M.A.S.H. (Mobile Army Surgical Hospital) PO POLSKU

         Jest piękny wrześniowy wieczór tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku oglądamy z małżonką telewizję i właśnie pokazują naszych chłopaków na Wzgórzach Golan. Piękne widoki, patrolowanie strefy rozgraniczenia. Takie odpowiedzialne, a zarazem znamienne. Świadczące o naszym zaangażowaniu w obronę pokoju na Świecie
.
- Kochanie może bym pojechał na misję?
- Nosi Cię? Chciałeś do Warszawy, a teraz Ci się zagranica marzy?
- Kochanie można nieźle zarobić i samochód spłacimy. Przyjedziecie do mnie  na wakacje.
- Dla mnie żadna różnica czy jesteś w Warszawie czy gdzieś dalej i tak nie ma   Cię w domu.
- Mam rozumieć, że się zgadzasz?
- Jeżeli chcesz to jedź.
          
Pracowałem wówczas w Warszawskim Okręgu Wojskowym, który rok później przestał istnieć. Niestety nie wiedziałem o tym, bo na pewno nie pojechałbym tylko pilnował swojego stanowiska, a tak pięć lat opóźnienia w karierze wojskowej. Włodek powiedział, że jeśli szef mnie puści nie będzie problemów z miejscem dla mnie tym bardziej, że jestem „swój chłop” no i znam „język”, a to najważniejsze. Faktem jest, że trochę tej wódeczności zniszczyliśmy. Problem zgody szefa na wyjazd generalnie jest nie do przeskoczenia. Przekonałem się o tym później, kiedy sam kwalifikowałem na misje. Prosta przyczyna, nikt nie chce się pozbyć pracownika na rok (wtedy jeszcze się jeździło na rok czasu). Miałem szczęście, Zbychu (mój szef – dusza człowiek) był wtedy na kursie języka angielskiego w Olsztynie. Telefoniczna rozmowa, że sprawa jest pilna, ważna i już jechałem pociągiem do miasta. Większe zakupy, żeby było, czym „zakanszać" i wieczorem zameldowałem się u szefa z aprowizacją. Gdzieś około 10.00 p.m. odważyłem się wystąpić z prośbą i przedstawić wniosek do zaopiniowania. Ku mojej radości szef się zgodził. Przeskoczenie szefa mi się udało. Gdybym wiedział, czym zaowocuje w przyszłości tak bym się nie cieszył i już wtedy zrezygnował. Wracałem, do Wa-wy szczęśliwy. Jeszcze raz potwierdziła się moja teoria – „jeżeli coś bardzo chcesz nie ma możliwości, żeby tego nie osiągnąć".
           
Była duża szansa bym pojechał do Libanu, jako kierownik sekcji operacyjnej Szpitala Polowego misji ONZ UNIFIL w Libanie. Kwalifikacje przeszły bez problemów, duża w tym zasługa Waldemara kolegi i przyjaciela, wtedy przełożonego kwalifikującego na misje. Miałem się na początku marca zameldować do Ośrodka Szkolenia na Potrzeby Misji Pokojowych w m. Kielce na tak zwanej „Bukówce". Każdy, co chciał jechać na misję musiał przejść przez „Bukówkę". Ośrodek położony jest na uboczu Kielc z lewej strony jak jedziemy z Warszawy. Ogrodzony, z kilkoma dwupiętrowymi blokami, placem apelowym, na którym odbywają się pożegnania kolejnych zmian i stołówki żołnierskiej. Pobyt na Bukówce rozpocząłem od zajęcia miejsca w dwuosobowym pokoiku w internacie. Okno, dwa łóżka, stół i trzy krzesła no i oczywiście szafa, to całe wyposażenie. Trzy dni później dotarł „Tango". Współspacz doświadczony misjonarz. Wyjazd do Libanu był kolejnym jego etapem w bogatej karierze misjonarskiej. To On mnie nauczył, że na misję nikt nie jedzie przez przypadek. Albo masz dobre „przygotowanie" albo masz „służbowe zadanie". Jechałem na misję, ale dokładnie nie wiedziałem, co tam będę robił. Przesłany z NAQOURY (miejsce stacjonowania Polskiego Kontyngentu Wojskowego UNIFIL w Libanie) opis stanowiska kompletnie nie odzwierciedlał polskich realiów służby wojskowej. Chyba był specjalnie tak napisany, aby nowicjusza dokumentnie zniechęcić do jego objęcia. Zawsze był następny w kolejce. Mówiło się, że dopóki nie wsiądziesz do samolotu i on nie wystartuje nie jest pewne, że na misję pojedziesz. Był przypadek, że samolot wystartował i wylądował w Bejrucie, a delikwenta nieprzytomnego od upojenia alkoholowego z radości, że wyjechał na misję, następnym transportem odesłano do kraju.
        
Miesiąc szkolenia w ośrodku rozpoczął się egzaminem ze znajomości języka anielskiego. Kolejne sito do selekcji ewentualnych pomyłkowo zakwalifikowanych kandydatów. Muszę powiedzieć, że i tak był przypadek „Tłumacza" (cztery czwórki), który ze względów „rodzinnych" musiał zjechać do kraju. Kompletnie nie radził sobie w sztabie UNIFIL i ten stres wprowadził Go w wódeczność. Egzamin prowadził „JOHNY" i któryś z bliźniaków, Darek albo Mariusz (przy okazji, jestem zbulwersowany wyrokiem sądu. Widać, że Wysoki Sąd nie był na misji i nie wie, co to „Bakszysz". Odmowa przyjęcia prezentu to pełna obraza darczyńcy). Pełen obaw egzamin zaliczyłem i mogłem przystąpić do miesięcznego szkolenia. Szkolenie w Kielcach właściwie służyło poznaniu się ludzi i poznaniu ewentualnych zagrożeń. Dowiedziałem się, że lepiej uważać na to, co się robi i co się mówi. Trzeba zwracać uwagę na tzw. stosunki międzyludzkie, a zwłaszcza z kobietami. Kobiet w kontyngencie i całej misji było chyba około setki (Polki, Francuzki, Norweżki i inne), a facetów około pięć tysięcy. Łatwo sobie wyobrazić, co czuje chłop po trzymiesięcznej abstynencji, bo taki okres czasu wystarczył by „maszkara" stała się „księżniczką", ale o tym później. Dowiedziałem się, że warto codziennie rano sprawdzać buty przed założeniem, bo może być w nich skorpion. Uważać na „Palestynki" (żmije wrednie jadowite) oraz „Czarne Wdowy", których chyba nie muszę przedstawiać. Niebezpieczeństwo groziło też od niewidzialnego wroga, od bakterii. Sam odczułem ich skuteczność, kiedy w pierwszym tygodniu nabawiłem się salmonelli po spożyciu „szałarmy" niezbyt czystymi dłońmi. No i oczywiście ostrzegano nas przed podnoszeniem ciekawych przedmiotów, które często były minami pułapkami. Ośrodek ma ich ciekawą kolekcję.
            
Wspomniałem o zgrywaniu składu nowej rotacji. Weterani z milczącym pobłażaniem przyglądali się jak nowicjusze „Pinki"[1], o których wspomnę później, z przejęciem poddali się procesowi urabiania. Do szpitala jechało nas około trzydziestu osób, po latach już nie bardzo pamiętam. Szefem naszej zmiany był Józiu. Szacowny pułkownik o duszy naukowca i informatyka. Jego zastępcą byłem Ja, „watowiec", ale o bardziej dowódczych zdolnościach niż technicznych. Wszak dowodziłem baterią przez siedem lat, a szefem sztabu byłem kolejnych sześć. Józiu przekazał mi wojskowe dowodzenie, a sam zajął się koordynowaniem przygotowania zmiany teoretycznie.
             
Szkolenie wojskowe z musztry zbieraniną lekarzy oraz sióstr nie należało do łatwych, ale czynnik zagrożenia nie wyjazdu na misję łamał wszelkie wątpliwości. Przed wyjazdem osiągnęliśmy poziom, który na misji wzbudzał zachwyt dowódcy kontyngentu tym, że panie potrafią tak pięknie maszerować. Pamiętam, że Józiu miał pewne problemy z załatwieniem „giftów”, w które i ja się zaopatrzyłem w WOW. Przyjęte jest na misji, że jak pojawią się goście trzeba ich czymś przywitać. Jakąś pamiątką z Polski. Przygotowania trwały pełną parą. Szkolenie przeplatane szczepieniami i praktycznymi zajęciami ze szkolenia strzeleckiego i WF. Komendant Ośrodka, sam wysportowany, ciągle ganiał nas na „Bukówkę". Doceniono Pana Marka zaangażowanie, wysiłek i umiejętności, bo pół roku po nas przyjechał na szefa Sztabu HQ UNIFIL. Pomału zbliżał się czas wyjazdu.
             
Wyjazd tuż tuż, ale zanim pojedziemy na Balice chciałem napisać kilka słów o Janie K. (Jan wybacz, że wspominam nasze wspólne przeżycia, nie sposób pominąć tak kolorowej postaci z OSdPMP w Kielcach.) Tak jak wspomniałem z Janem spotkałem się pierwszy raz na egzaminie z języka angielskiego. Mimo emocji zauważyłem fascynację językiem i wręcz delektowanie się różnymi kompilacjami wymowy. Ponownie spotkaliśmy się na misji. Szokowała mnie jego swoboda wydawania, jak to misjonarze nazywali – ciężko zarobionych pieniędzy. Lekką ręką potrafił stawiać kolejki w messie. Po latach, kiedy razem pracowaliśmy w DWLąd. powiedział mi, że strasznie się czuł, kiedy koledzy z innych nacji dysponowali większymi funduszami i potrafili nas traktować jak ubogich przyjaciół ze wschodu. Szkoda tylko, że niektórzy oficerowie z naszej nacji wykorzystywali jego fantazję dla swoich przyjemności……………            
              Przerwę na tym fragmencie swoje wspomnienia z misji. Fragment, który tu przedstawiłem mam nadzieję jest początkiem większej całości.
.


[1] Zielony niedoświadczony.

ZASŁUŻONA KARA

           „Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara” – powiedział senator z filmu „Ranczo”. Stwierdzenie żartobliwe przyjęte przez większość mojego środowiska, jako wspaniały dowcip niestety sprawdza się w stu procentach. Istnieje wiele dowodów potwierdzających. Ludzka natura jest pokrętna i złożona, ale jedno wiem na pewno, że właśnie w tej sprawie jest jednoznaczna. Lubimy mieć satysfakcję ze „zgnojenia” drugiego człowieka. Oczywiście są wyjątki, którym się wydaje, że mają misję do spełnienia tylko, dlaczego robią wokół tej misji tyle hałasu? Tłumaczą, że ich sprawa wymaga nagłośnienia i społecznego zrozumienia. Pewnie jest to prawda, ale jak to już pisałem z prawdą też różnie bywa. Pokrętność ludzkiego istnienia wymaga naprawdę głębokich analiz oraz intelektualnego zrozumienia. Nie dość tego jeszcze to zróżnicowanie płci. Gdyby tylko na dwie, niestety patrząc na życie coraz częściej zmieniamy się w „kameleona” i trudno dziś ustalić czy to facet? Czy kobieta? Bywa, że czasami jedno i drugie i nikomu to nie przeszkadza. Jeszcze tylko dojrzali wiekiem próbują ustalić czy to przypadkiem nie ma wpływu na dalsze funkcjonowanie człowieka na tym zwariowanym świecie? Kiedyś było nie do pomyślenia żebyśmy istnieli bez podstawowej komórki społecznej, jaką była „rodzina”. Dziś w modzie jest „przyjaźń”. Przyjaźń robi furorę nawet wśród celebrytów i polityków. Dziś nie trzeba być mężem lub żoną by sprawować władzę państwową. Kiedyś było to nie do zaakceptowania. Świat się zmienia, lecz nie natura nasza.           
            
Proszę mi wyjaśnić, dlaczego nas rozśmiesza przypadek, gdy ktoś się pośliźnie na skórce od banana? Przecież dzieje mu się krzywda. Cieszymy się, gdy ktoś komuś ściągnie publicznie spodnie lub odsłoni kobiece górne walory ich piękna bez zgody tylko tak dla „jaj”. Czyż nie jest to przykre dla osoby, której to czynimy? Oczywiście, że przykre, lecz śmieszne dla nas. Każdy kabaret czy groteska opiera się na tym, że śmiejemy się z kogoś nie z siebie. Jedyny wyjątek to klaun, który śmieje się z siebie, ale anonimowo, bo pod przykryciem umalowania. Czasami warto by było zrobić z siebie błazna by poczuć się jak idiota, lecz egoizm nie pozwala, a śmiech z innych nas dowartościowuje i uspokaja. Czujemy się wspaniale, że inni są śmieszni. Ten atawizm w mojej ocenie nas upokarza. Nie można cieszyć się z czyjejś krzywdy. Jednak zawiść, zazdrość, egoizm powodują, że lubimy, gdy komuś „podwinęła się noga” nie nam, bo my jesteśmy przebiegli, sprytni, wyrachowani oraz skuteczni. Trudno, że kosztem innych, ale ten świat tak jest ułożony, że wygrywają tylko silni. Nieważne, jakim kosztem. Jeżeli masz skrupuły lub sumienie prawdopodobnie skazany jesteś na przegraną. Jak historia pokazuje i przytoczone wyżej powiedzenie współczucie, litość, pomoc dla przegranego skutkują tym, że nasza słabość jest interpretowana nie, jako pomoc, lecz upokorzenie. Wierzcie mi nie zostanie to zapomniane i prędzej czy później osoba uratowana na pewno się zrewanżuje. Wdzięczność jest takim uczuciem jak to niektórzy mówią, że uwiera jak „wrzód na du…..”. Który nie pozwala wygodnie siedzieć, bo przeszkadza. Jedyny ratunek to go usunąć i świat się zmienia nabiera uroku nie zakłóca sumienia. 
           
            
W swym życiu miałem wiele przykładów, że przedstawione rozważania pokrywają się z prawdą. Nasze zaangażowanie i skuteczność nie zdobędą uznania przełożonego, lecz odwrotnie stanowią zagrożenie. Najlepiej pracować przeciętnie, chociaż przeciętność też nie ustrzeże od tego, bo myślenie władzy jest pokrętne, a łaska Pana na pstrym koniu jeździ. Dziś jest dobrze, a jutro na bruku się znajdziesz. Mam kolegę, który na początku wieku nowego tysiąclecia zajmował się restrukturyzacją naszej armii. Z potęgi militarnej przechodziliśmy na stan osobowy znacznie uboższy. Trzeba było przeprowadzić redukcję. Kolega był tym, który się tym zajmował. Chwalił się ilu to w każdym dniu odprawił osób do cywila. Do czasu jak to w bajce bywa – „Nosił wilk razy kilka, aż ponieśli i wilka”. Zrealizowane zadanie zakończyło się zwolnieniem kolegi z pracy. Wdzięczność Pana za dobrze wykonaną pracę była znamienna. Sam się też przekonałem wielokrotnie, że nie można wierzyć na słowo trzeba mieć wszystko na papierze albo argumenty nie do podważenia takie, które dają nam pewność, że krzywda nam się nie stanie. Każdy nasz pomysł, rozwiązanie musi mieć swoją cenę i rozliczenie. Musi być coś za coś nic za darmo wszak myślenie jest w cenie. Jeżeli pokażemy wszystko, co potrafimy i oddamy nasze umiejętności należy się liczyć, że przegramy, bo będziemy już niepotrzebni. Wiedzę i zdolności trzeba umiejętnie dawkować by stworzyć przekonanie, że jesteśmy niezbędni. Bez nas firma upadnie. Tak jak robią to informatycy, prawnicy, lekarze funkcjonują, bo nasz brak umiejętności w ich kompetencjach daje im tę przewagę, że uznajemy ich fanaberie i przesadę. Wiem jednak, że jest to tylko kwestia czasu, kiedy maszyny oraz wiedza przyszłych pokoleń zdezaktualizuje ich intelektualną potęgę, ale na razie bierzmy z nich przykład i szanujmy swoje umiejętności i wiedzę, bo inaczej przegracie.
          
Wyeksploatowanie intelektualne oraz zmęczenie zawodowe i fizyczne nie spotka się ze zrozumieniem. W kolejce czekają inni, by nas pogrążyć w niebycie egzystencjonalnym. My natomiast bez żadnych uprawnień. Wszak wiek emerytalny, który przejdzie do historii, jako „idee fixe”, niestety nieosiągalny z prostej przyczyny, że nikt nie dopuści do tego byśmy do niego dosłużyli, dopracowali, bo mając sześćdziesiąt siedem lat będziemy już niepotrzebni oraz nieopłacalni. Proszę mi wierzyć tak będzie. Niestety nie będzie sentymentów jednostka się nie liczy. Liczy się rachunek ekonomiczny i to on dyktuje, kto dziś lub jutro pracuje, a kto idzie w odstawkę. Rachunek to czysta matematyka, a ona nie uznaje uczuć, litości innych wrażeń. Rachunek jest bezlitosny i szkoda tylko, że tak deprecjonuje człowieka. Jesteśmy istoty myślące, a myślenie to zaleta, która nam się przydarzyła nie zwierzętom. Dlaczego zatem dajemy się „ujarzmić” liczbom, nie walczymy o dobro nasze? Dlaczego jesteśmy dla siebie wrogami bez serca i litości? Dlaczego jesteśmy tacy bezduszni? Wiem, bo tak jest prościej i da się rachunkiem ekonomicznym wszystko wytłumaczyć. Zawsze można zrzucić poczucie winy na liczby. Ukryć nasze egoistyczne słabości oraz mieć satysfakcję z poczucia władzy. Dziś moralność nie jest w cenie trzeba nauczyć się kraść i wykorzystywać innych. Litość, współczucie pomoc innym to słabości, które mówią o człowieczeństwie, ale spotykają się we współczesnym świecie z niezrozumieniem. Chyba, że potrafimy wykorzystać to dla własnych celów. Wszak na litości też można wygrać. Chociażby na „wnuczka”. Ludzie, szczególnie ci starsi, w dalszym ciągu są naiwni, bo tak zostali wychowani. My jesteśmy mądrzejsi już tak łatwo nas nie da się oszukać. Zdarzają się jeszcze przypadki, że na kanwie sukcesu medialnego damy się ponieść nadziejom, że dzięki naszemu czynowi staniemy się rozpoznawalni i może spotka nas jakaś nagroda, bo uratowaliśmy człowieka. Niestety Judymów już nie ma. Myślę, że większość młodzieży nawet nie wie, kto to taki. Niech będzie zatem przestrogą powiedzenie te, że za każdy dobry uczynek spotka nas zasłużona kara. Wierzcie mi, że tak jest. Mimo rozgoryczenia przyjmuję to za prawdę.