„BÓJ TO JEST NASZ OSTATNI ……” NIE ODPUSZCZAĆ INTERNETU!

          Chyba każdy z nas zna słowa międzynarodówki. Jakże stały się one współczesne. Myślicie, że to anachronizm wspominać coś co przypomina mroczne czasy utarty wolności. Proszę tylko nie zapominać, że przesłanie było inne. Zostało tylko wypaczone i nagięte do potrzeb rządzących. „Twierdzenie” zawsze jest w jakimś sensie utopią z uwagi na to, że nie uwzględnia czynnika ludzkiego. Chyba, że mówimy o matematyce. Chcielibyśmy by było jak w bajce. By wszystko szczęśliwie się kończyło. By nasze poczucie szczęśliwości zawsze z nami było. Życie niestety nie jest takie proste wręcz można powiedzieć jest nieprzewidywalne chociaż mądrzy w nauce powiedzą, że dziś można zbudować model matematyczny tego co może się wydarzyć dnia następnego. W ten to oto sposób przechodzimy do sedna sprawy. Możliwości obliczeniowe współczesnych komputerów mogą sprostać problemowi tylko, że jeszcze potrzeba zbyt wiele czasu by przewidywanie aktualne było. Jak dotychczas wszystko jest na wczoraj.
          
Myślę, że żaden komputer nie potrafiłby przewidzieć, że wystarczy kilka miesięcy, by wybrany demokratycznie rząd tak szybko się pogrążył. Nie chodzi tu o leki czy o wzrost cen paliw. Najważniejsze jest to, że po prostu im odbiło. Uwierzyli w siebie, że są „nie spuszczalni”. Dysponują władzą absolutną. Prezydent i Premier, nikt im nie podskoczy. Nawet wojsko, które broni się przed degradacją. Akt rozpaczy jakim był czyn samobójczy, z braku doświadczenia, nieudany. Mimo, że cel osiągnięto bo media zachłysnęły się sensacją. Niestety nie zaskoczył starych wyjadaczy i kolejnego generała dni już policzono. Jak nie będzie krzyczał gdzieś go pewnie umieszczą. Prokuratorów tak jak lekarzy będziemy przeszkalać gdy trzeba będzie nam wojskowych „wyjadaczy”.
          
My i nikt więcej znamy przepis na wolność społeczną i intelektualną. My, czyli ci u władzy, przez cztery lata pokazaliśmy jak można rządzić „inaczej” zgodnie z potrzebą społeczną. Naród oczarowany przekazem medialnym i w obliczu kontrowersyjnych odczuć związanych z „propozycją” prawej strony, która się zachowywała jakby była z tej opcji „myślących inaczej” opowiedział się za starym. Tak bardziej prawicowo-lewicowo wypośrodkowanym. Inny pobrałby nauki i zrozumiał, że naród nie miał wyboru więc wybrał to co jest „normalne”, a nie nieprzewidywalne. Niestety odebrano to inaczej. Poczuto wiatr w skrzydłach i zaczęli rządzić po „europejsku” z medialnym rozmachem przeciwko społeczeństwu. Zachłyśnięcie się „prezydencją” mimo, że do końca skuteczne nie było. Może się okazać, że było krokiem milowym do uszkodzenia demokracji. Przekonanie o swojej nieomylności zaszkodziło nie krajowi lecz także Europie. Chociaż patrząc jak wielcy świata tego potraktowali nas kiedy byliśmy u europejskiej władzy trzeba sądzić, że można spać spokojnie. Mamy do powiedzenia tyle w świecie ile Sarkozii, Merkel czy Obama pozwolą. Natomiast włażenie, jak to się w Polsce mówi, komuś w tylną część ciała, nie tylko nas politycznie osłabia, ale też pokazuje, że nie mamy swojego zdania.
            
Polityka jest jak kobieta lekkich obyczajów, która „daje” tym, którzy potrafią się zeszmacić. Nie ma moralnych zasad ani obyczajów, chociaż „realizuje się” w zaciszu alkowy jej skutki są widoczne w normalnym życiu. Zamiast trzymać się utartych szlaków. Wybranych latarni i krawężników. Próbuje swym zasięgiem ogarnąć coraz nowsze obszary. Media jej uległy, a wręcz są uzależnione od niej i nie potrafią nic ciekawego przekazać jeżeli nie zahaczą o poglądy polityczne. Nawet wypadek, katastrofa, zabójstwo czy rabunek prędzej czy później muszą oprzeć się o politykę. Ona dyktuje jakie ma być nasze dzisiaj oraz jutro. Najgorsze jest to, że często zmienia zdanie. Niewiele jest dziś sfer życia codziennego, żeby nie mówić o polityce. Wdarła się do naszego domu. Dzieląc i angażując domowników w jej pokrętne knowania i ideały. Tylko młodzi choć nie wszyscy bo są też i tacy, którzy już w tym wieku widzą świetną zabawę w robieniu z innych balona dla wspólnego interesu. Generalnie jednak rzecz ujmując młodzi wolą się kształcić, bawić, kochać czyli żyć chwilą, a nie knować i myśleć o władzy.
             
Styczeń roku 2012 zakłócił ich pojmowanie wolności i demokracji. Polityka wdarła się siłą w ich świat wirtualnej swobody oraz przepływu informacji. Pokazała, że kto nie z nią to jest przeciw, czyli możesz zapomnieć, że ciebie nie dotyczy bo się w nią nie bawisz. Komuś przyszło do głowy, że Internet się robi zbyt wolnościowy oraz niebezpieczny. Jego oddziaływanie i skuteczność jest zbyt znacząca by była wolna od polityki i władzy. Władza ogólnoświatowa, musimy to zrozumieć nie tylko nasi, doszła do wniosku, że trzeba coś z tym zrobić. Zapanować a wręcz ujarzmić i podporządkować politycznym celom. Świadomość polityczna winna nam towarzyszyć już od najmłodszych lat i nie można zaprzepaścić takiej okazji jaką daje nam Internet. Jakże to jest nam bliskie. Jakże brzmi swojsko. Jakbym wrócił do lat młodzieńczych, kiedy już w latach szkolnych i dziecięcych nam wpajano, że „Naród z Partią”, a my dzieci to przyszłość i socjalizm. Czyżby to wszystko miało wrócić?
           
Dziś kolejny dzień społecznej dezaprobaty dla porozumienia gospodarczego ACTA. Nie jest istotne, że podłoże merytoryczne porozumienia jest słuszne, ważne jest to, że władza próbuje mieszać się do Internetu. Traktowanego przez szereg lat jako zabawę dla dzieci nagle okazało się, że jest siłą, która kształtuje poglądy polityczne. Rozumiem motywy postępowania, ale też wiem i czuję, że jeżeli teraz ulegniemy argumentacji władz to za chwilę miast palca stracimy rękę całą. Pamiętam jak niedawno straszono nas „wirusami”, że „Milenium” to będzie koniec Internetu. Dziś wie każdy, że ci co tworzą wirusy spowodowali, że też są tacy, którzy potrafią napisać programy chroniące nas przed „epidemiami”. Internet się sam obronił a wręcz stał się rynkiem swobodnej gospodarki. Myślę też, a myślę słusznie, że wymyśli też za odpowiednią cenę narzędzia, które ochronią jeżeli będziemy chcieli naszą własność intelektualną. Dlatego mówię głośno do władz tego kraju – „Ręce precz od Internetu” poradzimy sobie sami.
            
Ileż szczęścia i radości mają młodzi i nie tylko młodzi z faktu, że mogą swobodnie wymieniać poglądy na różne tematy. Dzielić się spostrzeżeniami, uwagami zachwycać wspólnie nad ściągniętym filmem lub utworem. Pośmiać się z demotywatorów lub napisać wypracowanie w oparciu o Wykipedię, wolną encyklopedię. Trudno dziś funkcjonować bez Facebooka lub Twittera, które dają poczucie swobody, otwartości na świat. Świadomości, że moja mieścina nie jest „wioską” bo mam przyjaciół na całym globie. Mamy to wszystko stracić bo komuś się spodobało położyć łapę na Internecie. Szkoda by było stwierdzić lub mieć taką świadomość, że dziewczyna z którą piszę lub rozmawiam przez Skypeja ma „towarzystwo”, które jakby zza światów krzyczało – „Rozmowa kontrolowana, Rozmowa kontrolowana”. Przecież wszystko to już było i miało nie wrócić więcej. Niestety wygląda na to, że zdarzyć się może. Warto więc może przypomnieć sobie słowa międzynarodówki i zanucić w domu, w szkole – „Bój to jest nasz ostatni ….”. I ktoś się opamięta, opanuje i pójdzie po rozum do głowy, że tak się nie buduje demokracji. Młodzieży, do was apeluję, trzeba trwać usilnie na straży Internetu, wolności przepływu informacji, bo jeżeli przegramy to ubezwłasnowolnimy się sami i jak maszyny będziemy sterowani przez „Politykę”. 

AKTUALNIE COŚ TAK ABSTRAKCYJNEGO

          Doczekaliśmy się „intelektualnej” rewolucji w Necie. „Inteligentni inaczej” próbują przejąć kontrolę nad naszymi możliwościami swobody intelektualnej. W obronie naszych własności „wytwórczych” i dla naszego dobra przygotowują się do przejęcia społecznego interesu. Dość już swobody w surfowaniu i zdobywania wiedzy oraz dostępności intelektualnej. Dość żerowania na ciężkiej pracy twórczej intelektualistów i twórców popkultury powszechnej. Trzeba bronić praw do dobra indywidualnego. Trzeba szanować wysiłek i zaangażowanie. Ustalono, że każda informacja kosztuje, czyli ma swoją cenę. Nareszcie będziemy zarabiać na Internecie. Już żadne media nie będą mogły wykorzystywać naszych „ciężko” zdobytych „niusów” bez opłaty. Przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Wiem, że tylko jest to tak zwane „Pobożne Życzenie”. Dalej będą nas robić w balona pieszcząc nas osobistym snobizmem. „ACTA” to atak na naszą wolność wirtualną, na naszą swobodę wypowiedzi. „Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA) to międzynarodowe porozumienie dotyczące walki z naruszeniami własności intelektualnej, w tym także piractwem internetowym. Prace nad nim trwały od października 2007 roku, wywołując wiele kontrowersji nie tylko wśród społeczności internetowej, ale także samych zainteresowanych państw.”[1] Efektem końcowym podobno ma być podpisanie przez Polskę w Tokio zgody na upowszechnienie zapisów porozumienia w naszym kraju. Czyli wprowadzenie ograniczeń. Wszystko wydaje się dobre i wspaniałe gdyby nie to, że „wilk” chce się ubrać w „owczą” skórę i przy okazji zrobić z nas idiotów.            
         
Ochrona praw autorskich, która ma nam przynieść profity oraz satysfakcję z tego, że nikt bez naszej zgody nie wykorzysta naszego wysiłku intelektualnego w rzeczywistości pozwala rozbudować aparat inwigilacji i kontroli oraz uniemożliwić swobodę wypowiedzi. „Porozumienie zakłada, że dostawcy Internetu zostaną zaangażowani w walkę z piractwem. Będą oni musieli monitorować działania abonenta (sic!) i blokować dostęp do stron „podejrzanych o udostępnianie nielegalnych treści". Taki zapis otwiera oczywiście szerokie pole do interpretacji, nie mówiąc już o kosztach planowanego „śledzenia"[2]. Efektem współpracy jest nadzór i kontrola władz w szerokim tego pojęcia znaczeniu, bo myślę tu też o globalizacji, nad wolnością słowa. Dziś każdy może się cieszyć swobodą oraz pomysłowością zaistnienia w sieci w przekonaniu swej anonimowości, co dodaje skrzydeł i „przestrzenności globalnej wypowiedzi”. Nie każdy jest Tuskiem czy Sarkozim by publicznie zaistnieć oraz wyswobodzić wszystkie swoje myśli, problemy i „naleciałości” na cały świat. Dziś Internet to lekarstwo, które umożliwia wykrzyczenie anonimowo (przypuśćmy) bez konsekwencji, to co na duszy nam leży. Fakt, że i „śmieć” się znajdzie, który tę wolność chce wykorzystać dla swoich niecnych celów, ale przecież każdy ma rozum, wolność wyboru i tylko trzeba chronić dzieci, bo niestety one nie mają wyrobionego systemu „internetowo-obronnego”. Wychowanie rodzicielskie, społeczne oraz duchowe nie uwzględniło w swym programie „internetowej agresji”, której sami zaczynamy się dopiero uczyć odróżniać. Jak ważny to problem uzmysłowiło mi działanie „hakerów”, którzy w obronie wolności Internetu jednocześnie mi pokazali, że społeczność wirtualna ma też swoje podziały na tych, którzy są „namaszczeni wiedzą” oraz zwykłych „prowincjonałów”, którzy zachłystują się informacją oraz możliwościami jednocześnie stają się łatwym łupem tych, którzy Internet znają, czują oraz jako narzędzie traktują do doskonalenia swych informatycznych umiejętności.
           
          
Dzisiejsze społeczeństwo, szczególnie młodzi inaczej pojmują rzeczywistość ich priorytety to nie praca i biznes, lecz wirtualna rzeczywistość połączona z „realem” w oparciu o sieciową przestrzeń intelektualną, która oparta będzie o „stare fundamenty”, ale inaczej pojmowane. Próby nagięcia jej do starych standarów jak sami możemy to zauważyć powoduje sprzeciw na razie lokalny. Nie chcę straszyć, ale jest to igranie z ogniem. Wystarczy iskra by wszystko rozpalić by „sieć” rozbłysła płomieniem. Dziś ci, którym wydaje się, że wszystko kontrolują i mogą swe przekonania przenieść do netu zwracam uwagę, że są zbyt, „cieńcy” bo wiedzy im brakuje. Oczywiście mądrych można kupić za odpowiednią kasę ale wiedzy nie da się ujarzmić. Pozostali wystarczą by „sieć” z przychylnej i dostępnej stała się „entropią”. Czyli to, co nas rozwijało, budowało oraz intelektualnie motywowało przestanie istnieć, a stanie się polem walki, które nic dobrego nam nie przyniesie tylko destrukcję oraz chaos. Strach pomyśleć, co to się będzie działo w świecie, którego finanse są oparte już o informację wirtualną. Trzeba będzie znów chodzić do banków wypełniać kwity oraz weryfikować swoje finanse o zapisy archiwalne, bo nikt już nie zawierzy w informację wyświetlaną, a możliwe też, że już jej też nie będzie. Armagedon, który przewiduję może nie jest tak realny, ale myślę, że ludzie tak szybko nie zrezygnują ze swobody intelektualnej, jaką daje nam Internet.
Prawa autorskie nie mogą być podstawą do ograniczenia wolności. Są inne sposoby by je chronić niekoniecznie kosztem wszystkich. Nie chcesz tracić praw własnościowych to się zabezpiecz lub opłać zabezpieczenie. Zresztą popularność się zyskuje nie przez to, że się ogranicza dostęp do swojej twórczości, lecz przez powszechność. Ponadto myślę, że już są dostępne takie mechanizmy prawne, że nie trzeba nam tej wolności przymykać. Jeżeli czujesz się pokrzywdzony z sądu skorzystaj.           
         
Proszę zauważyć, że dzięki sieci świat poszedł do przodu i jakby zmalał. Kiedyś odległe i niezrozumiałe sprawy, problemy oraz społeczności całe dziś powszechne i osiągalne na kliknięcie małe. Biznes też się rozwinął. Dziś nie krajowy, ale kontynentalny, a nawet globalny buduje rzeczywistość światową. Kryzys, który kiedyś nie był kryzysem światowym, albo może i był tylko wolniej się rozwijającym. Dziś dotyczy dzięki sieci nas wszystkich bez względu na kraj, rasę, wyznanie czy kontynent oraz świat cały. Możliwość przepływu swobodnego informacji jest źródłem rozwoju, ale też i anarchii. Takie są prawa światowej demokracji. Jedynie chodzi o to by mądrzy w tej materii nie dopuścili do tego, że przerost demokracji doprowadził do przemocy. Instytucje światowe myślę, że nad tym pracują (legalnie czy nie, to nieistotne najważniejsze by nie ograniczały swobód, ale pilnowały by zło się nie rozprzestrzeniało) by było w sieci bezpiecznie. Myślę, że funkcja kontrolna wystarczy bez dodatkowych uprawnień. Sieć obroni się sama, bo mądrzy ludzie ją stworzyli i sama problemy autorskie rozwiąże, bez konieczności mieszania się „ustawiaczy”. Pieniądz, który jest motorem interesu prędzej czy później zaproponuje rozwiązania (zresztą już informacja kosztuje), które ochronią prawa autorskie bez interwencji z zewnątrz. Właściwym jest zatem, by politycy zajęli się polityką, a nie mieszali się do spraw wirtualnych. Warto przemyśleć co ile kosztuje, gdy w przestrzeni wirtualnej wisi zagrożenie wojny informatycznej?  

PROFANACJA SYMBOLI POWSZECHNYCH

            „Miasto Biała Podlaska zawdzięcza swój herb Michałowi Kazimierzowi Radziwiłłowi. Przedstawia on świętego Michała stojącego na smoku z mieczem i wagą w rękach, całość wpisana jest w czerwoną tarczę.”[1]
            
Kochani, ten symbol „bialskości” został sprofanowany. Miasto użyło go do zatykania otworów „ściekowych”. Nie byłoby żadnego problemu, bo przecież trzeba jakoś oznakować miejską własność i przeważnie jest to stosowane w większości aglomeracji miejskich gdyby nie reakcja jednego z radnych miasta. W dniu szesnastego stycznia 2012 r. cała Polska w „Teleekspresie” dowiedziała się,  że w stolicy Południowego Podlasia Białej Podlaskiej studzienki kanalizacyjne przykrywa się symboliką religijną. Pokrywy wykonane z żeliwa, jako element ozdobny wzbogacono herbem miasta, który niestety przedstawia świętego, ten zaś został sprofanowany i zanurzono w g……nie. Zbrodnia to niesłychana, świętego „umoczono” w fekaliach. Teraz cały świat głosi, że w naszym mieście po świętych się chodzi, nie dość tego różną maszynerią zadaje katuszy. Święty Michał tak rycerski i mężny, który swym butem smoka pogrążył tak za sprawą włodarzy miasta w błocie się pogrążył. Jak tu nie krzyczeć i nie płakać, kiedy świętego tak się upokarza? Tym bardziej, że przy tak ogólnopolskim nagłośnieniu brak jakiejkolwiek reakcji. Cieszy mnie ogromnie, że przynajmniej pan radny z miotełką i łopatką wziął się ostro do czyszczenia tak bardzo sprofanowanej relikwii. Pomyślałem sobie, że to dzielny człowiek i gdzieś tak około przyszłych świąt Bożego Narodzenia oczyści je wszystkie, chyba, że będzie musiał wracać. Ale jak znam swoje społeczeństwo może liczyć na wsparcie nie tylko jednego, ale na pospolite ruszenie.
         
Pisałem już przecież, że strasznie się dziwię, dlaczego tak wszyscy w Polsce uważają nas za przygłupów. Różne komedie i widowiska nas preferują, nawet zagranicą też o nas słychać. Chyba to te „Kargule” tak do nas przylgnęły, że inaczej nas się postrzegać nie da. Komu przeszkadzały „pokrywy” od studzienek kanalizacyjnych choćby nawet z herbem, który praktycznie w naszych czasach może wszędzie zawitać, jako symbol naszego miasta. Przypuśćmy na to, że w toalecie w urzędzie będą ręczniki z herbem miasta to czy też będziemy obrażać świętego? Oczywiście nie mówię o papierze toaletowym, choć w niektórych miastach tak bywa. Zgorszenie radnego mnie zadziwia. Czyżby Rada Miasta nie miała nad czym pracować? Czyżby wrócił temat nazewnictwa „kładek” przez Krznę, który to kiedyś w Radzie zaistniał. Jestem w stanie wszystko zrozumieć co radni wymyślą, proszę tylko o jedno niech to będzie na posiedzeniu rady, niech nie idzie w eter i niech się z nas nie śmieją. Panie Prezydencie bardzo serdecznie proszę by przeprowadzić szkolenie, co to jest „Odpowiedzialność Społeczna”. Jeżeli któryś z radnych ma problemy z rozróżnianiem pojęcia profanacji niech pojedzie do Częstochowy i zobaczy jak symbol religijny, jakim jest obraz Matki Boskiej jest przez miasto wykorzystany. Nikomu nie przeszkadza, że prawie na każdym skrzyżowaniu są drogowskazy do sanktuarium narażone na opady atmosferyczne, błoto, często przez wiatr zrywane „przewalają” się po ulicy i nikomu nie przeszkadzają. Proponuję udać się w pielgrzymkę i jak w Białej posprzątać „profany”. Miasto porządkuje, ale tak jak na „Woodstok” ludzie bałaganią i nic z tym zrobić się nie da.
           
Miasto Biała Podlaska ma taki herb, jaki mu kiedyś książę Radziwiłł wybrał. Istnieje od wieków i stał się symbolem miasta. Miasto promuje i określa i dlatego ma służyć kiedyś jutro i teraz. Nawet, jeżeli znajdzie się dziwny „kolekcjoner” lub złodziej i będzie chciał żeliwne klapy skompletować to przynajmniej będzie wiedział, że to wyrób bialski. Profanacja to pojęcie szerokie i społecznie uwarunkowane. Jakoś nikt nie zarzuca Prezydentowi RP Lechowi Wałęsie, że Matkę Boską nosił w klapie. Chociaż to nasza świętość narodowa. Talerzyki z wizerunkiem Papieża Jana Pawła II czy koszulki z jego podobizną. Inne też precjoza, które można nabyć na odpustach, które po jakimś czasie wyrzucane są do śmietnika. Nikomu jakoś to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie komercja na Jasnej Górze rozkwita. Czy to przypadkiem nie profanacja wizerunku boskiego?
           
Myślę, że występ radnego to była czysta polityka, a może też snobizm lub zwrócenie społecznej uwagi na siebie, czyli kryptoreklamizm potoczny. Tylko niestety wszystkiego nie przemyślał i ponownie „Wschód” Polski ucierpiał. Tera w całej Polsce nas postrzegają za „Czarny Podlaski Ląd”, chociaż „Rancza” ostatnio już w telewizji nie ma. Tak więc fikcja literacka pokryła się z prozą życia. Tak myślę sobie Panie Prezydencie drogi jak znam życie trzeba zmienić herb, nasz symbol regionalny i zamiast świętego dać głowę przygłupa wtedy wszyscy będą zadowoleni. Polska przestanie się dziwić, że radni mają takie pomysły. Drugi wniosek mnie nurtuje, że za nasze pieniądze ktoś się nudzi i z nudów głupio kombinuje. Uczulam, zatem władze samorządowe, że może trzeba wziąć się do pracy nad dobrem społecznym, a nie głupimi pomysłami kompromitować nas w kraju całym. Chyba, że jest to opinia działaczy „prawej” strony, czyli podwładnych Prezesa oraz, że mają poparcie władz klerykalnych. Wtedy to zmienia postać rzeczy. Większość ma rację, a jeżeli nie ma patrz punkt pierwszy. Na wschodzie Polski rządzi prawica, a ona ma zawsze rację. Pan Prezes u nas rządzi, a jego słuchać trzeba. Słuszne jest, zatem drogi Panie Andrzeju zastanowić się nad tym oraz rozważyć taką możliwość, że herb miasta zmienić trzeba, by uchronić się od konfliktów społecznych oraz niełaski i braku poparcia kościoła.
          
Oczywiste jest prostsze rozwiązanie polegające na wymianie „klap” studziennych, ale to kosztuje i w budżecie miasta pieniążków brakuje. Można też wynająć radnego dając mu szlifierkę i wymazać wizerunek świętego z miejsca tak „sprośnego”. Tylko jeden warunek – trzeba zrobić to po cichu, bo Nie daj „Boh” ponownie media to zauważą i ponownie Polacy kosztem naszym bawić się będą. W każdym razie problem trzeba wyjaśnić, albo w ogóle nie ruszać. Porozmawiać tylko z radnym, by zajął się działalnością społeczną, a nie „uduchowieniem” naszym. Bo tak mówiąc szczerze boję się teraz wyjść na ulicę na spacer, bo może ktoś zobaczy, że nieopatrznie nadepnę na „świętego” i będę miał przerypane. Całe szczęście śnieg wszystko przysypał i dziś trudno dostrzec czy przypadkiem stopami nie sprofanuję błogosłowianego. Mam też skromną nadzieję i swój wniosek własny, że Pan Prezydent sam wymyślał będzie problemy i uprzedzał podwładnych by ich inicjatywa tak bardzo nas nie „krzywdziła”. Mądrego ponoć można poznać po tym, że zanim się odezwie najpierw wszystko skonsultuje i przemyśli, a potem zabłyśnie. 

KILKA SŁÓW O EWIE

           Przepraszam Wszystkich, że tak ciągle poruszam smutne sprawy. Brak jest w mych wypowiedziach radości, wesołości oraz optymizmu. Obiecuję się poprawić. Przecież świat nie jest tak okropny i tak strasznie straszny, czy beznadziejnie beznadziejny. Jest w nim dużo optymizmu. Jak się dobrze popatrzy każdy z nas znajdzie coś dobrego dla siebie i swoich wymagań intelektualno-fizycznych. Nim to jednak nastąpi pozwólcie proszę napiszę tych kilka słów o Ewie, ale nie tej „pierwszej” kobiecie, która nas mężczyzn pogrążyła w problemach i stresie przez to,  że rajskie jabłko ugryzła nie dzieląc się z nami w tym interesie. Nie mam żalu do pierwszej kobiety, że to zrobiła, bo to przecież był „odrzut” zrobiony przez Pana Naszego z jakiegoś tam odcinka kośćca męskiego mówiąc szczerze był jeszcze niedopracowany. Chcę pisać o naszej Ewie W. z Międzyrzeca Podlaskiego, którą dziś pożegnałem. Mój ostatni artykuł o „Bohaterach Dnia Codziennego” też był właśnie o niej.           
             
Ewa była wziętym prawnikiem i wspaniałym człowiekiem. Wyszła za mąż za Darka, kiedy jeszcze dziewczęciem była, ale ich miłość wszystkie problemy przezwyciężyła. Darek od początku ciężko pracował by udowodnić wszystkim, że problemom rodzinnym podoła. Znam z opowieści ile to ich kosztowało. Dwie wspaniałe córy, które na świat przyszły umilały im byt oraz wysiłek by rodzina wspaniale funkcjonowała. Wiem ile trudu i wysiłku ich kosztowało by dom pobudować. Potem Darka praca, czym zdrowiem przypłacił by żonie umożliwić się kształcić. Dziś, kiedy żegnaliśmy Ewę podziwiałem rodzinę, że wszyscy są sobie tak bliscy. Powiem wam szczerze, że życie pisze przedziwne scenariusze. Tych kilka lat od kiedy się znalismy zawsze było mówione i wszyscy byli przekonani, że Darek jest bardzo chory i ma problemy z kręgosłupem. Ewa tryskała energią i zdrowiem. Zachwycała humorem, śpiewem i dialogiem. Potrafiąc się znaleźć w każdej sytuacji. Gdy ktoś ją zdenerwował waliła między oczy bez ogródek i ograniczeń. Wspólne przeżyte chwile w Bogaczu na Węgrzech pokazały nam wszystkim jak pogodny jest to człowiek. Dwa lata temu nagle wszystko się zmieniło. Ewa usłyszała wyrok. Inny by się poddał uległ rozpaczy. Zamknął się w sobie i czekał. Nasza przyjaciółka walczyła. Lekarze nie dawali szans ani nadziei, mówili, że tylko kilka miesięcy. Ona się nie poddała walczyła do końca. Walczyła przez dwa lata.
           
            
Dzisiaj w kościele, kiedy ksiądz proboszcz przemawiał i zebranym chciał przybliżyć, kim była Ewa we mnie coś pękło. Uzmysłowiłem sobie, że życie to marność, że przecież Ona tak młoda była, a jednak Pan ją powołał do siebie. Przecież jeszcze tyle lat mogłaby z nami przebywać ciesząc się i radując. Patrząc jak wnuki dorastają, mamą się opiekować, a nie przed nią odchodzić z tego świata. Jakież to straszne, okrutne, kiedy matka swe dziecko przed sobą odprowadza na wieczny odpoczynek. Dziecko, które urodziła i wychowała. Uważam, że jest to smutne. Jednak jak ksiądz proboszcz powiedział niezbadane są wyroki Pana, i nikt nie wie, kogo sobie umiłuje. Moja mama kiedy jechałem na pogrzeb powiedziała, że jak ktoś odszedł z tego świata w niedzielę na pewno będzie w niebie. Tak sobie myślę, że jeżeli nawet Ewa miała jakieś grzechy  te dwa lata cierpienia z pewnością je zmyły.. Walkę swą toczyła w zaciszu rodziny, nie robiąc szumu ani też hałasu. Wspierana przez córki i męża do końca walczyła, bo wierzyła, że da radę tak jak w pracy nie było dla niej spraw niemożliwych zawsze znajdowała jakieś rozwiązanie. Dwa dni przed końcem pomimo osłabienia jeszcze chodziła, bo chciała na niedzielę wrócić do domu, więc musi ćwiczyć by nabrać sił przed powrotem. Serce jednak nie wytrzymało. 
           
           
Wiara czyni cuda jest wiele przykładów, że ci, co wierzą, że się uda tak szybko się nie poddają. Nadzieja drugi element przez niektórych nazywana „matką głupich” przyczyniła się do tego,że w okresie wojny, wielu w obozach koncentracyjnych zginęło, ale tym, którzy przetrwali dała radość i wiarę, że cuda się zdarzają. Nie tak dawno, bo w marcu zeszłego roku wracając z córką z sanatorium w Lądku Zdroju, dziecko było kierowcą, bo ja jeszcze nie byłem w formie, wstąpiliśmy do Częstochowy, by odwiedzić klasztor na Jasnej Górze. Komercja troszeczkę nas zniesmaczyła, ale kiedy weszliśmy do kaplicy obrazu Matki Boskiej i kiedy zobaczyłem te wszystkie wota oraz „kule” do chodzenia, które „ozdrowieńcy” pozostawili zacząłem inaczej patrzeć na pojęcie cudu. Zrozumiałem, że wiara czyni cuda. Wierzyłem też skrycie, że Ewie się uda, bo jeżeli lekarze dawali jej tylko kilka miesięcy, a Ona dwa lata przeżyła to musi być w tym wielka siła, która pozwoli jej chorobę przezwyciężyć. Pan zadecydował inaczej i nie moja rola to osądzać, ale serce boli. Dziś, kiedy żegnałem Ewę zachowując ją w pamięci taką, jaką ją znałem, nie chciałem jej oglądać, kiedy czekała na mszę w kaplicy, wiem, że była zadowolona, że tylu przyjaciół przyszło ją pożegnać, i że wielu zachowa ją w swej pamięci. Nie wiem, kto? Ale ktoś mądry powiedział, że człowiek istnieje dopóki istnieje w naszej pamięci.  Dopóki mówimy i wspominamy to tak jakby był w dalekiej podróży, i że za jakiś czas będzie z nami. Spotkamy się znowu. Siądziemy do stołu lub pójdziemy na „maczanki”. Wypijemy wino w piwniczkach, potańcujemy i pośpiewamy i znów będzie nam wesoło, bo Ewa będzie z nami. Bo choć nikt nie wie, kiedy przyjdzie jego kolej, ale fakt, że się ma przyjaciół uspokaja, że choć może będziemy już na tamtym świecie to jednak zawsze będzie ktoś, kto szklaneczkę wina wypije za pamięć. Wtedy będzie tak radośnie i wesoło, bo będziemy znów w komplecie.
           
          
Smutno mi Panie, że przyjaciół mi odbierasz oraz przyjaciół w rozpaczy pozostawiasz. Wierzę jednak, że Masz swój cel by nas tym wszystkim doświadczasz. Wierzę też, że pokazujesz nam drogę, która nie jest piękną autostradą, lecz brukiem, którym musimy podążać. Wiem, że nie pierwsze to rozstanie nas dzisiaj spotkało, że w kolejce już jesteśmy ustawieni, i że Ty zadecydujesz, kiedy do Ewy dołączymy. Strach przed odejściem z tego świata jest tym mniejszy ile lat przeżytych, bo każdy ma w swej świadomości, że nikt nie jest wieczny. Przeraża tylko, kiedy tych lat tak trochę mało się przeżyło, choć można było więcej. Zazdroszczę Ewie, bo była przygotowana. Wałczyła, ale też z tym najgorszym się liczyła. Nie pozostawiła na tym świecie spraw niezałatwionych, których jak patrząc na siebie mam od groma. Dlatego pomyślałem też dzisiaj, że trzeba być przygotowanym, bo każdy z nas nie zna dnia ani godziny, kiedy będzie opuszczał swoich bliskich. Nie można im zostawić spraw, które by ich krzywdziły.
          
Dziękuję Ewuniu, że z nami byłaś, stwarzałaś atmosferę zabawy i towarzystwa. Wychowałaś wspaniale córy i kochałaś męża swego. Masz cudowne wnuki i wielu ludziom pomogłaś. Pan Cię nam odebrał do siebie, ale nadzieję pozostawił, że  się spotkamy po tamtej stronie możliwe, że nad „maczankami”. Czekaj na nas, a na razie bądź wśród nas, kiedy Cię wspominamy.      

BOHATEROWIE DNIA CODZIENNEGO

            Każdy pomyśli, że to strażak, policjant, ratownik czy wojskowy, którzy codziennie ryzykują swoje życie by   strzec swobód obywatelskich, zabezpieczać nasze bezpieczeństwo i prawo do wolności. Wszyscy z pewnością zasługują na tytuł „Bohatera Dnia Codziennego”. Ja jednak nie o nich chcę pisać, lecz (daję sto procent pewności, że nie zgadniecie) o tych, którzy codziennie walczą by wygrać nie z wrogiem personalnym, lecz tym, który ich ciało wyniszcza. Mówię o walczących z nowotworem. Wielu się poddaje, lecz znam też wielu, którzy walczą do końca. Uważam ich za bohaterów. Bo ileż trzeba mieć odwagi mimo świadomości, że „wyrok został wydany”, podjąć rękawice i walczyć.           
           
Poprosiła mnie koleżanka żony Grażynka bym ją zawiózł do Warszawy do kliniki onkologii na zabieg przyznam się szczerze nie wiem jaki. Zresztą nie to jest istotne. Grażynka już od miesięcy kilku walczy z nowotworem. Niestety przyznać muszę, że nasz bialski szpital, choć wspaniale zarządzany, jeśli chodzi o specjalistów w sprawach onkologicznych chyba należy do ostatnich. Pani doktor, choć wieku dojrzałego powinna się wykazać zdolnościami i umiejętnościami, wykazuje się wręcz przeciwnie sarkazmem i niekulturalnym odnoszeniem się do pacjentów. Nie daj Boże, jeżeli przyznacie się do tego, że leczyliście się wcześniej w Lublinie czy w Warszawie macie przerąbane. Pani doktor tego wam nie wybaczy. Ma jedną wszak zaletę potrafi znieczulić tak, że jeżeli przeżyjesz będziesz w dalszym ciągu cierpieć, bywa częściej, że się jednak przenosisz na lepsze „przyjęcie”. Złe mam także wspomnienia z przychodni szpitalnej, gdzie drugi specjalista ogromnych rozmiarów wspaniałych mego szwagra nie chciał przyjąć na „chemię”, bo dawstwa krwi nie było. Na nic były tłumaczenia wszystkie, że ja nie mogę, bo choruję na cukrzycę, żona ma nadciśnienie i też nie może. Pan doktor był nieugięty, albo będzie dawstwo albo pacjent nieprzyjęty. Tak się zdenerwowałem, że użyłem starych argumentów, że jak na lotnisku było wojsko i krew była potrzebna cały pododdział zorganizowałem byle tylko pomóc, dziś gdy ja pomocy potrzebuję pan doktor ma to gdzieś głęboko, daleko. Tylko pomoc starych i prawdziwych przyjaciół pomogła, że szwagier wylądował na oddziale, nie wiedziałem tylko, że był to wyrok. Położyliśmy w piątek, a niedzieli nie doczekał. Możliwe, że tak było zapisane w niebie, jeżeli inaczej nie moje sumienie to obciąża. Tak więc, kiedy mówimy o leczeniu onkologicznym kochani poruszcie wszystko, niebo i ziemię by walczyć, ale przy wsparciu specjalistów nie „konowałów”, którzy nie mają nic wspólnego z nowoczesną medycyną.

              Tak więc jadąc z Grażynką do Warszawy wczesnym rankiem, bo o godzinie dziesiątej miała przyjęcie rozmawialiśmy o tym, jakie mamy doświadczenie w obcowaniu z lekarzami. Oczywiście tylko przypomniałem o moich przejściach i doświadczeniach. Jak się okazało Grazia czytała mój blog i wrażenia z przebywania w szpitalu. Mieliśmy wspólne zdanie, że szpital to nie „miejsce święte”, lecz zakład pracy. Sama raczej niechętnie wspominała jak została przyjęta w bialskim oddziale. W każdym razie była szczęśliwa, że mogła uciec od pani doktor pod inne skrzydła. Podróż szybko minęła i już wkrótce rogatki Warszawy przywitały nas deszczem. Trasą siekierkowska podążaliśmy na Ursynów na ulicę Roentgena gdzie mieści się Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Korków ulicznych właściwie nie było i po minutach kilkunastu byliśmy u celu. Instytut jest ogromny.

szpital

          Wjazd na teren Centrum Onkologicznego jest strzeżony, trzeba podjechać pod bramkę i pobrać bilet kodowany i dopiero wtedy podnosi się szlaban i opadają kolczatki. Trochę się zdziwiłem, dlaczego takie obostrzenia, lecz jak wjechałem i zobaczyłem ile tu pojazdów – oniemiałem. Parking jest dookoła centrum i żeby znaleźć miejsce krążyłem chyba z minut dwadzieścia nim wreszcie wbrew przepisom zaparkowałem na trawnikach. Grażynce trudno chodzić, tym bardziej nieść bagaże zabrałem więc wszystko i ruszyliśmy szukać gdzie nas przyjmą. Wiedzieliśmy, że nie trzeba już wejściem głównym, bo dziewczę jest już zarejestrowane jest tylko kwestia przyjęcia. Jakimś wejściem bocznym szukaliśmy „Ruchu Pacjentów B”. Kiedy weszliśmy powtórnie oniemiałem. Niech się Dworzec Centralny wypcha swym rozmachem w porównaniu do Centrum jest marnym placem. Nie chodzi o budynek tylko o tłumy. Tylu ludzi w jednym miejscu w życiu nie widziałem. Wszyscy gdzieś się spieszą jakieś punkty z numerkami. Wyświetlacze przy okienkach, więc się wcale nie zdziwiłem, kiedy Grażynka powiedziała, że nie wie gdzie jest i gdzie iść trzeba. Zaproponowałem by na krzesełku odpoczęła sam widząc informację podszedłem się zapytać. Buzię otworzyłem i dostałem po uszach od niskiej siostry, że się wpycham. Przeprosiłem grzecznie, że nie zauważyłem i oczywiści miejsca użyczam. Biały fartuch emocji nie oddaje, ale żebyście widzieli tę twarzyczkę, która za słowa niezauważenia, prawie mnie do poziomu sprowadziła. Kiedy przyszła moja kolej siostra w okienku poprosiła mnie o numerek, czym mnie zaskoczyła. Powiedziałem, że owszem, ale nie przy ludziach, czym ogromnie ją rozbawiłem. Poprosiłem, żeby już bez formalności powiedziała mi gdzie „Ruch B” pacjentów się odbywa. Wskazówki i obrany kierunek wkrótce zaowocował, bo Grażynka przypomniała sobie, że już tutaj była. Jak w każdym szpitalu kolejki, ale wcześniej trzeba się zaanonsować wiec czekaliśmy krótko tak około godzinki chyba. Siedząc w skupieniu, ona przerażona, ja próbujący uwagę odwrócić od stresu o zaangażowaniu personelu w tym szpitalu opowiadać. Jednakże gdzieś w środku głos głośno krzyczał, – „Dlaczego Świat jest tak niesprawiedliwy i takich wspaniałych ludzi, zwłaszcza pięknych kobiet (Panowie wierzcie mi trudno było oczy oderwać) tak doświadcza”. Oczekiwanie się skończyło i siostra zabrała grupę około dwudziestu osób do odległych o metrów dwadzieścia pomieszczeń przebieralni i przyjęcia. Grazia się przebrała no i ja z bagażem na oddział za siostrą zmierzaliśmy. Kiedy dotarliśmy na miejsce siostra w pierwszej chwili nie chciała mnie wpuścić, bo byłem w odzieniu wierzchnim, ale sprawę przemyślała, że sama będzie musiała nieść bagaże, więc mnie wpuściła. Wkroczyliśmy na oddział, ja oczywiście z bagażem. Oddział pełen przepychu, świeżości i co dziwne zainteresowania i serdeczności personelu. Pożegnałem się z Grażynką i udałem się na parking by odszukać w tym tłumie pojazdów swój samochód. Kilkanaście minut trwało nim znalazłem, potem wyjazd do barierki i tu się okazuje, że limit czasu przekroczyłem i muszę jechać do kasy odległej o metrów pięćset. Uiszczenie opłaty w wysokości ośmiu złotych pozwoliło mi na opuszczenie centrum i spuszczenie powietrza, że jestem już poza tym.

          Jazda do dzieci na Wolę pozwoliła mi przemyśleć całą sprawę. Wszyscy słyszymy o akcji darmowej mammografii oraz innych akcjach mających nam pomóc we wczesnym wykrywaniu „Raka” ja mam jednak inną propozycję. Niech każdy mąż sam oraz ze swą żoną zgodnie z przyjętą tradycją od jakiegoś czasu w szkołach utworzoną zrobić „Otwarte Dni Szpitala”, by każdy mógł na własne oczy zobaczyć oraz posłuchać tych, którzy walczą i doznać porady, że trzeba się „sprawdzać” i być przygotowanym. Drugi pomysł to media, które problem znają promują akcje, ale nic nie wspominają o „Bohaterach Dnia Codziennego”, którzy walczą i z pewnością nie wszyscy chcą by ich pokazywano, ale też są i tacy, którzy chcą przekazać swoje doświadczenie i ostrzec przed popełnieniem błędu. Słusznym byłoby przedsięwzięcie by jakaś stacja telewizyjna zrobiła reportaż i problem bardziej przybliżyła.

UDZIAŁ W KONKURSIE

         Wybaczcie dużo tym razem nie napiszę. Zgłosiłem się do konkursu jak widzicie. Pomyślałem sobie, że systematyczne wpisy roku ubiegłego zasługują na ocenę nie tylko moją, ale też tych wszystkich, którzy poświęcili chwilkę i te teksty choć przydługie przyswoili w swej świadomości ku mojemu zadowoleniu. Nie cierpię na brak skromności, a że pisać lubię i mam komfort bo jestem jako wojskowy już na emeryturze i nie muszę się obawiać, że komuś ma twórczość może nie odpowiadać. Skutki zresztą odczułem bo choć finansowo niezależny zostałem doceniony przez pracodawcę i na drugi plan usunięty.  Wolność swą pieszcząc przyznać muszę, że tak naprawdę nikt tak w zupełności wolny nie jest. Pisałem o tym zresztą więc nie będę się powtarzał. Kończąc tak jak obiecałem proszę Was wszystkich jeżeli uważacie, że to co pisałem jest coś warte proszę o uznanie. Jednakże wam powiem, że pisać bez względu na wasze zdanie nie przestanę.   

DOSIEGO ROKU 2012

          Dajmy na to w Nowej Zelandii mamy już 2012 rok. Nam zostało jeszcze godzin kilka na to by może przemyśleć czy warto tak otwarcie i z radością ten Nowy Rok witać? Przecież fajnie było w tym starym, tyle rzeczy się zdarzyło. Książę Anglii poślubił zwykłą pannę, fakt z posagiem, ale bez rodowodu żadnego, co daje nadzieję, że „kopciuszek” też ma szansę i nie tylko w bajce. „Nasi” się sprawdzili i nawet stwierdzili, że warto kilkaset godzin poświęcić na naukę angielskiego. Najfajniejsze zaś było, że w naszym parlamencie powiało Brukselą oraz wolnością wszelką. Człowiek nie musi, choć go Bóg stworzył mężczyzną ukrywać tego, że jest kobietą. Żałuję  więc szczerze, że ta Ziemia się kręci tak szybko i nie zdążę jeszcze w tym roku przeżyć czegoś ciekawego. Wierzę jednak w Polaków i przyjaciół swoich, że ostatnie godziny tego roku spędzą na zabawie, szaleństwie i swawoli przy orkiestrze, która nie zapomni grać też starych standardów. Podobno jak wieść niesie, nie brokat, a pióra są dziś w modzie. Ja do piór nic nie mam, ale z brokatu łatwiej się wytłumaczyć niż z „pierza” w bieliźnie. Ale każdy ma wybór. Wam obiecuję, że na „Białej Sali” z „Paniami”, które będą mi towarzyszyć jak Nikodem Dyzma też nieźle poswawolę. Kończąc krótki wstęp życzę Wszystkim szampańskiej zabawy i wielkich uniesień do i po dwudziestej czwartej, czyli w nadchodzącym Nowym 2012 Roku.    
            Wiecie kochani trochę się wkurzyłem, bo miast wspaniałego entrée Roku Nowego  zaczął się on od lekarzy. Tak sobie siedzę i myślę. Jaki zawód jest dziś z powołaniem? Powołanie zaraz wam wyłuszczę, posłużę się oczywiście Wikipedią, która też już zaczyna komercyjną być poezją. Jednak jeszcze pozwala czasami poniżej swych próśb o dofinansowanie użyczyć wiadomości. Kochani: „Powołanie – potocznie: posiadanie określonego daru do wykonywania danej czynności przez większą część życia. Czynność tę wykonuje się bardziej z pobudek altruistycznych niż finansowych, choć te drugie mogą mieć również znaczenie. Można również mieć powołanie do pracy, którą się wykonuje. Słowo powołanie nabiera dodatkowego znaczenia w różnych religiach. Chrześcijaństwo. W chrześcijaństwie przez powołanie rozumie się najczęściej wezwanie człowieka przez Boga do określonego sposobu życia. Wyszczególnia się też różne rodzaje powołania w odniesieniu do określonych zadań, np. powołanie misyjne (do głoszenia Ewangelii wśród niechrześcijan), powołanie do wykonywania jakiegoś zawodu, zwłaszcza wymagającego trudu i poświęcenia, jak np. pielęgniarka, nauczyciel, itp. (nikt nie wspomniał o lekarzu).

  • powołanie do życia w małżeństwie;
  • powołanie do życia w celibacie;
  • powołanie kapłańskie:
    • do otrzymania święceń kapłańskich – rozpoznawane najczęściej w duszpasterstwie powołań, potem w seminarium;
    • do otrzymania święceń diakonatu.
  • powołanie zakonne — do życia zakonnego, rozpoznawane w nowicjacie (w prawosławiu: powołanie mnisze);
  • powołanie do świeckiego życia konsekrowanego.”[1]

          Jak widzicie powołań mamy wiele, lecz czy to ma dziś znaczenie? Myślę, że nie. Judymów dziś nie ma i dobrze, bo potrzeba profesjonalistów. Uczą się i kształcą, nabywają fachowości, na współczucie i żałość dziś nas nie stać, liczą się zdolności i umiejętności nie wrażliwość i żałość. Uczucia, choć ważne, trzeba zostawić rodzinie, liczy się profesjonalizm, bo on ratuje życie. Pan Ziobro jakby "oślepł" i tego nie widział i transplantologię pogrążył, choć mogła kwitnąć do dzisiaj.
         
Dziś kolejny numer nam rząd serwuje „układankę” puzzlową pomiędzy lekarzem-aptekarzem-pacjentem. Durny człek się głowi jak poukładać te części by po kasie się uchronić. Niestety biedny ludzie patrząc na te elementy muszę powiedzieć człeku prosty niczego tobie dobrze nie wróżę. Zostaniesz bez pieniędzy. Ekonomika jest prosta, ma ten forsę, co myśli. Nie ma, co myśli, że wystarczy podchodzić do „żłoba”. Z drugiej strony patrząc, dlaczego intelekt ma nie wygrać, kiedy wszyscy mają go za nic? Przecież to Ci, którzy „fachy” mają od intelektualisty wszystkiego wymagają, a płacy żadnej, bo wszak Polak głosi – „głupcy się nie rodzą Bóg ich nam przynosi” mogą na kasę poczekać. Ma początkowa reakcja by „intelektualistów” krytykować po głębszym przemyśleniu spotkała się ze sprzeciwem mego ego. Dlaczego mam nie doceniać pracy specjalisty, dlaczego nie chronić jego umiejętności wszystkich, kiedy Państwo preferuje „urównienie”, a wręcz tych „prostych” z pomysłem? Nie dziwi więc zatem, że magister siedzi w hipermarkecie na kasie. Tak jak byłem przeciwny buntowi lekarzy tak pisząc te słowa myślę, że ktoś przejrzy na oczy i zrozumie, że w dzisiejszych czasach musi liczyć się wykształcenie. Nikt tego nie powiedział wprost więc ja to powiem – z lekarzy chcą zrobić urzędników, pozbawić piedestału specjalisty. Jeżeli to środowisko tak „inne” i „godne” się zeszmaci nie będzie w Państwie Polskim ratunku dla intelektualistów tylko dla „krętaczy”.
          
Wszyscy biją na larum, że nie ma inżynierów, że trzeba ich kształcić. Pytam się, po co? Przecież ich nikt nie ceni oraz nie potrzebuje. Gdzie jest Państwo? „Komunizm”, jaki był każdy mi to przyzna szanował wykształcenie i specjalistów promował. Dziś Premier się dziwi, że lekarze chcą być lekarzami, a nie urzędnikami. Panie Premierze, Rządzie, Parlamencie ukochani pomyślcie wreszcie, co jest ważniejsze dla kraju wiedza i umiejętności czy pieniądze, który nie wymagają wykształcenia tylko cwaniactwa i fantazji. Przygłup niczym nie ryzykuje nawet, jeżeli go zamkną to ma przedtem dostęp do kasy unijnej. Uda się nic nie traci, a wręcz korzysta i tych od myślenia zatrudnia. A jak się nie uda nie ma nic do stracenia, więzienia są pełne. Ten, co ma wykształcenie dziesięć razy pomyśli nim zaryzykuje bo może więcej utracić. Przeważnie traci, bo nie chce nic z tego, co ma stracić i nie zaryzykuje. W komunizmie miał człowiek Państwo, które dbało o to by człek wykształcony znalazł pracę odpowiednią do wykształcenia i zdolności. Dziś za to facet po zawodówce otwiera interes i zatrudnia „magistra” za grosze, któremu nie odrazu płacił, bo w kolejce jest podobnych kilku, by mu rachunki prowadził. Paranoja straszna w dobie demokracji jak nic przypomina mi się film „Kariera Nikodema Dyzmy”. Tylko czy Pan Premier to czuje, bo wydaje mi się, że się w sporcie zatracił i nie rozumie, że lekarze nie walczą o kasę tylko o „Inteligencję”.
            
Warto dziś w nowym roku przypomnieć, że pewne wartości muszą być pewne, że naukę trudno zdobytą trzeba docenić tu w kraju od dzisiaj. Bo jak Boga Kocham mówię dziś Premierze me dziecko, kiedy skończy studia wywiozę na granicę i dam kopniaka w d…..pę by więcej do Polski nie wróciło. Jeżeli Pan tego nie rozumie to niech to Panu ktoś przetłumaczy. Jeżeli lekarze odpuszczą, ja Panu nie odpuszczę, bo choć mam już lat pięćdziesiąt kilka w dalszym ciągu uważam, że pewne zawody to elita, którą trzeba hołubić i pieścić, bo to Oni mówią o nas jak Doktor Religa, że Polska medycyna w czołówce Świata się mieści. Prawnicy, lekarze, wojskowi, inżynierowie, nauczyciele, profesorowie, kapłani jak ich Pan nie uzna i nie doceni na Irlandię, chociaż tam był kryzys, a Panu tak przypadła do gustu raczej nie ma, co liczyć. Chciałbym Pana uprzedzić, że „Dyzmizm” ma krótkie nogi i przy bardziej skomplikowanych sprawach się zemści. To wszystko, Nowy Rok się zaczął żeby było ciekawiej lekarzami nastał, ale dobra jest to sprawa, bo na początku roku intelekt przemówił, a to daje nadzieję, że innych obudzi i nasz Rząd zmądrzeje. Kończąc życzę Wszystkim by ten 2012 rok był rokiem nadziei na lepsze jutro.  Kochani głową pracować, Rodacy. 


[1]
http://pl.wikipedia.org/wiki/Powo%C5%82anie
   Powołanie – Wikipedia 02.01.2012 r.