„ZAMIESZKAJ U NAS!”

 

Pierwszy raz o projekcie usłyszałem od kolegi Mariusza Maksymiuka w trakcie przypadkowej rozmowy na ulicy. Z przejęciem opowiadał o nowym pomyśle jednocześnie prosząc, by pomysłu jeszcze nie promować. Czekałem cierpliwie na jakikolwiek sygnał o zaawansowaniu prac nad projektem i przez przypadek podczas Konferencji Rotarian na temat „Europa Dialogu” zostałem zapoznany z założeniami pomysłu, który ma zrewolucjonizować Południowe Podlasie. Krótka medialna prezentacja przedstawiona przez redaktora naczelnego Radia BiPeR z pełnym profesjonalno-medialnym zaangażowaniem przyjęta została przez słuchaczy z wielkim zainteresowaniem. Projekt, choć bardzo ciekawy i interesujący wymaga pracy. Pracy nierozumianej sensu stricto dotyczącej doprecyzowania założeń, lecz pracy nad pozyskaniem i przekonaniem ewentualnych udziałowców reprezentujących finanse, by uwierzyli w sens założeń i możliwość sukcesu. Biznesmeni twierdzą, że jest konieczne wykonanie „Biznes Planu”, który wykaże plusy i minusy projektu oraz jego koszt i kalkulację oczekiwanych zysków. W tej formie projekt jest ideą, która jest interesująca tylko nikt nie wie czy opłacalna. Przepraszam, że to powiem, ale mieliśmy już Turka, który chciał z Białej zrobić Las Vegas. Tak więc pomni doświadczeń i kompromitacji ogólnopolskiej niestety musimy do projektu przekonać „pieniądze” oraz polityków, którzy w przypadku Vahap Toyi odegrali decydującą rolę. Polityczne poparcie dotyczące działalności prospołecznej wydaje się być w stu procentach pewne, któż nie chce zbić darmowego społecznego kapitału. Tym bardziej, że projekt nie wymaga decyzji politycznych tak jak to było w przypadku bialskiego lotniska.

 

Przejdźmy do szczegółów. Koledzy Mariusz Maksymiuk oraz Dariusz Chorąży wymyślili, że można by otworzyć Południowe Podlasie dla emerytów i rencistów. Międzyrzec Podlaski, Biała Podlaska oraz Terespol to regiony powiatu bialskiego, które potrafiłyby stworzyć odpowiednie warunki dla migracji Polaków zainteresowanych uzyskaniem warunków egzystencji na poziomie adekwatnym do swoich możliwości finansowych oraz egzystencjonalnych. Inaczej mówiąc, mogli odpocząć po hałasie, smrodzie, tempie życia oraz chaosie dużych aglomeracji miejskich. Tym bardziej, że standard tego życia mógłby być lepszy, gdyż ceny i koszta są w przeważającej większości przynajmniej o połowę tańsze i te „klitki” blokowe warszawskie zamienić za tę samą cenę na wille. Zauważyli to już mieszkańcy Warszawy wykupując gospodarstwa w miejscowościach nadbużańskich, jako dacze wakacyjne, które z czasem stały się domami zamieszkanymi na stałe gdyż życie tu jest niedrogie. Niestety w wioskach nie ma odpowiedniego zabezpieczenia socjalnego, które dostępne jest tylko w większych miasteczkach. Wyprawy po zaopatrzenie przy rosnących cenach paliwa stają się więc nieopłacalne lub sprowadzają się do zaopatrywania tygodniowego lub nawet miesięcznego, co odbija się na jakości wyżywienia. Miasta „Programowe” oferują możliwość nabycia działek budowlanych, gotowych domów i mieszkań zapewniających infrastrukturę socjalną. Ponad osiem marketów w Białej Podlaskiej, cztery w Międzyrzecu Podlaskim oraz trzy w Terespolu przy stosunkowo bliskich odległościach od miejsca zamieszkania, w porównaniu do na przykład Warszawy, czyni te miejsca bardzo atrakcyjnymi tym bardziej, że produkty żywnościowe są ekologiczne. Pochodzą z podlaskich gospodarstw, które z uwagi na niedofinansowanie państwa opierają swoją produkcję na nawozach naturalnych. Modne jest też u nas tworzenie sklepików lokalnych osiedlowych, które w rodzinnej atmosferze oferują naprawdę dobre produkty po przystępnej cenie. Miło jest wejść do sklepiku, gdy sprzedawca zwraca się do nas po imieniu oraz się pyta, co u ciebie słychać. Bezduszność olbrzymich miast zatraca podstawowe zasady humanitarne obywatelskiego współistnienia. Tam stajemy się bezimiennymi jednostkami dysponującymi funduszami, które bezduszna aglomeracja chce nam wydrzeć. My oferujemy koleżeństwo, przyjaźń oraz człowieczeństwo.

 

Istotny elementem, który ma znaczenie w naszym życiu po przejściu na emeryturę czy rentę to opieka zdrowotna. Biała Podlaska posiada Wojewódzki Szpital Specjalistyczny na wysokim poziomie, który świadczy opiekę medyczną jedną z najlepszych w kraju. Wielokrotnie wyróżniany w rankingu krajowym prosperuje bez problemów finansowych. Non stop modernizowany rozbudowujący oddział kardiologiczny, hotel dla matek dzieci przebywających w szpitalu oraz nowoczesne lądowisko dla śmigłowców. Dofinansowany za osiągnięcia przez państwo w wysokości czterdziestu milionów modernizuje swoją infrastrukturę. Pobliski Międzyrzec Podlaski posiada również szpital, który dysponuje oddziałami medycznymi zapewniającymi opiekę okolicznym mieszkańcom. Umiejętnie zarządzane promują Południowe Podlasie oraz opiekę medyczną na wysokim poziomie. Serdeczność, pomoc i bezinteresowne zaangażowanie oraz opieka nad pacjentem to kredo personelu medycznego. Już dziś wielu lekarzy, pielęgniarek składa akces współpracy z przyszłymi mieszkańcami, gośćmi, którzy zostaną przyjęci z otwartymi ramionami. Podlasie zawsze gościnnością słynęło w myśl przysłowia „Gość w dom Bóg w dom”.

 

Wielu młodych ludzi i firmy, które obecnie próbują wejść na rynek ze swoimi usługami nie znajdują uznania w bialskiej społeczności, która jest wręcz chronicznie nauczona pracowitości. Sprzątanie, wyprowadzanie psów, robienie zakupów, zmywanie czy opiekowanie się domem to dla bialczan, a przede wszystkim bialskich kobiet czynności, których obcy nie powinni wykonywać, chociaż przecież to dla naszej wygody. Wystarczy przecież nadzór i bycie szefem oraz ocena czy nam się to podoba czy życzymy sobie poprawy. Niestety, my na Podlasiu jesteśmy trochę zacofani i kobiety nasze lubią być wykorzystywane niż oprzeć się na usługach innych. Przydałoby się nam nowe spojrzenie, perspektywiczna ocena oraz przykład wykorzystania usług i społecznego działania. W dobie kryzysu liczy się każda praca, liczą się każde pieniądze szczególnie na Południowym Podlasiu. My szanujemy pieniądze oraz to, że się je ciężko zarabia. Moi koledzy na przyszłej stronie internetowej „Zamieszkaj u nas” starają się przedstawić swoją ofertę bardzo naukowo i profesjonalnie zgodnie z arkanami reklamy zapominając o tym, że to ma przekonać normalnych mieszkańców Warszawy, Poznania, Śląska i pozostałych żyjących tam gdzie człowiek się nie liczy, a liczą się pieniądze. Kochani ja was zapraszam do nas, dlatego że jest u nas taniej, że jest u nas przyjemniej, że u nas ludzie są szczerzy i bardzo otwarci, że są prości i nie bawią się w politykę. Żyją ciężko i pieniędzy nie mają, ale jeżeli ich poprosisz o pomoc nigdy nie odmówią. Dlatego warto żyć na Południowym Podlasiu, bo tutaj nie zginiesz, będziesz sobą, a my ci pomożemy, bo my jesteśmy szczęśliwi, że Ciebie gościmy, że do nas przyjechałeś.

 

 

NORDIC WALKING PONOWNIE

Popularny i promowany szeroko w Polsce Nordic Walking czyli „pomykanie z kijkami”, na Południowym Podlasiu przyjąć się nie może. Wręcz wydaje się, że uśmiechy przechodniów obserwujących tych z kijkami zdają się mówić, że daleko im do tolerancji. Bialczanie wpadli więc na pomysł i „pomykają” wieczorami, kiedy już tak nie bardzo widać, kto się odpycha kijkami. Biedni ludzie z kompleksami boją się śmieszności przed krajanami. Pomykają więc bialczanki ulicami, panów jakoś nie widać, szukając tych bardziej oświetlonych, bo to zawsze strach, że komuś może się to nie spodobać lub ktoś może „przyłożyć”. Profesjonalnego przygotowania nie widać, ale nie to jest istotne, liczą się chęci i samozaparcie w uprawianiu sportu, który nie obciąża stawów i kręgosłupa oraz nie powoduje zbyt dużej zadyszki, a pozwala uniknąć brzuszka, dla piwoszów wskazane. Któż nie ulegnie modzie, kiedy ludzie na całym świecie uprawiają chodzenie z kijkami, jako coś normalnego i wskazanego zwłaszcza dla tych po pięćdziesiątce. Chociaż na zachodzie młodzież, dziewczęta dbając o figurę chodzą z kijkami nie o kijkach.

Działania lokalnych mediów dotyczące imprez organizowanych lub wspieranych przez magistrat lub znane instytucje są zauważalne. Jednak, gdy ktoś zaproponuje udział w promocji jakiejś idei, myśli czy pomysłu odbija się jak od betonu bez zrozumienia i poparcia, chociaż idea jest słuszna. Uzależnienie od reprezentowanego nurtu społeczno-ideologicznego jest tak silne, że prosty obywatel przez ten mur niechęci nie jest wstanie się przedostać. Wolność słowa i wolność mediów są pozorne, gdyż decyzje wydawnicze uzależnione są od sponsorów lub osób, które media te finansują i to oni decydują co ma być w mediach publikowane. Prosty przykład reklam, po ich treści łatwo jest odgadnąć, kto za pismem stoi i za czyje pieniądze periodyk się ukazuje. Zresztą etatowi redaktorzy bojąc się o swoje stanowiska wszelką inicjatywę społeczną blokują. Całe szczęście jest Internet, który otwiera możliwości prezentacji swoich pomysłów i koncepcji. Problem w tym, że nie do wszystkich dociera ze względu na zróżnicowanie pokoleniowe. Czyli do tych, do których ma dotrzeć ze względu na niechęć zainteresowania się postępem nie dociera. Zrozumiałe jest zatem, że słowo pisane, mimo że wypierane przez bajty, w dalszym ciągu jest popularne. Popadamy zatem w pętle „nieskończoności”, gdyż mimo społecznego zainteresowania i promocji, promocja nie może być zrealizowana, bo jest sprzeczna z koncepcją redakcyjnego zaangażowania. W dobie dialogu wskazane jest zatem podążać w kierunku kompromisu. Kompromis jest oczekiwany.

Organizowana w dniu 14 października br. przez Kolegę Artura Arteckiego popularyzacja chodzenia z kijkami po trasie chodnikowej ulicami miasta Biała Podlaska, jako indywidualna inicjatywa społeczna, znalazła uznanie tylko w Internecie na stronie „Radio BiPeR”, pomimo że pomysłodawca swoją propozycję przekazał w formie felietonu do wszystkich bialskich periodyków. Niestety, komercyjność wygrała nad zdrowiem. Żadne pismo nie podchwyciło idei Arteckiego. Sukces jednak został osiągnięty. Dwie Panie Anie w poranek niedzielny wspólnie z pomysłodawcą przemierzały ulice miasta z kijkami w marszu po zdrowie. Godzina dziesiąta jak się okazało była godziną jak najbardziej optymalną i niekolidującą z odpoczynkiem i obowiązkami religijnymi. Trasa, którą pokonano zajęła trenującym czas godziny i piętnastu minut. Ustalono, że chodzenie z kijkami promować trzeba. W kolejne niedziele o godzinie dziesiątej się spotykamy tym razem nie w oparciu o informacje propagowane prze media, lecz przez zaangażowanie przyjaciół we wspólny relaks poprzez nieekstremalny wysiłek fizyczny. Chętnych do uprawiania Nordic Walking serdecznie zapraszamy na godzinę dziesiątą w niedzielę na plac Wolności. Inicjator dziękuje Radio BiPeR za wsparcie i prosi o dalsze promowanie.

ROTARIANIE – SŁUŻYĆ PONAD WŁASNĄ KORZYŚĆ

Spotkanie, które zorganizowało Stowarzyszenie RC Biała Podlaska w dniu 13 października 2012 r. w Urzędzie Miasta dotyczyło VI Edycji Konferencji Centrum Dialogu „Europa Dialogu”. Zebrało szereg osób intelektualnego establishmentu począwszy od Pana marszałka Marka Borowskiego, Prezydenta Andrzeja Czapskiego, biznesmenów, samorządowców, naukowców oraz przedstawicieli kościoła. Zainteresowany problematyką oraz przesłaniami programowymi stowarzyszenia Rotarian skontaktowałem się z doktorem Januszem Matusiakiem Past Prezydent Rotary International Klub Biała Podlaska, kolegą z lat szkolnych, z prośbą o umożliwienie uczestnictwa w konferencji, jako przedstawiciel Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ (SKMP ONZ). Mile zaskoczony serdeczną aprobatą uczestnictwa z niecierpliwością oczekiwałem spotkania. Tematyka dialogu jest tym, co we współczesnej Polsce jest najważniejsze. Umiejętność prowadzenia dyskusji i dialogu, niestety nie jest umiejętnością powszechnie dostępną w naszym kraju. Dialog ma tę wyższość, że przeważnie ma pomyślny koniec, chociaż jak się dowiedziałem od Marszałka Borowskiego, nie zawsze kończy się sukcesem.

Z pewnym niepokojem i ostrożnością społeczności lokalne podchodzą do założeń ideowych Ruchu Rotarian. Wynika to z tego, że wywodził się ze środowisk inteligencji i przedsiębiorców. Uznany został za czasów rozwijającego się socjalizmu, jako burżuazyjny i kapitalistyczny. W czasach tych hasło solidarności rotariańskiej było w sprzeczności z ideą walki klasowej, a zasady rozwijania współpracy międzynarodowej z kapitalistami uznawane było za przejęcie ideologii „zgniłego Zachodu”. Rozpowszechniany był także mit, jakoby organizacja rotariańska miała charakter para masoński. W efekcie przez około czterdzieści pięć lat Rotary nie istniało w Polsce, podobnie zresztą jak we wszystkich innych krajach pozostających w obozie sowieckich wpływów. Rotary International (RI) jest stowarzyszeniem klubów Rotary na świecie, kierujących się oficjalnym credem „Służba na rzecz innych ponad własną korzyść” (ang.: Service Above Self). Najkrócej definiując: „Rotary jest stowarzyszeniem zrzeszającym przedsiębiorców, przedstawicieli różnych zawodów z całego świata, którzy świadczą pomoc humanitarną, promują normy etyczne w każdym zawodzie zgodne z humanitaryzmem oraz pomagają budować pokój na świecie”. Przemiany, jakie dokonały się w roku 1989, umożliwiły powrót Rotary do Polski. Działalność klubów Rotary początkowo, jako część dystryktu szwedzkiego nr 2390 po rozbudowie swoich struktur spowodowało utworzenie w 1995 dystryktu polskiego nr 2230, przekształconego następnie w 1999 w dystrykt międzynarodowy o tym samym numerze, obejmujący obecnie 73 kluby z Polski, 44 z Ukrainy i 3 z Białorusi. Tyle historii. Powróćmy do konferencji.

Miłym zaskoczeniem było przywitanie oficjalne przez Prezydenta RC Biała Podlaska Pana Ireneusza Bijata mojej skromnej osoby, jako przedstawiciela Zarządu Głównego SKMP ONZ. Krótkie wprowadzenie Prezydenta RC Biała Podlaska wprowadziło słuchaczy w problematykę konferencji. Głos zabrał Pan Marszałek Marek Borowski, który przedstawił nam problematykę dialogu w polityce. Niestety słowa mówcy nie wiały optymizmem. Kultura słowa, etyka, epitety oraz pomówienia są charakterystyczne dla polskiego parlamentu. Na uwagę zasługuje fakt, że jeszcze nam wiele brakuje do rozwiniętych demokracji. Z zainteresowaniem słuchałem, jakie są obostrzenia dotyczące na przykład słownictwa w parlamencie brytyjskim. Pewne słowa są wręcz zakazane, a jeżeli się zdarzy, że jakiś parlamentarzysta się zapomni automatycznie zostaje zmuszony do rezygnacji z mandatu. Kultura dyskusji i polemiki jest pełna emocji, ale na wysokim poziomie. Definicja encyklopedyczna przedstawiona przez pana Marszałka ma charakter pokojowy. W naszym parlamencie króluje bardziej polemika, która nie patrzy na argumenty, bo każdy ma rację, a jeżeli nawet i nie ma patrz punkt pierwszy. Konkludując marszałek stwierdził, że dialog jest konieczny.

Kolejny wykładowca dr Bohdan Wyżnikowicz Wiceprezes Zarządu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, jako ekonomista zajął się problematyką dialogu w ekonomii. Przyznacie państwo, że jest trudno prowadzić dialog ekonomiczny. Naprawdę trzeba być fachowcem i mieć silne argumenty, znać zasady ekonomii, a nie wszyscy to potrafią. Dialog jest tym bardziej trudny, że cyfry nie kłamią i bardziej w ekonomii chodzi o polemikę niż o dialog, ale pan doktor w bardzo przystępny sposób opowiedział nam o Głównym Urzędzie Statystycznym oraz Eurostacie, które dostarczają nam argumentów do dialogu, a może bardziej polemiki o ekonomicznych uwarunkowaniach współczesnego kryzysu oraz sytuacji gospodarczej niektórych państw wspólnoty europejskiej, dlatego też się nie dziwię, że Pan doktor miał problem z tematem dialogu w statystyce, a tym bardziej w Europie jednak muszę powiedzieć, że sobie poradził.

Ciekawe wystąpienie, bardzo emocjonalne miał Pan dr Cezary Kalita, który w sposób bardzo obrazowy przedstawił nam mitologię „Europy” oraz jej historyczność. Wiedza historyczna wręcz zachwycała i wiele ciekawych opowieści z pogranicza mitologii i legend powodowało, że słuchało się Pana Cezarego z uwagą. Przyznam się szczerze, że miałem problemy powiązać wystąpienie z tematem, czyli „Europejskim Dialogiem”, ale zaangażowanie prelegenta powodowało, że wystąpienie nie było nudne. Pamiętam porównanie naszej Europy do trzęsawiska. Jeżeli zatrzymamy się na chwilę w przekonaniu, że nastąpiła stabilizacja może się okazać, że zaczniemy tonąć. Naszym więc przesłaniem jest cały czas się ruszać, iść do przodu nie popadać w samo zachwyt, lecz działać. Taka jest przyszłość Europy, z którą osobiście się nie zgadzam twierdząc, że przyszłość buduje się na solidnych fundamentach. Wykładu słuchałem z zainteresowaniem, chociaż tematu dialogu tak jak wspomniałem w mitologii trudno mi było się doszukać, wręcz wszystko spływało nieetycznością.

Z wielkim zaciekawieniem czekałem na wystąpienie księdza dr Tomasza Zadrożnego Dyrektora Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego im. Cypriana Norwida w Białej Podlaskiej. Domyślałem się, że wykład będzie dotyczył dialogu religijnego i się nie pomyliłem. Ksiądz Dyrektor wspomniał o podpisanym ostatnio porozumieniu między Episkopatem Polski, a Sawą Patriarchą Moskwy i całej Rusi. Wyjaśnił bardzo obrazowo strukturę katolicyzmu na świecie oraz jego przemiany w dziejach ludzkości. Zakończył przesłaniem, że należy się spodziewać, że wkrótce będziemy prowadzić dialog nie między chrześcijański, lecz dialog między chrześcijaństwem i islamizmem. Dialog, który musi być by dalej świat mógł istnieć, nie można w tym przypadku mówić tylko o polemice.

Podsumowując konferencję stwierdzam, że spełniła swoją rolę, czyli uzmysłowiła nam wszystkim konieczność dialogu właściwie we wszystkich aspektach naszego życia. Kolejne, wszak obecna była szóstą, pokażą że zmieniające się realia polityczno-społeczne i ekonomiczne wręcz wymuszają konieczność dialogu, a naszym zadaniem jest mówić i głosić tematykę jak najszerzej i na każdym kroku. Konferencja, w której uczestniczyłem uzmysłowiła mi fakt, że warto się zastanowić nad tym czy nie rozważyć możliwości współpracy wszystkich stowarzyszeń, dla których publiczne dobro jest sprawą najważniejszą. Dziękuję kolegom za umożliwienie wysłuchania wykładów oraz uczestniczenia w spotkaniu koleżeńskim. Jestem pod wrażeniem osiągnięć bialskich Rotarian.

DWUNASTY PAŹDZIERNIKA

Dzień dwunasty października dwutysięcznego dwunastego roku, czyli dzień dzisiejszy, przejdzie do historii, jako kolejne ekspoze Premiera Tuska w Sejmie. Nie moją rolą jest oceniać, czy było rewolucyjne i czy coś zmienia. Pewne jest, że poruszyło opinią publiczną oraz to, że czekam czy uzyska poparcie sejmu, czyli wotum zaufania społecznego. (Uzyskał). Pewne jest, że tak będzie, bo jest w parlamencie większość, ale jest jakieś przekonanie, że tak do końca nic nie jest pewne. Wiem jedno, że świeczki się pomału wypalają i konieczne są zmiany lub przycięcie knotów, bo strasznie kadzą. Przyszłość pokaże czy to, co w słowie w życiu się sprawdzi. Faktem jest, że pięć lat „palenia” trąci starzyzną i aż się prosi by coś wstrząsnąć i poruszyć by ten cały „Cyrk”, jakim jest polityka ożywić. Ogólniki i puste słowa bez konkretów to jest polemika. Szkoda, że Pan Premier nie powiedział, że plan polityki zdrowotnej minister zdrowia przedstawi w miesiącu styczniu przyszłego roku. Plan ochrony socjalnej minister lub ministrowie odpowiedzialni przygotują na miesiąc luty. Pozostałe według uznania, ale będą to wreszcie konkrety. Potem będziemy rozliczać, a na razie są tylko ogólniki. My Polacy miast się cieszyć pytamy Pana Premiera jak do tego czternastego roku przetrwać, nie przeżyć. Słowa łatwo wypowiadać gorzej jest z realizacją. Wiem, z własnego doświadczenia, że jak nie ma postawionego zadania, środków potrzebnych do realizacji oraz odpowiedzialnego za realizację również sensownego terminu wykonania wszystko skończy się na słowach i zmianie ekipy, by wszystko rozpocząć od nowa, czyli po „Politycznemu”. Wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszą politykę, ale nie o tym chciałem pisać.

Dwunasty października za „Komuny” specjalnie piszę w cudzysłowiu, bo takiego ustroju u nas nie było i warto to przypominać gdyż panującym ustrojem był socjalizm, jako droga do komunizmu. Właśnie w socjalizmie w dniu dwunastego października każdy żołnierz obchodził swoje święto. Był to dzień, w którym obchodzono święto Ludowego Wojska Polskiego. Dlaczego dwunasty październik? Wyjaśniam młodym czytelnikom, że w dniu tym w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku odbyła się „Bitwa pod Lenino – bitwa stoczona w dniach 12-13 października 1943 nieopodal wsi Lenino, na Białorusi pomiędzy radziecką 33 Armią pod dowództwem gen. płk Wasilija Gordowa (Front Zachodni) i walczącą w jej składzie polską 1 Dywizją Piechoty im. Tadeusza Kościuszki a Wehrmachtem.”[1] Dodam tylko, że dywizja liczyła ponad dwanaście tysięcy żołnierzy i że pod Lenino był to jej chrzest bojowy. Żołnierze szli maszerując do ataku wprost pod kule niemieckich automatów. Chodziło o to by sojusznikom pokazać jak polski żołnierz walczy. Zatrzeć też nieprzychylne wrażenie Stalina po wyjściu polskiej armii pod dowództwem generała Andersa ze Związku Radzieckiego na wschód. Bitwa nie zakończyła się sukcesem, zdobyto tylko jedną wioskę i dywizję ze względu na straty rotowano. Zginęło lub wzięto do niewoli niemieckiej ponad trzy tysiące polskich żołnierzy. Jednak bohaterstwo i odwaga znalazła uznanie władze sowieckich i utworzono pierwszą, później drugą armię wojska polskiego. Polacy walczyli nie o ustrój czy politykę, lecz o wolność dzieci, matek, żon i swoją. Walczyli o Polskę i nie ważne czy na wschodzie czy na zachodzie wszędzie byliśmy obecni. Wszędzie wymachiwaliśmy szabelką, bo we krwi Polaka jest duma, honor i odwaga.

Dwunastego października każdego roku w pełnym składzie osobowym, bo nie jest to miesiąc urlopowy, na uroczystych zbiórkach czciliśmy pamięć poległych na wszystkich frontach Drugiej Wojny Światowej oraz cieszyliśmy się z awansów i odznaczeń. Wieczorem w Klubach Garnizonowych bez względu na szarże świętowaliśmy nasze święto. Pamiętne też były bale, które przeszły do historii Wojska Polskiego. Ważne było też to, że hołdowano tradycjom przedwojennym, mimo, że wojsko było na wskroś socjalistyczne i niestety każdy, jeżeli chciał się rozwijać musiał być w słusznej i jedynej partii. Panującej nam przez lat prawie pięćdziesiąt PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza), która kształtowała świadomość społeczną prosocjalistyczną, jaką narzucił nam po wojnie zwycięski sojusznik. Sojusznik, który mając swoje wojska na naszym terenie budował w nas świadomość wojska mocarstwowego i potężnego, które może pozwolić sobie na różne koszta byle tylko żołnierza dobrze wyszkolić. Tym bardziej, że każdy obywatel musiał przejść przez wojsko i dwa lata odsłużyć. Ustrój i wojsko było o profilu mocarstwowym, bo tak dyktował nam sojusznik. Nikt nie wierzył, że może się coś zmienić. Zdarzył się jednak kolejny „Cud nad Wisłą”.

Wrócić chciałbym do tworzenia polskiej armii na ziemiach radzieckich podczas Drugiej Wojny Światowej. Przypomnę wszystkim, że działania polityczne generała Sikorskiego skutkowały tym, że Stalin się zgodził na tworzenie Polskiej Armii. Nie przewidział tylko jednego, że armia nie będzie wraz z żołnierzem radzieckim walczyć, lecz wyjdzie na wschód do Afryki. Wkurzenie Stalina było wielkie, lecz potrzebne było „mięso armatnie” i uległ namowom polskich komunistów, by utworzyć ponownie wojsko polskie, które będzie wałczyć wraz z armią radziecką. Ogłoszono nabór do polskiej dywizji, później armii. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie forma, w jaki sposób się to odbywało. Chciałbym włączyć wątek osobisty, prywatny. Mój świętej pamięci teść, starszy szeregowy Platon Rewiński wstąpił do Drugiej Armii Wojska Polskiego. Został powołany i nic by w tym nie było dziwnego gdyby nie fakt, że był w „Gułagu” pod Moskwą. Żyli w ziemiankach wykopanych przez siebie w ogrodzonym kolczastym drutem lesie. Byli „Kułakami” wysiedlonymi z Baranowicz przez Armię Radziecką w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku. Dostarczano im wodę i ziemniaki, czyli żyli jak świnie. Zimą tylko silni wytrzymywali. Nie było dnia żeby ktoś się na kalesonach nie powiesił na sośnie. Dziś żałuję bardzo, że nie spisywałem wszystkiego, co tata opowiadał. Zgłosił się, bo w powołaniu widział ratunek. Miał rację, ci którzy pozostali nigdy nie wrócili do Baranowicz, słuch po nich zaginął. Tata wierzył, że walcząc wróci do Polski do bliskich, rodziny. Powiedział mi, że polityka go nie interesowała, chciał walczyć o Polskę i własne oraz rodziny życie. Był dumny, że ma zięcia oficera, więc chętnie opowiadał o swoich frontowych przeżyciach. Przypominam sobie, że kiedy szli już na Berlin od Czechosłowackiej strony wpadła jego kompania w „kocioł” niemiecki. Przez noc całą byli ostrzeliwani przez moździerze. Odbici przez wojska sowieckie zostali rotowani gdyż ponieśli duże straty. Tata z przystojnego bruneta przez noc posiwiał i miał włosy białe. Berlina nie zobaczył, końca wojny doczekał w okolicach Kłodzka gdzie go rozwiązano i przeniesiono do cywila. Nigdy nie wrócił do Baranowicz, chociaż tam zostały dobra, rodzina i ziemia. Uraz i strach pozostał do końca życia przed reperkusjami socjalizmu. Wielu, którzy walczyli po wojnie NKWD lub SB zlikwidowało mimo, że narażali swoje życie w działaniach wojennych. Jedyny ich błąd, że głośno mówili, że nie o taką Polskę walczyli.

Dwunasty października moje święto, bo bez względu na to czy będziemy święcić wojska święto piętnastego sierpnia w dniu kolejnej rocznicy „Cudu nad Wisłą”, czy dwunastego października w rocznicę bitwy pod Lenino, we wszystkich tych terminach chodzi o to, żebyśmy pamiętali o chłopcach, którzy oddali swoje życie za Polskę. W dniu dzisiejszym siedząc przed lustrem, właśnie, kiedy piszę, pozwolicie, że zapalę dwa kieliszki spirytusu, tak jak to zrobił Zbyszek Cybulski w filmie „Popiół i Diament” ………………………………….. Wzniosę toast spirytusem, bo tylko taki alkohol jest godzien pamięci tych, co zginęli i wciąż żyją oraz noszą mundur lub są w stanie „spoczynku” lub rezerwie i godnie reprezentują Polskie Siły Zbrojne.

NORDIC WALKING, CZYLI ZASUWAJ PO ZDROWIE

Niedawno mój osobisty lekarz, przyjaciel podarował mi pudełko, w którym był krokomierz. Takie elektroniczne „ustrojstwo”, które liczy kroki, jakie w swojej wędrówce dnia codziennego przebywamy. Pomyślałem, że to żart, bo kilka lat temu zakupiłem podobne narzędzie do chodzenia po Bieszczadzie. Niestety wtedy raczej niezbyt precyzyjnie działało. Inaczej mówiąc działało tylko radio w nim wmontowane natomiast kroków nie liczyło, chociaż wyglądało profesjonalnie. Kolegów bardzo to bawiło. Prezent był związany z promocją walki z nadciśnieniem tętniczym. Okazuje się, że nawet nie wiemy, że może nam się coś takiego przydarzyć. Choroba ta jest ukryta i bardzo powoli się rozwija. Wykryć ją tylko można przez częsty pomiar ciśnienia. Jeżeli się zdarzy, że przez dni kilka będziemy mieli „Dawlenje” powyżej stu czterdziestu można powiedzieć ze stu procentową pewnością, że jesteśmy chorzy. Nadciśnienie to pierwszy krok do zawału lub innych chorób. Warto, zatem z nim walczyć. Jak ulotka wewnątrz pudełka dokładnie to objaśniła stres, nadwaga lub otyłość to pierwszy krok do choroby. Trzeba więc z tym walczyć. Po pierwsze trzeba ustalić wskaźnik masy ciała BMI, który obliczamy dzieląc masę ciała w kilogramach przez kwadrat naszego wzrostu w metrach kwadratowych. Jeżeli współczynnik będzie mniejszy od dwudziestu pięciu nie musimy się martwić. Trzydziestka jest granicą otyłości. Natomiast powyżej to już otyłość i trzeba z tym koniecznie coś zrobić. Nadciśnienie tętnicze lubi się objawiać bólem i zawrotami głowy, często też mamy „mroczki” przed oczami lub dzwonienie w uszach, bywa też, że serducho nam kołacze lub coś je uciska a bywa też, że boli. Zdarzają się też duszności po wysiłku lub stresującej sytuacji. Pobudliwość, nerwowość, drażliwość, zmęczenie oraz senność. Przykro to powiedzieć, ale też się miewa zaburzenie erekcji. Oprócz tego obrzęk stóp i kostek. Jeżeli posiadamy te objawy warto zmierzyć sobie ciśnienie przez kilka dni po trzy razy. Rano, w południe oraz wieczorem. Trzeba zadbać o zdrowie.

Kiedy ustaliłem, że pięćdziesiąt procent objawów się pokrywa z moją osobą postanowiłem działać. Odstawiłem piwo i słodkości, ograniczyłem picie alkoholu i zrezygnowałem z kawy. Ponadto w pudełku był oprócz krokomierza dziennik kroków, w którym zapisuje się przemarsz dzienny oraz pomiar ciśnienia ranny, popołudniowy oraz wieczorny. Zacząłem chodzić. Rano po porannej toalecie przebieram się w dres i sztormiak dla lepszego wypocenia, przypinam krokomierz i ruszam w trasę. Początek był trudny, tylko cztery tysiące z groszami przeszedłem i byłem zmęczony. Każdy następny dzień był sukcesem. Dziś chodzę jak wskazuje urządzenie sześć tysięcy sześćset kroków w ciągu godziny. Koszulka w sztormiaku szybko robi się mokra, ale przecież o to chodzi. Ciśnienie pomału się wyrównało, ale jeszcze daleko do sukcesu bo mój BMI jest około trzydziestu. Chodzenie czy spacer nie byłby tak ciekawy gdyby nie „Nordic Walking”, który przy okazji uprawiam. Chodzenie z kijkami myślałem, że jest inną formą poruszania się jak bieganie na biegówkach, czyli to samo tylko bez desek. Bieganie lub jeżdżenie na biegówkach było dla mnie proste i zimą często uprawiane. Jeżdżenie latem bez desek tylko z kijkami jak niektórzy twierdzą dla równowagi dla innych starszych jest wybrykiem lub szpanem nowoczesnej pop kultury. Biegałem wiec po mieście budząc uśmiech i zainteresowanie do czasu, kiedy w ostatnią niedzielę spotkałem starszego pana, który zamiast się z moją i córki osobą przywitać zapytał się, co ja z tymi kijkami robię i czy mi nie przeszkadzają? Oburzony powiedziałem, że nikt nie będzie mnie uczył jak się rusza kijkami. Jednak zasiany niepokój skutkował zdobyciem wiedzy w Internecie. Szok, ale starszy pan miał rację. To nie jest tylko machanie kijkami. Kijki muszą mieć odpowiednią wysokość, czyli do zachowania kąta prostego w łokciu. Jest to uzależnione od wzrostu. Kijki się przenosi jak w marszu na lekko ugiętych łokciach. Zaciśnięte dłonie na kijkach jak są w przodzie, otwarte jak znajdują się w tyle. Najprościej znaleźć w google hasło „Nordic Walking”, tam są fajne instruktaże i wyjaśnienia jak się z kijkami chodzi lub biega, bo szybki marsz to już prawie bieganie. Jak instruktor mówił muszą boleć nie tylko nogi, ale też ramiona. Instrukcja przewiduje, że przejście dziennie dziesięć tysięcy kroków przez miesiąc czasu spowoduje schudnięcie o osiem kilogramów. Wszystko fajnie tylko jest problem, urządzenie mimo, że postęp techniczny następuje nie jest dokładne i niestety różne wyniki pokazuje. Początkowo mnie to drażniło, ale potem wyjaśniłem sobie, że przecież nie chodzi o urządzenie lecz o zdrowie.

Spacer z kijkami stał się przyjemnością i koniecznością bo organizm zaakceptował rewolucję i się do niej przystosował. Egoistycznie mówiąc bardzo mnie to rajcuje. Doświadczenie też uczy, że jest fajniej kiedy chodzi się w towarzystwie. Jest czas na pogadanki i na polemiki, których w złożoności dnia nam brakuje. Odwiedzająca córka dom rodzinny stwierdziła, że fajnie jest z tatą pochodzić i pogadać o życiu. Pomyślałem więc sobie, że warto wyjść naprzeciw społecznemu zainteresowaniu, szczególnie ludzi starszych, którzy zatrzymując mnie się pytają – „Czemu to służy?” nie używać argumentów zdrowotnych opartych na mylnej teorii podtrzymania kręgosłupa lecz zachęcić do ćwiczenia i chodzenia z uwagi na układ krążenia oraz ochrony przed zawałem. Pięknie jest w naszym mieście rozpropagowana idea jeżdżenia na rowerach. Wiele jest imprez biegowych, ale w grodzie gdzie sport jest wizytówką edukacyjno – kulturową brak jest fachowców i promotorów chodzenia pieszo z kijkami. Może jakiś doktor lub magister sławetnej uczelni namówi władze miasta lub organ społeczny do zorganizowania masowego marszu z kijkami po ulicach miasta ze startem na rynku, przejście ulicą Brzeską do ulicy Jana Pawła II, którą pomkniemy do ulicy Sidorskiej, dalej pomaszerujemy do ulicy Hanki Sawickiej by następnie ulicą Zamkową dojść do ulicy Warszawskiej i wprawo do centrum miasta skąd wyruszyliśmy. Fajna trasa, gdzieś około dziesięciu tysięcy kroków. Jeżeli nie ma woli osób przygotowanych do szkolenia laików takich jak ja myślę, że sami możemy się zorganizować w niedzielę dnia czternastego października na „pętelkę” po chodnikach gdzieś około godziny dziesiątej. Spotkajmy się na Placu Wolności, koniecznie z kijkami. Do zobaczyska na trasie!