JESTEM NA NIE, JESTEM ZA KOZIOŁKIEM MATOŁKIEM

           Zniesmaczony polityką oraz politykami miałem zamiar nie uczestniczyć w tym kabarecie zwanym „Wybory do Parlamentu 2011”. Groteskowość sytuacji, z której wynika, że mimo, że jest źle wszyscy starają się nas przekonać, że jak oni będą u władzy to będzie dobrze, obraża zdroworozsądkowych obywateli naszego kraju. Gorzej, bo ludzie mądrej i dobrej woli dają się ponieść utopijnym programom, prezentowanych przez obecnie nam panującym nieudaczników. Właściwie nie ma, w czym wybierać. Nie przemawia do mnie strach przed „IV Rzeczypospolitą”, nie budzi nadziei optymizm obecnie nam panujących, nie zachwyca antyklerykalizm ortodoksyjnej lewicy ani euforia propagandowa lewico-liberałów. Właściwie jak to określił jeden z polityków – „Banda Czworga” nie wnosi nic ciekawego i optymistycznego. Jak zwykle mamy tak zwane „obiecani cacanki, a mądremu żal”, że ponownie dał się wprowadzić w maliny. Coraz więcej obywateli kraju nad Wisłą szuka innych rozwiązań, coraz częściej szukamy poglądów, które odświeżyłyby scenę polityczną radykalizmem, koncepcjonizmem, wiarygodnym nowatorstwem rozwiązań systemowo-społeczno-gospodarczych na miarę naszych wyobrażeń oraz pragnień. Wydawało się, że „Symbol walki o Wolność” (Nike) ma jakieś ciekawe rozwiązania, które porwą naród, ale niestety brak wiary w sukces utopił nadzieje. Ponadto radykalizm nie porwie narodu przekonał się o tym Pan ze „skrzydłami” w swoim logo. Mamy, zatem dylemat nie jak żyć, jak to zapytał się Pan od papryki, którego standard mieszkania daleki był od normalności, ale co wybrać by dalej normalnie żyć? W mojej ocenie powinien nastąpić powszechny sprzeciw, tym bardziej, że istniejemy w dobie Internetu, a informacja rozchodzi się lotem błyskawicy. Powinniśmy pokazać, że nie o taką demokrację nam chodziło. Chcemy zmian i mądrych ludzi u władzy, którzy kierować się będą dobrem obywateli, a nie interesem partyjnym. LICZYĆ SIĘ MA INTERES SPOŁECZNY, a nie kolesi z układu polityczno-biznesowo-społecznego. Wybierać powinniśmy tych, którzy na to zasłużyli swoją pracą, mądrością oraz społecznym oddaniem, a nie, namaszczonych z układu politycznego. Sejm czy Senat ma być pracą społeczną intelektualistów na rzec demokracji, a nie budowaniem celebryzmu zadufanych w sobie popleczników słusznych w ich mniemaniu ideologii. Umiejętność porywającej wypowiedzi, prezencja oraz charyzma to nie wszystko. Konieczny jest pragmatyzm, wiarygodność, konsekwencja i oczywiście wiara w osiągnięcie sukcesu. Nikt, kto nie wierzy, i nie ma przekonania, że może zdziałać coś dla kraju, nie powinien być posłem lub senatorem. Życie publiczne zobowiązuje, życie publiczne określa normy moralne i etyczne, a jak widzieliśmy w ubiegłej kadencji mieliśmy do czynienia z immunitetialnymi świętymi krowami, które są ponad prawem. Wykorzystujący swoją nietykalność śmieją się z nas maluczkich, którzy ich wybraliśmy na swoich demokratycznych reprezentantów. Biorący potężną kasę tylko za to, że reprezentują interesy grupy politycznej we władzy ustawodawczej. Bez charakteru, osobowości (przepraszam są wyjątki, ale posłów mamy 460 oraz 100 senatorów) bywają na posiedzeniach parlamentu i udają, że coś robią. Ich wysiłek to spora ilość ustawodawczych gniotów, których niestety nie da się tak szybko usunąć z polskiego prawodawstwa. Kochani pochylmy głowę nad naszą głupotą, bo to my przyczyniliśmy się do ich wyboru.          
        
Pozostało dziesięć dni, kiedy kolejny raz pójdziemy spełnić swój konstytucyjny obowiązek. Nasi pradziadowie walczyli o wolność słowa i przekonań. Nasi pradziadowie walczyli o wolność samostanowienia. Czemu więc tak z niechęcią korzystamy z naszych uprawnień? Czemu tylko niepełne pięćdziesiąt procent obywateli bierze udział w demokratycznych wyborach? Czemu mamy tak niską frekwencję? Odpowiedź jest prosta Polacy już nie wierzą, że Ci, którzy się pchają do koryta są w stanie coś konkretnego nam zaproponować. Nie wierzą, że ich pęd do władzy wynika z chęci pracy na rzecz Polski, dobrobytu ludzi zamieszkujących kraj nad Wisłą. Beznadziejność układu czworga zniechęca do jakiegokolwiek działania. Wiadomo z góry, że jeżeli jedni wygrają dzisiaj za cztery lata przejmą po nich pałeczkę przeciwnicy. Wszystko powtarza się jak w układzie zamkniętym, bo nie mamy alternatywnych rozwiązań. Proszę mi powiedzieć, po co mamy dwie izby ustawodawcze? Proszę mi powiedzieć, po co mamy tylu posłów i senatorów? Demokracja amerykańska oparta o senat, czyli ciało ustawodawcze, izbę wyższą amerykańskiego Kongresu składającą się z 100 senatorów, czyli po dwóch z każdego stanu oraz Izbę Reprezentantów, izbę niższą 435 reprezentantów stanów – dwuizbowego parlamentu federalnego, przy swej potędze społecznej i mocarstwowej potrafi zarządzać państwem wielokrotnie większym niż Polska. My musimy mieć taką samą liczbę chętnych mord do koryta, bo naszej demokracji mniejsza liczba nie staje. Czy fakt, że tylu mamy „mądrych” polityków świadczy o tym, że w Polsce żyje się mądrzej i lepiej? Myślę, że raczej nie. Czy wszyscy Ci, którzy startują do parlamentu chcą coś zmienić w polskich realiach? Myślę, że tak, tylko niestety „przywódcy” partyjni im nie pozwolą. Pamiętam jak dziś, jak Adam A. próbował coś zdziałać w sejmie. Nie było sesji, żeby nie było go widać. Nagle Adama zabrakło na mównicy. Partyjni celebryci, którzy przyjechali go wspierać w obecnej kampanii w rodzinnym grodzie nie pamiętali nawet jego imienia, nie mówiąc o nazwisku. Fikcją jest, zatem, że w pojedynkę jesteśmy wstanie coś zmienić. Musimy krakać tak jak inni, bo nas wykluczą. Musi być dyscyplina partyjna. Gdzie tu jest demokracja? Fakt, że zniechęceni niemożnością nasi „przedstawiciele” ograniczają się do podnoszenia ręki i przyciśnięcia przycisku, a kasa i to spora leci. Wyborcy przecież to zrozumieją.
           
        
Pełne krytycyzmu i żalu słowa nie uzdrowią naszej demokracji. Potrzebne jest działanie. Zaangażowanie wszystkich w przekaz społeczny, że nam się to nie podoba, że musi się to wszystko zmienić. Warto pójść do urn wyborczych by pokazać, że nam zależy. Warto zagłosować na „Koziołka Matołka”, który błąkał się po całym Świecie, aby dojść do Pacanowa. Może ten intelektualny przekaz dotrze do świadomości prominentów i coś się zacznie w ich głowach zmieniać. Koziołek Matołek wbrew pozorom to pozytywny bohater i może natchnie weną przyszły parlament, że społeczeństwo ma już dość tych politycznych przetasowań i chcemy zmian na lepsze, dobre lepsze. Nie interesują nas obupólne oskarżenia i wyszukiwanie medialnych tematów zastępczych. Potrzebujemy mądrego i proludzkiego gospodarowania. Nie chcemy Grecji, chcemy Niemiec, a jak nie potraficie to poproście sąsiadów może Wam pomogą. Myślę, że Koziołek Matołek z łatwością nauczy się niemieckiego. Kochani moja prośba – w proteście i głośnym „NIE” głosujmy na Koziołka Matołka. Może on natchnie naród wyobraźnią. Wpisujmy na listach wyborczych do Sejmu i Senatu jego imię i nazwisko stawiając przy nim krzyżyk by pokazać, że to co dzieje się w Polsce nie jest nam obojętne i Koziołek musi coś z tym zrobić. Ja wiem, że jestem jego gorącym zwolennikiem.      
             

CELEBRYCI POŁUDNIOWEGO PODLASIA

         „Celebryt albo celebryta, rodz. żeński celebrytka, l.mn. celebryci (ang. celebrity, z łac. celebrare) – termin odnoszący się do osoby często występującej w środkach masowego przekazu i wzbudzającej ich zainteresowanie, bez względu na pełniony przez nią zawód, (choć najczęściej są to aktorzy, piosenkarki, uczestnicy reality show, sportowcy czy dziennikarze). Zgodnie z definicją sformułowaną przez Daniela Boorstina w 1961 roku celebryt to osoba, która jest znana z tego, że jest znana. Słowo celebryt nie jest dokładnym synonimem gwiazdy, sławy, idola, autorytetu.”[1]            
        
Tych, których powszechnie znamy na „Podlasiu” jest jak dotychczas kilku. Biała doceniła ich nadając honorowe obywatelstwo miasta. Tych, których doceniono jest jak na lekarstwo. Wynika to z tego, że choć znajdują uznanie międzynarodowe ziemia rodzinna nic o tym nie wie. Skromność lub zadufanie nie pozwala im przyznawać się skąd pochodzą. Zresztą nie ma, czym się chwalić. Kto chce się przyznać, że pochodzi z prowincjonalnego miasteczka? Sława zobowiązuje. Jeżeli jest zauważalna oraz trwała, pochodzenie nie jest istotne. Można wtedy przyznać się do korzeni. Można być idolem jednej kadencji lub jednej chwili by w następnej przejść do niebytu. Popularność, jeżeli nie bazuje na mocnych fundamentach dokonań i sukcesów staje się ulotna. Kto dziś pamięta o Panu Wojewodzie Korszeniu? Jeszcze tak niedawno największy celebryta Południowego Podlasia dziś tylko taki człowiek jak ja pamięta jego dokonania. Pamięć ludzka jest zawodna. Szybko rozprawia się z przeszłością wysyłając ją do lamusa. Jedynie historycy miłujący się w zatrzymywaniu czasu skrzętnie kronikują to, co dzisiaj jest przeszłością. Szkoda, że ich komentarze nie zawsze zgodne z prawdą oraz realizmem „epoki” nie kształtują współczesnych ambitnych, choć mogą stanowić niezły materiał do przemyśleń. Bycie współczesnym celebrytą to wyzwanie, które jeżeli koleżanki i koledzy pozwolą wyrazić swoją opinię, musi bazować na ogólnospołecznym poparciu, szczególnie na Podlasiu o prochrześcijańskim światopoglądzie. Nieodzowna jest medialność oraz jak najwyższe usytuowanie w hierarchii biznesowo-politycznej. Niestety, skandaliści nie znajdą uznania w mieście nad Krzną. Uznanie społeczne można zdobyć dwiema drogami: ustawiczną pracą opartą na uznaniu medialnym oraz oceną grupy społecznej, która kształtuje nas na lidera by zrealizować swoje społeczne ambicje. Pierwsza droga jest ciężka, ale gdy uzyskamy sukces przechodzimy do historii i pamięci. Druga to kilka chwil euforii do czasu, gdy ktoś nas nie zastąpi. Jednak jak wszyscy wiemy,  warto mieć tych kilka chwil radości oraz kasy, która za celebrytą postępuje.
        Zdobycie uznania społecznego przez pracę jest procesem długotrwałym oraz uciążliwym, bo wymaga od nas pracy, pracy i jeszcze raz pracy, która nie zawsze spotyka się ze społecznym uznaniem. Warto mieć jednak konika, którego się dosiada nie dla uznania, ale osobistej przyjemności. Zazdrość ludzka jest największym hamulcowym uznania społecznego. Jako pierwsza blokuje wszystkie procesy promocji. „Chce się wybić, a co on takiego zrobił, że ma być lepszy od nas?” Proste, a zarazem istotne pytanie blockerów medialnego sukcesu powoduje, że nie wszyscy mimo uciążliwej pracy osiągają sukces. Jak dobrze pójdzie zdobędą uznanie po śmierci.
        
Uznanie grupy społecznej opartej na polityce czy biznesie wymaga zaangażowania finansowego. Trzeba dysponować odpowiednią kasą by zainteresować popleczników naszego sukcesu. Jeżeli sami nie dysponujemy kasą potrzebny jest sponsor, któremu obiecamy realizację jego planów. W obecnych czasach nikt dla idei się nie poświęca, a zwłaszcza własnej kasy. „Klaka” jak to kiedyś nazywano płatne poparcie wymaga finansowania. Faktem jest, że ma ogromne oddziaływanie na opinie publiczną. Im więcej zwolenników tym poparcie rośnie. Każdy liczy, że coś się da ugrać na swoją korzyść. Istotne jest zaistnieć, a nie to, co chcemy zaproponować. Przykładem niech będzie kandydat na prezydenta miasta z ostatniej kampanii, który na dzień dzisiejszy dla celebrytu zmienił swoje poglądy polityczne. Wszystko jesteśmy gotowi poświecić byle tylko stać się popularnym. Ludzie tego nie lubią. Masz być „szeryfem z innej wsi” to przynajmniej bądź konsekwentny w swych poglądach i przekonaniach. Nadchodzą czasy, że moralność, etyka miejmy nadzieję będą w cenie. Popularność natomiast będzie wynikała z wiedzy, dokonań, umiejętności, a nie „kameleonowego” dostosowywania się do środowiska społecznego.
       
Obserwując zachodzące zmiany w życiu mieszkańców Południowego Podlasia nie sposób nie zauważyć, że media odgrywają coraz istotniejszą rolę w kształtowaniu  ich opinii. Nie sposób nie zauważyć, że nie przybywa nam osób, których możemy nazwać celebrytami naszej społeczności. Jedynie posłowie, senator, prezydent, starosta, wójt, urzędnicy, dyrektorzy czy biznesmeni cieszą się naszym uznaniem. Mało się mówi o ludziach kultury, sztuki, pracy oraz przekonań. Nie szuka się naszych celebrytów w kraju i na świecie. Zapominając, że to Oni mogą stanowić element promocji regionu. Nie docenia się tych, którzy w zaciszach swoich domów permanentną pracą społeczną przyczyniają się do rozwoju intelektualnego Podlasia. Zapomina o tych, którzy każdego dnia narażając swoje życie daleko od domu bronią naszych demokratycznych oraz wolnościowych przekonań. Reprezentując godnie mieszkańców Białej i okolic przyczyniają się do tego,  że Biała Podlaska nie jest pustą nazwą. Przyszłoroczny „Rok Kraszewskiego” winien stanowić podstawę do promocji ludzi, którzy swoją postawą, pracą oraz osiągnięciami zasługują na nasze uznanie. Dobrze rozumiana popularność nie może wynikać z interesów politycznych oraz grup społecznych. Powinna być nagrodą za osiągnięcia. Chylę głowę przed osiągnięciami świętej pamięci profesora Henryka Mierzwińskiego, którego praca nad monografią Białej Podlaskiej mam nadzieję będzie kontynuowana przez doktora Jerzego Flisińskiego. Pełen jestem uznania dla dokonań malarskich Pana Macieja Falkiewicza z Janowa Podlaskiego. Cieszę się, że w Białej mamy innych artystów i twórców jak na przykład Pana Marka Pietrzelę czy Panią Helenę Romaszewską osoby, które godnie reprezentują społeczność bialską.
      
Jestem kategorycznym przeciwnikiem promocji osób, których kręgosłup etyczno-moralny budzi zastrzeżenia. Dziwi brak samokrytycyzmu oraz zadufanie w swoje zdolności i umiejętności. Przeraża pęd do władzy za wszelką cenę nie poparty osiągnięciami oraz zdolnościami. Słowotok oraz medialna prezencja ujmuje widzów, ale to nie wszystko, by zdobyć popularność myślących mieszkańców Południowego Podlasia, gdzie wartości rodzinne i moralne są bardzo istotne. Dziwi zaangażowanie w popieraniu takich osób, przez tych, którzy cieszą się naszym uznaniem. Solidarność polityczno-społeczna nie może skłaniać do występowania przeciwko swoim poglądom. Udzielanie poparcia nie może podważać autorytetu oraz uznania osób, których moralność cieszy się społecznym poszanowaniem.
      
Wybory do sejmu są elementem budowania uznania celebrytów. Kasa jest wymierną wykładnią ich funkcjonowania. Media kształtują (oczywiście za kasę) naszą świadomość, poparcie oraz uznanie. Popularność uzależniona jest od nakładów finansowych na promocje i prezentację. Brak jest tylko obiektywnej krytycznej oceny kandydatów, którzy w mojej ocenie, nie wszyscy zasługują na nasze poparcie. Brak mi zaangażowania mediów w prześwietlenie i pokazanie prawdziwych „oblicz” tych, którzy chcą nas reprezentować w parlamencie. Bycie celebrytą w mojej ocenie to wielka odpowiedzialność, której nie wszyscy są godni.  


[1]
http://pl.wikipedia.org/wiki/Celebryt
  28.09.2011  r.

ZERO TOLERANCJI

           Pamiętny, program  Romana Giertycha spalił na panewce. Bezpieczeństwo w szkole, nie „molestowanie” nauczycieli, nie znęcanie się nad uczniami, które za sprawą Pana Ministra miało zostać usunięte ze szkoły znalazło swoje miejsce w archiwum, na papierze. Szkoła jak była tak jest siedliskiem negatywnego kształtowania charakterów. Już w starożytności dziesięcioletnich chłopców odbierano matkom by poddać ich katorżniczej pracy nad siłą woli, odpornością na ból oraz naturalnej selekcji. Proszę obejrzeć film „300”. Może fikcja literacka, ale jakże pasująca do ówczesnych norm moralnych. Dzisiejsza „szkoła życia” umocowana nie w szkole oraz pracy nauczycieli i rodziców, ale na demokracji państwowej zastępuje spartańskie wzorce. Państwo stało się sprawcą, że młodzież przejęła w swoje ręce działalność sprawczą kształtowania młodych charakterów. Stare wzorce niepoparte sukcesami lecz porażkami nie przyciągają nowych zwolenników. Brak możliwości oddziaływania uniemożliwia wdrażanie prawidłowych zachowań pomimo tego, że pokolenia wychowano na dyscyplinie oraz porządku. Demokratyzacja, państwo odebrało nauczycielom oraz rodzicom możliwości kształtowania młodych ludzi w oparciu o system kar, ograniczeń, nakazów oraz nagród. Ostra reakcja na przewinienie spotyka się z prześladowaniem administracyjno-prawnym organów samorządowych i państwowych. Zobojętnienie na objawy przemocy wynika nie z braku umiejętności czy przygotowania pedagogicznego, lecz ze strachu przed posądzeniem o prześladowanie lub znęcaniem nad uczniem. Utratą stanowiska pracy czy sądem odbierającym prawa rodzicielskie. To, co miało uzdrowić polską rodzinę przed przemocą w rodzinie stało się gwoździem do trumny jej funkcjonowania. Paranoją jest dzisiaj, że młody kilkunastoletni „gówniarz” czy „gówniara” w ferworze negatywnych emocji może wsadzić do więzienia matkę lub ojca. Czy o taką ochronę prawną młodych ludzi nam chodziło? Czy tak ma wyglądać współczesna rodzina? Postęp technologiczny, rozwój informatyzacji to kolejny element utraty autorytetu przez rodziców i nauczycieli. Czym mogą zaimponować, kiedy ledwie udaje im się podążać za nowinkami technicznymi? Co szkoła może zaoferować młodzieży poza stresem, wymogami oraz mobbingiem psychicznym? Przecież nauczyciele oraz rodzice swoim zachowaniem są wzorcem kształtowanego umysłu. Dziwimy się, że przemoc istnieje w szkole, ale to my sami swoim zachowaniem ożywiamy ją do działania. Kolejna reforma, która jak powiedziała pani Dyrektor Wydziału Edukacji, cały czas realizowana w programach oświatowych nie napawa optymizmem. Szczególnie oświata powinna mieć stałe, „twarde” korzenie moralno-edukacyjne. Młodzież musi być kształtowana w oparciu o stałe zasady etyczno-moralne, a zmiany dotyczyć tylko umiejętnego dopasowywania się do postępu.            
       
Spartańskie, ateńskie wychowanie, które w znaczący sposób ograniczało prawa obywatelskie kształtowało wspaniałych mężów oraz wyśmienitych polityków oraz przywódców. Dziś przemoc w szkole przejęła rolę kształtowania charakterów przyszłych polityków oraz przywódców. Możliwe, że poniżanie, bicie, szantażowanie uodpornia młodych na przyszłe bodźce dorosłego życia. Nieodporni psychicznie polegną i będziemy czytać, że kolejny małolat popełnił samobójstwo, a media będą robić szum, który po kilku dniach zostanie zastąpiony powodzią lub tajfunem. Po czym wszystko wróci do stanu wyjściowego. Twardzi pomimo upokorzeń uwierzą w siebie i twardo będą stąpać po ziemi. Prześladowcy jak życie pokazuje prędzej czy później wylądują tam gdzie jest ich miejsce, czyli w więzieniu. Wszyscy będą zadowoleni i tylko szkoda, że nic nie zostało zrobione by jednak to zmienić. Demokracja, demokracją, a dobro naszych dzieci jest najważniejsze. Codzienna pogoń za pieniądzem, sławą i społecznym uznaniem nie może przesłaniać nam rzeczy najważniejszej, że naszą rolą nie jest tylko zrobienie dziecka, ale jego wychowanie. Proszę mi powiedzieć ilu z nas jest zorientowanych, co dzieje się w szkole, czy naszemu dziecku nie dzieje się krzywda, jakie ma problemy? Czy Pani nauczycielka nie prześladuje? Czy Pan nauczyciel naucza, czy weryfikuje? Czy ktoś się nie znęca? Odpowiedzmy sobie sami, co zrobiliśmy w tym zakresie? Nic. Przez dwanaście lat towarzyszyłem dziecku w problemach zdobywania wiedzy i edukacji. Przez dwanaście lat spotykałem się z niekompetencją, przemocą oraz chamstwem. Z naruszeniem prawa udało mi się uchronić dziecko przed kryminałem, bo stróże prawa w ochronie interesów swoich współpracowników poświęcić chcieli moje dziecko. Nie potrafiłem uchronić przed niekompetencją oraz czysto ludzkim chamstwem. Nauczyłem, że wiedza jest nie dla nauczycieli, lecz dobrem osobistym, które należy pielęgnować i szanować. 
           
        
Przemoc w szkole jest karygodna tylko nie ma, kto jej wyegzekwować. Pani pedagog, która nie potrafi zapanować nad sytuacją, która mimo posiadanej wiedzy (teoretycznej) nie ma programów naprawczych, nigdy nie osiągnie sukcesu, bo nie ma autorytetu. Nie będę się rozpisywał o autorytecie, bo już poświęciłem tej problematyce jedną z notatek. Warto tylko przypomnieć, że jest to najistotniejsza sprawa w procesie edukacji młodych ludzi. Pani pedagog, zresztą każdy nauczyciel czy rodzic musi mieć też narzędzia naprawcze. Podobno są, tylko niechęć do wiedzy edukatorów uniemożliwia ich wykorzystanie. Zgodnie z literą prawa można zaprowadzić ład i porządek tylko oprócz autorytetu trzeba też mieć osobowość. Rodzic, który nie ma kontaktu ze swoją pociechą z góry skazuje się na porażkę. Tylko mądrością oraz dobrze pojętą „siłą woli” osiągniemy sukces. Wiara w przedstawicieli szkoły w ogarnięciu problemów przemocy w szkole musi być poparta przekonaniem, że mamy do czynienia ze specjalistami, a nie z „funkcjonariuszami”. W braku przekonania warto sprawy przejąć w swoje ręce. Przecież wszyscy jesteśmy zainteresowani tym, żeby naszym pociechom uczyło się bezpieczniej. Wierzcie mi, rodzice jeżeli się skonsolidują to jest to wielka siła. Mówi to wam Przewodniczący Komitetu Rodzicielskiego z doświadczeniem dziesięcioletnim. Nie potrafiłem tylko ze względu na powiązania rodzinne dyscyplinująco wpływać na nauczycieli. Może dlatego, że nie było aż tak strasznych przegięć, a ja byłem pobłażliwy na samo dowartościowywanie niektórych. Całe szczęście etap szkolny mam za sobą. Boli, że mój zespół szkół ma problemy wychowawcze. Panie Dyrektorki, może trzeba się zastanowić nad funkcjonowaniem szkoły, może potrzebna wam pomoc rodziców. Proszę nie stronić od dyskusji w sprawie szkoły, bo można się wiele dowiedzieć. Proszę czytać „czaty” i wypowiedzi uczniów. Proszę zacząć działać. Pani Dyrektor Wydziału Edukacji, to żadna przyjemność dowiadywać się z mediów ogólnopolskich o stanie bezpieczeństwa bialskich szkół. Dziwi też brak reakcji MOPS-u, który z założenia winien błyskawicznie zadziałać. Potwierdza się, że bezład administracyjny jest gorszy od faszyzmu. Kochani rodzice, w trosce o swoje pociechy weźcie sprawy w swoje ręce nim będzie za późno. Zero Tolerancji Giertycha Wam nie pomoże.  

SAM ZE SOBĄ NA SAM ………

          – HALO jest tam ktoś? Czy ktoś mnie czyta? Czy ktoś śledzi moje przemyślenia? Nie – Trudno, właściwie to może i dobrze. Cały czas mam jeszcze satysfakcję oraz przyjemność z pisania. Słowa same cisną się do głowy, a ja je tylko przelewam, jak to się kiedyś mówiło, przelewam na papier. Bajeczka, którą ostatnio napisałem była ukłonem grzecznościowym w kierunku właścicieli portalu. Ogłosili konkurs, to czemu nie? Można spróbować. Mam pomysł by dalej to kontynuować, ale potrzebuję jeszcze czasu by wszystko poukładać. Może wyjdzie nawet ciekawa publikacja. Na granicy reality oraz fikcji. Ciekawą sprawą byłoby zasiać taką małą niepewność, co jest prawdą, a co fantazją. Podobno najfajniej się takie czyta. Szkoda tylko, że tak trudno jest się przebić i zdobyć uznanie. Same chęci nie wystarczą, ale ja nie zamierzam pisać pod publikę, straciłoby to sens. Piszę, bo sprawia mi to przyjemność, radość i zadowolenie.            
          Pojechałem w zeszłym tygodniu na spotkanie rehabilitacyjne do stolicy Wielkopolski. Wspaniali specjaliści oraz lekarze w minimalnym okresie czasu, jakim były trzy dni, próbowali mi ustawić terapię do realizacji w pieleszach domowych. Atrakcyjna cena oraz oferta skłoniła do długiej podróży, którą zrealizowałem w dwóch etapach. Biała Podlaska – Warszawa, Warszawa – Poznań w dobie współczesnej komunikacji kolejowej zakrawa na transsyberyjską wyprawę. Fakt, pociąg do Warszawy odjechał punktualnie ale strasznie przepełniony. Podróż planowałem odbyć w nasłuchu radiostacji RMF FM, ale czarnookie rozespane dziewczę w wieku około dwudziestu lat obdarzyło mnie takim uśmiechem oraz błyskiem w oku, że wszelkie plany legły w gruzach. Ciekawość pobudziła książka z psychologii w języku rosyjskim leżąca na stoliku. Fakt, że w przedziale było pełno osób obcojęzycznych nie przeszkodził mi w nawiązaniu rozmowy. Dziewczę posługujące się biegle językiem polskim pochodziło z Mińska, ale nie tego z pod Warszawy. Czarnowłose, czarnookie bez obcego akcentu, płynnie odpowiadało na moje bardzo osobiste pytania. Widać i słychać było, że jest dobrze przygotowana do takiej rozmowy. Szekspirowskie imię oraz pogoda ducha, wesołość skłaniała słuchacza do niezobowiązującego zachowania. Zwróciłem uwagę, że nie stwarza to nastroju do poważnego traktowania. Julia powiedziała, że pomaga to jej w nawiązywaniu przyjaźni. Ostrzegłem, że przyjaciół poznaje się w biedzie i że przyjaźń jest bardzo daleko od nawiązania związku długotrwałego. Szczerość oraz otwarcie do ludzi może stanowić wyzwanie dla złych, którzy mogą to wykorzystać. Mam tylko wątpliwość czy to nie była gra na poczet podróży oraz różnych sytuacji z niej wynikających? Może był to rodzaj samoobrony w rodzaju „słodkiej idiotki”, ale inteligentnej. Pożegnaliśmy się w Warszawie i niestety nie udało mi się „zeswatać” z młodym uczestnikiem podróży naszego przedziału. Bardziej był zainteresowany moim blogiem niż czarnookim bóstwem. No cóż, czasy się zmieniają, młodzi chłopcy coraz mniej uwagi zwracają na piękno.
           
         Trzy godziny podróży minęły szybko i ciekawie. Około godziny dwunastej z minutami
dotarliśmy do Warszawy Centralnej. Wielki plac budowy nie przeszkadzał sobie, realizując komunikację krajowo-miedzynarodową. Gorzej było z podróżnymi. Chaos organizacyjny oraz hałas pneumatycznych urządzeń skutecznie utrudniał orientację w realizacji podróży. Trzeba było naprawdę wsłuchać się w komunikaty, by trafnie naprowadzić się na odpowiedni peron. Myślę, że łatwiej miałyby osoby niepełnosprawne niż te, których percepcja ograniczona została nadmiarem bodźców. Dworzec Centralny remontowany na potrzeby „Euro 2012” przystosowywany jest dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Metalowe szyny oraz „ćwieki” mają informować o traktach przemieszczania się oraz strefach zagrożeń. Jak dla mnie rewelacja. Elektroniczne punkty informacyjne oraz przeszklone kasy zachęcają do korzystania. Gorzej, kiedy podróżny niekumaty wpadnie w informatyczny wir. Przypomina się film „Dalego od szosy”, kiedy przyjezdny pierze skarpetki w pisuarze. Babcia z Porosiuk będzie miała problem. Nie ma kogo się zapytać. Podróżni zdominowani przez ogólnodostępne bodźce nie są skorzy do pomocy. Wszyscy dokądś pędzą. Zauważyłem też brak służb ochronnych, chyba że przebrali się w „cywilki” by nie niepokoić. W dobie działań asymetrycznych warto na to zwrócić uwagę. W odróżnieniu od  „Placu Budowy”, „Złote Tarasy” przepełnione funkcjonariuszami security budzą respekt i zachwyt. Wystarczy postawić torbę przy stoliku i na chwilę odejść by napełnić kubeczek napojem, a już biało ubrana pani pyta się czy to mój bagaż? Cieszy, że przynajmniej tam ktoś ma na uwadze nasze dobro.            
           Chaos budowy umiejętnie działa dezorganizująco na plan podróży. Pociąg, który miał odjechać o godzinie trzynastej trzydzieści osiem do Poznania z Warszawy Wschodniej przyjechał z trzydziesto minutowym opóźnieniem. Metalowymi „szynami” na peronie dotarłem do swojego wagonu, przekraczając metalowe ćwieki po stopniach wspiąłem się do wagonu. Poszukiwanie niezarezerwowanego miejsca zajęło troszeczkę czasu. W przedziale trzy osoby. Przechodzona biznes Women, młoda „galerianka” oraz wyluzowana średniolatka. Galerianka zafascynowana swoją komórką typu „Black Bary” uporczywie chciała dyskretnie zająć się swoimi obtartymi palcami u stóp. Młody wiek oraz bogaty wystrój wskazywał, że wracała z warszawskich wojaży. Siwe włosy oraz nędzny mój osobisty wygląd nie wzbudził zainteresowania współpasażerki. Dało się odczuć zniesmaczenie graniczące z odrazą. Trudno, ale ja też chciałem na luzie odbyć tę podróż i wygląd nie miał dla mnie znaczenia. Jednak otwartość na doświadczenia zmusiła mnie do zweryfikowania swoich poglądów. Lepiej być eleganckim starszym panem ociekającym potem niż obszarpanym budzącym odrazę niezamożniakiem. Biznes Woman wydawało się, że była zainteresowana nawiązaniem konwersacji, ale po odczuciach związanych z kontaktem wzrokowym z galerianką ostudził moją otwartość kontaktów między ludzkich. Ograniczyłem się do grzecznościowych odpowiedzi, które szybko zakończyły konwersację. Średniolatka kokosząc się na dwóch siedzeniach prowokacyjnie chciała zwrócić uwagę na dosyć ładny tyłeczek oraz równie niebrzydkie dwie półkule rozmieszczone symetrycznie z przodu tułowia. Jednak samokrytycyzm obudzony przez galeriankę nie pozwolił mi poddać się urokowi wspomnianych wypukłości. Pogrążony w nasłuchu piosenek „Lube” ograniczyłem się jedynie do biernego obserwowania współpasażerek. Podróż z Warszawy do Poznania odbyłem z czterdziesto minutowym opóźnieniem. Pełen wrażeń i spostrzeżeń dotyczących płci przeciwnej. Przemyślenia doprowadziły mnie do niezbyt miłych wniosków. Kobiety są nieprzewidywalne i nieodgadnione, zaskakują spontanicznością i wyrachowaniem zachowań. Nie dziwi mnie, że są fanatycy permanentnego ich poznawania. Gdybym był o tych trzydzieści lat młodszy i stanu wolnego pewnie oddałbym się temu nałogowi z przyjemnością. Urok jest w tym, że poznajesz, a nie, że masz. Podobno są kobiety, które zafascynowane zdobywaniem oraz poznawaniem zdobyczy cały swój urok i wdzięk koncentrują na omotaniu oraz ubezwłasnowolnieniu. Niczym modliszka lub pajęczak omotają delikwenta, by bezlitośnie wykorzystać i ograbić z uczuć oraz walorów finansowych.
           Pełen tych niezbyt ciekawych przemyśleń za trzydzieści cztery złote opłaty Taxi dotarłem w okolice jeziora Kiekrz. Ośrodek o wysokim standardzie hotelowym i leczniczym zaoferował wspaniałe możliwości rehabilitacji. Jedyny problem to kasa potwierdzająca zasadę, że pieniądz ratuje zdrowie. Pokój dwuosobowy dzielony z kolegą z Gorzowa Wielkopolskiego oferował standard czterogwiazdkowego hotelu, czyli „Bad and breakfast”. Wieczorne rozmowy o kobietach potwierdziły moją teorię, czym podniosły mnie na duchu, że nie jest to moje osobiste przekonanie. Krótkotrwałość pobytu nie pozwalała sprawdzić teorii w praktyce, ale świadomość nieodosobnienia poglądów napawała otuchą. Trzy dniowy pobyt, bo na tyle tylko było mnie stać, zaowocował opracowaniem serii ćwiczeń stymulacyjno-oddechowych. Masaże, ćwiczenia oraz kąpiele poprawiły samopoczucie psychiczne oraz wskazały drogę do odnowy biologicznej. W ocenie lekarzy oraz fizjoterapeutów jeszcze daleka droga, która powinna być kontynuowana w ich ośrodku, ale to akurat potrafię zrozumieć tym bardziej, że chodzi o sporą kasę. Renoma, jaką się cieszy ośrodek potwierdziła się przeprowadzonymi badaniami ustrojowymi, które wypadły w moim przypadku pozytywnie. Wzbogacony o nowe doświadczenia oraz ćwiczenia, dietę wracałem do domu pełen optymizmu i zaangażowania.
         Oczywiście powrotna podróż zniwelowała pozytywne doznania w znaczący sposób. Ekonomika dzisiejszych przewozów nie ma nic wspólnego z ergonomią. Naruszanie sfery osobistej jest nagminne. Miłe jest, jeżeli narusza naszą sferę piękne młode dziewczę, gorzej gdy gruby obleśny facet, który na dodatek się poci. Zdruzgotany i osłabiony w godzinach wieczorny po jednokrotnej przesiadce, o której z uwagi na prywatność nie chęcę już pisać dotarłem do domu. Z radością i zachwytem zobaczyłem oczekującą mojego powrotu małżonkę. Krótka podróż samochodem na osiedle była relaksem dla ducha i serca. Dokonana analiza bilansu zysków i strat z odbytej wyprawy oszacowana została na zero. Możliwość przekonania się o realiach społecznych współczesnej Polski jest adekwatna do poniesionych kosztów fizycznych i finansowych. Prawdą jest, że podróże kształcą. Prawdą jest, że w domu jest najlepiej. Potwierdziłem też moją osobistą teorię, że najlepiej się mam sam, ze sobą na sam. Czego i Wam w skrytości ducha życzę.             

OPOWIEŚCI Z NETLANDII

           Pisałem ostatnio o strachu związanym z tym, że cały czas jesteśmy obserwowani. Nie wiem możliwe, że mi się tylko wydaje, ale po tym, co mi się przydarzyło jestem gotów uwierzyć we wszystko. Było to wczoraj, ostatni czwartek pięknego września 2011 roku. Jak zwykle siedziałem do późnych godzin nocnych pisząc na komputerze swoją kolejną książkę. Zastanawiam się, czy mam dalej kontynuować swoją opowieść? Możecie mi wierzyć lub nie, ale boję się o swoje życie. Fakt, że mam już tych kilkadziesiąt lat i niektórzy szczególnie ci najmłodsi pewnie powiedzą, że swoje przeżyłem, ja jednak mam inne zdanie. Nie wiem też, dlaczego to właśnie mnie spotkało, starego zgreda, ale jak tak dobrze się zastanowić to może ma to sens. Młodemu nikt nie uwierzy, ale takiemu staremu jak ja, no jeszcze nie dziadek, ale poważny i z wąsem, łatwiej uwierzyć. Wcale mnie to jednak nie cieszy kochani ja naprawdę się boję. Pisząc te słowa cały czas się zastanawiam czy powinienem jednak opowiedzieć tę historię? Pewnie nikt przy zdrowych zmysłach, czyli niegłupi, mi nie uwierzy. Można powiedzieć, że historię można potraktować, jako bajkę. Jest to tak nieprawdopodobne, że sam mam wrażenie, że mi się to przyśniło, gdyby nie fakt, że komputer, który wyłączyłem kładąc się spać świecił rano złowieszczo ekranem. Przypominając niemą prośbą by ostrzec wszystkich. Strach jednak nie pozwala mi przejść do sedna opowieści. Cały czas się łamię i zadaję sobie pytanie czy powinienem ją wam opowiedzieć? Czy nie potraktujecie mnie jak wariata? Czy po przeczytaniu przez „zainteresowanych” nie zostanę zamknięty w szpitalu dla umysłowo chorych? Czy tym tekstem nie zaprzepaszczę swojego dorobku na blogu? Słowa, jeżeli już zostaną zapisane żyją swoim życiem i niestety bywa, że ich wykasowanie nic nie daje, bo już ktoś zdążył je zapisać by przekazać dalej. Tak tworzy się legenda, bajka oraz historia. Mam nadzieję, że włożycie ją między bajki.                
          Tak jak już pisałem był wrześniowy czwartek. Upał strasznie doskwierał, mimo, że była już noc. Zero wiatru, zero chmurki, księżyc zaglądał przez okno i ja siedzący uparcie przy komputerze piszący kolejne słowa na ekranie. Miałem wenę, czyli myśli układały się w fajne zdania, które skrzętnie zapisywałem. Pisałem o fajnie spędzonych chwilach wakacyjnych w uroczysku koło Ełku. Czas szybko płynął i nawet się nie spostrzegłem, kiedy wybiła godzina druga może trzecia. Upał i zmęczenie pomału zaczynały dokuczać. Miałem już dość wpatrywania się w ekran, kiedy nagle zaczął dziwnie pulsować. Nie było to typowe śnieżenie, lecz pulsowanie na początku bardzo szybkie, ale z czasem błyski następowały coraz wolniej. W pewnym momencie zapadła ciemność. Zapomniałem dodać, że pisałem po ciemku żeby
nie budzić domowników. Myślałem, że komputer się zepsuł, ale po chwili rozbłysnął dziwnym błękitem. Mój szok i strach się powiększył, kiedy na ekranie zobaczyłem „Wiedźmina”. Wiecie tego z tej naszej polskiej gry. Podobno bardzo popularnej na Świecie. Tak słyszałem, sam nie przepadam za grami komputerowymi, ale twórczość Sapkowskiego bardzo lubię. Zresztą przepadam za książkami fantastyczno-naukowymi do czytania których was zachęcam. Zdziwiłem się i przestraszyłem. Jednak, kiedy zobaczyłem jego twarz na swoim ekranie pomyślałem, że pewnie hakerzy weszli na mój komputer i podrzucili mi jakiegoś wirusa. Czekałem tylko, kiedy cały mój twórczy dorobek popłynie z ekranu. Nic się jednak takiego nie działo. Te świdrujące kocie oczy patrzyły na mnie i wydawało mi się, że pilnie obserwuje moje pokojowe otoczenie. Jakby sprawdzał czy ktoś jeszcze jest w pokoju? Próbowałem zresetować komputer, ale dziwne, bo nie chciał się wyłączyć. Pomyślałem, że może wyciągnąć przewód z kontaktu, gdy nagle wirtualna twarz się odezwała.
– Przepraszam czy Pan ma na imię Artur?
         
Kochani to był szok. Myśli przelatywały przez głowę, ale nie potrafiłem znaleźć logicznego wytłumaczenia sytuacji. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to jest jakaś wirtualna zabawa internetowa, do której nieopatrznie zostałem zalogowany. Jako były wojskowy nie dałem się zaskoczyć i postanowiłem podjąć rękawicę i przystąpić do gry, chociaż jak już wspominałem nie jestem ich pasjonatem.
– Tak, jestem Artur, z kim mam przyjemność?
- Jak to nie widać? Z Wiedźminem.
- Tak to wiem, ale kto ze mną gra?
- Kolego to nie jest gra. Specjalnie Cię szukałem. Musisz mi pomóc.
           
Kochani, prawie, że spadłem z fotela. Postawcie się w mojej sytuacji. Wszystkie założenia legły w gruzach. Jeżeli nie gra to co? Przypomniały mi się wszystkie filmy sensacyjne oraz szpiegowskie. Nie wspomnę S-F, które jak ulał pasowały do sytuacji. Strach odebrał mi mowę. Mogłem tylko patrzeć. Wiedźmin, gdy zorientował się, że uzyskał upragniony efekt przystąpił do działania.
- Panie Arturze bez obaw nie chcę Pana skrzywdzić. Przecież Pan wie, że moim zadaniem jest chronić ludzi, a nie ich zabijać. Zresztą jestem programem, który ma świadomość i został wysłany właśnie do Pana, bo tylko Pan może nam pomóc.           
          
Wariactwo, chyba postradałem zmysły. Program ze świadomością. Oczywiście oglądałem film „Tron” czy „Torn”, ale to przecież był  tylko film. Fajny, ale tylko w filmie jest to możliwe. W Realu nie słyszałem o inteligentnych programach. Z drugiej jednak strony żyjemy w takich czasach, że wszystko jest możliwe. Pewnie ktoś się świetnie bawi, a ja jak idiota daję się wprowadzić w maliny, no i przestraszyć. Dobra, jeżeli tak to zobaczymy.
- Wiedźminie miło mi, że doceniliście moje zalety oraz talent. Cieszę się bardzo, że Ci się mój blog podoba. Obiecuję, że w dalszym ciągu będę się starał pisać ciekawe notatki, ale nie widzę możliwości bym mógł Wam pomóc. Tym bardziej, że jestem emerytem i nie mam żadnych układów oraz znajomości.
          
Zapadła długa cisza. Myślałem, że mam ich w garści. Ciekawe czy zaskoczyłem ich faktem, że ich rozgryzłem? Mają zagrychę, co teraz mi powiedzieć? Pewnie myślą, że się pomylili i dadzą mi spokój. Przestaną się bawić moim kosztem. Zaraz powiedzą, że jestem w ukrytej kamerze.
- Panie Arturze to nie jest ściema. Szukałem Pana w całej sieci. Tylko Pan nie zachwyca się grami. Tylko Pan przez całe życie interesuje się fantastyką. Tylko Pan ma umiejętności informatyczne oraz ciekawy blog. Jak zauważyłem wszyscy Pana z zainteresowaniem czytają. Tylko Pan jest w stanie zachować wiarygodność w wystąpieniach medialnych. Przestał też Pan bawić się w politykę. Ostatnia Pana notatka o wycofaniu z portali społecznościowych przekonała mnie ostatecznie, że widzi Pan zagrożenie.             
            
O czym facet mówi? Czemu w dalszym ciągu się mną bawi? Uważam, że jest to niegrzeczne żartować ze starszego pana. Późna pora, chce się spać, a Ci w dalszym ciągu się ze mną bawią. Chyba byłem za grzeczny.
- Uważam, że przesadzacie. Godzina trzecia w nocy, a wam się zebrało na żarty. Proszę sobie znaleźć kogoś młodszego, a mi dać spokój. To nieodpowiedzialne i śmieszne bawić się moim kosztem. Ostrzegam, że sprawę skieruję do sądu.
- Panie Arturze dosyć żartów. Słyszał Pan pewnie, że moja gra zawojowała Świat. Jak zdążyłem obliczyć miliard codziennie siedzi przed ekranem. Założeniem twórców było zdobycie jak największej popularności i jak największej kasy. Niestety wszystko wyrwało się z pod kontroli. Ludzie zapominają o bożym świecie. Nie jedzą, nie piją, nie pracują tylko grają. Najgorsze, że omam ogarnął również dzieciarnię. Kiedy powinni być w szkole One grają. Dziwne, że nikt tego nie widzi i nikt nie reaguje. Myślę, że albo komuś to na rękę, albo pochłonięci wirem życia nikt tego nie czuje. Twórcy mnie stworzyli, jako zawór bezpieczeństwa, ale nikt mnie nie słucha. Tylko w Panu nadzieja.
          
Wariat albo przygłup. Nikt mądry tak by się w Internecie nie zachowywał. Teraz już jestem pewny, że czytał moje notatki i bawi się moim kosztem. Tylko czy to erotoman, zbuk czy może jeszcze gorzej? Trzeba z rozwagą i ostrożnie. Nigdy nie wiadomo, co takiemu może przyjść do głowy? Właściwie, co mnie obchodzi jakiś program i związane z nim problemy? Wyprodukowali niech się martwią. Wiedziałem, że z tymi grami to nic dobrego.
- Fajnie, że kolega mnie docenił, ale nie wydaje mi się, że akurat ja mógłbym tu pomóc. Prowincjonalny wojskowy emeryt niestety nie ma takiego przebicia, żeby ktokolwiek chciał go słuchać. Tym bardziej cały Świat. Myślę, że kolega źle wybrał. Proponuję zwrócić się do kogoś, kto ma możliwości lub wrzucić informację do sieci gdzie wszyscy przeczytają. Ktoś z pewnością zareaguje. Może nawet więcej niż ktoś.
- Panie Arturze myśli Pan, że nie próbowałem. Tysiące, setki tysięcy ostrzeżeń i nic. Wszyscy traktują ostrzeżenie, jako reklamę. Dobrą zabawę lub działania rodziców. Nikt nie traktuje tego poważnie. Tylko w Panu nadzieja, jeżeli Pan uwierzy. Wiem musi Pan sprawę przemyśleć. Niech się Pan zorientuje w Internecie oraz zasięgnie opinii Panu najbliższych. Wiem, że może tak się zdarzyć, że nikt Panu nie uwierzy, ale musimy próbować. Wszędzie. Gra idzie o naprawdę ważną sprawę, o przyszłość Waszych dzieci. Niech się Pan z tym prześpi. Odezwę się za kilka dni.
           
Zapadła ciemność. Siedziałem cicho intensywnie analizując otrzymane informacje. Ciemność i cisza nie przeszkadzały mi w rozważaniu czy jest to prawda, czy ktoś się moim kosztem zabawił? Wiele z tego, co mi powiedział trzymało się kupy. Wiele też budziło wątpliwości oraz przekonanie, że nie jest to możliwe. Postanowiłem przespać się i porozmawiać z najbliższymi.
          
Tak jak przypuszczałem opinia jest jednoznaczna, albo się napiłem, albo coś jest ze mną nie tak. Opina, że ktoś się zabawił moim kosztem przeważyła ewentualne rozważania o realności przekazu. Liczę, że koleś się nie odezwie. Chcę być jednak w porządku wobec siebie i zamieszczam na swoim blogu tę niewiarygodną opowieść. Osądźcie sami czy może być prawdziwa? 
P.S.
Zapomniałem dodać, że opowieść mimo małego prawdopodobieństwa dotyczy mnie i nie chciałbym żeby ktoś czerpał z niej finansowych korzyści. Wierzcie mi nie zależy mi na reklamie. 
 

CHCIAŁBYM WAM POWIEDZIEĆ, ŻE JA …..

         Nie będę przytaczał słów znanej polskiej piosenki, ale chcę się z wami podzielić wrażeniami z pogranicza konspiracji, szpiegostwa oraz wywiadu bez względu na jego rodzaj (państwowy, gospodarczy). Żyjemy w świecie, w którym informacja ma wartość wymierną, przeliczoną w polskim przypadku na złotówki. Jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie dwadzieścia lat temu tajne lub ściśle tajne dane dotyczyły wojskowości oraz obronności kraju. Dziś praktycznie każda wiedza jest obwarowana ograniczeniami publikacyjnymi. Chciałbym Wam powiedzieć, że przypominają mi się czasy głębokiego socjalizmu. Informuję młodzież, że w Polsce nie było komunizmu. Proszę poczytać encyklopedię lub inne mądre wydanie historyczne opisujące ustroje. Komunizm to był cel socjalizmu i daleko mu jeszcze było do realizacji utopijnych założeń. Wracając do tematu, za czasów socjalizmu oraz zimnej wojny, media w liczbie trzy: radio, telewizja oraz prasa bombardowały nas ostrzeżeniami, że „Wróg Czuwa”, nakłaniając do ostrożności, uczulając na dziwnie zachowujące się osoby. Zabraniając fotografowania: zakładów pracy, jednostek wojskowych, lotnisk oraz stacji kolejowych strasząc „Tiurmą”. Presja ustrojowa ograniczała możliwości edukacyjne oraz rozwojowe osobom niepoprawnym politycznie lub pochodzeniowo, co jak się okazało nie przeszkodziło przeciwnikom „reżimu” zdobyć wykształcenie oraz wiedzę. Młodzieży, nie musiałaś zgłębiać wiedzy zawartej w „Czerwonej Cegle”[1], ale obawiam się, że jak minie jeszcze z pięćdziesiąt lat znajdzie się jakiś nawiedzony, który oczaruje się prawdami w niej zawartymi i będziemy mieli powtórkę z rozrywki. Cegła nie przeszkodziła jednak zmianom ustrojowym, a bym powiedział wręcz pomogła. Dziś ci, którzy się na niej wychowali brylują w prawicowych przekazach, a przecież musieli znać na pamięć jej przesłania by ukończyć studia. Może pomogła im odróżnić utopię od realizmu. No cóż, co się nie robi dla historii.           
           
Ochrona tajemnicy posunięta była do granic absurdu. System inwigilacji oraz kontroli doprowadzał do zastraszenia oraz nieufności. Do dzisiaj jeszcze funkcjonują kawały, w których gość siedzi w więzieniu za lenistwo. Nie chciało mu się iść na milicję przekazać informacji o koledze, który jednak to zrobił. Dopiero lata osiemdziesiąte uzdrowiły atmosferę, ośmielając opozycjonistów oraz osłabiając już zdegenerowany system represji. Dalsze zmiany ustrojowe odwróciły sytuację, zmieniając relacje polowania. „Zwierzyna” zaczęła polować na „myśliwego”. Oczywiście polowanie się nie udało, co może nas uchroniło od przelewu krwi. Jednak zawziętych „zwierzaków” u nas ci nie brakuje, ale ich poczynania stwarzają więcej szkód niż pożytku. Odtworzenie struktur wywiadowczych zajmie wiele lat, i to wcale nie jest pewne, że się uda z obawy o kolejnych nawiedzonych. Dajmy kolegom w spokoju pracować nie angażując w to media. Straszne jest to, że media nie czują, co wypada, a co nie wypada. Pogoń za sensacją często wylewa dziecko z kąpielą. Gdzie jest poczucie narodowej więzi oraz polskiego interesu politycznego? Błądzić jest rzeczą ludzką, ale nagłaśnianie błędów strategicznych jest przestępstwem. Zagraża bezpieczeństwu nas wszystkich jak i tych, co piszą oraz publikują. Rozumiem wolność prasy oraz dostępność informacji, ale wydaje mi się, że musi być ona wyważona. Można piętnować błędy, ale nie rozmawiać o szczegółach. Fajnie, że dziennikarze czuwają nad naszym bezpieczeństwem oraz przypadkami społecznej niesprawiedliwości piętnując i pokazując, czym przyczyniają się do administracyjnej reakcji urzędów państwowych. Gorzej, kiedy zwracają uwagę na błędy popełniane w polskim systemie bezpieczeństwa. Chociaż, przepraszam zwracam honor. Jeżeli dziennikarze potrafią wyszukać możliwości przecieku informacji to pewnie instytucje zainteresowane potrafią to lepiej. Uczulenie oraz pokazanie błędów pozwoli ustrzec się ich na przyszłość. Chociaż dla wojskowego boli, że istotne dla obronności dane są publikowane. Trzeba być idiotą publikując dane lokalizacji koszarowej sił specjalnych w ramach przetargu o remont. Chyba, że chodzi o wprowadzenie w błąd przeciwnika. Jednak w dalszym ciągu uważam, że o pewnych „sprawach” powinno być jak najmniej informacji w przekazie.
           
        
Dzisiejsza ochrona tajemnicy przerasta swym zasięgiem i zakresem jej niedojrzale dziecko z czasów socjalizmu. Dzisiejsza walka o ochronę informacji zakrawa na paranoję. Śmieszne wydają mi się dziś hasła, że wróg czuwa. Praktycznie czuję, że moje przeciętne życie obwarowane jest niepisanym przekazem „Uważaj, co mówisz, piszesz, słuchasz, czujesz oraz przekazujesz”, bo może być to na granicy prawa i ktoś „pociągnie” cię do odpowiedzialności. Kiedyś szukając miejsca zamieszkania kumpla w inny mieście wystarczyło dotrzeć do książki telefonicznej lub poszukać nazwiska w spisie mieszkańców na klatce schodowej. Dziś wkurza, że ktoś dzwoni personalnie do Ciebie i proponuje spotkanie reklamowe prezentujące zdrowotną pościel. Przecież dane personalne są zastrzeżone. Wniosek: ktoś musiał je sprzedać bez naszej wiedzy. Ostatnio chciałem zaprezentować zdjęcia, które wydawało mi się świetnie odzwierciedlały wakacyjny nastrój wspólnego odpoczynku. Zapomniałem tylko, że nie ja jestem ich autorem. Autor akurat nie miał przyjemności w ich opublikowaniu. Uzmysłowiło to mi, że informacje zawarte nie tylko w Internecie są obwarowane prawami autorskimi oraz ich wykorzystanie musi kosztować i posiadać zgodę właściciela. Paranoja ochrony praw osobistych sięga zenitu, kiedy uzmysłowimy sobie, że w dzisiejszych czasach jesteśmy permanentnie inwigilowani. Niech się chowa SB-ecja ze swymi przestarzałymi formami podsłuchu i inwigilacji. Dziś jesteśmy słuchani, podsłuchiwani oraz śledzeni non stop przez systemy telekomunikacyjne. Przecież wszyscy o tym wiemy. Bilingi naszych rozmów są dla sądów dostępne. Tym bardziej, gdy bezpieczeństwo w dobie zagrożeń asymetrycznych jest ważniejsze niż nasze poczucie intymności. Warto jednak pamiętać, że nie o wszystkim wypada opowiadać przez telefon. Pamiętajmy, że ktoś czuwa by nam żyło się bezpieczniej. Warto też przemyśleć nasze członkostwo w społecznościowych portalach. Przyjemność kontaktowania się ze znajomymi proszę mi wierzyć kosztuje. Proszę przeczytać bardzo uważnie regulaminy, a dowiemy się, że nasze dane osobowe wykorzystane zostaną w działalności reklamowej, za którą firmy nieźle zapłacą. Żyjemy w czasach, że nic za darmo. Ułomne przeświadczenie zaistnienia w mediach, które niby nas nobilituje, przysparza profitów nie nam, ale tym co nas publikują. Przerażające jest to, że młodzi nie czują zagrożeń. Wychowani już w czasach demokracji nie posiadają tak znanego nam, ukształtowanego przez rodziców, instynktu samozachowawczego. Łatwowierność, szczerość oraz oddanie prezentowane na stronach portali społecznościowych przeraża oraz budzi strach, że nie widzą "złego". 
           
         
Czas zafascynowania Internetem minął. Zbudził się rozsądek, który zmobilizował do przemyśleń. Informacja, z jednej strony ogólnodostępna z drugiej strony jest towarem, który ma swoją wartość oraz cenę. Dostępność chroni nas przed błędami oraz porażkami, cena oraz wartość uczy nas szacunku i pokory. Firma, z którą chcę nawiązać współpracę, jeżeli nie jest w KRS nie zdobędzie naszego zaufania. Propozycje, których nie zweryfikujemy w Internecie, nie budują podstaw do dobrej współpracy. Jednakże coraz częściej zdobycie tych informacji kosztuje. Biorąc pod uwagę powyższe doszedłem do wniosku, że snobistyczne zadowolenie „istnienia” w Internecie jest niewspółmierne do kosztów ponoszonych przez moją osobę. Upublicznieniem siebie oraz mojej rodziny nie przysparza profitów lecz odwrotnie stwarza zagrożenia. Spokój osobisty oraz najbliższych jest niewspółmierny do wyróżnienia. Chciałbym Wam powiedzieć, że podejmując trudną dla siebie decyzję (lubię być na świeczniku) wycofania się z Internetu miałem na względzie zachowanie „dóbr osobistych” oraz wszystkiego co jest z tym związane poprzez nie upublicznianie siebie oraz moich bliskich. Pozostawiam sobie tylko furtkę w formie blogu, który zaspokaja moje ego oraz przyjemność pisania oraz tworzenia (prawa autorskie zastrzeżone).  

BYĆ ODYSEM

Staff Leopold
Odys 
Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy
Wszędy są drogi proste
Lecz i manowce wszędy  
O to chodzi jedynie,
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej niż sie chciało  
Zostanie kamień z napisem:
Tu leży taki i taki
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swej Itaki[1]            
          Warto przypomnieć sobie słowa mistrza by nabrać dystansu do życia. Nie jest to jednak nawiązanie do przemijania, a wręcz odwrotnie uczulenie na przyszłość. Towarzysząca nam świadomość, że jedynym śladem, który po nas zostanie to nasze dzieci oraz kamień z napisem powinno nas mobilizować do istnienia. Warto też wiedzieć, że funkcjonuje też takie pojęcie jak pamięć. Pamięć ludzka jest zawodna. Pamiętamy bzdety, a zapominamy o istotnych sprawach. Walczymy o ten ślad na Ziemi, a okazuje się, że „impuls” przechodzi do historii, a o nas pamięć ginie. Przewrotność historii, pamięci ludzkiej jest znana od wieków i nie powinno nas dziwić, że uzależnione są one od sensacji. Jednak pamięć to nasza rodzina, nasi znajomi, nasze środowisko społeczne. Jeżeli zasłużyliśmy na pamięć przejdziemy do historii. Jeżeli się „zeszmacimy” pozostaje tylko rodzina. Warto, więc pamiętać o rodzinie. Dbajmy o nasze dzieci, dbajmy o rodziców, bo to nasza „winorośl” i „korzenie”, bez których ślad po nas zginie.           
          Pęd za byciem kimś, za pracą, płacą oraz uznaniem przesłania nam najistotniejsze sprawy związane z naszym jestestwem. Zrozumieniem samego siebie. Wiem, że są to bzdety, kiedy człowiek ma długi, kredyty i jeszcze trzeba związać koniec z końcem. Utrzymać rodzinę i jeszcze myśleć o przyszłości. Wiedząc, że komornik wisi nad głową a banki spać nie dają. Gdzie tu znaleźć czas na zastanowienie? Czas na przemyślenia? Myśli są, ale nie mentalne, lecz realne. Jak żyć, jak funkcjonować by zapewnić byt rodzinie? Polak potrafi, znajdzie rozwiązanie legalne lub mniej, ale czy tak ma być zawsze? Czy naszym przeznaczeniem jest tylko wiązanie końca z końcem i szukanie ratunku na świecie? Demokracja daje nam możliwości, ale nie daje nam rozwiązań. Ich musimy szukać sami. Wszechobecny strach przed porażką wielu podcina skrzydła i uziemia na zawsze. Młodzi pełni energii oraz wiary w swoje możliwości mają odwagę, ale potrzebują kilku lat by dołączyć do „nielotów”. Gdzie jest błąd, gdzie zawirowania, że tak się dzieje, że nie ma zmiany na lepsze? „Lechu”[2] mówi, że trzeba posprzątać. Media nam współczując podsyłając „ofiarny materiał” bałamucą oraz otumaniają przekazem, nasz instynkt samozachowawczy, utrzymując niski stan społecznego „nasycenia”. Kiedyś można było ponarzekać, dziś sami zgotowaliśmy sobie ten los. Siedźmy więc cicho, bo może być gorzej. „Szkło kontaktowe” rozmyje nasze złowieszcze nastroje tak jak kiedyś „Stańczyk” poprawiał królewskie. Najdziwniejsze, że „Lud” to kupił niczym średniowieczne katusze. Może to i prawda, że lepiej śmiać się niż płakać. Zostaje tylko z ironią patrzeć w przyszłość wybierając mniejsze zło by ustrzec się przed śmiesznością. Jedynie pamiętajmy to, że pogoń za egzystencją i sukcesem, przesłania nam fakt, że i tak znajdziemy się w „glebie”. Kolejni nas zastąpią, a za nas tylko rodzina w Zaduszki zapali znicz i może komuś będzie smutno i przykro.
           
           Sprzedanie siebie, swoich poglądów, przekonań oraz wartości moralnych oraz etycznych to kolejny element nieprzyczyniający się do utrwalenia się pozytywnego w historii oraz pamięci społecznej. Częstym błędem jest zmiana poglądów i przekonań nie z uwagi na „olśnienie”, lecz czyste wyrachowanie by pozostać przy kasie oraz świeczniku medialnym. Dzisiaj nie władza, ale medialność jest w cenie. Czy warte jest to poświęcenia swoich poglądów i przekonań? Czy warto oddać zdobyte wielkim poświeceniem uznanie dla mamony oraz moralnie mało wiarygodnych profitów? Wydaje się, że odpowiedź jest jednoznaczna i nie powinna budzić wątpliwości. Jednak życie pokazuje inaczej. Prawdą jest, że osąd musi uwzględniać wszystkie strony sprawy, ale gdy się zmieniamy nie sądźmy innych, bo nie mamy prawa moralnie osądzać, kiedy wątpliwości budzimy sami. Jeśli dotyczy to maluczkich lub egzystujących normalnie nie budzi to sprzeciwu gorzej, gdy tych, którzy kształtowali wartości etyczne i moralne. 
            Przemijanie jest słuszne i jest regułą, której jak na razie nie jesteśmy wstanie zmienić. Przychodzimy i odchodzimy zadowoleni lub mniej przeżywszy tych średnio siedemdziesiąt lat, pozostawiając swój ślad na ziemi. Fajnie, gdy jest to mądre i przyjemne gorzej, gdy snobistyczne i zadufane. Kiedy zbliżamy się do finiszu bywa, że oglądamy się za siebie jedni by zobaczyć przeciwników inni by ocenić własne dokonania. Warto wtedy pomyśleć mając tych jeszcze kilkanaście lat przed sobą, czy przyspieszyć lub zwolnić, a może zastanowić nad sobą? Czy ten wyścig ma sens i czy mamy szansę by zająć dobre miejsce na koniec?            
            Reminiscencyjny ton bywa często, że pogarsza nasze psychiczne samopoczucie pociągając nas w melancholijny nastrój, ale z drugiej strony jak to śpiewał Andrzej Rosiewicz w „Czterdziestolatku” – „
A gdy cię czas pogania, przodem puszczaj drania, bo masz czterdzieści nowych, bo masz 40 nowych, bo masz 40 nowych lat.”[3] Fakt, że tych lat jest troszkę mniej, ale warto jest je przeżyć w zgodności ze swoim sumieniem i swoimi poglądami. Szkoda tylko, że nie ma człowiek wzorców moralnych, którymi mógłby się wesprzeć w swej dalszej drodze przez życie. Nie mówię nigdy, bo człowiek jest ułomny i bywa, że błądzi, ale ja przy swoich przekonaniach pozostanę.


[2] Lech Wałęsa.
[3] Andrzej Rosiewicz40 Lat minęło” – tekst piosenki  
http://teksty.org/andrzej-rosiewicz,40-lat-minelo,tekst-piosenki
01.09.2011 r.