„FORFITER” PO PODLASKU

            Oglądając przegląd kabaretów polskich w telewizji usłyszałem piosenkę o „forfiterze”. Zaskoczony tytułem zapytałem młodych, co to za nowe pojęcie? Kto to jest Forfiter? Okazuje się, że jestem zacofany w Internecie i nie śledzę bestsellerów Netu. Młodzi pokazali mi film o polskich wyczynach w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Krótki film o karmieniu aligatora przez Polaków można obejrzeć pod tym adresem:

.
             Skojarzenia miałem jednoznaczne. Przypomniały mi się wszystkie filmy z serii „Nie ma mocnych”.
Przekaz do kręconego przez autora filmu jest obłędny. Wulgaryzm, który w normalnych sytuacjach byłby jak najbardziej nie na miejscu w sytuacji kontaktu z „Predatorem” jest jak najbardziej adekwatny do sytuacji. Nazwanie takiej sobie długości „bestii” – francą, która usiłuje dostać sie do łódki, świetnie odzwierciedla dramatyzm sytuacji. Oglądalność filmiku przekraczająca ponad milion wyświetleń przekonuje nas, że autentyczność przekazu oraz wiarygodność zachowań plasuje nas, jako naród w czołówce komediowych zachowań.            
            
Najfajniejsze jest to, że życie kreuje nas na samoistnych bohaterów grotesek, które w podtytule mają nazwę „Polak potrafi”. Wszyscy pamiętamy rozmowę biznesową prowadzoną w języku angielskim, której ozdobnikiem emocjonalnym jest tak bardzo popularny w Polsce wyraz na literę „K”, a charakteryzujący osobę płci pięknej reprezentującą zawód „lekkich obyczajów”. Nasza skłonność do spontanicznych zachowań oraz wynikająca z sytuacji elokwencja znalazły odzwierciedlenie w wielu filmowych produkcjach. Szczególnie wschód Polski cieszy się uznaniem. Wszyscy znamy cykl filmów o Kargulach i Pawlakach, którzy co prawda zamieszkiwali ziemie odzyskane, ale nie wyzbyli się wschodnich słowiańskich korzeni.
            
Z pewną dozą niezadowolenia moja mama zwróciła mi uwagę i poprosiła o słowną reakcję na fakt, że większość komediowych filmów obecnie produkowanych w Polsce bawi się kosztem zachowań mieszkańców Polski Wschodniej. Czyli ludzi zza rzeczki. Ludzi zamieszkujących Podlasie i Lubelszczyznę. Głębsza analiza problemu potwierdziła słuszność przypuszczeń Mamy. Filmy typu: „Ranczo”, „Konopielka”, „U Pana Boga za miedzą”, „U Pana Boga w ogródku”, „U Pana Boga za piecem”, ośmiesza nasz podlaski styl życia. Wszyscy zapomnieli, że jeszcze tak niedawno funkcjonowały zachowania „przyjezdnych warszawiaków” oraz postaw typowych dla popkultury lat siedemdziesiątych przedstawionych w filmie „Rejs”. Wspaniały i wyszukany intelektualny dowcip krytyki PRL-owskiej społeczności bawił i zachwycał niczym kabarety Jana Pietrzaka oraz Zenona Laskowika. Niestety czasy się zmieniły. Wyszukany, intelektualny dowcip czasów postkomuny prezentowany w filmach „Miś” czy „Rozmowy kontrolowane” został zastąpiony dowcipem regionalnym. Zdaję sobie sprawę, że trafność osądów i zachowań bez podtekstów politycznych przekazana dialektem podlaskim może bawić oraz zachwycać, ale dlaczego kosztem ośmieszania szczerych mieszkańców Podlasia? Dlaczego nikt się nie śmieje z Kaszubów, Górali, Ślązaków czy Wielkopolan? Czyżby im brakowało wrodzonego poczucia śmieszności? Nie sądzę. Przecież ksiądz profesor Józef Tischner powiedział, że są w życiu tylko trzy prawdy: święta prawda, tysz prawda i gówno prawda, a parzcież był góralem. Myślę, że też w innych sferach regionalno-kulturowych Polski mądrości życiowe oraz ich zastosowanie w praktyce mogłoby posłużyć za materiał przebojowych komediowych scenariuszy. Czemu zatem Podlasie? Odpowiedź jest prosta – tu są korzenie polskości. Podlaski dialekt oraz poczucie humoru jest pojmowane przez wszystkich, bo wszyscy w Polsce przyswajają przekaz.
             
Kochana mamusiu nie musimy się wstydzić miękkości naszego języka oraz jasności poglądów, bo wszyscy nam zazdroszczą, a zarazem przypominają sobie skąd pochodzą. Prostota wyrazu myśli oraz mądrość życiowa mieszkańca Podlasia oraz Lubelszczyzny zachwyca treścią oraz trafnością osądów, przemyśleń oraz spostrzeżeń. Jeżeli wszyscy widzą przyjemność w przyswajaniu tych wartości tym bardziej powinniśmy się cieszyć, że Polska Podlasiem i Lubelszczyzną stoi oraz mądrością jego mieszkańców. Sam z przyjemnością oglądam „Ranczo” oraz serię z „Panem Bogiem”, zachwycając się mądrością moich regionalnych rodaków. Uczmy się życia od tych, co pojmują je najlepiej i najprościej, czyli od Nas.

AMBIWALENTNY STOSUNEK DO ŻYCIA

           Szanowni Państwo mam ambiwalentny stosunek do życia. Troszeczkę czasu trwało zanim stało się to prawdą oczywistą. Ktoś kiedyś powiedział, że życie jest nieuleczalną chorobą przenoszoną drogą płciową. Chorobę tę odczuwam od przeszło pół wieku. Maltretuje ono moje ego, bawiąc się chwiejnością charakteru oraz istotą pojmowania Świata. Budząc zachwyt i radość istnienia w konfrontacji z frustracją i rozdrażnieniem dnia codziennego. Warto jednak żyć mimo, że wiąże się to z nieustannym strachem przed nagłą „kasacją”. Prawdę tę wszyscy znamy jednak nie przeszkadza to nam skutecznie komplikować sobie codzienność w relacjach międzyludzkich. Pamiętając o kruchości funkcjonowania oraz zagrożeniach związanych ze złym stanem „układu krążenia” podnosimy sobie ciśnienie w celach zdrowotnych. Pozwala to nam bezpiecznie przetrwać kolejny dzień w atmosferze wkór……, stresu oraz wnerwienia, ale w pełnym odczuciu uczuciowym istnienia.
 
           Nasze atawistyczne euforie i uniesienia życiowe jakże cieszą w konfrontacji z chamstwem i drobnomieszczańskim systemem zachowań. Radosne wariacje wieku dojrzewania w powiązaniu z mądrością i nudą wieku średniego promieniują w relacjach prostych reguł finansowych opartych na bilansie zysków i strat. Wspaniałość i przyjemność kontaktów damsko-męskich budzi emocje tak charakterystyczne dla naszego gatunku, których za żadne skarby myślę nikt nie chciałby zrezygnować chyba, że ma inne orientacje lub jest z nim coś nie tak. Jakże cieszy nieustanna walka o dominację w środowisku samców oraz porównywalne nieustanne współzawodnictwo „blondynek” z „brunetkami” w świecie kobiet. Takie to atawistyczne a zarazem ludzkie. Pokrętność oraz złożoność tych relacji skutkuje zawrotem głowy przeciętnego intelektualnie przedstawiciela płci. Staje się zatem zrozumiałe, że coraz częściej przybywa nam klientów poradni psychologicznych i psychiatrycznych (chyba muszę poprosić przyjaciela o prywatną sesję). W całej złożoności sytuacji istotne jest to czy ten przeciętnie intelektualny osobnik ma odpowiednią grubość tkanki ochronnej pokrywającej nasze ciało, a nazywanej potocznie – skórą.           
         
Jak się okazuje i twierdzą to mądrzy w życiu i prawie, grubość skóry jest miernikiem naszej odporności na stres oraz przeciwności losu. Przyznam się szczerze, że nigdy nie mierzyłem grubości tej tak istotnej w naszym życiu tkanki, ale w oparciu o opinie życzliwych mi osób nie stwierdzono mojej gruboskórności. Żal i upokorzenie szarpie moje uczucia, że nie dorosłem do ogólnie przyjętych standardów. Rozpacz ogarnia oraz panika, że brak mi tak dostępnych zachowań obronnych jak: chamstwo, znieczulica, obojętność oraz wrogość. Podziw budzi łatwość adaptacji oraz przyjęcia obronnych zachowań przez otaczającą oraz wszechobecną przeciętność. Uczucie, życzliwość, sympatia toczy odwieczną walkę ze złośliwością, zazdrością, pogardą oraz obojętnością i niestety brak wyraźnych symptomów, że któraś z opcji odnosiłaby wyraźny sukces (cholera, ale to pompatyczne). Odwieczna walka dobra ze złem trwa nie od dziś, a nawet dłużej i na pewno o jeden dzień dłużej niż koniec Świata (a to już z Owsiaka).  
           
          
Ambiwalentny stosunek do życia myślę, że nie jest tylko moim udziałem. Natomiast postępująca demokratyzacja życia oraz ambisentencja[1] poglądów (prawda, że brzmi mądrze), a tym bardziej ambitendencja[2] postępowania stwarza wrażenie irracjonalności rzeczywistości oraz konieczność alienacji, celem uzyskania tak zwanego spokoju ducha i jak wiemy nic to nie ma wspólnego z istotami astralnymi. Kontynuując teoretyczne rozważania nad istotą naszego istnienia dochodzimy do udowodnienia tezy, że czy nam się to podoba czy nie oraz czy my będziemy czy nie, życie na globie zwanym Ziemią wcale się nie będzie pytać, co sądzimy o jego istnieniu oraz jakie to ma znaczenie? Jedynie słuszną prawdą jest to, że gruboskórnych to nie dotyczy. Zatem Kochani dbajmy o swój naskórek.


[1] Głoszeniem całkowicie sprzecznych stwierdzeń 
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ambisentencja
  21.06.2011 r.
[2] Wykonywaniem sprzecznych ze sobą czynności
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ambitendencja
  21.06.2011 r.

EPITAFIUM DLA KOLEGI

            Mówiąc szczerze mam dość pisania o śmierci. Praktycznie, co tydzień żegnam Kogoś, kto był częścią moich wspomnień, mojej historii. Przemijanie jest normalne, ale nie może zabierać osób, które jeszcze nie dorosły do wieku umierania. Żegnam dziś mgr Mariana Skrzyńskiego nauczyciela, pedagoga. Kolegi, z którym spotykaliśmy się rzadko, ale zawsze mieliśmy dla siebie dużo życzliwości i sympatii. Podziwiałem jego upór i konsekwencję w zagospodarowywaniu tych kilkudziesięciu metrów kwadratowych spółdzielczej własności. Wspaniale urządzony i przygotowany domek działkowy zachwycał ergonomią i prostotą funkcjonowania. Widziałem Jego radość i dumę ze swojej pracy. Cieszyłem się z kolegą z jego pracy i satysfakcji ze spełnienia. Kiedy dzwoniłem do Prezesa Ogródka Działkowego by dowiedzieć się szczegółów dotyczących Kolegi Mariana, dowiedziałem się jedynie, że żona była na działce i kontynuuje dzieło męża.           
           
Pomyślałem sobie, poszukam informacji o Marianie na stronach internetowych. Przecież nie może tak być, że po przepracowaniu kilkudziesięciu lat w szkole nie ma śladu po człowieku. Niestety poza krótkimi informacjami na „naszej klasie” nie znalazłem nic, zero, nool. Kim zatem był Marian Skrzyński? Był prawdziwym nauczycielem. Wielu zapyta, co to znaczy prawdziwy nauczyciel? Odpowiedź jest banalnie prosta – powołanie, wiedza, umiejętności. Wiem, że niektórzy uważają słowa za banały, ale ja wiem, że dla Kolegi Mariana było to życiowe motto. Wiem też, że nie tylko ja to wiedziałem. Przełożeni, Koleżanki i Koledzy zawsze cenili w Mariannie szczerość, stanowczość i pryncypialność. Wiedzieliśmy, że zawsze możemy liczyć na jego wsparcie i pomoc. Myślę, że nie ma wśród kadry nauczycielskiej szkoły podstawowej Nr 2 oraz Nr 9, nikogo, kto powiedziałby złe słowo o Marianie. Boli tylko, że tak szybko odchodzimy. Marian tak bardzo cieszył się swoją ostoją, jaką była jego działka. Dziś jest tylko miejsce na cmentarzu komunalnym na Białce. Została tylko rodzina i my czekający w kolejce by dołączyć do szeregu.
           
           
Gdzie jest ta szkoła, która wychowała nas na pedagogów, inżynierów, humanistów? Gdzie są Ci ludzie, którzy uczyli nas, co to jest powołanie, obowiązkowość oraz co to znaczy być nauczycielem? Dziś nauczyciel to pracownik administracji państwowej, zawód jak każdy inny. A powołanie?. Przepraszam tych, którzy naprawdę mają ten tak zwany dar boży – powołanie. Was koleżanki i koledzy przepraszam, ale nikt mi nie powie, że przerost administracyjny oraz gabinetowy szkolnictwa prowadzi do jego rozwoju. Nauczyciel, który nie kocha szkoły, który nie kocha dzieci nie jest nauczycielem. Nauczyciel, którego kariera oparta jest o wynagrodzenie, który nigdy nie przejmował się szkołą to nie nauczyciel, to pracownik administracji. Zna przepisy, zna teorię, ma wiedzę, ale nigdy nie przekazywał jej z zaangażowaniem. Widzi w nauczaniu tylko środek materialnej egzystencji. Jest szkolnym „wyrobnikiem” nie pedagogiem. Nauczyciel, którego praca sprowadza się tylko do udowodnienia indolencji uczniowi, a nie do pomocy i pracy w pogłębianiu jego umiejętności jest de-nauczycielem i powinien się zastanowić nad dalszym funkcjonowaniem w tym zwodzie. 
           
            
Kolega Marian był prawdziwym nauczycielem, kochał szkołę, a uczniowie go szanowali. Znaliśmy się krótko, sporadycznie spotykając się na działce. Marian kochał Białą oraz kochał bialskie szkoły tak jak każdy z nas w swoim zawodzie związał się z tradycją tego miejsca, z ludźmi. Dziś już nie ma Go wśród nas odszedł zdobywać nauczycielskie szlify u Najwyższego Nauczyciela. Zostali koleżanki i koledzy wierni ideałom, wierni nauczycielskiej tradycji, wierni sobie oraz zasadom, które im wpojono na studiach. Zasad, których dzisiaj już nikt nie zna. Szkoda tylko, że z każdym rokiem Pan ich powołuje do siebie. Kolego Marianie będziemy o Tobie pamiętać. Cześć Twojej Pamięci.  

ZROZUMIEĆ SIEBIE

           Wbrew pozorom to nie jest prosta sprawa. Praktycznie całe nasze życie staramy się zrozumieć siebie i otaczającą nas rzeczywistość. Wydaje się nam, że jesteśmy kowalami naszego losu. My kształtujemy naszą przyszłość i codzienność. Prawda jest troszeczkę inna. Liczy się konsekwencja i upór, ale i tak dochodzimy do wniosku, że naszym życiem rządzi przypadek. Co gorsza, zawsze coś się dzieje kosztem czegoś. Czyli ponosimy tak zwane „koszty nieprzewidywalne”. Koszty, które jak nam się wydaje są mniejsze niż wybrane działanie. Wolność wyboru czy brak wyboru jak to już pisałem, który jest też wyborem, jest uzależniony od sytuacji oraz realiów chwili. Wydaje się nam, że panujemy nad sytuacją, a w rzeczywistości to sytuacja kreuje nasze działanie.
         
Wielcy tego Świata kierowali się intuicją, magią, proroctwem często otaczając się ludźmi, których potocznie nazywano „Lucky Man” (szczęściarz). Sukcesy, w których brali udział często nie wynikały z umiejętności taktycznych czy przywódczych, a po prostu były skutkiem zbiegu okoliczności, które z porażki czyniły zwycięstwo. Aleksander Wielki, Napoleon, Hitler czy Stalin nie przeszliby do historii gdyby nie szczęście. To, że Hitler był „Lucky Man” chyba nikt nie wątpi. Nieudany zamach bombowy, w który nie odniósł żadnych ran świadczy, że nie miał pecha. Oczywiście szczęście nie jest wieczne i przychodzi czas, że trzeba za nie zapłacić. To nasze zamiłowanie do entropii prześladuje nas przez całe życie. Zrozumienie oraz jej poznanie zaprząta uwagę naukowców i psychologów, ale jak na razie jedynie Stanisławowi Lemowi udało się ją, chociaż troszeczkę ogarnąć. Oczywiście, jako motyw opowiadań fantastyczno – naukowych.
           
Wydaje mi się, że współcześnie coraz częściej opieramy swoją przyszłość na tak zwanym „Losie Szczęścia”. Jakoś to będzie i bierzemy kredyt, o którym wiemy, że będziemy mieli problem ze spłaceniem, bo przecież trzeba z czegoś żyć. Gramy w totolotka, loterie, oddajemy się hazardowi, bo mamy nadzieję, że los będzie nam łaskawy. Coraz częściej kierujemy się okultyzmem, bo daje nam nadzieję na ogarnięcie naszych problemów. Przy dobrych układach gwiazd popadamy w euforię oraz samouwielbienie, które pcha nas do czynów, które w myśl potocznej moralności, są czynami nieetycznymi. Brak moralności, jak pokazuje codzienność jest motorem sukcesu, ale w przypadku porażki gwoździem do trumny. Dwudziesty pierwszy wiek technicznego postępu w mojej ocenie dzięki działaniom społeczno-politycznym pcha nas ku upadkowi etyczno-moralnemu. Brak wzorców moralnych oraz swoboda egzystencji oparta na przekazach informatyczno-medialnych alienuje jednostkę ze społeczeństwa. Stajemy się pomału „Surogatami” i to nie tylko w przenośni, ale coraz częściej jest to świat młodych ludzi. Świat wirtualny staje się pomału światem rzeczywistym.
         
Bohaterowie wirtualni, którzy mają po kilka istnień, niszczą instynkt samozachowawczy. Brutalność i przemoc to już nie film czy gra, a coraz częściej codzienność. Młody człowiek nie ma szacunku do odziedziczonych wartości. Słowa Bóg, Honor, Ojczyzna to nie motor patriotycznych działań i uniesień, a jedynie powód pojawiających się uśmiechów i zażenowania. Jak dzisiaj mówić o Ojczyźnie kiedy mamy Unię Europejską? Jak mówić o tożsamości narodowej, jeżeli jesteśmy już prawie obywatelami Świata? Jakie więc mamy wartości, które znalazłyby uznanie współczesnych obywateli naszego kraju? Nędza, ubóstwo, chamstwo, przemoc, beznadziejność oraz brak perspektyw, a z drugiej strony nadzieja, okultyzm, wiara, wirtualność, euforia oraz uniesienie tworzy mieszankę wybuchową, która musi skutkować zmianami psychospołecznymi. Społeczeństwo się zmienia, mądrzeje, ale też emocjonalnie ubożeje. Brak perspektyw i przyszłości skutkuje ukierunkowaniem na nierzeczywistość. Tam życie jest piękniejsze, a bycie na „Haju” kolorowe oraz barwne. Problem dzisiejszej młodzieży to nie brak dostępu do wiedzy, a jej nadmiar. Wiedza, informacja zabija nasze pojmowanie Świata, przedstawiając go, jako źródło wzorca egzystencji, mimo, że brak realnych podstaw samorealizacji. Nie potrafimy cieszyć się tym, co mamy widząc przed sobą „Złotego Cielca” tak bliskiego, a z drugiej strony tak fizycznie odległego.
          
Komputer, informatyzacja to nasze dobro, ale też i nasze przekleństwo. Dziś nie ma domu gdzie mieszkańcy nie byliby w Necie. Kiedyś krótkofalowcy stanowili elitę społeczną, która Świat czyniła małym i bez granic, ale ceną był sprzęt i umiejętność „Tikania”. Dziś na Facebooku możemy się dowiedzieć, co się dzieje na Alasce albo Karaibach. Możemy pogadać sobie nie patrząc na granice, kilometry czy czas. Świat się zrobił mały. Możemy się zakochać na odległość w kimś wcale niepodobnym do pięknej seksownej dziewczyny. Śmiało możemy powiedzieć, że uczucie nie zna granic, ani osobowości. Obserwując życie widzę też drugą stronę lustra, która wcale nie jest tak piękna. Komputer wkrótce może stać się przedmiotem mobingu. Już dziś wielu pracodawców rozlicza swoich pracowników z zakresu prac, które zostały zrealizowane na komputerze. Monitoring oraz nadzór elektroniczny pozbawia nas prywatności oraz anonimowości. Komórka i GPS to nie tylko pomoc, ale też i pies wartownika, jako nadzór, śledzący każdy nasz ruch, czyn oraz postępowanie. Prędzej czy później dojdzie do tego, że komputer będzie dyktował nam styl postępowania i bycia. Staniemy się numerem w bazie danych przemieszczającym się na mapie Świata. Ciekawe tylko czy nasze własne komputery pod osłoną czaszki będą właściwie działały. Myślę, że najwyższy czas poznać samego siebie i zrozumieć, co jest dla nas najważniejsze.      

SYNDROM NANGAR KHEL

            „W dniu 16 sierpnia 2007 roku w Islamskiej Republice Afganistanu w rejonie Gwashta, prowincji Paktika, 28 km od wioski Waza-Khwa pod amerykańskim HMMWV (potocznie hamer) wybucha IED, czyli improwizowany ładunek wybuchowy. Polski patrol znajdujący się najbliżej, jedzie na ratunek kolegom. Niestety także pod kołowym transporterem opancerzonym wybucha ładunek – rosomak zostaje uszkodzony. Okazało się, że tym razem nie był to zwykły atak, ale kombinowana zasadzka. Wywiązała się walka pomiędzy wojskami koalicji, a talibami. Ujęto dwóch uciekających bojowników. Zabezpieczono broń, telefon satelitarny oraz kamerę z nagraniem tej, oraz innych akcji bojowych terrorystów. Dowódca zespołu bojowego „C”, wysyła dwa plutony, aby te udały się w rejon zajścia. Jeden z plutonów ma za zadanie ewakuację uszkodzonego pojazdu. 1. Pluton Szturmowy dowodzony przez podporucznika Łukasza Bywalca, po dotarciu na miejsce miał za zadanie wykonać ostrzał punktów obserwacyjnych, z których może być prowadzona obserwacja sił koalicji. W tym samym czasie cały czas trwa pościg za pozostałymi talibami. Ze względu na bliskość zabudowań. Pluton „Delta” rezygnuje z użycia moździerza M98 i wybiera mniejszy M60. Potocznie mówi się, że ostrzelano wioskę Nangar Khel co nie jest prawdą! Jeden z pocisków wpadł w wolnostojące zabudowanie Shah Mardan, drugi obok tego zabudowania. W wyniku tego nieszczęśliwego zajścia zginęło sześć osób, trzy zostały ranne. Przysiółek, o którym mowa, znajdował się około 1 km od wioski Nangar Khel! Warto o tym wiedzieć, bo media nie podawały rzetelnie tych informacji.”[1]           
          
Przypomina mi się znana z literatury opowieść o śmierci Generała, który kulom się nie kłaniał. Młodszym czytelnikom przypomnę, że chodzi tu o generała Karola Świerczewskiego, który zginął śmiercią bohaterską pod Baligrodem. Tak mówi opowieść prawie legenda, realia są inne. Świerczewski zginął w miejscowości odległej o prawie pięć kilometrów od Baligrodu w Jabłonkach, ale to troszeczkę gorzej brzmi niż Baligród. Bitwa pod Grunwaldem też lepiej brzmi niż pod Tannenbergiem gdzie się rozegrała. Takich przykładów dopasowywania miejscowości do wydarzeń w historii mamy bardzo dużo. Często „zakłócają” wiarygodność wydarzeń, ale pozwalają im przejść do historii. Niestety, jeżeli coś brzmi bardzo przyswajalnie dla ucha tym łatwiej utrwala się nam w pamięci. Nangar Khel bez względu na to czy faktycznie miały tam miejsce opisane wyżej zdarzenia przeszło do historii oręża polskiego, jako miejsce tragedii ludności cywilnej, zginęli z rąk polskich żołnierzy.
 
          Prawie pięć lat trwa proces siedmiu wojowników, którzy nie z własnej woli, lecz zgodnie z rozkazem wykonywali zadania bojowe na obcej afgańskiej ziemi. Pięć lat pomówień, oskarżeń oraz zaocznego skazania przez media nie złamał ducha żołnierzy, którzy za zawód, pracę wybrali narażanie swojego życia w obronie pokoju. Pisałem pięć lat temu na blogu, że wojsko w tamtym czasie można było podzielić na żołnierzy z poboru oraz wojowników. Dziś są już tylko profesjonaliści, powołań jak na razie nie przewiduje się. Wojownicy, profesjonaliści godnie i z zaangażowaniem bronią naszych praw do wolności, swobody istnienia bez zagrożenia widmem działań asymetrycznych reprezentowanych przez różne ugrupowania terrorystyczne. Wiemy wszyscy, że dzisiejszy Świat to nie walka armii, wojsk, partyzantki. Dzisiejsze konflikty zbrojne to działania terrorystyczne. Teatrem działań nie jest linia frontu, ale miasta, wioski, lasy po prostu cały glob. Dzisiaj wróg to nie uzbrojony umundurowany żołnierz, ale kobieta, starzec, dziecko, które w fanatycznym działaniu niszczy swoje i innych życie. Film „Unthinkable” (Bez Reguł) Reżyseria: Gregor Jordan. Występują: Samuel L. Jackson, Carrie-Anne Moss, Michael Sheen. "Unthinkable" to thriller psychologiczny, który trzeba obejrzeć by zrozumieć, co to jest terroryzm. Nasze pojmowanie problemu jest dalekie od rzeczywistości. Nasze dylematy moralne oraz etyczne wierzcie mi po obejrzeniu filmu ulegną przewartościowaniu.           
         
Syndrom Nangar Khel zawitał do naszej armii w najmniej odpowiednim miejscu i czasie. Tak jak powiedział jeden z wojowników: – „mam nadzieję, że nikt nie zginął przez brak zdecydowania lub wahanie”. Najbardziej boli, że potraktowano ich jak przestępców, w brutalny sposób zatrzymano. Dziś myślę, że Ci, co są na froncie, nie boją się wroga, ale dylematu „Nangar Khel”. Trzeba przewartościować, wzorcem armii amerykańskiej, zasady i status qou polskiej armii. Żołnierz musi czuć i wiedzieć, że ma poparcie społeczne oraz, że może liczyć na swoje państwo, gdy znajdzie się w potrzebie. Świetnie obrazuje to film „Regulamin Zabijania” (Rules of Engagement) Reżyseria: William Friedkin. Występują: Tommy Lee Jones, Samuel L. Jackson, Ben Kingsley. Terry Childers (Jackson) to gość o niezłomnych zasadach, chodząca reklama marines. Doświadczony uczestnik wojny w Wietnamie, wielokrotnie odznaczony, jeden z najbardziej kompetentnych dowódców oskarżony o wydanie rozkazu strzelania do ludności cywilnej. Podobnie jak u nas potrzebowano „kozła ofiarnego”, ale prawda wygrała. 
           
         
Dlaczego, by uległo coś zmianie, musi poświęcić się dobry człowiek, dowódca, żołnierz? Dlaczego ofiara złożona ze swoich przekonań dopiero uruchamia machinę przemian? Dowódca Wojsk Lądowych gen. broni Waldemar Skrzypczak niski wzrostem, ale wielki duchem wystąpieniem na pogrzebie wojownika poświęcając swój autorytet oraz stanowisko rozpoczął pozytywne zmiany w siłach zbrojnych oraz w pojmowaniu naszego udziału w misjach stabilizacyjnych przez polityków i społeczeństwo. Nie bał się powiedzieć prawdy w trosce o żołnierzy. Czy dziś są jeszcze tacy dowódcy? Zarzucana medialność przez środowisko „zaskorupiałych” ni jak nie pasuje do medialności „gromowładnego”. Trzeba rozróżnić „pokaz” od przekazywania swoich poglądów oraz walki o dobro polskiej armii. Zmiany są widoczne przynajmniej na misjach i miejmy nadzieję, że pozytywny koniec sprawy Nngar Khel zakończy też jej syndrom.


[1]   J. Gubała – „ Prawda o Nangar Khel”
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/prawda_o_nangar_khel_197811-2–1-d.html
  05.06.2011 r.

KRÓTKOWZROCZNOŚĆ

            Krótkowzroczność choroba oczu polegająca na ostrym i wyraźnym widzeniu przedmiotów blisko nas znajdujących się. Gorzej z przedmiotami odległymi, które rozróżniamy, ale wydają się nam odległe i rozmyte. Mamy wtedy tak zwany brak ostrości widzenia. Choroba z dziedziny okulistyki znalazła swoje odzwierciedlenie w dziedzinie psychologii. „Krótkowzroczność” to brak przewidywania i analizy spraw w aspekcie perspektywy czasowej. Skoncentrowani jesteśmy na chwili obecnej nie przewidując strat i zagrożeń przyszłości. Często spotykana w polityce i działalności gospodarczej. W przypadku okulistyki uleczalna, w aspekcie psychologii totalna porażka oraz klęska „zarażonego”.           
            
Krótkowzroczność najniebezpieczniejsza jest w dziedzinie polityki. Krótkowzroczność sfer politycznych może prowadzić do zagrożeń militarnych, społecznych oraz gospodarczych. Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że brak przewidywania przyszłości często prowadził do zmian ustrojowych. Obecna „Afrykańska Wiosna Ludów” też ma swoje podłoże w krótkowzroczności panujących reżimów. Kryzys Światowy, też był wynikiem braku odpowiedzialności i przewidywania przyszłości ekonomicznej struktur finansowych. Jednak najniebezpieczniejsza jest krótkowzroczność państw w aspekcie działań militarnych. 
           
           
Wszechobecne zagrożenia asymetryczne po 11 września 2001 r. uzmysłowiły nam, że krótkowzroczność może być zabójcza. Dziś wiem, że było wiele sygnałów mówiących o zagrożeniu tylko je zbagatelizowano. Za zaniechanie działania naród amerykański musiał zapłacić najwyższą cenę. Cenę życia swoich mieszkańców. Minęło dziesięć lat, które charakteryzują się działaniami „cichej” wojny. Uważny obserwator zauważy doniesienia o aresztowaniach podejrzanych o działania terrorystyczne, ale nikt się tym nie przejmuje, bo takie są właśnie założenia tych działań. Cicho, bez paniki, ale skutecznie. Dziesięć lat trwa wojna na Bliskim Wschodzie i miejmy nadzieję, że nieprędko się skończy.
           
           
Podejrzewam, że niektórych zbulwersują moje słowa, ale tak, ja jestem za kontynuowaniem działań zbrojnych w Afganistanie, a jak trzeba to w Iranie i ponownie w Iraku. Zdaję sobie sprawę, że naszym dobrem jest ochrona naszych żołnierzy przed zagrożeniem ich życia. Zdaję sobie sprawę, że w społeczeństwie coraz bardziej nie ma zgody na wysyłanie naszych żołnierzy na misję, w której giną, ale też zdaję sobie sprawę, że takie przekonanie to choroba zwana „krótkowzrocznością”. Posłużę się przykładem medycznym związanym z problematyką, a nazywanym – gangreną. Wiemy wszyscy, że kiedy gangrena zaatakuje to jedynym lekarstwem jest amputacja zarażonego organu. Amputacja kończyny często ratuje nam życie. Zaniechanie prowadzi do rychłego końca, zejścia. Każdy się z tym godzi i rozumie, dlaczego więc nie potrafimy zrozumieć, że taką „gangreną” jest terroryzm. Mądre posunięcie ONZ oraz NATO udziału w działaniach stabilizacyjnych w Afganistanie może zostać zaprzepaszczone przez koniunkturalne działania rządów. Dopóki siły terrorystyczne wiążemy w działaniach w Afganistanie, dopóty my możemy spać spokojnie. Dziwne, że od dziesięciu lat nie spotkaliśmy się z większymi zamachami terrorystycznymi? Dziwne, że terroryzm milczy? Wiedzą, bo myślą, przewidując dalekowzrocznie, że nacisk społeczny przy braku odczuwalnych zagrożeń, wymusi wycofanie sił z zagrożonych rejonów, a wtedy będzie już za późno. Linia frontu, czy linia odcięcia gangreny niebezpiecznie zbliży się do serca. Musimy rozumieć i przewidywać. Tylko wiązanie sił terrorystycznych z dala od naszego kraju zapewni nam spokój i bezpieczeństwo naszym bliskim. Apeluję o dalekowzroczność. Nie dajmy się zaskoczyć. Krótkowzroczność jest zabójcza, jeżeli nie poprzemy Ameryki w działaniach antyterrorystycznych sami będziemy płacić wysoką cenę. Panie Prezydencie PROSZĘ o rozwagę.