDNOŚĆ ORAZ KONIECZNOŚĆ PROMOCJI

 

            „Zajączek siedzi na pieńku w lesie i coś pisze. Przechodzi lis i pyta się, – Co zajączku piszesz? Zajączek odpowiada – Pracę magisterską. Lis zdziwiony, ale dalej kontynuuje konwersację – A jaki temat pracy magisterskie? Zajączek odpowiada – Zajączek najsilniejsze zwierzę lasu. Lis ze śmiechu pokłada się na ściółce leśnej. Widząc to, Zajączek mówi – Nie wierzysz, to chodź za krzaczek. Lis śmiejąc się podąża za zajączkiem za krzaczek. Po chwili słychać odgłosy walki. Wypada przerażony Lis i ucieka „gdzie pieprz rośnie” za nim wychodzi zajączek i powraca do czynności pisania. Podobna historia powtarza się z Rysiem oraz z Wilkiem. Konfrontacja z Zajączkiem za krzaczkiem na wszystkich działa bardzo stresująco. Kiedy kolejny raz adwersarz bardzo szybko ucieka w dal, zza krzaczka wychodzi Zajączek a za nim Niedźwiedź. Pytaniem jest – Jaki jest morał tej bajeczki? Odpowiedź jest bardzo prosta – Nie jest ważny  temat pracy magisterskiej, ważny jest PROMOTOR”[1]          
           
Ta leśna przypowieść idealnie odzwierciedla relacje środowiskowe istniejące w naszym społeczeństwie. Socjologowie z pewnością mają tę problematykę rozpracowaną na szczegóły, ale wszystko jest ukryte pod pojęciami i słownictwem naukowym, czym staje się to mało czytelne dla przeciętnego „intelektualisty”. Promotor to osoba istotna nie tylko w życiu studenckim, ale generalizując problem, osoba konieczna i nieodzowna w całym naszym życiu. Dzięki niej pniemy się po szczeblach drabiny naszej kariery. Dzięki niej zdobywamy kolejne profity i uznanie ogólnospołeczne. Brak Promotora skazuje nas na mało ciekawą egzystencję. Dzięki Promotorowi czujemy się bezpieczni i niezagrożeni w środowisku „wilków”, którzy z utęsknieniem oczekują na nasze potknięcie oraz utratę poparcia Promotora. Niestety, nie ma nic za darmo. Promotor oczekuje od nas poddańczego uznania, zaangażowania, poparcia oraz BMW (Bierny, Mierny, ale Wierny). Faktem jest, że aby zdobyć promotora trzeba czymś zabłysnąć. Lizusostwo przeważnie spotyka się z niesmakiem promotora oraz małą wiarygodnością, jako „Pretoriana”. Zdobycie Promotora wymaga naprawdę szczerego zaangażowania oraz ogromu pracy, gdyż każdy fałsz i obłuda burzą naszą wiarygodność.  
           
               
Jednakże, kiedy zdobędziemy uznanie oraz poważanie Promotora zaczyna się dla nas czas prosperity. Każdy casting, konkurs czy przetarg mamy wygrany. Zaczyna w naszym życiu odgrywać ważną rolę tak zwana „Inteligencja Emocjonalna”, która jasno i wyraźnie tłumaczy, że nie intelekt oraz poziom IQ jest istotny tylko umiejętność przystosowania się do środowiska społecznego. Czemuż to nasi geniusze klasowi gdzieś nagle przepadli lub zaginęli w tłumie? Nie potrafili przystosować się do potrzeb środowiska. Zarozumiałość ich zgubiła. Zdarza się jednak,  że odebrana „życiowa lekcja” ustawia ich na odpowiednie tory, ale pamiętajmy, że nigdy nie zapomną upokorzenia  przegranej. Mało czujny Promotor daje się zwieść fałszywemu „Pretorianowi” i często płaci najwyższą cenę, jak to powiedział Cezar – „I ty Brutusie?”.
           
                
Muszę jeszcze wspomnieć o różnicy płci. Jest to istotna sprawa, gdyż zdobycie Promotora płci przeciwnej wymaga odmiennego toku postępowania. Istotną rolę odgrywają tu uczucia. Rozkochanie w sobie Promotora przeważnie kończy się tragicznie dla obu stron. W przypadku odkochania jednego z nich, Ona go niszczy, przy okazji i siebie. Najlepsze jest współczucie. Znam wiele przypadków, że przez współczucie z pozycji zwykłego pracownika można osiągnąć szczyty władzy samorządowej. Kobiety kochają współczuć, pocieszać oraz opiekować się „Pretorianem”, który został skrzywdzony przez inną kobietę.
           
                 
Promotor bez względu na płeć pozwala w sposób bardzo stabilny i przyjemny funkcjonować w naszym społeczeństwie. Szczypta wstydu oraz oddania nikomu jeszcze nie zaszkodziła, czyli bycie „Pretorianem” nie jest takie złe, tym bardziej, że to ładnie brzmi. Ponadto jest ta pewność, że kiedyś i my będziemy czyimś Promotorem, ale to przecież już inna bajka. Dobrze jest jednak pamiętać jak to się było „Pretorianem”, a niestety niektórzy Promotorzy zapominają o tym.


[1] Jeden z wielu kawałów funkcjonujących w środowisku studenckim.

KRUCHOŚĆ ISTNIENIA

             Tragedia wysp japońskich uzmysłowiła kruchość naszego istnienia. Praca, praca potem płaca wciąż do przodu nigdy w tył, a wystarczy jedna chwila i nie będzie z nami „Bila”. Gonimy za kasą, bytem i szczęściem z góry zakładając, że się nam należy. Nagle wszystko się wali i stwierdzamy, że szczęście jest, ale jeszcze przed nami, a z kasą i pracą to wcale nie jest tak ciekawie, bo inni są lepsi, sprytniejsi oraz bezkompromisowi. Podziwiam młodych, że mają taką ogromną wiarę w siłę przebicia. Wiarę, że im się uda i osiągną sukces. Świat będzie ich.           
             
Pogoń za sukcesem, sławą i dobrobytem. Pogoń za lepszym jutrem. Radość dnia, radość istnienia bez zastanawiania się nad tym, co było, jest i będzie. Budzisz się z kacem lub bez kaca. Spożywasz albo nie spożywasz śniadanie i gonisz jak masz pracę albo „olewasz” jak nie masz pracy – czas, który szybko lub wolno ucieka. Planujesz spotkania, zadania, przedsięwzięcia z przeświadczeniem, że bez nas nie ma istnienia. Harujesz, tyrasz i pracujesz, głowę obciążasz, kombinujesz, gdy nagle w wieku już dojrzałym, stwierdzasz, że wszystko to banały. Kwity, papiery i rachunki były ważniejsze, niż list do żony albo córki. Dawniej cieszyłeś się rozmową z tą drugą, a nawet trzecią osobą. Dziś komputer i Play station już od dziecka w głowach „kręci”. Edukując, postęp promując zapominamy o starych prawdach związanych z mądrością pokoleń. Dziś „młode wilki” wieku nie szanują, pychą oraz zarozumiałością myślą, że Świat zawojują. „A wystarczy jedna chwila i nie będzie zaraz Bila”.
           
               
Postęp jest ważny. Postęp to mądrość. Postęp to siła i wiedza nowych pokoleń. Postęp to przyszłość. Postęp to tradycja i mądrość. Nikt nie zbuduje domu bez dobrych fundamentów. Nikt nie poleciałby na Księżyc, czy skonstruował komputer bez wiedzy i mądrości poprzedników. Pierwsze uderzenie kamieniem czy kijem rozpoczęło postęp naszego gatunku na tej „Błękitnej Planecie”. Postęp, który mógłby być dziełem dinozaurów lub innych „stworów” niekoniecznie ssaków, zamieszkujących glob. Więcej pokory, więcej rozsądku, więcej zrozumienia. Mniej pychy i zarozumiałości jeszcze nie nad wszystkim panujemy. W większości egzystujemy. Czy potrzebna jest wiedza dla chłopa w Wilkowyjach, że gdzieś na wyspach japońskich było trzęsienie ziemi? Czy koń będzie zainteresowany mrówką podążającą do mrowiska? Czy zdajemy sobie sprawę, że dzięki postępowi stoimy na skraju przepaści? Czy rozumiemy to,  że tak jak kiedyś dinozaury możemy przestać zamieszkiwać Ziemię? „Bo wystarczy jedna chwila i nie będzie zaraz Bila”.
           
             
Religia jest naszym lekarstwem na bezsilność, głupotę i brak zrozumienia. Wiedza to doświadczenie i mądrość. Przypadek to nasze przeznaczenie. Trzęsienia ziemi, powodzie, huragany, tajfuny dla wierzących to „dopust Boży” kara za grzechy, którą łatwiej przyjąć i zrozumieć. Ateista, naukowiec stwierdzi, że jeszcze jest wiele rzeczy niezbadanych oraz wyjaśnionych przez rozum. Zwykły śmiertelnik posłucha, „zeżre” śniadanie, obiad lub kolację pójdzie do pracy albo spać. Pojęcie „Armagedonu” funkcjonuje tylko w filmach my będziemy się kochać, jeść i pić, aż przyjdzie walec i wyrówna i zostanie tylko kupa – zniszczeń. Bo nasz „gatunek” taki jest, że bardziej wierzy w cuda niż w to, że się nie uda. I niestety nie będzie już wtedy Bila.

DZIEŃ KOBIET AD 2011

          „Podobno pierwsze obchody dnia kobiet odbywały się w starożytnym Rzymie jako „Matronalia”. Obchodzone były w pierwszym tygodniu marca i wiązano je z początkiem nowego roku, macierzyństwem i płodnością. Mężowie obdarowywali swoje żony prezentami i spełniali ich „wszystkie” życzenia.
           
Początki Międzynarodowego Dnia Kobiet wywodzą się z ruchów robotniczych w Ameryce Północnej i Europie. Pierwsze obchody Narodowego Dnia Kobiet odbyły się 28 lutego 1909 r. w Stanach Zjednoczonych. Zapoczątkowane zostały one przez „Socjalistyczną Partię Ameryki” dla upamiętnienia odbywającego się rok wcześniej nowojorskiego strajku pracownic przemysłu odzieżowego przeciwko złym warunkom pracy. Strajkujące kobiety zostały zamknięte w fabryce przez właściciela. W pożarze który wybuchł w budynku zginęło 126 kobiet.
          
W 1910 roku Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze ustanowiła obchodzony na całym świecie Dzień Kobiet, który służyć miał krzewieniu idei praw kobiet oraz budowaniu społecznego wsparcia dla powszechnych praw wyborczych dla kobiet. W konferencji udział wzięło ponad 100 uczestniczek z 17 krajów, w tym trzy kobiety po raz pierwszy wybrane do Parlamentu Fińskiego. Ustanowienie Dnia Kobiet zostało przyjęte w drodze anonimowego głosowania, bez ustalania dokładnej daty jego obchodów.”[1]
          Szanowni koledzy, minęło 101 lat jak Świat formalnie został obarczony komunistycznym świętem płci przeciwnej. Wiele lat minęło nim udało się skończyć ze „strasznym reżimem” jakim był socjalizm oraz z jego zaszłościami takimi jak „Dzień Kobiet” i nieodzowny goździk. Wielu Polaków walczyło, płacąc ciężki haracz krwi i wolności, o to by Polska była Polską oraz o to żeby te czasy nigdy już nie wróciły. Niestety, nie potrafimy uwolnić się od święta, które tak bardzo kojarzy się z komunizmem. Nie potrafimy zapomnieć o „Dniu Kobiet”. Najdziwniejsze, że nikomu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, czy PiS-owiec, czy PO-wiec, SLD-owiec lub AS-owiec, każdy z kwiatkiem dziś „zasuwa” koleżankom „paść do uda”.
          
Powtórzę kolejny raz „Strach się bać nie ma gdzie przed demokracją zwiać”. Na kanwie informacji z Wikipedii można postawić tezę, że w myśl przysłowia „Daj komuś palec, a on sięgnie po całą rękę” Kobiety rosną w siłę, a my „Dziadziejemy”. Czym Panowie chcecie im zaimponować? Łysiną, brzuszkiem oraz jakimś tam OFE? Strasznie się przestraszyłem, że Panie w dniu wczorajszym 07 marca 2011 r. utworzyły „Gabinet Cieni”. Panie Premierze czy nic to Panu nie daje do myślenia? Wiem, że już kiedyś Pan to przerabiał z Kolegą Rokitą, ale kobiety potraktowałbym poważnie. Tylko patrzeć jak poleci Pan ze stołka.
          
Moje szowinistyczne wystąpienie jest wołaniem o prawa dla ginącego gatunku męskiego. Nikt nie walczy o nasze prawa, a tak szybko odchodzimy. Całe szczęście, że przynajmniej z okazji Waszego święta można się przypomnieć oraz „napić”. Ze szczęścia „zalać w trupa”. W Polskę idziemy drodzy Panowie, w Polskę idziemy. Niech się święci „Dzień Kobiet”, bo dzięki Wam istniejemy.

POBYT W ODDZIALE FTYZJOPULMONOLOGICZNYM

           Przeglądając stary notebook, który zamierzam sprzedać, natrafiłem na tekst z 2007 r. kiedy to spędziłem dziesięć dni w szpitalu lecząc przechodzone zapalenie płuc. Przepraszam, że tematyka zdrowia zbyt często przewija się w moich notatkach, ale proszę mi wierzyć, że tak źle z moim zdrowiem to jeszcze nie jest. Ma się wtedy więcej czasu na przemyślenia i pisanie.
          Wracając do tematu, praca a przecież był to koniec roku, wymagała mojej obecności oraz zaangażowania. Kosztem było otarcie się o „przejście na tamtą, podobno lepszą stronę”. Oczywiście moje problemy zdrowotne nie spotkały się z uznaniem moich pracodawców. Zresztą pokażcie mi zakład pracy, który przychylnie patrzy na zwolnienia lekarskie i absencję pracowników, chociaż za nich płaci minimalne kwoty bo resztę płaci ZUS, czyli właściwie oszczędzają. Powrót ze zwolnienia to milczące napiętnowanie, które skutkuje utratą zaufania i poparcia przełożonych. Los jest jednak sprawiedliwy i płata figle, często przykro doświadczając tych, którzy byli dla nas tak krytyczni. Wróćmy zatem do tekstu z przed pięciu lat.
           
„Dzisiaj mija dziesiąty dzień jak wegetuję w szpitalu na oddziale ftyzjopulmologicznym. Stwierdzone dzięki zdjęciu rentgenowskiemu obustronne zapalenie płuc jednoznacznie wyłączyło mnie z życia rodzinnego. Dzisiaj też wychodzę ze szpitala. Podleczony, lecz niewyleczony. Bestia okazuje się reaguje tylko na nieliczne antybiotyki. Pani doktor twierdzi, że leczenie będzie długie, ale konsekwentne, tak aby całkowicie uwolnić organizm od zagrożeń.
             
Po leczeniu szpitalnym planowałem wyjazd do sanatorium. Niestety z przyczyn obiektywnych, brak kasy, prawdopodbnie z wyjazdu będą nici (jednak pojechałem do Rymanowa Zdroju). Dziesięć dni, które tu spędziłem przebiegło względnie ciekawie jedynie dzięki możliwości korzystania z Internetu i laptopa. Całymi dniami szukałem ofert kupna motorka. Moja „idea fix” od jakiś trzech miesięcy. Myślę o kupnie Hondy Shadow lub Kawasaki Intruder, a w ostateczności Suzuki Savage. Analiza finansów wylała kubeł zimnej wody na moje marzenia. Problemem zaczęło być nie gdzie kupić najtańszy motorek, ale jak zdobyć kasę?(dzięki karcie kredytowej kupiłem).
              
Postanowiłem zagrać na giełdzie. Jak to się robi miały nauczyć mnie
e-booki pobrane z internetu za pewną opłatą? Posiadany sprzęt i łącze internetowe napawały optymizmem. Jednakże okazało się, że e-książki nie są tak wartościowe i uczą jedynie jak wypełnić zlecenie, a nie jak grać. Natomiast założenie kąta w biurze maklerskim wymaga wpłaty kasy na niebagatelną kwotę pięciu tysięcy złotych w przypadku banku, który coś ma wspólnego z ochroną środowiska. Czyli brak kasy uniemożliwia granie na giełdzie. (Jeden bank daje taką możliwość, ale nie będę tu uprawiał kryptoreklamy).
             
Kolejnym rozwiązaniem poprawy sytuacji finansowej wydawał się kredyt konsolidacyjny. Analiza rynku ukazywała kilka rozwiązań. Większość banków proponuje kredyty pod zastaw hipoteczny. Jedynie dwa banki proponowały kredyty konsolidacyjne bez hipoteki. Żaden, ale to żaden nie zajmuje się doradztwem finansowym. Zresztą, całe doradztwo finansowe sprowadza się do wyszukania odpowiedniego kredytu. Nikt nie zajmuje się faktycznym doradztwem, czyli jak pomóc przeciętnemu śmiertelnikowi w zarządzaniu jego finansami. Kilka firm doradczych postawiłem na nogi i wszystkie były zaskoczone problematyką. Większość obiecała osobisty kontakt przedstawicieli. Zobaczymy, co czas pokaże?”[1]
             
Tekst ten napisałem w 2007 roku. Większość z opisanych przemyśleń została zrealizowana. Faktem jest, że z rozważanych typów motorka żaden nie został zakupiony. Oczarował mnie „Vulkank 1500”, którego jak już we wcześniejszych wpisach nabyłem w 2008 r. Nie przewidziałem tylko jednego, że moja przygoda ze szpitalem tak szybko się nie skończy. Jeżeli chodzi o banki to nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu „zdzierają” z nas kasę, a doradcy finansowi w dalszym ciągu doradzają bankom, nie nam. Przepraszam byłbym niesprawiedliwy gdybym nie wspomniał, że jeden bank bez opłat pozwolił mi grać na giełdzie. Przez dwa lata zarobiłem siedemdziesiąt złotych. Poza tym, że życie jest droższe niż cztery lata temu, a płace wciąż takie same, wszystko jest po staremu. Oczywiście nie ma już oddziału „Ftyzjopulmonologicznego” w starym szpitalu, został przeniesiony do nowego.    


[1]  Biała Podlaska WSzS Oddział Ftyzjopulmonologii – stary szpital na ul. Warszawskiej 10.11.2007 r.

MARZENIA O MONOGRAFI BIAŁEJ W AUTORSKIM WYDANIU.

            Wielkim wydarzenie kulturalnym miasta Biała Podlaska było spotkanie 24 lutego 2011 r. w budynku magistratu promujące pierwszą część trzeciego tomu monografii Białej Podlaskiej. Spotkanie zorganizowane z inicjatywy Prezydenta Miasta przy współudziale Miejskiej Biblioteki Publicznej w Białej Podlaskiej. Promocja opracowania zgromadziła elitę intelektualną osób zainteresowanych historią i tożsamością grodu nad Krzną. Spotkanie miało na celu przedstawienie efektu pracy grona osób, które podjęły się naukowego opracowania dziejów Białej Podlaskiej od pradziejów do czasów współczesnych.
            
Tom pierwszy monografii autorstwa dr Jerzy Flisińskiego obejmuje dzieje miasta od czasów pierwszych dokumentów mówiących o nabyciu praw miejskich do roku 1795. Został on zaprezentowany czytelonikom w roku 2010. Tom drugi, nad którym pracuje Pani Renata Maj to historia Białej Podlaskiej w latach 1875 – 1918. Część pierwsza tomu trzeciego prezentowanego na spotkaniu autorstwa prof. Henryka Mierzwińskiego przybliża nam dzieje miasta w latach: 1918 – 1939. Natomiast jeszcze nieopublikowana część druga: 1939 – 1944 czeka na wydanie w swojej kolejce. Ostatni tom piąty Pana Pawła Tarkowskiego, który jak wynika ze słów autora powinien się ukazać pod koniec roku 2011, to historia najnowsza, a więc lata 1945 – 1989.
            
Przedstawiony zespół autorski realizuje przedstawione zamierzenie dzięki życzliwości oraz wsparciu inicjatora i patrona przedsięwzięcia, którym jest Prezydent Miasta Biała Podlaska Pan Andrzej Czapski, który zadeklarował pomoc finansową miasta zarówno na etapie gromadzenia materiałów do opracowań jak i w etapie późniejszym – druku pozostałych tomów wydawnictwa.
           
Prezydent Miasta podkreślił w swym wystąpieniu jak istotna jest pamięć o przeszłości. Stwierdzając, że bez historii nie można myśleć o budowaniu przyszłości. [1]
            Cieszy fakt, że wreszcie ktoś się pokusił o napisanie historii naszego miasta. Cieszy fakt, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzieło zostanie ukończone. Cztery lata prezydentury powinno wystarczyć nawet przy różnych poślizgach edytorskich. Tym bardziej, że autor ostatniego tomu publicznie w obecności Prezesa Stowarzyszenia „Koła Bialczan” zobowiązał się, że ostatni tom w tym roku będzie wydany. Monumentalna praca składająca się z pięciu ksiąg, opatrzonych na „grzbiecie” literami w ustawieniu bibliotecznym na półce książkowej uwypukli napis „BIAŁA”, zachęcając tym samym czytelników do skompletowania wydawnictwa.
           
Satysfakcję z posiadania opracowań psuje fakt, że są to materiały „stricte” historyczno-naukowe. Brak w nich „duszy”. Jak podkreslił sam Pan Profesor Mierzwiński są świetnym materiałem do pisania prac doktorskich. Zastrzeżenia budzi jedynie fakt podkreślany przez obu autorów roli i znaczenia, jedynej jakoby się wydawało ze słów autorów, „bialskiej akademii”, jaką było I L.O. im. IJ. Kraszewskiego. Rozumiem „umiłowanie” Pana dr Flisińskiego do swojej uczelni, ale przypominam, że w roku 1907 istniały dwa gimnazja damskie i męskie. Pomimo swojego męskiego szowinizmu muszę przypomnieć o roli i znaczeniu w historii miasta gimnazjum żeńskiego II L.O. im. E. Plater, którego po koedukacji jestem absolwentem.
            
Piękną monografię mojej uczelni napisał Pan mgr Henryk Kwiatkowski „II Liceum Ogólnokształcące im. E. Plater w Białej Podlaskiej – szkoła i jej dzieje od początku do chwili obecnej”. Chwała mu za to, bo gdyby nie On wszyscy by myśleli, że w Białej Podlaskiej była tylko filia Akademii Krakowskiej.
            
Marzy mi się monografia Białej Podlaskiej oparta na opowiadaniach i historiij przekazanej przez jej jeszcze żyjących, a z każdym dniem jest ich mniej, mieszkańców. Nawet tytuł plącze mi się po głowie – „Biała naszych wspomnień, Biała naszych lat”. Byłby to żywy obraz historii miasta. Miasta w, którym podobno mieszkał też Żeromski, a tereny gdzie jest Miejski Dom Kultury dawniej Dom Partii oraz stary szpital były ziemiami kościelnymi. Może napiszę, ale  muszę się przekonać, że moja twórczość jest coś warta oraz „przyswajalna”. 



 [1]
http://www.radiobiper.info/?id=wiecej&i=6036
04.03.2011 r. Monografia Białej Podlaskiej – tom trzeci w rękach czytelników

Data: 28.02.2011, 13:24
Kategoria: Artykuły –> Miasto
Tekst: Urząd Miasta Biała Podlaska
Materiał: Urząd Miasta Biała Podlaska
Zdjęcia: Mariusz Maksymiuk
Opracowanie: Marek Krzewicki

 

POKRĘTNOŚĆ INTERESÓW DAMSKO-MĘSKICH

             Wreszcie czas napisać prawdę. Dotychczasowe grzeczności, uprzejmości oraz tak zwana „dyplomacja płci” musi ustąpić miejsca prawdzie. Relacje mężczyzna-kobieta czy jak ktoś woli kobieta-mężczyzna są bardziej pokrętne niż nam się to wydaje. Nie będę jednak brał udziału w polemice na stronach internetowych „Mars i Wenus”, ale przedstawię swoje przemyślenia. W historii gatunku „Homo Sapiens” relacje damsko-męskie w zależności od uwarunkowań ekonomiczno-społecznych, głównie ekonomicznych, różnie się układały. W większości przypadków rola mężczyzny była dominująca, czyli Patriarchat był układem społecznym panującym na Świecie. Rolą mężczyzny było zapewnienie bytu i odpowiedniego poziomu życia kobiecie, swoim potomkom, czyli rodzinie. Kobieta zajmowała się domem i wychowaniem potomstwa, w przypadku chłopców do dziesiątego roku życia. Standardowy podział ról przetrwał do późnych lat dziewiętnastego wieku. Nie znaczy to, że już wcześniej nie zdarzały się przypadki prób zmiany tych relacji wynikające z emancypacji kobiet oraz feminizacji życia.           
              
Wiek dwudziesty demokratyzacją życia oraz równouprawnieniem przewartościował wyżej wymienione relacje. Kobiety uzyskały prawa wyborcze, a tym samy nabyły osobowość prawną. Świat i praca stały się ogólnodostępne dla obu płci. Emancypacja kobiet osiągnęła swój najwyższy poziom rozwoju. To, co kiedyś domeną było tylko mężczyzny stoi otworem dla wszystkich. Gorzej, dzisiaj dzieci mogą oskarżyć swoich rodziców o znęcanie się psychiczne i fizyczne, pozbawiając ich praw rodzicielskich. Rola i znaczenie rodziny ulega dewaluacji niestety w kierunku ku gorszemu. Coś, co sprawdzało się przez wieki okazuje się, że dziś jest sprzeczne z wolnością osobistą. Niedawno słyszałem w telewizji wypowiedź redaktorki, która mówiła, że kiedyś było przyjęte w ogólnospołecznej tradycji, że jeżeli mąż nie bije swojej żony to znaczy, że jej nie kocha. Faktem jest, że dziś siły fizycznej nie powinno się wykorzystywać, jako argumentu, ale żal. 
              Obserwując życie polskiej wsi stwierdzić należy, że polska wieś „rodziną stoi”. Rola męża, ojca jest mocno osadzona w strukturach społecznych i jak dotychczas jest niezagrożona. Widziałem i byłem pełen podziwu kiedy mąż, ojciec, dziadek lecząc się w szpitalu kierował faktycznie działalnością rodziny. Gdzie żona, co tydzień przyjeżdżała zdawać relację oraz codziennie telefonicznie konsultowała się z mężem w sprawie prowadzenia domu i gospodarstwa. Napawa to nadzieją, że polska wieś przetrwa i nie wpadnie w chaos emancypacji życia. 
           
            
Niestety w miastach wszystko zostało postawione na głowie. Kobiety, a jest ich coraz więcej, przejęły inicjatywę oraz dominację w życiu społecznym. Mężczyźni, ktoś by powiedział „zniewieścieli”, ale z drugiej strony „zmądrzeli”. Mądrość niestety nie współpracuje z aktywnością. Lenistwo, spokój, brak zaradności to główne przyczyny, że to, co było naszą dominacją – władza, przekazaliśmy kobietom. Praca intelektem stoi w sprzeczności z pojęciem władzy. Tylko królom, dyktatorom, prezydentom oraz premierom jest to dozwolone, chociaż też czasami za to płacą głową. Mężczyzna w rodzinie tym żonie nie zaimponuje. Jedynym ratunkiem jest w naszych czasach niewiązanie się w trwałe związki. Najlepsze jest jeszcze spisanie wspólnej „intercyzy”, która pozwoli nam przynajmniej zachować twarz w przypadku rozstania. Związki w dzisiejszych czasach, kiedy nasza rola sprowadza się do prokreacji, a w późniejszym czasie pokarmu dla „modliszki”, nie napawa optymizmem. Związek może przetrwać tylko wtedy, kiedy dobrowolnie podporządkujemy się tej, która nas wybrała, ale nie liczmy na to, że darzyć nas będzie w takim układzie szacunkiem oraz poważaniem. Kobietom imponują mężczyźni silni, stanowczy, ale niestety niepasujący do układów rodzinnych. Czysta sprzeczność interesów. Jak kotka, która gdy kot jest potrzebny potrafi się płaszczyć i milić, z chwilą gdy jej to nie pasuje potrafi dać po pysku. Trudno doradzić jak kształtować związki damsko-męskie, gdyż jest to problem całej naszej cywilizacji. Począwszy od człowieka pierwotnego po czas dzisiejszy. Matryjarchat i Patryjarchat to sprzeczność, która przez wieki prześladuje nasz gatunek i do dnia dzisiejszego nie znalazł się mądry, który potrafiłby podać właściwe rozwiązanie. 
            
            Wiem jedno na pewno i możliwe, że narażę się władzom kościelnym, ale ktoś musi wykazać się przezornością. Chwała polskiej wsi, że kieruje się normalnością. Miastu i nam, mężczyznom radzę. Kobiety chcą rządzić, lub chcą mądrze być rządzone. Dajmy im tę możliwość, ale zachowajmy sobie możliwość odwrotu. Wykażmy się mądrością i przezornością, którą podobno mamy. Związek tak, bo z uczuciem nie można walczyć, ale wiedzmy, że z czasem ono mija i zaczyna się proza życia. Potomstwo tak, bo po to istniejemy i musimy mu zapewnić warunki dorastania. Natomiast nie można Panowie pozwolić na utratę swojej tożsamości. Chcą rządzić niech rządzą, ale nie nami. My potrafimy zadbać o swój byt oraz byt rodziny, ale mamy też możliwość powiedzenia dość. Przy „ślubach małżeńskich, kościelnych” niestety nie. Chyba, że chcemy stracić swoją wiarygodność, że nie podołaliśmy przyrzeczeniu, a to już mężczyźnie nie uchodzi. Przynajmniej w mojej ocenie. Dlatego jestem zwolennikiem związków partnerskich opartych na intercyzach oraz uwarunkowaniach prawnych. Każdy musi mieć prawo do samostanowienia chyba, że wrócą czasy Patryjarchatu. Każdy mężczyzna chce być podziwiany i szanowany przez swoje kobiety, czy im się to podoba, czy nie?