SIEDEM DNI W TYGODNIU 25.08.2013 r.

            Miałem siedzieć cicho i przeczekać nagonkę. Zrobiłem wszystko. Miałem nic nie pisać, ale to jest silniejsze od mojej osoby nie potrafię milczeć. Pisałem na Facebooku. Teraz wracam do bloga. Pozwolicie, że jedno z drugim będzie się uzupełniać. Postanowiłem pisać historię mego miasta, ale żeby było zabawniej w tle me przeżycia. Czyli fakty i odczucia w jednym miejscu. Nie  wiem czy ktoś wcześniej to zrobił? Moim celem jest napisanie „Kronik Bialskich” czyli to co było w oparciu o moje przeżycia. Zobaczymy czy się uda?

           Sensacją ostatniego tygodnia były informacje archeologiczne umieszczone na stronach Radia BiPer. Jako miłośnik kultury, sztuki i historii sztuki z wielkim zainteresowaniem przeczytałem informacje o nowych odkryciach w grodzie nad Krzną. Zgodnie z programem rewitalizacji śródmieścia oraz inwestycjami prywatnych udziałowców powstaje szereg przedsięwzięć, które wymagają budowy struktur od fundamentów. Właśnie te fundamenty powodują, że uzyskujemy wiele wiadomości o historii naszego miasta. Przykładowo Śródmieście Białej Podlaskiej (ulice Łazienna, Browarna, budowa komercyjna na Brzeskiej), a z pod warstw ziemi ukazują się skarby przeszłości. Dwa dni temu właśnie tam odkryto dwie XVIII wieczne studnie czerpane, a tuż obok stare piwnice i liczne przedmioty z tamtego okresu. Badacze jak ich potocznie nazywamy archeologami w osobach Małgorzaty Bienia i Mieczysława Bienia twierdzą, że Ściana wschodnia Polski jest niezbadana. To istne eldorado dla archeologa”. Niestety nie można się bawić w powolne zapoznawanie się z historią. Wezwani w trybie pilnym archeolodzy mieli za zadanie ocenić i zarchiwizować odkrycie, które następnie zostało zasypane piachem, a na nim dalej trwają prace budowlane. Okazuje się, że teren, na którym stawiany jest komercyjny obiekt „Rywal” objęty jest nadzorem archeologicznym. Nikt jednak nie przewidział takiego odkrycia. Dwie studnie, jama odpadowa, drzewiec, ceramika i pozostałości dawnych piwnic domów mieszkalnych. Najstarsze znaleziska prawdopodobnie pochodzą z nawet z XVII wieku. Studnie czerpane drewniane. Duże. Średnica jednej to 4 metry. Na samym dnie, wyłożonym kamieniami średnica studni wynosi 2 i pół metra. Jedna z nich mogła przypominać studnię zdrojową. Najciekawszym znaleziskiem, jak Mariusz Maksymiuk donosi, to nabijak z drzewca sztandarowego. Na uwagę zasługuje znaleziona na nim tabliczka i napis, jaki można odczytać „inżynier Nowicki”. Ciekawym odkryciem są piwnice przy ulicy Prostej. Czarne plamy ziemi.Obrysy dawnych piwnic kamienic mieszczańskich, jakie stały w dawnej Białej Podlaskiej. W ocenie archeologów ich wiek można szacować na okres I wojny światowej. Znaleziono tu ciekawe przedmioty. Butelki, naczynia, jeden grosz Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1767 roku. Wystarczy tylko pogrzebać troszeczkę w ziemi, a na Białą Podlaskę spojrzymy innym wzrokiem. Mimo, że wiele lat przeżyłem w mym mieście to jednak zaskakuje mnie swym historycznym bogactwem. Nie wspomnę o parku Radziwiłłowskim, gdzie niedawne odkrycia zachwyciły kunsztem i artyzmem. Szkoda tylko, że brak kasy nie pozwala to wszystko wyeksponować dla pamięci, dla przyszłych pokoleń.

Bardziej współczesnym przeżyciem minionego tygodnia był „Jam Sassion” w „Cynamonie” w niedzielę 25 sierpnia br., na które zostałem zaproszony przez Konrada Afaltowskiego. Grał „Seaside Jazz Band”. Konrad zaprosił na dwudziestą na podwórko przy „Austerii”, czyli rzecz ściśle ujmując kontynuuje tradycję miejską, na wyszynk i muzykę dobrą. Wyszynku, co prawda nie było, ale piwo oraz jazz na niezłym poziomie. Muzyka raczej dla wypróbowanego konesera oraz miłośnika jazzu. Zespół w składzie Wojciech Andrzejuk, Qdłaty Qdini i Michał Wojtczuk dał pokaz dobrej muzyki, chociaż na początku „klawisze” nie bardzo chodziły. Brakowało tylko do szczęścia świetlnej oprawy występu, ale chłopcy pokazali, że czują „Bluesa”. Konrad tak trzymać. Ja na pewno będę przychodzić. Oczekuję na następne zaproszenia.

Wracając do początku tygodnia i mojego wyjazdu do Sopotu. Jeden tydzień minął, jak pisałem pełen wrażeń i wspaniałości związanych z miastem, plażą i molem w tym tak snobistycznie znanym kurorcie. Zostało cztery dni do zaplanowania dla moich sponsorów. Ustalono, że w poniedziałek zakupy w „Ikei” koło Oliwy. We wtorek wyjazd, albo żegluga do Gdańska stateczkiem żeglugi przybrzeżnej. Natomiast środa to wyjazd do Krynicy Morskiej i pokazanie kurortu, w którym średniozamożny Polak odpoczywa. Oczywiście z Krynicą Morską związałem też plany odwiedzenia rodziny, która od lat tam kasę pozyskuje, jak to górale mówią od „Ceprów” tylko morskich. Zakupy to nie moja bajka, więc nie będę opisywać, ale jak zobaczyłem rodzinę uradowaną z pozyskanych dóbr materialnych jednorazowego użytku, troszeczkę było mi smutno, że jestem krewnym ubogim z Polski. Wyjazd do Gdańska statkiem nie wyszedł. Pozostała SKM-ka (Szybka Kolej Miejska), która w pół godziny za jedyne trzy osiemdziesiąt złoty na dworzec Główny w Gdańsku całą wycieczkę dostarczyła. Rozpoczęliśmy zwiedzanie od przejścia na starówkę. Zaczął się horror. Młodzieniec lat sześć nic nie robiąc sobie z ustaleń rodziców rozpoczął opanowywanie grodu nad Bałtykiem. Początkowo próbowałem ogarnąć nadmiar energii. Niestety pierwszy raz poległem oddając dowodzenie rodzicom. Starsze dziewczynki znudzone przestojami wyrywały do przodu tworząc dysonans między poszukiwaniem małego, a ich wyprzedzaniem sytuacji wyjściowej. Dodatkowo przyjemności dostarczała dwuletnia pociecha płci żeńskiej, która też chciała udowodnić, że ma prawo do samostanowienia. Wściekły byłem na siebie, wściekły na moje dziewczyny, które same zostając w Sopocie mnie we wszystko wrobiły. Pokazałem starówkę, zorganizowałem przejażdżkę meleksem za sto sześćdziesiąt złotych po zabytkach Gdańska, łącznie ze Stocznią. Zostałem nakarmiony na Długim Targu i gdzieś około siedemnastej powrót do Sopotu. Cicho zjadłem kolację i zaległem szczęśliwy, że mam święty spokój. Przepraszam około godziny dwudziestej trzeciej moje dziewczyny wyprawiłem pociągiem do Białej. Środa jak wspominałem to wyjazd do rodziny do Krynicy Morskiej. Uległ zmianie, bo część damska rodziny ustaliła, że za mało zakupów poczyniła wiec wróciła do Oliwy. Całe szczęście mały też został. W duecie z Kolą odległość osiemdziesięciu kilometrów po obwodnicy Trójmiasta w godzinę pokonaliśmy. Witani serdecznie przez rodzinę, mimo zaskoczenia, zostaliśmy po królewsku podjęci przez Beatę i Darka. Krynica Morska na Koli zrobiła ogromne wrażenie. Umówili się na przyszły rok z wizytą. Osobiście chciałem zostać, ale Kola wykręcił się piwem, którym został poczęstowany przez gospodarzy. Czyli w dalszym ciągu robiłem za szofera. Wróciliśmy wieczorem do Sopotu pełni wrażeń. Kola z uznaniem dla zaradności Beaty i Darka. Ja z satysfakcją, że mam wspaniałą rodzinę. Przy okazji Kola poznał moją siostrę i szwagra z córką, którzy u Darka bawili na wczasach. Powrót do Białej w czwartek to odrębna historia trwająca osiem godzin, którą możnaby opisać, jako odrębny felieton, ale wybaczcie, że ograniczę się do faktu, że przejechałem i na trzynastą do Białej dotarłem. Goście wyjechali około siódmej. Mieli problemy na przejściu granicznym trwające cztery godziny, bo zmiana się zmieniała, ale w końcu dotarli też do siebie wdzięczni, że tak się nimi zaopiekowaliśmy.

Piątek to ogólne spanie i odpoczywanie. W sobotę i niedzielę regenerowałem się na działeczce. Gdzieś około szesnastej zadzwonił telefon małżonki. Koleżanki z dawnych lat się odezwały. Zorganizowały się w Bielsku Podlaskim odległym od Białej około stu kilometrów. Nietrudno się domyśleć, co było dalej? Byliśmy na dziewiętnastą na miejscu. Wieczór wspomnień i zabawy przypomniał nam te wspaniałe chwile spędzane razem do późnych godzin nocnych. Niestety SKS dał o sobie znać i w pięknym domu Gieni i Kostka wszyscy utrudzeni zalegli. Pobudka około ósmej, śniadanie, kilka chwil na pogadanie i mimo, że tak się trudno rozstać, powrót do Białej z mocnym postanowieniem, że wkrótce się spotkamy u nas z Wandą, Waldkiem oraz Eugenią i Konstantym. Wieczorem jak pisałem Cynamon i tak się jakoś szybko tydzień skończył.