WYŻSZOŚĆ RECHOTANIA ŻAB NAD TELEWIZJĄ

          Reportaż jest jedną z trudniejszych form przekazu informacji. Z jednej strony łatwość pisania niewymagająca weny twórczej z uwagi na konieczność trzymania się prawdy wydarzeń, z drugiej strony wyższa szkoła jazdy polegająca na umiejętności budowania zdań, które zainteresują czytelnika. Mistrzowie kunsztu pisarskiego z byle wydarzenia potrafią zrobić majstersztyk, który pochłania czytelników niczym „czarna dziura”, kształtując jego opinie i komentarze. Budząc jego zainteresowanie oraz przychylne opinie do przedstawionych w reportażu faktów i wydarzeń, bądź pogrążając organizatorów w czarnej rozpaczy z uwagi na nieprzychylne komentarze.           
         
Sobotni wieczór 23 lipca 2011 roku nie zapowiadał się, że będzie bogaty w szczególne przeżycia wewnętrzne i zewnętrzne. Miał być jednym z wielu, który udało się przeżyć. Około godziny szesnastej, po raczej spokojnym dniu, zaopatrzeni w prezenty i napoje wyskokowe wraz z małżonką udaliśmy się mobilnym pojazdem na imprezę plenerową organizowaną przez naszych przyjaciół z Międzyrzeca Podlaskiego. Pogoda na pograniczu jesiennej szarówki oraz wiosennego przejaśnienia nie nastrajała optymizmem i nie budowała nastroju letniego grillowania. Pocieszał fakt, że nie pogoda jest najważniejsza, a towarzystwo, z którym spędzamy wspólnie czas. Jadąc traktem warszawskim w kierunku Międzyrzeca wymienialiśmy z moim kochaniem poglądy na temat uzależnienia alkoholowego na przyszłej imprezie. Konkretnie chodziło, kto będzie kierowcą w drodze powrotnej. Debata nie trwała długo z uwagi na moje uwarunkowania zdrowotne, które jasno zostały określone przez mojego przyjaciela, lekarza rodzinnego, który jasno i wyraźnie określił moje za i przeciw. Zadowoleni z ustaleń, w miejscowości Rogoźnica skręciliśmy w prawo, by po przejechaniu kilkuset metrów skręcić w lewo do S ………, gdzie w ostatnich zabudowaniach wsi zostać z okrzykami nieukrywanej radości przywitani przez właścicieli oraz gospodynię wieczoru. Ela, Wiesia oraz Leszek przywitali nas serdecznością i radością gospodarzy witających mile widzianych gości. Chleba oraz soli nie było, był zato suto zastawiony stół różnego maści jadłem. Mięsiwo, galantyna oraz ryba nęciły widokiem oraz zapachem. Brak kompletu gości przedłużał moment realizacji przyjemności zaspokojenia łaknienia. Pozwolił zapoznać się z posiadłością gospodarzy. 
           
           
Wiesia i Leszek zapoznali nas z historią „Chaty Baby Jagi”. Nie wiem czy się przyjmie, ale tak nazwała ich domek moja małżonka. Niewielka chatynka oraz małe obejście ze spichlerzem, stodołą oraz obórką nie przyciąga wzorku przejeżdżających drogą podróżnych. Łatwo ich posesję przegapić, ale jeżeli masz czas i dostąpisz zaszczytu zapoznania się z obejściem będziesz miał okazję podziwiać kunszt i smak artystyczny gospodarzy. Domek nieduży, ale dopieszczony w szczegółach mnie zachwycił kominem wyłożonym z drobnych kamyków. Wnętrze dwuizbowe zachowuje styl i urok wiejskiej chaty. Piękny duży kominek, stare meble oraz drewniana podłoga zachowują nastrój wiejskiego obejścia. Jedyny ukłon ku nowoczesności to przestronna, nowoczesna łazienka ukryta za starymi drzwiami. W sieni zdjęcia pokazują stan przed renowacją obejścia. Podziwianie przerwało przybycie Ani oraz Krzyśków. Byliśmy w komplecie. Ucztę czas było zacząć. Ela gospodyni wieczoru serwowała smakołyki jeden za drugim, budząc zachwyt oraz zauroczenie szczególnie męskiego podniebienia. Opowieści dotyczące przeżyć oraz wrażeń z wojaży umilały wieczór. Kiedy alkohol zaczął szumieć w głowie oczywiście nie mojej, piosenka zagościła i rozbawiła towarzystwo. Ciężko się bez alkoholu przełamać do wspólnej zabawy, ale dla chcącego nic trudnego.
          
Przyjemność też sprawił los, który mnie doświadczył, a był skutkiem zemsty kobiet, które nie zachwyciły się moją tezą, że Ukrainki mają temperament. Ich ciche modły na pograniczu magii skutkowały załamaniem się krzesła pode mną. Zabawa była przednia, lecz nie dla mnie, całe szczęście kontuzją się nie skończyła. Wieczór szybko płynął na muzyce, opowieściach i śpiewie przy ognisku oraz rechotaniu żab, gdy wieczór zapadł. Ucichł wiatr zrobiło się cieplej, wieczór otulił wszystko i tylko ogień z ogniska strzelający iskrą wprowadzał nastrój spokoju i ciszy oraz sielskości podlaskiej wsi. Trudno się było żegnać, ale do domu trzeba było dotrzeć, więc mimo, że chciało się zostać musieliśmy jechać. Już w drodze wspominałem rechot żab. Panów z męską chrypką oraz głośny i skrzekliwy Pań żab.  

JEDNOMANDATOWE WYBORY DO SENATU

           Cieszy ogromnie fakt, że wreszcie demokracja wygrała nad nomenklaturą. Mamy możliwość udziału w wyborach, które dotyczyć będą człowieka, a nie partii. Wybierać będziemy kandydata, a nie ugrupowanie. Ileż to razy narzucano nam jedynie słusznych przedstawicieli, którzy nie byli z naszej „wsi”, lecz czuli się namaszczeni. Głosując kierowaliśmy się założeniami nie wiedzą i wartością człowieka. Mając nadzieję, że realizować będzie nasze przemyślenia. Rozczarowanie i przegrana towarzyszyły nam, bo wcale nie chodziło o nas, lecz o polityczne założenia. Nie dobro regionu czy wsi oraz miast, lecz to, co partia uchwaliła zabierając możliwość reprezentowania regionalnych społeczności.           
          
Jednomandatowe wybory to okazja dla każdego z nas. Wystarczy tylko znaleźć poparcie społeczne oraz zorganizować biuro wyborcze, a my zadecydujemy czy godzien jest naszego poparcia i głosu. Praca i mądrość działania będzie wykładnią dla wyborców. Sukcesy oraz uznanie społeczne w budowanie demokracji pozwoli wiarygodnie zadecydować czy wybrany senator jest nasz, a nie z klucza wyboru. Chciałoby się rzec, że wreszcie mamy demokrację, ale musimy przewidzieć, że wielu będzie nam gruszki na wierzbie obiecywać byleby znaleźć się w Warszawie. Jeszcze nie teraz, wierzcie mi, ale za cztery lata pieniądz będzie decydował, kto się znajdzie w senacie. Wszyscy wiemy, że poparcia społecznego samym gadaniem się nie zdobędzie. Potrzebne są czyny i działanie, a nie puste przelewanie słów, które są piękne, lecz ubogie w realne treści. Wiadomo też, że tylko pieniądz przemawia najwyraźniej, może nie bezpośrednio, ale dając nowe miejsca pracy, pomoc oraz wsparcie. Organizując fundacje i stowarzyszenia, które mogą wytypować swego przedstawiciela. Może to i dobrze, bo senator niezależny od kasy i układów może zawalczyć o więcej dla nas i dla Południowego Podlasia. Chociaż istnieje groźba, że to co dobre jest dla nas, niekoniecznie jest dobre dla senatora. Nie wydaje mi się, że władza otrzymana z wyboru zawsze będzie pozbawiona bezstronności oraz interesowności. Słabością naszą jest fakt zachłyśnięcia się władzą oraz przystosowania jej do własnych potrzeb. Demokracja jednakże daje tę możliwość, że następnym razem powiemy – „Panu już dziękujemy”.
           
          
Październikowe wybory, jeżeli jednomandatowe wybory będą, dają nam niepowtarzalną szansę, że do senatu wybierzemy osoby, które zachwycą nas swoją osobowością oraz propozycją rozwiązań. Najbardziej oczekuję od kandydatów zobowiązania, do co rocznego rozliczenia się ze swej działalności, mądrością przewidywań oraz konsekwencją w działaniu. Dość mam senatorów, którzy brylują lecz nie funkcjonują. Nie widziałem i nie słyszałem, by któryś pokazał się w Internecie lub na spotkaniu w Realu. Strony nieaktualne i bez treści mówią o nich samych, a nie potrzebach społecznych. Warto więc poświęcić trochę kasy i stworzyć system zarządzania stroną oraz zatrudnić ludzi za wynagrodzeniem prowadzących jej uaktualnienie. Wymaga to jednak poświęcenia walorów finansowych, a przecież każdego grosza szkoda, kiedy dotyczy to nie nas, a spraw społecznych. Mądry polityk wie, że jeżeli chce na dłużej w senacie zagościć trzeba społecznie istnieć, a nie miesiąc przed wyborami kiełbasę wyborczą serwować i myśleć, że wyborcy to kupią. Senator Stokłosa mimo, że jego prawne status quo budzi wątpliwości, jednak postawą i działaniem zdobył uznanie wyborców. Pewne zasady troszeczkę szokują, ale jeżeli temida nie potrafi się z tym uporać, prawo jest prawem i każdy może stać się senatorem.
         
Jednomandatowe obwody tym skutkują, że partie tylko będą mogły wystawić jednego kandydata, tym samym dając szansę nam, niezrzeszonym, ale przez społeczności lokalne obdarzonym zaufaniem i poparciem. Warto się zatem zastanowić, że może to my powinniśmy zacząć działać nie dla siebie, lecz dla miasta i naszego regionu. Osoby znane i z zasługami funkcjonując w województwie oraz mieście wnoszą swym działaniem przekonanie, że powinny nas reprezentować w senacie. Warto przemyśleć, czy tylko ma to być dyrektor czy nauczyciel lub rektor jakiejś uczelni, który ma poparcie uczniów, rodziców lub studentów, ale nie społeczności lokalnej? Dziś niezależnych kandydatów szukać możemy w stowarzyszeniach oraz fundacjach politycznie niezależnych. Warto się rozejrzeć, wszak to o nas chodzi oraz o nasz byt i rozwój Południowego Podlasia.   

PANI, PANU JUŻ DZIĘKUJEMY

        Kulturalne, a jednak nieprzyjemne sformułowanie spotyka nas przynajmniej raz w życiu. Przeważnie w swej treści jest nieadekwatne do naszego nastroju. Realizując się w castingu czy innej samoprodukcji spada na nas jak grom z jasnego nieba. Najgorsze, że jest to wyrok niezbyt korzystny dla naszego ego. Daje wyższość oceniającemu, nas zwalając w przepaść. Jak to się mówiło – „staliśmy nad przepaścią i zrobiliśmy śmiały krok naprzód”. Najgorsze jest to, że mieliśmy „matkę głupich” za przewodnika, która podpowiadała nam, że może mamy szansę. Niestety, nic nie dzieje się przez przypadek. Trzeba naprawdę mieć asy w rękawie lub talent, by nie usłyszeć słów – „Pani, Panu już dziękujemy”. Sukces osiągają Ci, co mają wygrać. Przyjrzyjmy się oczekiwaniom, a zrozumiemy, że nie o nas chodzi. Warto zatem się rozejrzeć z kim do konkursu startujemy.
 
        Bywa też, że notowania nasze w ocenie „mądrych” mają tendencję spadkową i pikują w dół. Prawdopodobnie zaczynamy nie pasować do otoczenia. Obserwujemy zagęszczenie atmosfery oraz działania zmierzające do zdyskwalifikowania nas w środowisku. Kulturalnie, gdy nam powiedzą, jednak bywa, że bez skrupułów pokrętnie swój cel określą. Takie jest prawo buszu jak to buszmeni twierdzą. Lecz nie busz jest naszą pociechą, lecz prawo, które jasno określa, że „dziękuję” w sensie wywalenia nie jest tak oczywistą domeną. Każdy ma prawo do obrony oraz przedstawienia racji. Sąd, jako niezawisły, szczegółowo to rozpatrzy. Jednakże w czasach trudnych, gdzie być i żyć to kasy krztynę trzeba, kradzież nie wchodzi w grę, więc pracy nam trzeba. Pracy, która piechotą nie chodzi i nie jak manna spada z nieba. Kiedy ją masz modły wznosisz do nieba, by przypadkiem tak się nie zdarzyło i kierownikowi się nie odmieniło. Czym utwierdzasz go w przekonaniu, że jesteś nikim w jego mniemaniu? Tym bardziej skrzywienie charakteru następuje, bo im ty bardziej się starasz jego ego buszuje. Popada w paranoję, że ja to „Pan!”, a Pani i Panu dziękuję. Zdradzony i oszukany możesz tylko mieć do siebie pretensję, że to ty jesteś skutkiem tej przemiany. Dlatego warto się czasem zastanowić, czy bycie nikim lub „chodnikiem” dla pańskich stóp nam nie zaszkodzi? Czy utrata godności warta jest tych paru groszy?           
         
Często i gęsto w polityce funkcjonuje, że jak się nie sprawdzasz społeczeństwo Ci dziękuje. Miałeś okazję, miałeś szansę, „złoty róg” Ci dano, miast zadowalać gawiedź ty oszczędnościami w ubóstwo oraz kryzys pchasz ojczyznę ukochaną. Europa Ci nie pomoże ani NATO z armią. Trzeba zjeść tę łyżkę dziegciu, jak inni mówią, zasłużyłeś na nią. Myślę, że w tym jest cały ból, że się choć chciało życie powiedziało „Taki Wuj”. Wulgaryzm brzydki i nie pasuje, ale spytajmy Polaka, co dzisiaj czuje? Czy szczęśliwość radosna rozpiera pierś, czy „mięso” na język ciśnie się? Wybory, obłudy czas, kolejny raz popchną nas w wir walki, która zmienić ma to, co jest złe, na lepsze – tylko jak i gdzie? Żyje już tych pięćdziesiąt lat i ciągle dążą do dobrobytu. Podobno Kolejni wiedzą, lecz ja nie. Okres „Informacyjnych spotów” rozpoczął się. Podobno z wyborami nie wiąże się, lecz dziwnym trafem sugeruje nam, że trzeba zmian. Dziś nie wystarczy byle chłam, Polak potrafi, obiecajmy mu raj. Fakt tych obietnic i zobowiązań może dziś nikt nie pamięta. Wszyscy wiemy, że wybory są od tego by ci wciskać szajs bez mydła, od tyłu i to tak byś nie poczuł, a wręcz przeciwnie, miał satysfakcję z tego. Radość wyborów ogarnie nas dając nadzieję, że tym razem coś się zmieni. Zmieni tak, ale w nas. Słysząc te słowa o czasie zmian dziwnie ma pamięć przypomina, że ktoś już mówił, co jakiś czas – „Pani, Panu już dziękujemy”. Przypomnieć chcę, że kiedy nocą kolbami, tak jak u Blidy, w drzwi załomocą. Stań u drzwi, telefon w dłoń, dzwoń, trzeba informacji Ci, czy mogą tak od siebie przemocą zamknąć Cię na kilka lat bez wyroku, bo byłeś nie z tego obozu? Dziękując zatem komuś, pomyśl czasem czy warto zmieniać to, co złe na przemoc, fanatyzm oraz strach? Czy dalej patrzeć w przyszłość może źle, ale przez okno, a nie kraty? Jedynie słuszna jest idea, że Świat się zmienia tu i teraz i może będzie jak Bóg da wspaniały lepszy ten nasz Świat. Dziękować będzie każdy z nas sobie, że mądry był i wreszcie wybrał lepszy byt, w którym dziękuje znaczy tyle, że nikt nie płacze i się źle nie czuje.  
           

POSZUKIWANY CZY POSZUKUJĄCY?

          Interpretacja, zrozumienie oraz wyczucie bycia poszukiwanym w mojej ocenie jest złożonym procesem bycia pod pręgierzem opinii społecznej. Poszukiwany zgodnie z wymogami popkultury amerykańskiej to przestępca ścigany listem gończym za odpowiednim wynagrodzeniem. Tradycja sięga lat „Dzikiego Zachodu”, kiedy za schwytanie jakiegoś rewolwerowca można się było dorobić kasy lub kulki. Listy gończe rozwieszano w saloonach, siedzibach szeryfów, gdzie każdy zainteresowany zyskiem mógł się dowiedzieć ile może zarobić. Dzisiaj są też listy gończe, ale proces pozyskiwania kasy jest utajniony, bardziej wyrafinowany. Dostarczenie informacji, bo niestety nie można już doręczyć żywego lub martwego, wiąże się z ryzykiem utracenia swobody istnienia. Koszty bywa że są większe niż radość donosu. Strach przed negatywną oceną społeczną oraz konsekwencjami niezbyt przyjemnymi dla ciała oraz ducha serwowane przez zorganizowany świat przestępczy budują naszą niechęć do realizacji tak łatwych dochodów finansowych.
         
Poszukiwany to też Ten lub Ta, którzy niezbędni są nam do funkcjonowania w realiach codzienności oraz istnienia. Szwendając się przez życie usiłujemy znaleźć naszą drugą połówkę z nadzieją, że rozdając ciosy na lewo i prawo natkniemy się na Tę jedyną, Tego wymarzonego, nie licząc kosztów, zysków i strat. Najważniejsze jest poszukiwanie. Wiemy i wierzymy, że cena się nie liczy, a nadzieja pcha nas do wytrwałości w realizacji marzeń. Poszukujemy, a zarazem jesteśmy poszukiwani. Fakt, nikt za to kasy nie daje i nie bierze, ale bywa, że koszt jest ogromnie nieprzewidywalny, bo dotyczy naszych uczuć, a ich się nie da wycenić. Znajdując siebie nawzajem wierzymy, że to tak już na zawsze, że w ogóle i w szczególe i, że nie może być inaczej. Bywa jednak też, że tak i siak, czyli wcale nie tak jak miało być, a właściwie to chyba się coś zmieniło, ale warto było. Pora, więc poszukiwań rozpocząć czas, by nowy odkryć uniesień świat. Jak w piosence – „Bo to się zwykle tak zaczyna ……….”. Pomyśleć strach, gdy poszukiwanym lub poszukującym przemierzasz Świat za cel i treść nie ideał masz, lecz fakt, że fajnie jest realizować się w materii tej poszukiwanie traktując, jako cel.           
         
Poszukiwanie ma przyszłość. Pracodawca szuka wspaniałego pracownika. Pracownik szuka wspaniałej pracy. Policja poszukuje przestępcy. Przestępca poszukuje kasy. Każdy poszukuje kasy, bo jak to w piosence jest, że pieniądze szczęścia nie dają, ale kufereczek złotóweczek daj Boże. Dziewczyna z dzieckiem poszukuje ojca. Dziecko jeszcze nie wie, ale tatę chciałoby znać. Niepewność i niewiedza czasami dręczy nas, ale świadomość oraz możliwość szukania uspokaja. Kto pyta nie błądzi, więc warto przykład brać z tych, co namiętnie w Internecie tkwią szukając i pytając, by z przemożną pewnością w przyszłość gnać, z wiedzą, że wszystko co ludzkie w necie masz. Prawdy, które jeszcze nie tak dawno podbijały Świat dziś w dobie Internetu zmieniają swoje wartości oraz wymiar pojmowania. Myśl, która zrodzi się w nas już za chwilę ogarnie glob oraz rozbudzi innych, którzy rozwiną oraz rozbudują pojmowania kształt. Szukając rozwiązania, czy rzucając problem w sieć możemy nadzieję mieć, że innych problem nas pobudzi do działania. Trzeba w Internet iść po myśli sięgać nowe, a nie w uwięzłych biurek kształt uparcie schylać głowę. Wy nie cofniecie postępu w nas już krzyki nie pomogą, na próżno papier gnębi nas, bajt pójdzie w swoją drogę. Parafrazując mistrza zwracam uwagę, że jeszcze troszeczkę nie dorośliśmy do obecnej wiedzy i możliwości, ale jest nadzieja w nas, że młodzi nie będą mieli ograniczeń. Poszukiwany czy poszukujący w realiach informatyzacji życia jest jak odkrywca nowych światów z okresu Kolumba. Wystarczy tylko chcieć, połączyć siły w działaniu, by nowa idea, nowa treść znalazły realizację w Realu. Jeszcze nie wiemy, jeszcze nie znamy, ale wiem, że poszukiwany i poszukujący to dobra opcja w działaniu.
 

WARJACJE NA TEMAT PISANIA

            „Pisać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej, ale nie oto chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.”[1] Zmieniony troszeczkę tekst znanej piosenki świetnie obrazuje tematykę dzisiejszych rozważań. Każdy może pisać, ale nie każdy umie i potrafi. Istotą pisania jest to, dlaczego chcemy pisać. Większość z nas pisze, bo taki jest wymóg jego pracy. Inni piszą w celach kontaktów międzyludzkich lub ku pamięci. Bądź też, że się udusi jak z siebie tego nie wykrztusi. Tony makulatury zużywano na przesłania, myśli, uczucia oraz tworzenie niepotrzebnej biurokratycznej kwitologi. Czasy troszeczkę się zmieniły. Zamiast papieru twardy dysk, a on wszystko przyjmie. Obserwując to co dzieje się w Internecie chyba każdy przyzna mi rację, że obywatele zaczęli pisać. Piszą wszyscy: młodzi, starzy, dzieci, zboczeńcy, pedofile oraz homoseksualiści. Teoretyczna anonimowość wypowiedzi każdemu dodaje skrzydeł. Prześcigamy się w oryginalności wypowiedzi nie stroniąc od epitetów, wulgaryzmów oraz formy przekazu. Tak ustęskniona wolność słowa odurza i zachwyca. Wszyscy piszemy od serca i od ducha, rozpiera nas twórcza wena, bo wolność pisma to otucha dla zbłąkanego „serfmena”.
         
Fajnie jest pisać dla przyjemności, gdy pisanie ma sens oraz przesłanie. Gorzej, gdy pisząc myślimy nie o dobrze, lecz złowieszczej otchłani. Przebrani w nick buszujemy rozdając ciosy i rany nie bacząc na krzywdę oraz szkody naiwnych „czatmanów”. Dlaczego ma mnie być źle niech się inni „pocieszą? Tak od serca dla przyjemności, dla radości dawania, że przykre, no cóż, Świat nie jest idealny. Gorzej, że przechodzi to do Realu. Kilkakrotnie widziałem jak fajnie powyżywać się jest na sprzedawcy, który z obawy o pracę kładzie uszy po sobie i patrzy jak „deszcz pada”. Zabawa kosztem innych przeważnie kończy się tragicznie. Jak to mówi pewne przysłowie, – „Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie”. Przeważnie anonimowość przekazu jest fikcją i znajduje swój koniec w sądzie. Dobrze, gdy spotyka to złych ludzi gorzej, gdy naiwnego młodego gniewnego, łamiąc mu życiorys już na wstępie. Zabawa w pisanie jest, a właściwie powinna być odpowiedzialną przyjemnością. Czyż nie jest przyjemniej poflirtować z grubym obleśnym zboczeńcem, który udaje piękną zgrabną brunetkę lub blondynkę, wznoszącym się na wyżyny intelektualności przekazem, niż wykłócać się chamsko z internetowym przygłupem? Przecież nie o to chodzi, kto jest pod Nickiem, ale o naszą wyobraźnię, która nas nachodzi. Popisać możemy, fantazje rzecz ludzka, gorzej gdy dziecko zaprowadzi do „zbuka”.
       
Jestem za całkowitym sprawdzaniem oraz kontrolą wyrazu i wypowiedzi przekazów pisanych ze względu na dobro mniej odpornych i naiwnie oddanych, by ustrzec przed krzywdą no i ścigać drani, którzy mają w tym przyjemność, że krzywdzą. Naiwność ludzka nie ma granic. Sam to przeszedłem pisząc bloga. Przyjaciel mi powiedział, że się odkryłem i jestem znany z charakteru i myśli jak książka czytany. Fakt prawda to oczywista tylko czy tak jest naprawdę tylko ja to wiem i Ci, co mnie znają z bycia ze mną, nie z nazwiska. Pisząc wyrażam myśli nie czyny, a to jest już inna bajka lub Real, który wymaga działania nie fantazjowania. Pisząc mamy przemożną władzę nad słowem i tylko weny trzeba by wszystko się ułożyło w pewien przekaz, który chcemy utrwalić dla siebie i dla innych nieraz. Chcieć powiedzieć to jak mówiłem czasem mus, który dusi pisząc emocje, kiedyś na papier dziś na dysk, człowiek przeżuci by po czasie z rozrzewnieniem czytać jakimże byłem jeleniem. Wspaniałość tworzenia, chociaż czasami bzdur jest obrazem myślenia. Piszmy więc wszyscy kochani, bo pisząc coś się rusza w naszej głowie. Tak myślę, że to myśl między neuronami. Myśl, którą chcemy przekazać im częściej tym bardziej rozbudowanej.     

AUTORYTET NAUCZYCIELA

              Właściwie to nie powinienem zabierać głosu w tej materii, bo nie jestem nauczycielem z przygotowania. Żadnych szkół pedagogicznych nie kończyłem, ale prawie piętnaście lat uczyłem dorosłych ludzi jak być dobrym żołnierzem. Wyniki oraz sukcesy poligonowe świadczą na moją korzyść, że jednak posiadam tę tak zwaną iskrę pedagogicznych umiejętności. Mogę też śmiało powiedzieć, że żadna szkoła nie uczy jak właściwie realizować przesłania pedagogiczne. Każda sytuacja, każda grupa społeczna wymaga indywidualnego podejścia do materii. Nauczycielem nie staje się po uzyskaniu dyplomu, lecz po latach praktyki. Dyplom to nazwa zawodu, ale bycie dobrym nauczycielem to doświadczenie i umiejętności zdobyte w procesie nauczania. Niestety nie wszyscy przechodzą pozytywnie tę próbę. Tak wielu mamy wyrobników, a tak mało mistrzów.
            
Pamiętam czasy „Toranagi”, kiedy głosem próbowałem wprowadzić nastrój zaangażowania oraz chęci przyswajania wiedzy, a tym samym dyscypliny i porządku. Były też czasy świadomego pojmowania celów oraz priorytetów zakończone totalną porażką. Dopiero konsekwentne i indywidualne podejście do kształconych zaowocowało zrozumieniem oraz sukcesem grupy jak całości, co potwierdziło słuszność założeń. Oczywiście teoretyczne założenia muszą mieć mocne podłoże osobowościowe w postaci nauczyciela. Wchodzimy tym sformułowaniem w problematykę autorytetu nauczyciela. Autorytet nauczyciela to zespół cech psychologiczno-pedagogicznych. Młodym, którzy wybrali ten zawód kierując się priorytetem stałości zatrudnienia, jak życie pokazuje mylnym, musieli zastanowić się nad koniecznością weryfikacji poglądów. Dziś na jednego ucznia przypada kilku nauczycieli, stąd redukcja etatów oraz trudności w otrzymaniu stanowiska pracy. Tym, którzy kierowali się łatwością ukończenia studiów oraz uzyskania wykształcenia akurat problem w zatrudnieniu nie stanowi przeszkody w samorealizacji w innych zawodach. W mojej ocenie najbardziej złożony problem dotyczy tych, którzy widzą swoją przyszłość w nauczaniu. Specjalnie podkreśliłem sprawę „nauczania”, bo niestety w naszych szkołach zbyt często funkcjonuje standard bycia nauczycielem, a nie nauczania. Obserwując, jako przewodniczący rady rodziców, a funkcja ta towarzyszyła mi przez lata zdobywania wiedzy i umiejętności mojej pociechy, muszę stwierdzić, że zdarzają się przypadki bycia nauczycielem, a nie nauczania.
             
Autorytet nauczyciela wiąże się z oceną przez środowisko. Jest procesem uznania przez dyrekcję, koleżeństwo, rodziców oraz uczniów, umiejętności oraz cech osobistych związanych z wykonywanym zawodem. Autorytet wymaga indywidualnego podejścia do sytuacji oraz uczniów. Zdobycie autorytetu jest długotrwałym procesem edukacyjno-poznawczym. Zdarza się, że przychodzi dopiero w końcowej fazie kariery zawodowej, ale są też przypadki, kiedy obdarza splendorami młodych edukatorów, którzy posiadają indywidualne umiejętności. Młody mistrz olimpijski będąc nauczycielem młodych sportowców jest dla nich autorytetem z uwagi na osiągnięty sukces. Młody naukowiec z dyplomem czy nie, ale z osiągnięciami jest autorytetem dla studentów z uwagi na swoje sukcesy. Długoletni doświadczony pedagog jest autorytetem dla kolegów oraz uczniów z uwagi na doświadczenie oraz umiejętności.
             
Autorytet wymaga nakładu pracy, umiejętności oraz szczęścia. Życie pokazuje, że sama praca oraz zdolności nie wystarczą. Istotnym elementem jest szczęście albo coś, co powoduje, że się do nas uśmiecha. Jest wiele przypadków, kiedy osoba posiadająca umiejętności, wiedzę oraz pracowitość nie potrafi przebić się i znaleźć uznanie w środowisku. Jest dobrym pedagogiem, ale brak przebojowości, temperamentu powoduje, że jej umiejętności oraz zdolności zostaną docenione na koniec kariery albo pośmiertnie. Posiada autorytet, ale nie zawsze uznanie społeczne. Ważne jest zatem by pomóc szczęściu. Pomocny w takim przypadku jest promotor. Często zdarza się, że zbyt młodo uzyskany autorytet, nie ma ugruntowanego status quo podpartego doświadczeniem. Młodzi zapominają, że autorytet to odpowiedzialność za czyny oraz postępowanie. Zbyt frywolne i nieodpowiedzialne zachowania przyczyniają się do utraty autorytetu. Przykładem niech będzie autorytet władzy. Książę Harry mało brakowało, a swoim zachowaniem utraciłby prestiż i uznanie społeczne.
            
Wracając do autorytetu nauczyciela zgodzicie się ze mną Państwo, że wiąże się on z doświadczeniem, umiejętnościami oraz wiedzą. Tylko liczna rzesza uczniów i wychowanków pozytywnie oceniających umiejętności pedagogiczne potrafi budować pozytywny obraz nauczyciela oraz jego autorytet, jako pedagoga. „Wyrobnicy” oraz „weryfikatorzy”, którzy swoją działalność nauczycielską ograniczają do odbębnienia osiemnastu godzin tygodniowo w szkole, albo stwierdzeniu braku wiedzy u uczniów celem skierowania ich na płatne korepetycje by poprawić swój finansowy status nie budują wzrostu autorytetu nauczyciela w środowisku społecznym mieszkańców miast i wsi.
          
Oceniając autorytet nauczyciela w społeczeństwie nie należy zapominać o przepisach prawnych oraz zarządzaniu oświatą. Odwieczny proces restrukturyzacji oświaty nie przysparza chluby zawodowi oraz tym, którzy realizują „doświadczenia” edukacyjne. Skierowanie sześciolatków do szkół budzi ogólno społeczny sprzeciw dotyczący prowadzenia doświadczeń na najmłodszych. Ich uraz psychiczny towarzyszyć będzie w całym cyklu dorastania i dojrzewania, a gdy wystąpi też brak odpowiedniej kadry pedagogicznej skutkować będzie dewiacjami społecznymi przyszłych pokoleń. Wydaje się, zatem, że autorytet nauczycielski ściśle związany jest z realiami prawno-społecznymi oraz wizjonerską oceną przyszłości. Nauczyciel z autorytetem to ten, który myśli szeroko i perspektywicznie, który trafnie ocenia rzeczywistość.   

CZY WOLNOŚĆ TO RZECZ OSOBISTA?

            Przyjaciel mój powiedział mi – „Nawiązując do naszej rozmowy i ostatniego Twojego wpisu nt. wolności. Jej granice wyznaczamy sobie sami, lecz nie jesteśmy sami na tym ziemskim padole i to jest ważny ogranicznik. Inni też wolni w swojej wolności wyznaczają sobie granice i bywa, że granice płoną! A my miast być wolnymi, cierpimy. Stąd nasza wolność, jak mówili starożytni chrześcijanie, to ograniczona konieczność. Musimy tańczyć, jak nam inni – mocniejsi od nas – zagrają, musimy iść na kompromisy, ustępstwa itd. Czasem bywa, że ktoś narusza naszą sferę wolności zbyt brutalnie – celowo, to świnia. Nieświadomie – trzeba krzyczeć „wlazłeś mi na odcisk"! Wchodząc do czyjegoś „ogródka" – jego sfery wolności bywa, że spotkamy sforę warczących psów i wtedy trzeba łatać portki. I tak to się kręci.”
          Powyższy tekst jest odpowiedzią na moją notatkę na facebooku, że wolność to rzecz osobista, albo się ją ma, albo się z niej nie korzysta. Przyjaciel, doktor psychologii słusznie zauważył, że pojęcie wolności jest stanem subiektywnym i nie można go uogólniać. Wolność króla jest niewolą poddanych. Wolność pracodawcy jest ograniczeniem pracownika. Wolność religii jest ograniczeniem ateisty. Wolność demokracji jest problemem dla władzy. Możnaby tak przytaczać w nieskończoność, ale faktycznie to problem polega na tym, co to jest wolność?
         
Lekarze dusz dla ateistów, jakimi są psychologowie problematykę traktują przedmiotowo. Teoretyczne łamanie materii studenckiej owocuje produkcją rzemieślników, którzy bazując na „casusach” interpretują nasze standardy zachowań. Przeprowadzając klasyfikację przypadków w oparciu o teoretyczną wiedzę, bez personalnego podejścia do klienta. Wydaje mi się, że czasami brak ukierunkowanego myślenia zabija to, co najistotniejsze w tym zawodzie tak zwaną Bożą iskrę powołania. Ciekaw jestem jak poradziliby sobie studenci gdyby zadano im zadanie zinterpretowania pojęcia, sytuacji, ale nie w oparciu o wiedzę książkową, ale o swoje przemyślenia. Trudna rola prowadzącego w obalaniu domorosłych teorii owocowałaby obustronnym sukcesem uruchomienia szarych komórek oraz lepszym poznaniem tej tak zwanej materii studenckiej. Oczywiście istnieje ryzyko, że wszystko wymknie się z pod kontroli, więc lepiej jednak zostać przy starych wypróbowanych metodach edukacji „lekarzy dusz”.
          
Wracając do tematu wolności trzeba powiedzieć, że chociaż żyjemy w czasach konieczności kompromisów warto mieć nadzieję, że wolność nie jest to tylko ideą fixe, ale koniecznością poszukiwania rozwiązań, by żyło się nam lepiej. Tak popularne bycie sobą uzależnione jest od wolności, której niestety nie mamy, jeżeli liczymy się z kompromisowym funkcjonowaniem w społeczeństwie. Konfrontacje zaś świadczą o naszej wolności poglądów i zachowań, ale też o naszej głupocie, bo przecież nie można żyć wyalienowanym. Mądrość życiowa polega na umiejętnym balansowaniu miedzy wolnością i kompromisem. Natomiast mimo swej ważnej roli, z „koniecznością” trzeba walczyć, gdyż przynosi ona więcej strat niż zysków i wcale nie tłumaczy naszych zachowań. Oczywiście stanowi ona wspaniałą wymówkę, ale jak widzimy obserwując życie przynosi więcej strat niż zysków. 
          
Potwierdza się zatem moja teoria, że wolność to rzecz osobista. Decyzje czy chcemy być wolni podejmujemy sami niestety licząc się z tym, że spowoduje to interpersonalne zachowania nie zawsze przychylne i nie zawsze życzliwe. Wniosek stąd, że nie ma nic za darmo. Wolność kosztuje i to nie tylko w walorach moralnych, ale też w czystej żywej gotówce. Niezależność finansowa jest bardziej przychylna poczuciu wolności, niż egzystencja w standardach ekonomicznych współczesnej Polski. Przykładem jest Janusz Palikot, który „politykom się nie kłaniał” oraz publicznie wyrażał swoje wolnościowe poglądy jednak posiadając odpowiednie zaplecze ekonomiczne, pozwalające na niezależność oraz zatrudnienie prawników i doradców. 
           
Reasumując dochodzimy do wniosku, że wolność jest kwestią: kompromisu, wyboru, niezależności, odwagi, przekonań oraz chyba najważniejsze chęci. Wielu mówiło o wolności, ale nie wszystkim się chciało chcieć. Wydaje się, zatem, że wolność jest celem nie stanem egzystencji, ku któremu dążymy, ale nie docieramy. Chciałoby się powiedzieć, żeby wszyscy tak to pojmowali oraz tolerancyjnie podchodzili do życia, szanując innych oraz siebie podczas drogi ku „Wolności”. Bycie wolnym to szereg wyrzeczeń, smutków i trosk, które powodują, że mając je w dalszym ciągu nie jesteśmy wolni. Kończąc te filozoficzne rozważania chciałbym przypomnieć słowa mojego szefa kompanii, kiedy byłem podchorążym – „Kochani szanujmy się nawzajem”, czego sobie i Państwu życzę.   

POLSKA PREZYDENCJA W UNII EUROPEJSKIEJ

                Jak ten czas szybko płynie. Jeszcze tak niedawno przyjmowano nas do Unii Europejskiej (UE), a już dziś nią rządzimy. Jeszcze nie tak dawno przyjmowano nas do NATO, a dziś wojujemy na całym Świecie. Myślę, że nikt nie miał tak proroczych snów trzydzieści lat temu. Czasami z rozrzewnieniem wspomina się czasy „Układu Warszawskiego”, mówię tu o wojskowych. Albo wspólnoty gospodarczej pań socjalistycznych, która to dawała nam równość, przyjaźń oraz braterstwo, ale nie dawała nam nic. Przepraszam mieliśmy prawo do pracy, które państwo musiało zapewnić. W wojsku żyło się dobrze. Mieliśmy szereg profitów, które pozwalały snuć świetlaną przyszłość. Wiedziało się co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego. Ścieżka awansów, z góry określona, pozwalała planować swoją i rodziny przyszłość. Niestety nie zapewniano w większości przypadków aspiracji osobistych, które można było realizować, ale tylko z własnej inicjatywy. Generalnie bilans zysków i strat zawsze wychodził na korzyść sił zbrojnych oraz państwa.            
                
Dzisiejsze czasy w mojej ocenie są trudniejsze. Młodzi mają gorszy start niż my trzydzieści lat temu. Wczorajsze wyniki egzaminów maturalnych potwierdzają, że dziś nie tak łatwo zdobyć świadectwo dojrzałości. Faktem jest, że nikt się nie kusił o zestawienia zdawalności, może za wyjątkiem ministerstwa. Wiedza ta nie była potrzebna liczyło się zdanie matury, a nie procentowe zestawienia. Myślę, że proces egzaminacyjny czasami subiektywny był bardziej związany z realiami życia. Sami przecież wiemy, że nikt „całką” nie otworzy drzwi, albo „macierzą” nie rozwiąże problemów życiowych. (Przepraszam, macierzy chyba nie ma w programach licealnych. Matematyk też pewnie powie, że da się to przewidzieć). Nasze matury wymagały od nas wielkiej umiejętności renesansowej biegłości pojmowania rzeczywistości. Począwszy od całek, przez fizykę, kulturę, historię do umiejętności psychologicznych zachowań związanych ze stresem oraz samoprezentacją, czego wydaje mi się, w obecnych maturach brakuje. Obiektywna ocena wiedzy na podstawie testów oraz uzyskanej punktacji często nie sprawdza się w życiu, co potwierdza teoria inteligencji emocjonalnej. Nie mi jednak jest osądzać, bo życie pokazuje, że wszystko zmienia się z upływem każdej sekundy, minuty czy godziny i to co dzisiaj wydaje się słuszne jutro może być nieprawdziwe. 
            
                   
Wspominałem, że nikt nie spodziewał się w tamtych czasach zmian ideologicznych, społecznych oraz gospodarczych. Myślę, że trzydzieści lat temu, jeżeli ktoś powiedziałby, że Polska będzie w obozie państw kapitalistycznych, uważny byłby za wroga ludu lub psychicznie chorego. Jak widzimy „paranoja” przerosła oczekiwania. Nie dość, że kapitalizm zagościł w naszej świadomości to też ukształtował nasze ekonomiczne zależności, które spowodowały, że jesteśmy w UE oraz przejęliśmy jej przewodnictwo. Wieszcz, który przewidziałby takie zmiany w latach siedemdziesiątych pewne jest, że wylądowałby w psychiatryku. Boję się, przewidywać co przyniesie nasza prezydencja Polsce, Europie oraz Światu. Przy uwzględnieniu faktu, że zmiany globalne zachodzą coraz szybciej i czasami zdarza się nam nie nadążać, zmiany mogą być nie do ogarnięcia. Ktoś powiedział, że wszystko płynie „Panta Rhei”.[1] Nie dość tego, że płynie, to płynie coraz szybciej. Euforyczny okres wspaniałości UE przechodzi dni swej wiarygodności. Ekonomika Świata doświadcza czasu weryfikacji społecznej. Niezadowolenia ludności przetaczają się przez kontynenty sprawiając, że wszelkie założenia nie mogą być wiarygodne. Spójność ekonomiczna UE stoi pod wielkim znakiem zapytania. Wszystko to powoduje, że niefartem jest, że przypada to na nasze przewodnictwo. Niepokój też budzi wiarygodność kompetencyjna. Czy faktycznie potrafimy przewodzić UE? Zaszczyt ogromny, ale czy na tarczy? Czy z tarczą? Chciałbym wierzyć, że Polak potrafi. Chociaż patrząc jak trudno zakręcić polsko-unijnym bączkiem myślę, że nie będzie łatwo. Myślę też, że przed zarządzaniem Unią Europejską Panowie grali w „Settlersów” bo to dobra szkoła przewidywania.        
           


[1] Wszystko płynie” ("Panta rhei”) – jest to myśl, której autorstwo przypisuje się Heraklitowi z Efezu. Świat nieustannie przechodzi zmiany.