STOWARZYSZENIA

         Porozmawiajmy dzisiaj o stowarzyszeniach w Polsce. Swoje przemyślenia oprę o doświadczenie z osobistych rozważań emeryta, który nie chciał odejść na „trawkę”, lecz ma nadzieję, że jeszcze coś od siebie przekaże potrzebującym oraz zaistnieje, jako ten, który bezinteresownie chce zaoferować swoją pracę, wysiłek, wiedzę miastu, ludziom, społeczeństwu. Jestem członkiem „Koła Bialczan” stowarzyszenia działającego w Białej Podlaskiej promującego szczególnie dwie szkoły licealne: I L.O. im. J.I. Kraszewskiego oraz II L.O. im. E. Plater. Bardziej ze wskazaniem na to pierwsze liceum, bo jest bardziej historycznie utytułowane, jako filia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Dzisiejsza działalność koła zgodnie ze statutem skierowana jest do wszystkich mieszkańców Białej Podlaskiej. Bez podziału na uczelnie, a bardziej na więź społeczną z miastem. Zgodnie z historią jest to najstarsze stowarzyszenie.
        
Od 2006 roku prezesem Stowarzyszenia „Koło Bialczan” jest Marek Światłowski, w moim odczuciu kolega Marek żyje tym przedsięwzięciem. Potwierdzeniem tej tezy jest fakt, że dzięki swej działalności w stowarzyszeniu uzyskał społeczne poparcie i został radnym naszego miasta. Praktycznie jego osoba firmuje wszystkie przedsięwzięcia i dokonania „Koła Bialczan”. Bale charytatywne, spotkania, Ławeczka Kraszewskiego czy nobilitowanie Bogusława Kaczyńskiego oraz Romana Kłosowskiego, jako członków honorowych społeczności Białej Podlaskiej nie odbyłyby się bez Marka. Przyznam się szczerze, że przez pewien okres czasu (przez jedną kadencję) byłem vice prezesem stowarzyszenia, ale zrozumiałem, że nie potrafię się poświęcić całkowicie zadaniu i nie jestem w stanie sprostać zaangażowaniu kolegi, który żyje działalnością w kole. Jego ideą fixe jest stowarzyszenie, któremu poświęca oprócz działalności radnego całą swoją uwagę oraz zaangażowanie.
          
Zaangażowanie w działalność stowarzyszenia jak już wspomniałem wymaga poświęceń. Decydując się na nią trzeba wiedzieć czy realizuje to nasze zapotrzebowanie na samorealizację. Bywa, że nasze pojmowanie statutu czy programu jest sprzeczne z ogólnie przyjętym kierunkiem i niestety musimy się albo dostosować bądź walczyć o swoje racje. Zdając sobie sprawę, że konflikty nie służą sprawie warto jednak mieć odwagę by wyrazić swoją opinię, swoje zdanie.  Pozwolicie, zatem Państwo, że nie jestem propagatorem obecnej działalności Koła Bialczan. Troszeczkę odbiega ona od standardów przyjętych w mojej ocenie w stowarzyszeniach. Nie popieram i się nie zgadzam z podjętą uchwałą o podwyższeniu składek do dziesięciu złotych miesięcznie. Faktem jest, że moja nieobecność na zebraniu, kiedy była uchwalana dyskwalifikuje mnie już w przed biegach gdyż jak to się mówi „nieobecni nie mają prawa głosu” to jednak po fakcie chciałbym wyrazić swoją opinię. Uważam, że jest coś nie tak z tym „Kołem”, jeżeli ratujemy się podwyższaniem składek a nie pracą nad pozyskiwaniem nowych członków. Szczególnie wśród młodzieży. Myślę, że nie ma w kraju takiego stowarzyszenia, które opierało swoją działalność na podwyższaniu składek i zobowiązań finansowych. Rozumiem gdyby chodziło tu o kluby, partie czy organizacje, które są zainteresowane jak najbardziej elitarną formą swojej działalności. Wtedy to wewnętrzna sprawa członków, którzy akurat mają kaprys płacić np. po 1000 PLN, ale wiedzą, że tworzą środowisko zamknięte, bo nie stać wszystkich na taką kasę.
           
Tworzenie stowarzyszeń osób, które cieszą się faktem pochodzenia z jednego miasta, środowiska lub społeczności musi się opierać o dostępność działalności oraz udział mieszkańców, którzy mają satysfakcję z bycia w grupie osób o wspólnych zainteresowaniach lub przeżyciach, za symboliczne pieniądze członkowskie przeznaczone na kwiaty, ciastka, herbatę lub kawę by docenić piękne Panie lub zaproszonych gości. Działalność ma się opierać na promocji miasta, idei, grupy społecznej na zdobywaniu poparcia sponsorów, ale nie może być „fabryką” tworzenia zasobów finansowych w oparciu o jego członków. Rozumiem intencje zarządów, które poprzez podwyższanie wielkości składek członkowskich próbują budować zaplecze finansowe i prestiżowe swojej działalności. Większy pieniądz to i większe uznanie w środowisku lokalnym, bo zarząd stać na „reprezentację”. Uczciwe, jeżeli uwzględnia zniżki dla emerytów i rencistów, którzy płacą połowę, ale jest to działanie destrukcyjne, bo nie przyciąga młodych, którzy się zastanowią dziesięć razy czy zapisać się do koła, które wymaga, stu dwudziestu złotych rocznie, aby zostać jego członkiem. Myślę, że podzielą Państwo moją opinię, że jest to za drogo i nie przyciągnie młodych, którzy z każdym groszem się liczą.
         
Koło Bialczan nie jest jedynym stowarzyszeniem, które funkcjonuje w Białej Podlaskiej i nie jest jedynym, w którym staram się samorealizować społecznie. Działam również w Stowarzyszeniu Seniorów Lotnictwa Wojskowego Południowego Podlasia z jego prezesem płk rez. pilotem Janem Smolarkiem. Działalność stowarzyszenia oparta jest nie na sensu stricto manifestowaniu swojej przynależności do stowarzyszenia, lecz na działalności społecznej i promowaniu historii lotnictwa polskiego na Południowym Podlasiu, gdzie za symboliczne kwoty członkowskie budujemy świadomość społeczną istnienia lotnictwa na Podlasiu. Tworzymy historię nie pozwalamy zapomnieć.
         
Uczestnictwo w promowaniu swoich poglądów, idei wiąże się ściśle ze środowiskiem, w którym się pracowało, w którym się istniało, które kształtowało nas i nasze poglądy. Nie można się zatem dziwić, że do końca naszych dni chcemy się otaczać osobami, które nas rozumieją, które czują nasze problemy, nasze życie. Fakt, że misjonarzem byłem, ale nie ze struktur kościelnych tylko sił zbrojnych, jako reprezentant sił pokojowych w Libanie przyczynił się do tego, że chciałem też działać wśród kolegów, którzy tak jak ja swój los powierzyli Organizacji Narodów Zjednoczonych. Stowarzyszeniu Kombatantów Misji Pokojowych ONZ Koło Nr 43 w Białej Podlaskiej oraz członkostwo w Zarządzie Głównym tegoż stowarzyszenia w Warszawie pochłania moje jestestwo i daje olbrzymią satysfakcję z bycia członkiem. Praca nie opiera się na płaceniu symbolicznych składek tylko na tworzeniu świadomości społecznej oraz promowaniu udziału polskiego oręża w misjach pokojowych na całym świecie. Szeroki udział naszych członków ubranych w charakterystyczne błękitne berety w uroczystościach państwowych, prelekcje w szkołach na temat misji znajduje szerokie społeczne uznanie.
           
Każdy z nas się realizuje inaczej. Jedni kochają wojsko, inni kluby sportowe lub stowarzyszenia kościelne. Demokracja ma to do siebie, że daje nam możliwość wyboru. Sami tworzymy sobie swoje „Kółka Zainteresowań” tylko nie można zapomnieć o swoich przekonaniach. Nie można dać się zwariować. Dzisiaj działalność stowarzyszeniowa nie może polegać na promowaniu wartości anarchistycznych, destrukcyjnych, antyspołecznych. Promowaniu osób, które chcą nami zawładnąć i poprowadzić jak głupie cielę w stadzie ku przepaści. Obecne stowarzyszenia powinny być coraz częściej Organizacjami Pożytku Publicznego. Swoją działalność opierać na działaniu na zasadach wolontariatu, wymagając od swych członków minimalnego zaangażowania finansowego, a bardziej społecznej pracy. Kształtować wartości moralnie poprawne, które będą drogowskazem dla młodych pokoleń. Temu mają stowarzyszenia służyć, a nie prywacie. 

WSPÓŁCZESNA POLITYCZNA POLEMIKA – wywiad

Redaktor: – „Szanowni Panowie, spotkaliśmy się aby podyskutować na temat współczesnej polityki naszego państwa. Jako przedstawiciele najwyższej władzy ustawodawczej posiadacie wiedzę oraz długoletnie doświadczenie w tym temacie. Bardzo bym prosił, aby Pan X, jako bardziej doświadczony stażem politycznym rozpoczął naszą dyskusję."

Pan X: – „Witam słuchaczy, telewidzów, pana redaktora. Witam mojego adwersarza. Jak słusznie pan redaktor zauważył od lat cieszę się społecznym zaufaniem i od lat jestem politycznym przedstawicielem mojej partii w procesie kształtowania świadomości politycznej większości społeczeństwa. Niestety, muszę z przykrością stwierdzić, że mój adwersarz reprezentuje władzę, która ………………………………………………………………………..
 ………  ………………………………………………………………………………………………………………, aczkolwiek muszę dodać, że pomimo naszych starań by relacje były poprawne, a nawet dobre, jednakże koledzy z partii, która  ………………………………………………………………………………………………………… przynajmniej ja tak uważam.”

Pan Y: – „Witam państwa. Witam pana redaktora. Jestem zbulwersowany słownictwem mojego kolegi. Pierwszy raz spotkałem się z takim…………………………………………………………………………………………….…………………………………………………………………………………………………………………………………….. Jednakowoż podzielam opinię, że kolegom brakuje kultury osobistej, ale czego można wymagać od ……………………………………………………………………………………… nie chcę już więcej pana pogrążać.”

Redaktor: – „Panowie wybaczą, ale niestety biorąc pod uwagę Panów emocje pozwolicie, że przerwę tę uczoną polemikę i wyrażę swoje podziękowanie za to, że wzrosła nasza oglądalność. Jednakże Panów zaangażowanie oraz merytoryczne przygotowanie z przykrością muszę stwierdzić jest plagiatem - „Nikodema Dyzmy”. Dziękuję za udział i tak już poza ekranem dodam, że jesteście ………………………………………………………………………………….. …. ……………………………………………………………………………………………………………. i vice versa.”

STAĆ MNIE NA PÓŁTORA LITRA ALKOHOLU

           Kochani nie chcę Was straszyć, ale wróciła „Komuna”. Proszę mi uwierzyć myślałem, że się mylę. Główkowałem jak to się stało i kto na to pozwolił. Przecież przez ponad sześćdziesiąt lat walczyliśmy ogromnie (przepraszam ja służyłem) „By Polska była Polską”, a tu nagle wraca. Najdziwniejsze jest to, że nikt nie jest przeciw. Wszyscy cicho siedzą i nawet nie podnoszą głowy. Co gorsza, nie protestują. Nie występują zbrojnie tylko się za „mordy” biorą o „rocznicowe” koncepcje. Głowa boli, ale może już tak jesteśmy skonstruowani, że to co widać jest akceptowalne, a jeżeli nie widać tylko czuć, siedzimy spokojnie. Czuję się jak kobieta lekkich obyczajów, która nie zwraca uwagi jak ktoś ją podszczypuje, kiedy widzi kasę. Jednak, gdy kasy nie ma może dać w „papę”. Dlatego też patrzę, czy tylko ja to widzę, czy widzi też to każdy w moim wieku i starszy, że komuna wróciła? Nie widzicie? Patrzcie uważniej. Proszę jeszcze raz się przyjrzyjcie, przecież widać to wyraźnie. Niestety to prawda, sprawdzałem kilkakrotnie. Komuna jest z nami i daje o sobie znać dosadnie. Prawdą jest, że ją tylko tak nazwaliśmy ustami starych opozycjonistów i choć ona wraca Oni śpią spokojnie, myśląc że ich nie dotyczy. Niestety Panowie, właśnie o Was się upomniała i Was „uderzyła” dosłownie.           
             
Dosyć tego wstępu czas przeprowadzić „dowód”. Kochani chodzi o emerytury, renty, zasiłki i dodatki wszelkie związane z ZUS-em, KRUS-em i innymi organami emerytalno-rentowymi. Każdy, jak za czasów „komuny” w tym roku dostał równe kwoty rewaloryzacyjne, a konkretnie siedemdziesiąt jeden złotych, czyli tak na półtora litra wódki wystarczy. Gorzej mówiąc, na cały miesiąc nie starczy. Brak na jeden tydzień. Trzeba się zapożyczyć, bo inaczej nas „wysuszy”.  Wreszcie mamy sprawiedliwość, każdy dostał po równo tak jak za komuny bez lepszych i gorszych. Siedemdziesiąt jeden złotych przejdzie do historii tak jak J-23 czy „Patykiem Pisane”. Nikt nie wie dlaczego, ale jest równo przyznane. Emeryci, renciści i inni poszkodowani niech się cieszą, że wogóle dostali, bo przecie w „dobie” kryzysu trzeba żyć oszczędnie. Państwo uznało, a uznało słusznie, że nie może być takiej niesprawiedliwości, że bogaci dostają więcej, a ci mający „mało” dostawali symbolicznie po parę złotych. Jednym emerytury i waloryzacje szły w górę, „biednym” grosze dodawano do świadczeń ZUS-owskich. Inaczej, w ocenie Rządu był to podział aspołeczny, amoralny i krzywdzący najuboższych. Ustalono zatem, że trzeba przyjąć wariant kwotowy rewaloryzacji tak zwany „Urawniający”. Biedni zadowoleni, bo dostali więcej niż zwykle, a że „Burżuje” się burzą to nie jest problem istotny, bo przecież i tak mają dużo. Czyż to nie jest komunistyczne moi drodzy? Wszak tak traktowano „Kułaków” i „Burżujów” społecznych chyba, że uczyłem się innej historii.  
           
           
Przepraszam, że jestem tak ironizujący, ale wydaje mi się, że ktoś lekcji nie odrobił albo jest zbyt młody, by myśleć i o swojej przyszłości wprowadzając takie prawo, że nie uwzględnia naszego wkładu w ten fundusz finansowo-społeczny, który się gromadzi przez lata pracy, i ma być podstawą „płacy” po latach pracy. Przepraszam moich społecznych braci, w tym moją rodzinę, ale nie ja ustalałem zasady by żyło się sprawiedliwie. Jestem za tym by faktycznie przy emeryturach żenujących, nieprzekraczających tysiąca złotych, zasady rewaloryzacji odpowiednio dostosować można i kwotowo, ale jeżeli Tym, co przez trzydzieści lat Państwo „niezłe” kwoty potrącało na przyszłe emerytury teraz daje 71 złotych (słownie siedemdziesiątjeden złotych) to, mimo, że wychował mnie socjalizm uważam, że jest to niesprawiedliwe. Nie byłbym tak zbulwersowany, gdyby waloryzacja wystarczyła przynajmniej na dwa litry tak po pół litra na tydzień „Dla konserwacji”. Przynajmniej „Dałoby się żyć” kochani.

BŁĘKITNI ŻOŁNIERZE HONORU

          „Raduje się serce, raduje się dusza, Gdy Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza. Oj da, oj da dana, kompanio kochana, Nie masz to jak Pierwsza, nie!”[1] Chciałoby się zaśpiewać, że Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych (SKMP) ONZ pod kierownictwem Pana gen. bryg. w st. spocz. dr Stanisława Woźniaka rusza z promocją idei popularyzacji wśród społeczeństwa polskiego udziału obywateli kraju nad Wisłą w misjach pokojowych poza granicami kraju. Wieloletnie doświadczenia, począwszy od roku 1953 do chwili obecnej, zaowocowały prawie stutysięczną armią weteranów misji pokojowych z ramienia bądź pod patronatem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Prawie trzynaście lat działalności stowarzyszenia skutkowało tworzeniem kół w całej Polsce oraz codziennym trudem przekonywania opinii społecznej, że naszą rolą było godne reprezentowanie Polski w umacnianiu pokoju na Świecie. Spotkania uroczystości państwowe nie mogły się obejść bez udziału członków SKMP ONZ w charakterystycznych błękitnych beretach. Dzięki naszej pracy wszystkich członków kół z całej Polski  obraz polskiego żołnierza, policjanta czy przedstawiciela służb specjalnych kojarzy się z dobrze wykonywanym zadaniem nie tylko dla Polski.            
           
Wielu z nas poniosło tę najwyższą cenę jaką jest własne życie. Wielu wróciło z ranami fizycznymi i psychicznymi. Wielu nie potrafi się zaadoptować powtórnie do życia społecznego. Wielu wróciło do kraju ale nie do domu, gdyż długie rozstanie „dom” rozbiło. Inni znaleźli nowych partnerów na misji. Inni wrócili z chorobą, ale służyli dalej bo pracować trzeba a i ambicje nie pozwalały ze służby zrezygnować. Prawdą jest, że nie ma żadnego, któryby nie poniósł jakiś strat: moralnych, finansowych, psychicznych czy fizycznych. Tak jak to udowodniono naukowo, że nie ma nic za darmo zawsze jest coś za coś, tak zwane „koszty nieprzewidywalne”. Ryzyko to mamy wpisane w zawód, służbę oraz honor, który z miłości do munduru i zawodu nie pozwala przyznać się do słabości. Dzisiejsi mundurowi to nie Ci co byli brani na „siłę” lecz Ci, którzy kochają swoją służbę. Sens życia to bycie w mundurze, realizować zadania, cieszyć się z faktu przynależności do zespołu. Mieć satysfakcję z uznania przełożonych. Być dumnym z reprezentowania „Żołnierzy Pokoju” w umacnianiu i zaprowadzaniu pokoju na świecie. Narażaniu własnego życia daleko gdzieś od kraju, ale ze świadomością, że też w oddaleniu od bliskich, którym nic nie grozi. Żal, ból i rozpacz z utraty kolegi przyjaciela, ale też świadomość, że tak trzeba bo jeżeli nie my to nas będą prześladować. Dopóki będą Ci, którzy myślą, że tylko Oni potrafią Świat naprawić miast pokojowo współistnieć będą nasi chłopcy bronić naszych praw i swobód daleko na obczyźnie.
              
             Świąteczna atmosfera Wielkiej Nocy nastraja do przeżywania drogi krzyżowej Tego, który dla nas oddał swoje życie. Nie potrafię pisać o Islamie bo Go nie rozumiem, ale myślę, że to religia pokojowa i mądra, która przekonuje, że ludzi trzeba kochać. Dziwi mnie zatem, że tak bardzo nienawidzi „niewiernych”. Chociaż sami też nie byliśmy lepsi w epoce Wojen Krzyżowych niby to dla wiary mordowali krzyżowcy wyznawców Islamu. Minęły wieki, a mentalność ludzi nigdy się nie zmieni. W latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku mieliśmy wojnę religijną w byłej Jugosławii. Dziś terroryzm oraz zagrożenia asymetryczne i nic się nie zmienia, dla religii jesteśmy zdolni zabić drugiego człowieka. Bo fanatyzm religijny jest silniejszy od wiary i miłości, którą nam przekazali obydwaj Prorocy. Wnioskując z tego możemy spać spokojnie, przepraszam Koledzy możecie spać spokojnie jak świat pokazuje przed Wami jeszcze dużo pracy. 
           
           
My weterani jesteśmy szczęśliwi, że na te Wielkanocne Święto Państwo podarowało nam prezent i uznało prawnie naszą wiarygodność. Czekaliśmy długo, choć wszyscy z obcych nacji się dziwili, że nikt się o nas w naszym kraju nie troszczy, ale dziś dumnie podnosząc głowy możemy powiedzieć „Weteran to brzmi dumnie. Być Weteranem to zaszczyt”. Nareszcie koledzy, którzy ucierpieli na misji mają opiekę Państwa, a my w ilości stu tysięcy możemy pokazać dokument bliskim, że się przysłużyliśmy krajowi. Szkoda tylko, że nie wszyscy dostąpią zaszczytu z uwagi na karalność, ale my gdy będzie potrzeba pomożemy bo jak rozpatrując problem religijnie „niech uderzy ten co jest bez winy” jako Kombatanci SKMP ONZ służymy pomocą. Wielkanocne święto skłania do refleksji i zadumy nad naszymi słabościami, ale też jest świętem radości z budzącego się życia. Dlatego trzeba patrzeć z nadzieją na naszą przyszłość. Powiększające się z jednej strony z drugiej malejące grono Weteranów Polskiej Rzeczypospolitej dopiero rozpoczyna prawnie swoją działalność, a znając członków mogę spać spokojnie. „Raduje się serce, Raduje się dusza kiedy weterani mając swoje prawo w Kraju i na Świecie o swoje uznanie do walki ruszą.”    

TALE OF VETERANS

            Kochane dzieci opowiem dziś wam historię o tym jak z prawdy robi się bajkę. Za górami za lasami w samym centrum Europy żył raz sobie człowiek, ale że miał ambicje może nie on, lecz jego przodek, dorównać chciał innym, więc w swej nazwie związał się z górami wszak góry to olbrzymy nie tylko w nazwie. Nie było to człowiek zarozumiały, dlatego też wybrał sobie nie Duże Góry, lecz małą Górkę. Człowiek ten miał talent. Potrafił pisać i pisał doskonale. Jego felietony, relacje zachwycały wszystkich. Był jeden mankament, może przez lenistwo lub nieprzygotowanie człowiek ten miast prawdy pisał wymyśloną przez siebie nieprawdę. Podejrzewano, że to zarozumialstwo go do tego skłoniło, no bo kto zweryfikuje słowa zapisane przez tak człowieka wielkiego. Zresztą historia zna takie przypadki, że to co zapisane z czasem staje się prawdą. Tak się tworzy historię naszą. Ostatnio nawet pewna celebrytka w obecności miliona telewidzów powiedziała, że języka rosyjskiego uczyła się z przymusu prawie, że więziennego. Słuchając tych bajek człowiek, który tworzył historię i ma długotrwałą pamięć w porządku się burzy, a zarazem dziwi, że też tyle ciekawych rzeczy koło się niego działo, a on tego nie uwiecznił w swej głowie? W bajkach tych jest tylko jedno niebezpieczeństwo, że prosty lud miast je włożyć między bajki, w te opowiadania wierzy.           
              
Kontynuując opowieść trzeba powiedzieć, że zacne grono osób mądrych w wiedzę powiedziało, dość tym kłamstwom i bzdurnym informacjom, które miast kształtować prawdziwą społeczną świadomość dzięki takim „Góralom” wprowadzają zakłamanie i chaos. Wysłano „człowieka” może nie tak zdolnego w piórze, aby stanął w szranki i przetłumaczył pseudo góralowi, że pisać trzeba prawdę i do pisania trzeba się przygotować by napisać właściwie. Temat był istotny, bo dotyczył weteranów tym bardziej ważnych, bo polskich. Nie można sobie zmyślać i okłamywać wszystkich, że walkę o ustawę, o ich dobro i prawo do godnego życia prowadziły osoby, które nawet wtedy nie śniły, że mogą coś zrobić dla społeczności misyjnej. Myślały tylko o sobie i słusznie, bo były poszkodowane fizycznie. Nasz bajkopisarz nie wiem czy słusznie, stwierdził że jest to logiczne, nawet nie sprawdzając jak prace wyglądały nad ustawą wrzucił wszystko do jednego worka, a wręcz niegodnie pisarza wszelkie zasługi przypisał tym, którzy cierpieli, ale akurat w sprawę ustawy byli raczej mało zaangażowani. „O to prawo walczyli m.in. żołnierze ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju (powstało kilka lat temu w Szczecinie, liczy 130 członków). Ustawę o weteranach działań poza granicami państwa poprzedni szef MON Bogdan Klich uznał za swój priorytet – za jego kadencji przyjął ją parlament, a we wrześniu ubiegłego roku podpisał prezydent Bronisław Komorowski.”[1]
          
Gdyby nasz bajkopisarz poczytał, to wiedziałby, że nad ustawą Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych ONZ, z którego to inicjatywy prace rozpoczęto pracowało już pod koniec lat dziewięćdziesiątych z chwilą utworzenia Stowarzyszenia i po przeszło dziesięcioleciu zakończono je sukcesem. Podpisem jak w tym miejscu bajkopisarz napisał zgodnie z prawdą Pana Prezydenta Komorowskiego.            
          
Kolega nie uwzględnił też tego, że weteran to nie przede wszystkim inwalida czy z uszczerbkiem na zdrowiu tylko każdy obywatel, który ponad sześćdziesiąt dni działał poza granicami Polski i na to trzeba zwrócić uwagę a nie na to, że jest poszkodowany. Weteran to Polski Obywatel, który bez względu czy ma uszczerbek na zdrowiu czy nie. Bo nie to jest ważne. Weteran to tak jak jest na zachodzie „normalny człowiek”, który godnie reprezentował Polskę w operacjach pokojowych poza granicami kraju. Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych ONZ pod kierownictwem
Gen. bryg. w st. spocz. dr Stanisława Woźniaka starało się o to, myślę też, że koledzy ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych się zgodzą, by traktowano nas godnie, a nie kwalifikowano na lepszych lub gorszych, bo nawet Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej określa, że wszyscy jesteśmy sobie równi.            
         
Jednak ze słów Kolegi wynika, że weterani to Ci, co ucierpieli na misjach. Nie mogę się na to zgodzić i myślę, że wkrótce słusznym by było nowelę do ustawy opracować by weteranów traktować przynajmniej w nazwie jednakowo. Żaden problem w mej ocenie nie istniałby gdyby w ustawie dodano artykuły, które mówiłyby, że weteran, który doznał uszczerbku na zdrowiu w czasie operacji ma takie i takie uprawnienia, a nie obrażać ich nazwą „poszkodowany”. W mojej ocenie jest to sprawa nieetyczna. Kończąc zachęcam wszystkich, że jeżeli chcą pisać o weteranach niech się skontaktują z naszym Stowarzyszeniem Kombatantów Misji Pokojowych ONZ, a my powiemy, co i jak napisać o weteranach by było to prawdziwe oraz poprawne.