LEKCJA HISTORII NA DUŻEJ PRZERWIE

Godzina dziesiąta czterdzieści 29 października 2013 roku. Hol główny IV Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica. Młodzież liceum tłumnie zebrała się na korytarzu, chociaż był to czas na dużą przerwę pomiędzy lekcjami. Nikt nie marudził, bo w szkole się działo. Z inicjatywy Prezydenta Miasta Biała Podlaska Andrzeja Czapskiego oraz Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ Koło Nr 43 za aprobatą Dyrektora szkoły Pana Stanisława Romanowskiego do szkoły zawitała wystawa „Wojsko Polskie w Misjach Międzynarodowych”. Wystawa, która gdyby umiała mówić powiedziałaby, że w swej bytności nie jedno ważne miejsce zaszczyciła, włącznie z budynkiem ONZ. Oglądana i podziwiana kształtowała wśród narodów wiedzę o Polskim wkładzie ochrony pokoju na świecie.

Wystawy nie mogą zajmować półek w magazynach, lecz żyć, dawać wiedzę oraz informację wszystkim bez względu na status społeczny. Mają kształcić świadomość, zrozumienie i wrażliwość. Mają być ściągą na pojmowanie i istnienie. Wystawa o misjach jest wiedzą o misjach, wiedzą o służbie żołnierzy w błękitnych beretach, hełmach. Nie jest informacją martwą historycznie. Cały czas się rozwija, trwa i trwać będzie dopóki na świecie pokoju bronić trzeba będzie. Wymóg jeden. Wystawę trzeba zrozumieć. Trzeba się nauczyć ją pojmować. Leciwa, lecz jakże zasłużona „Pani” zawitała pod strzechy Południowego Podlasia. Dzięki życzliwości Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej w osobie Pani prof. nadzw. dr hab. Aleksandry Skrabacz pojawiła się na ścianie wschodniej, czyli przybyła do Polski „B”. Można powiedzieć „Na Koniec Świata”. Wystawa wbrew pozorom nie została zamknięta w salach wystawowych, lecz udała się do szkół, by tam wśród uczniów spełniać swą powinność. Zgodnie z intencją Prezydenta Miasta, Rektora Państwowej Szkoły Wyższej im. Papieża Jana Pawła II Pana prof. zw. dr hab. Józef Bergier oraz Dyrektorów szkół ponadgimnazjalnych wystawa będzie gościem mile i serdecznie widzianym przez miesiąc wśród młodzieży na „Kresach” wschodnich.

Rozpoczęliśmy od IV L.O im. St. Staszica, by następnie odwiedzić od 5 listopada br. PSW im. Papieża Jana Pawła II i cieszyć swym urokiem i wiedzą studentów Bialskiej uczelni. Zaraz po święcie Niepodległości 12 listopada zawitamy do I L.O. im. J.I. Kraszewskiego serdecznie przyjmowani przez Dyrektora szkoły Pana Przemysława Olesiejuka i uczniów. Tydzień później 19 listopada odwiedzimy II L.O. im. E. Plater gdzie gościć będziemy u Pani Dyrektor Małgorzaty Kaczmarczyk i młodzieży klas licealnych. Ukoronowaniem podróży po Mieście Biała Podlaska będzie wizyta w renomowanym III Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza. Witani i goszczeni od dnia 27 listopada br. przez Dyrektora Macieja Kosika oraz zakochaną w historii młodzież. Pełna wrażeń i doznań w dniu 2 grudnia br. wróci wystawa do macierzy, czyli Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej w Warszawie. Jakże nam miło, że zaszczyciła nasze skromne Południowo Podlaskie społeczne środowisko.

 

KRÓL JEST NAGI

Nie jestem muzykiem. Nie jestem też fanem zagorzałym każdego z jej rozdziałów. Lubię słuchać ciekawych i zsynchronizowanych dźwięków. Dźwięków, które coś by wyrażały. Emocje, doznania, przeżycia, interpretację melodyczną świata tego, przynajmniej zasłyszanego. Lubię przeżywać artystycznie w sobie i czasami pokazać, co i jak czuję. Taki ekshibicjonizm osobisty pokazujący, co mnie wewnątrz drąży. Biała ma to do siebie, że na te doznania trzeba czekać. Oczywiście, wystawy, wernisaże, prezentacje są na porządku dziennym. Bywają też zespoły muzyczne różne, tylko mężczyzna dojrzały jakoś się głupio w śród małolatów czuje przy tej nowoczesnej muzyce. Te odczucia zostawiam sobie na przeżywanie w odosobnieniu. Wtedy nikt nie widzi jak się dziadek rajcuje.

            Festiwal „Podlasie Jazz” był taką gratką, której nie można przepuścić, gdy się ma lat ponad pięćdziesiąt. Tym bardziej w Białej Podlaskiej, gdzie dla dojrzałych osób wrażeń artystyczno-muzycznych jest jak na lekarstwo. Mimo, że nie dostąpiłem zaszczytu otrzymania zaproszenia, wspólnie z małżonką nadwyrężyliśmy budżet domowy nabywając bilety, karnet na dwa dni obcowania z muzyką. Sobota i niedziela, czyli 19-20 października br. AWF bialski do Jazzu należał. Jak już wspominałem nie jestem znawcą, ale skład artystów mających nas zachwycić wyglądał imponująco. Pierwszego dnia „Piotr Schmid Electric Group” oraz Krystyna Stańko. Drugiego dnia w niedzielę Beata Przybytek oraz sława moich lat młodości „Grupa SBB” z Józefem Skrzekiem na czele. Czekałem z niecierpliwością.

            Ważną sprawą w odbiorze jest to by rozumieć, co autor chciał powiedzieć. Dzień wcześniej zapoznałem się z muzyką, która będzie prezentowana i oceną znawców gatunku. Z ocen wynikało, że będzie ciekawie. Moje odczucia też pozytywne, bo nawet słuchało się przyjemnie w Internecie. Intrygowało mnie, co to jest ten Jazz właściwie? „Jazz – gatunek muzyczny, który powstał w początkach XX wieku (zapoczątkowany około 1900 roku), na południu Stanów Zjednoczonych w dzielnicy prostytutek Storyville w Nowym Orleanie; tradycyjnie początki jazzu łączą się z Congo Square, jako połączenie muzyki zachodnioafrykańskiej i europejsko-amerykańskiej (bluesa, ragtime’u i muzyki europejskiej). Stanowi on połączenie muzyki ludowej, artystycznej i rozrywkowej. Słowo jazz pojawiło się (pisane też jas lub jass) w slangu około 1912 roku. Jego znaczenie zmieniało się z czasem, ale nie odnosiło się do muzyki. Pierwsze użycie terminu w kontekście muzycznym pojawiło się w 1916 roku w artykule Chicago Tribune w artykule Will give „Jas Parade”. Według innych źródeł słowo jazz pojawiło się w 1915 roku i choć nie wyjaśniono tego ostatecznie, prawdopodobnie jest żargonowym określeniem aktu seksualnego”. Wiedzę zaczerpnąłem z Wikipedii
http://pl.wikipedia.org/wiki/Jazz
. Zrozumiałem z tego, że muzyka jest jak najbliżej tego, co nas rajcuje czyli, życia intymnego. Prostytutki i akt seksualny to przecież naprawdę brzmi interesująco. Udawałem się na koncerty pełen emocji. Będzie się działo.

            Chyba tylko w mojej głowie. Chłopcy Piotra poprawnie grali i interpretowali melodyczność, ale żeby z tego były emocje to raczej trudno. Piotr starał się zabawić i rozgrzać publiczność jednak był to daremny trud, bezsilne złorzeczenia. Bialczanie tak łatwo się nie nabiorą. Nie ma seksu, nie ma emocji, jedno wynika z drugiego. Na korzyść widowni tylko dodam, że w ławkach akademickich raczej trudno się poddać rytmowi i muzyce. Jedynie na pulpitach można postukać, ale znawcy tematu tak patrzyli zgorszeni, że człowiek szybko wymiękł. Prawie się dałem ponieść „Porankowi” i pewnie byłbym popłynął, ale Piotr jakimiś wyskokami starał się publikę rozruszać, nadaremno, czym mnie przywrócił do rzeczywistości. Fakt bisował, ale pewnie to już taka moda wszak to już dwunasty festiwal.

            Totalny dołek osiągnąłem, oczywiście piszę o doznaniach artystycznych, w trakcie występów Pani Profesor Krystyny Stańko.  Wiersze w Jej jazzowej interpretacji bardzo by mi pasowały na Jazzowe Zaduszki, ale nie na sobotni wieczór. Rozmarzyłem się, zasłuchałem, oczarowałem dźwiękiem, nawet zrobiło się intymnie, czyli było już blisko, ale czar prysł i skończyło się widowisko. Jestem niewyrobionym Jazzmanem. Wiem, nie wszystko rozumiem, ale pytanie ma do tych znawców – „Czy na koncercie naprawdę trzeba być poważnym i przeżywać wszystko wewnętrznie? Tak bez poddania się muzyce i zabawie”? Nosiło mnie prawie, by wstać i zacząć się ruszać dać upust emocjom, ale patrząc po wszystkich zaraz mi przeszło. Lepiej się nie wychylać. Jeszcze powiedzą, że gwałcą. Powrót do domu raczej na cicho. Żona nawet nie chciała rozmawiać, kwitując jednym zdaniem – „Daj spokój”, a ja tak chciałem wrażeń przecież tyle o Jazzie czytałem.

            Dzień drugi wyczekiwany z niemniejszymi emocjami. Może dzisiaj się uda? Pan Jarosław M. z namaszczeniem nas przywitał, przypominając, że imprezie wiele osób sponsoruje w tym przede wszystkim Urząd Miasta i Starostwo. Włodarze chyba raczej nie lubią Jazzu, bo nie było ich widać, ale środowisko intelektualne dopisało. Byli wszyscy, pewnie przez Józia, który będzie grał w drugiej części dzisiejszego festiwalu. Przepraszam, zdałem sobie sprawę, że może mnie ktoś opatrznie zrozumieć, oczywiście mówię o Józefie Skrzeku i SBB. Wracając do tematu, po pięknym przywitaniu, na scenie zagościło urocze dziewczę, które podobno, gdy mąż ucina sobie drzemkę poobiednią, pięknie mieszkanie sprząta. Mam na myśli Beatę Przybytek i jej zespół. Nareszcie powiało seksem. Patrząc po kolegach byli wniebowzięci. Oczywiście do nich się też zaliczam. Dzisiaj jakoś łatwiej się poddaliśmy emocjom. Beata swym seksapilem, wdziękiem i umiejętnością wytworzenia jazzowej atmosfery porwała większość, nawet paniom się też coś dostało. Zostały docenione, jako gospodynie domowe. Wszak im się też należy. Nieprawdaż Panowie? Koncert był udany i naprawdę Jazzowy. Można było w kuluarach nabyć płyty, zrobić sobie zdjęcie z piosenkarką. Otrzymać tylko nam dedykowaną inspirację słowną na osobności. Czyż nie jest to cudne? Kochani Jazz zagościł.

            Wracamy do tematu tego felietoniku nieprzykrótkiego. „Król jest nagi”…….. Wszyscy znacie „Nowe szaty króla” baśń Andersena. Nie będę wiec tłumaczył, o co chodzi, jeżeli o bajkę chodzi. Cytat odniosę do festiwalu „Podlasie Jazz Festiwal”. Nikt się nie odważył powiedzieć, chociaż kilka słów krytycznych. Dlaczego? Ponieważ tak jak ja, podejrzewam, że nikt się tak dobrze na jazzie nie zna. Fajnie jest, że mamy takie imprezy, bo może wreszcie przynajmniej ja się wyedukuję. Zrozumiem, dlaczego właśnie taki był repertuar festiwalu? Dlaczego tacy artyści? O co chodziło organizatorowi? Jaki był wydźwięk tematyczny? Pytanie niekoniecznie słuszne, ale nurtujące moją osobę. Może jednak za bardzo ambitne. Może po prostu chodziło o dobrą muzykę. „Król jest nagi” jak pamiętacie jedno dziecko się odważyło powiedzieć. Wracając po koncercie słyszałem jak dwie panie mówiły o występie Skrzeka. „Strasznie arogancki, wręcz chamowaty jakiś. Jak on nas traktował? Gbur i to jego zachowanie na koncercie”. Pomyślałem sobie. „Proszę Pań, to nie bajka. Król jest wielki i wcale się nie musi przejmować pospólstwem. Żyje muzyką i mówiąc szczerze to ma w d………., co tacy na przykład Bialczanie o nim mówią i sądzą”?

            Podsumowując mam wniosek dla siebie. Festiwal uważam za udany i potrzebny. Jazz, muzyka, sztuka nie musi być „ubrana” jest sama w sobie pięknem, nawet, gdy jakiś skrawek szmaty powiewa wokół ciebie.           

NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ PIĄTY

            Pobudka szósta, tak nastawiłem zegarek. Nie tylko ja jeden. W toalecie Marian, podobno wcześniej był Krzysztof. Kolega Michał śpi w najlepsze nawet nie zareagował, jak wszedłem po ręcznik i środki higieny osobistej. Spakowałem śpiwór i zrobiłem porządek w kuchni i na łóżkach. Dzień wcześniej spakowałem rzeczy, czyli jestem zwarty i gotowy. Poranna ablucja i czekam na śniadanie. Dzisiaj wcześnie o godzinie siódmej trzydzieści, czyli szóstej trzydzieści naszego czasu. Pałaszujemy z zachwytem. Mi kuchni ukraińskiej będzie brakować. Bardzo smakuje mojej osobie. Gdzieś koło dziewiątej jesteśmy najedzeni, spakowani i gotowi do wyjazdu. Trzeba tylko znieść rzeczy do samochodów. Niektórzy kursują dwukrotnie. Ja zabrałem się, jak za pierwszym razem, jednokrotnie. Wróciliśmy się pożegnać z gospodarzami i zrobić zdjęcie zbiorowe. Żal się było rozstawać z Marysią i Wasylem. Młodego tylko spotykaliśmy, co jakiś czas i nie było go na pożegnaniu, ale jak nam gospodyni powiedziała, był w robocie. Ostatnie uściski rąk, uśmiechy i zapewnienia, że w następnym roku przyjedziemy ponownie. Michał załatwił sobie jakieś tutejsze lekarstwo dla pszczół oraz wziął adres planując w przyszłym roku przyjechać na miesiąc. Zapewniłem Wasyla, że będę się starał tu dotrzeć.

            Zajmujemy miejsca w samochodach. Powrót wygląda podobnie. Ja z Michałem, Fordem. Krzysztof, Marian, Piotrek oraz Tomek Renówką. Jest wpół do dziesiątej czasu naszego. Zegarek przestawiłem zaraz po śniadaniu, zresztą w samochodzie był nieprzestawiony. Ruszamy. Jest piękny słoneczny dzień i kamienie są bardzo widoczne. Jedziemy ostrożnie. Koło miejscowości Worochta Michał przejawia zdenerwowanie. Podobno coś piszczy. Wyrażam zdziwienie nic nie słyszę, ale już koło Jaremcze dźwięk jest intensywny i odczuwalny. Okazuje się, że pasek się ślizga. Jak pasek się ślizga to nie ma ładowania akumulatora i napędu pompy chłodzenia. Ciekawie się zaczyna, a przed nami trzysta kilometrów do granicy. Michał cuduje biegami, zwalnia i przyśpiesza, wchodzi na obroty i cudowanie odnosi sukces. Pasek pracuje. Jedziemy dalej. Jednak każde zatrzymanie to potem Michała wydziwianie. Przejechaliśmy Stanisławów wróć Ivano-Frankivsk, którego obwodnica wydaje się jakoś mniej uciążliwa. Proszę jak łatwo przyzwyczaić się do niedogodności. Podążmy w kierunku Lwowa. Jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed Lwowem tankujemy i opróżniamy „chłodnice”. Przejmujemy prowadzenie. Z pewnym problemem wjeżdżamy na obwodnicę Lwowa. Michał bardziej zawierzył Hołowczycowi niż mojej osobie, ale zaraz błąd naprawił. Przelecieliśmy obwodnicę i wjechaliśmy na szosę do granicy, do Polski. Zostało siedemdziesiąt kilometrów do przejechania. Pasek czasami się odzywa, ale jest nadzieja, że dojedziemy. Kilometr przed granicą zatrzymujemy się na ostatnie tankowanie i ewentualne napełnienie brzucha pokarmem. Przynajmniej ja tak zrobiłem i na tym wygrałem. Granicę osiągnęliśmy o godzinie szesnastej. Kochani rozpacz, kilometrowa kolejka. W oddali widać zabudowania przejścia. Piotr zrozpaczony. Liczył, że szybko przejedziemy granicę. Szybko dojedziemy do Izbicy i szybko ruszy do Krakowa i wcześnie będzie w domu. Plany, przewidywania, nadzieje wszystko diabli wzięli. Nici z wypoczynku. Pięć godzin stania na granicy każdego może wkurzyć. Okazuje się, że nieprawda. Stali bywalcy podłączają telewizorki. Wyciągają kuchenki palnikowe i gotują kawę. Kto nie ma, może kupić u chodzących pań z termosami oferującymi swoje usługi za odpowiednim wynagrodzeniem. Mam na myśli kawę i herbatę. Uzbrajamy się w cierpliwość, ale wierzcie mi nie jest łatwo. My nie wieziemy nic na handel. Urocza polska celniczka przejawia nami zainteresowanie sprawdzając samochód bardzo profesjonalnie. Około dwudziestej pierwszej opuszczamy granicę w Hrebenne. Jest ciemno, pasek piszczy, ciekawe jak długo jeszcze wytrzyma? Wydawało się, że jesteśmy pierwsi. Jednak chłopaki jakoś bokiem przemknęli i czekają na nas niedaleko. Zamość, Izbica, pożegnanie Piotra z wielką troską wszak ma do domu jeszcze pół Polski. Powoli acz systematycznie przejeżdżamy przez Lublin. Pasek piszczy. Mijamy Lubartów, czasami pasek cichnie. Obwodnica Kocka zostaje za nami i pomału zbliża się Radzyń Podlaski. Kiedy dojeżdżamy do rogatek mamy już stały dźwięk piszczenia oraz brak ładowania i napędzania pompy chłodzącej. Temperatura rośnie. Dojechaliśmy do domu Krzysztofa około pierwszej. Krzysztof zdążył już Mariana odwieść do domu. Tomek przerzucił swój bagaż do swego samochodu i po pożegnaniu z Anią i z nami ruszył w dalszą drogę. Podziękowałem Michałowi za podróż i wspólną wędrówkę po ukraińskim Bieszczadzie martwiąc się jednocześnie czy da sobie radę z samochodem? Z tego, co mi Krzysztof przekazał dotarł bezpiecznie do domu. Moja skromna osoba ze względu na późną porę przenocowała u Kolegi. Spało się wyśmienicie i co najdziwniejsze nikomu moje chrapanie nie przeszkadzało. Pewnie, dlatego, że były drzwi do pokoju zamknięte. Rano zgodnie, jak już wiecie, z biologicznym zegarem, stwierdziwszy wcześniej, że domownicy już nie śpią, odwiedziłem toaletę. Tym razem naszą Polską i wiecie było jakoś przyjemniej. Odświeżony, ogolony zostałem podjęty przez Anię przepysznym śniadaniem. Kochani, co ja piszę? Basia zadzwoniła i mnie obudziła pytając się, jak zamierzam wrócić do domu? Troszeczkę byłem zdziwiony pytaniem, ale momentalnie podniesione ciśnienia nasunęło odpowiedź – BUSEM. Kolejne pytanie – „A co ty taki bojowy”? „Jakie pytanie taka odpowiedź”?. „No dobrze to Ja po ciebie przyjadę”. No nie można tak było od razu. Kochanie zjawiło się koło dziewiątej. Wypiło kawkę, mężusia zapakowało do samochodu i zawiozło do pracy, swojej, by odpracował wakacje. Wszak zbliżał się dzień Edukacji Narodowej. Do domu dotarliśmy około godziny piętnastej. Spać poszedłem o ósmej i dwa dni odsypiałem, oczywiści pisząc w międzyczasie moją relację. Myślę, że dosyć ciekawie pokazałem Wierchowiny współczesne oczami polskiego turysty. Panie Stanisławie jestem pod wrażeniem pana Tetralogii „Na wysokiej połoninie”. Tyle o niej słyszałem od Wasyla. Muszę ją przeczytać, koniecznie. Chyba to wszystko, jeżeli chodzi o moje wrażenia z wyprawy. Nie wiem czy się Kolegom spodobały, ale zgodnie z obietnicą daną Piotrowi opisałem wszystko. Oczywiście pewne sprawy pominąłem z uwagi, że są do wglądu naszego, osobistego, niepubliczne. Takie nasze tajemnice zbliżają tworząc zespół. Kochani do następnego razu.           

NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ CZWARTY

Strasznie nie lubię niespodzianek. Tych nawet fajnych i z jajem. Zaskoczenie to coś takiego dziwnego powodującego natychmiastowy wzrost adrenaliny. U jednych przejawia się zaczerwieniem twarzy, u innych szybszym biciem serca i dość głupim wyrazem twarzy całkowicie niekontrolowanym. Zaskoczenie u byłego żołnierza zawodowego to niepokój i niepewność tego, co się zaraz wydarzy. Nie lubię być zaskakiwany. Zrozumiecie zatem, że nagły szorstki głos w środku nocy krzyczący „Artur, nie chrap”! Umarłego by na nogi postawił, a tym bardziej żołnierza. Przerażony otworzyłem oczy zastanawiając się przez chwile, co się stało. Alarm, pobudka, zagrożenie jakieś? Po chwili do mnie dotarło, że przecież jestem na emeryturze. Nie było czasu na analizowanie sytuacji. Uspokojony odpowiedziałem „OK!” i się przewróciłem na bok, by po chwili zapaść w ciemność. Nagły krzyk „Artur nie chrap. Obróć się na bok”! Totalnie mnie wybudził ze snu. Zastanawiałem się przez chwilę w ciemnościach, co mam dalej robić? Obrócić się i ponownie zapaść w sen? Nie wchodzi w rachubę, sam wiem przecież, że chrapię i to dosyć głośno budząc nawet umarłego. Co mam, zatem robić? Swoją drogą pierwszy raz się spotykam z sytuacją taką, że ktoś mnie budzi brutalnie w nocy. Przedtem gwizdali, potrząsali, ale nikt się nie odważył wrzeszczeć o trzeciej w nocy. Zresztą przecież dzień wczoraj był ciężki i wszyscy padli jak kawki. Widocznie nie dla Michała. Przecież nie zasnę, bo może nie być trzeciego ostrzeżenia i w ciemności zobaczę gwiazdy lub będę miał nos rozkwaszony. Lepiej nie ryzykować. Wstaję po cichutku, chociaż zimno jak cholera, bo przecież jak się śpi domu nie trzeba dogrzewać. Szukam śpiwora. „Co robisz”? pytanie w ciemności. „Nic, nic, śpij” odpowiadam. Znalazłem, teraz poduszka i na wszelki wypadek kocyk. Kieruje się ku drzwiom. Wychodzę z pokoju i w dalszy ciągu ciemność. Po omacku docieram do kuchni. Zapalam światło, jasność. W kuchni dwa łóżka nieużywane. Przenoszę czystą pościel na drugie rozkładam śpiwór, wskakuję do środka, przykrywam kocem, jeszcze tylko poduszka. Cholera zapomniałem zgasić światło. Wyskakuję ze śpiwora truchtem do wyłącznika. Ciemność, na wyczucie zmierzam do miejsca spoczynku. Nagle niesamowity ból w okolicach krocza. Zapomniałem o stole. Cierpiąc krokiem posuwistym docieram do łoża. Kiedy wreszcie złożyłem głowę na poduszce wielka ulga. Nareszcie, może wreszcie się wyśpię.

Nie będę opisywał cyklu porannego, bo w mojej ocenie zaczyna się to robić nudne. Jak Krzysztof powiedział zbyt za długie. W każdym bądź razie wszystko zgodnie z planem. Jednak wczorajsza wyprawa dała nam popalić, oczywiście nie mówię o wszystkich. Mógłby się ktoś oburzyć, że z niego robię ofiarę. Mówię o sobie. Wstyd się przyznać, ale dolegliwości kręgosłupa dały znać ponownie. Chyba wczoraj troszeczkę przesadziłem. Ból psychiczny i zażenowanie, że zawiodłem kolegów w tej naszej wyprawie. Nie pierwszy raz chodzę w góry i potrafię rozpoznać najsłabsze ogniwo w zestawie. Podejmuję decyzję. „Krzysztof dzisiaj w góry nie idę, wybacz”. Zrozumienie kolegi jest pocieszeniem, ale nie dla mnie. Czuję się jakbym zdradził i oszukał. Wszyscy się zbierają do wyjścia. Dzisiaj idą do „Chatki Kuby”, czyli żółtym szlakiem. Tras dosyć krótka i podobno ciekawa. Wasyl ponownie wykłada, jak iść żeby było ciekawiej. Krzysztof z uwagą słucha. Ja się przyglądam z boku i czuję, że nie wydzierżę w domu, jeżeli nie pójdę. Niby wszystko przemawia za nie. Spodnie mokre, bo Michał położył na nie w nocy mokrą czapkę. Brak podkoszulków do przebrania i ten tlący się gdzieś w krzyżu na dole ból przypominający – Odpuść sobie. Krzysztof też nie daje za wygraną – „Przecież możesz włożyć kalesonki i spodnie od dresu”. A niech tam, idę. Tym bardziej, że Wasyl mówi, że jest łagodnie i pięknie.

Niestety, a może dobrze, ród Lewandowskich zmienia trasę. Idziemy najpierw do sklepu, po piwo i napoje. Trasę już znacie. Mostek, droga, droga, droga, cerkiewki, pieski i szopa. Murowany szary magazyn robiący za sklep i dom kultury oraz nowość. Młode dziewczę wzrostu metr sześćdziesiąt. Kruczoczarne, w zielonej puchowej kurteczce, czarnych obcisłych spodniach i w butach na obcasach. Szczupłe. Dodatkowo z dzieckiem na ręku, w kombinezonie też ciemno zielonym. W normalnych warunkach raczej nic dziwnego, ale po takiej drodze i kamieniach budziło to nasz podziw, zachwyt i zastanowienie. Czyżby? Budziliśmy takie zainteresowanie wśród płci przeciwnej zamieszkującej Bystrec, że tak się dla nas ubrały? Zapomniałem dodać, że też inne się pokazały w oddali. Entuzjazm nasz szybko został ugaszony faktem, że dziewczęta do miasta się wybierały, a obsługujące nas dziewczę tylko na chwile magazyn otworzyło, bo zaraz rusza też w drogę. Ponowny zakup piwa na wypróbowanie i przy pięknym słoneczku narada jak mamy iść by dość do „Chaty Kuby”? Ustalono, że trzeba dalej iść prosto, a po drodze drogowskaz nam wskaże gdzie skręcić na szlak. Idziemy, idziemy, mijamy cerkiew, lecz my idziemy dalej dobrą godzinę. Dochodzimy do zakrętu gdzie się wieś kończy, a drogowskazu jak nie widać, tak nie widać. Wspomnę tylko nieskromnie, że jakieś pół godziny wcześniej Krzysztofowi mówiłem, by pokazał mapę, bo wydaje mi się,  że idziemy za daleko. Wracamy i idziemy, idziemy, dochodzimy do szkoły gdzie koledzy czekają na moje potwierdzenie, że tu powinien szlak się zaczynać. Oczywiście, że tak, tylko ktoś tabliczkę zerwał i wprowadził w błąd Krzysztofa. Tomek przeszedł po kładce strumień i potwierdził, że są oznakowania. Niestety tu się nasze drogi rozeszły. Przeprosiłem kolegów, ale nie czułem się na siłach ich wspierać we wspinaczce pod górę. Oni poszli na szlak, ja poszedłem drogą do domu. Fajnie jest w słoneczny dzień przy rześkim powietrzu iść przed siebie wiedząc, że cel, choć nie tak bliski, ale dostępny. Jest czas na zadumę i na przemyślenia.

Tak, pierwszy i ostatni raz jadę taki nieprzygotowany na Ukrainę. Jedyne usprawiedliwienie, że nigdy tutaj nie byłem. Muszę, ale to muszę koniecznie zrzucić kilogramy. Dość mam Kochani noszenia dwóch plecaków. Jeden z tyłu drugi z przodu powodujący „lustrzycę”. Niestety tu się człowiek nie wykpi powiedzeniem, że „Przeważnie pod dużym głazem, duży wąż siedzi”. Każdy kilogram jest na wagę cierpienia i odporności. Pływanie to nie wszystko. Trzeba chodzić z kijkami, jeździć rowerem też treningowym stacjonarnym i przede wszystkim stosować „Żępę”. Czyli żryj połowę. Może wtedy w przyszłym roku tutaj się odnajdę. Dziś dostałem porządną lekcję, co to jest Huculszczyzna. Cieszy mnie ogromnie, że spędziłem kilka dni z kolegami, z którymi Polski Bieszczad schodziłem kilka razy. Smuci, że choć się serce rwie brakuje zdrowia, by wszystkim trudom podołać. Pomału zaczynam rozumieć Stanisława, który tak bardzo chciałby być z nami i uczestniczyć jak za dawnych lat w naszych wyprawach. Przeraża, że tak jak On będę wkrótce tylko pisał na Facebooku, że zazdroszczę.

Dotarłem do domu. Wasyl wyszedł pełen niepokoju pytając, co się stało? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że zdrowia nie stało. Poszedłem się przebrać. Jeszcze nie zdążyłem wejść do pokoju, a Wasyl przychodzi z czareczką i mówi – „Wypij, to lekarstwo”. Cholernie dobre lekarstwo. Mocne jak stopięćdziesiąt. Porozmawialiśmy chwilkę i mówi bym się przebrał, co też uczyniłem. Zaległem na godzinkę wzmocniony trunkiem. Lekko się zdrzemnąłem i wyszedłem popatrzyć, a nóż koledzy wracają. Słoneczko pomału przesuwało się po niebie, a ja patrzyłem przez okno i podziwiałem widoki. Przyszedł Wasyl, przyniósł ponownie czareczkę, ale tym razem poprosił o „stakan”. Podzielił zwartość czareczki na dwa naczynia jego i moje. Ponownie trunek rozgrzał podniebienie. Było przecudnie i gorąco. Siedliśmy sobie, by pogadać. Człowiekowi się zdaje, że wokół niego tylko świat ten kręci. Zwykle nie ma czasu posłuchać drugiego, bo jest zganiany taki. Mimo, że Wasyl rozmawiał z moją osobą po ukraińsku, to nie było przeszkód, by się zrozumieć. Jakaś nić sympatii między nami się zawiązała. Rozmawialiśmy i nawet nie zauważyliśmy jak na dole zrobił się hałas. Nasi wracali, a z nimi Marysia. Gdy Wasyl to zobaczył szybko zniknął. Chłopcy wrócili zadowoleni. Pokazywali piękne zdjęcia połonin, których mi nie dano było zobaczyć. Kolacja jak zwykle o dziewiętnastej, a potem czekaliśmy na saunę.

Sauna miał być na dwudziestą, ale mąż gospodyni troszeczkę się pocieszył i rozpalił pod piecem zbyt późno. Sauna wstępnie gotowa była na dwudziestą pierwszą. Zbyt długi czas oczekiwania zniechęcił Piotra i Tomka, więc do „Bani” poszedł tylko kwartet. Śpieszę wyjaśnić koledze Krzysztofowi, że byliśmy w Bani nie w Saunie. Jeżeli nie wierzy proszę poczytać w Internecie. Bania odległa była od domu o jakieś dwadzieścia metrów, ale w ciemnościach wydawała się bardziej oddaloną. Drewniany dom, ganek, pokój odpoczynku z drewnianymi łóżkami gdzie się rozebraliśmy do rosołu. Przejście przez łazienkę z prysznicami czterema, ale tylko jeden był sprawny i pomieszczenie główne, czyli sauna mokra zwana „Banią”. Małe pomieszczenie gdzie się mieściło cztery osoby z trudem. Duży piec z ułożonymi drobnymi kamieniami na blacie w korycie. Komin i u dołu palenisko, czyli otwór gdzie wrzucaliśmy drzewo poukładane w stosik obok. Właściciel przeszkolił Michała i zniknął. Na początku spodobał mi się taki orientalizm. Kiedy jednak instalacja zaczęła wydawać złowieszcze odgłosy czar prysnął. Wszedłem dwa razy po piętnaście minut z przerwą dziesięcio minutową. Pierwszy zrezygnował Marian twierdząc, że zaraz się rozpłynie. Zresztą widać było, że płynie. Moja skromna osoba zrezygnował z przyjemności tylko dlatego, że nie była pewna, kiedy w powietrze wyleci, a ta niepewność nie była przyjemną i nie dostarczała satysfakcji i relaksu tak oczywistego. Krzysztof i Michał zostali do końca relacjonując później, że mieli problemy z nawigacją z uwagi na parę, która była mokra, a nie dawała temperatury. Krzysztof wrócił zniesmaczony, bo się nie wygrzał. Przyjemnym doznaniem z Bani była herbata specjalnie przygotowana przez Marysię z ziół, które próbowaliśmy rozpoznać. Posiedzieliśmy chwilkę rozmawiając o doznaniach, po czym wygoniłem wszystkich z kuchni, bo trzeba było do snu się układać. Przecież jutro trzeba wracać. Nie ryzykowałem odpoczynku w pokoju Michała. Zresztą On też nie pałał do perspektywy odpoczynku w moim towarzystwie. Ostatnia noc u Hadziuków. Jak ten czas szybko płynie.

NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ TRZECI

Zdałem sobie sprawę, a właściwie mi uzmysłowiono, że z mojego tekstu wynika, że całe to nasze wędrowanie po Bieszczadzie to tylko pretekst, by się napić. Przeczytałem jeszcze raz własną twórczość i stwierdziłem, że jak ktoś chce się doszukać to pewnie znajdzie. Uznałem też, że w pewnym sensie koledzy mają rację mówiąc coś o wątrobie. Dlatego pozwolicie, że temat picia rozwinę i wyjaśnię. Nie dla tego, że chcę się tłumaczyć, ale że wieczory na takich wyprawach są istotne. Osiemnaście lat wyjazdów w Bieszczad daje mi doświadczenie, z którym nie omieszkam się podzielić. Zespół, grupa, ekipa, znanych sobie osób z pracy czy towarzystwa postanawia wyjechać wspólnie na wyprawę w góry. Niby znani, niby rozumiani przez otoczenie, ale nikt nie wie jak się znajdą w innej od znanego środowiska „atmosferze”. Człowiek to skomplikowana istota. Generalnie gra przez całe życie wybraną przez siebie postać. Ukrywając pod płaszczykiem kultury i ogłady czasami potwora. Teraz wyobraźmy sobie, że w trudnej sytuacji może się okazać, że niestety bardziej liczy się jego ego niż dobro wszystkich. Czyli nie można na niego liczyć. Takich ludzi trzeba kulturalnie selekcjonować. Tych kilkanaście lat wyjazdów w góry nauczyło nas, a właściwie wyrobiło procedury postępowania. Nauczyli nas górale, a właściwie Kryśka z Selką w „Kolibie”. Pierwszy raz pojechaliśmy wspólnie z Krzysiem i ekipą w Bieszczad w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku. Wtedy jeszcze Stanisław z Poznania z nami jeździł, mimo że doktor psychologii wyśmienicie się sprawdził. Znając Stanisława wiem, że potwierdzi moje wywody. Wracając do tematu wieczorem przy kominku kolibskim (schronisko Politechniki Warszawskiej jeszcze w starym formacie. Dziś to SPA w porównaniu z historią, a szkoda) zaprosiliśmy gospodarzy, czyli Krystynę, Selkę i Sławka do wspólnego biesiadowania. Butelczyna pojawiła się na stole i poprosiliśmy gospodarzy o kieliszki. Zaskoczeniem był jeden. Popatrzyliśmy po sobie ze zdziwieniem. Krystyna Rados, córka Króla Bieszczadu widząc nasze głupie miny wyjaśniła, że będziemy pili po bieszczadzku. Nie rozumiałem jeszcze wtedy znaczenia tego ceremoniału. Dziś wiem, że jest konieczny. By wyjaśnić jego znaczenie odniosę się do twórczości Karola Maya i jego książki „Winnetou”. Pamiętacie chyba wszyscy, jak na znak pokoju palono fajkę. Nie uczestniczenie w tym ceremoniale powodowało zniewagę. Myślałem, że jest to taki sobie zwyczaj indiański do momentu, kiedy się nie zastanowiłem, co tytoń zawierał w swej treści, jaką miksturę? Podejrzewam, że przez wieki dopracowaną. Takim wypracowanym przez lata zwyczajem w górach jest sposób spożywania procentowych napojów. Szczególnie istotny przy zgrywaniu zespołu. Śmiało mogę powiedzieć i wiem, że Piotr, Krzysztof oraz Marian przyznają mi rację. Jak się to odbywa? Szef wyprawy Krzysztof otrzymuje od „zaopatrzeniowca” butelkę. Bierze kieliszek, napełnia i przypija np. do mojej osoby mówiąc – „Twoje zdrowie Artur”. Odpowiadam – „Dziękuję” lub jak to ostatnio nauczył nas Wasyl po ukraińsku – „Niech Ci się przyjmie”. Krzysztof ponownie napełnia szkło i stawia na stole przed moją osobą wraz z butelką. Błędem ogromnym jest momentalne chwytanie za napitek i procedowanie dalej. Toast musi nabrać mocy. Jest to szacunek dla wznoszącego i dla odbiorcy. Oczywiście nie można przesadzać. Pamiętam jak byliśmy w „Szerokich Wierchach” i Alicja gospodyni, przetrzymywała kolejkę Piotra nawet piętnaście minut. Spytana dlaczego? Odpowiedziała, że nie wie ile mamy alkoholu i nie chce, by się wieczór za szybko skończył. Uspokoiła się, gdy zobaczyła zapasy. Kontynuując opowieść i wykład informuję, że kiedy kieliszek odpoczywał i toast nabierał mocy przy stole trwała wymiana zdań, humoru, śpiewu i zabawy. Kiedy uznasz, że kolej na ciebie wznosisz toast przypijając do siedzącego po lewej, czyli zgodnie ze wskazówkami zegara. Wypiwszy zawartość napełniasz kieliszek i stawiasz przy siedzącym z lewej strony koledze. Proces się powtarza systematycznie, aż butelka się skończy. Jak to się mówi „Na kogo padnie na tego Bęc”. Kończący nową butelkę przynosi nową lub kierownik zarządza koniec imprezy. Wszystko zależy od tego, jaka atmosfera się wytworzy. Alkohol ma to do siebie, że pity z mądrymi przerwami powie nam wszystko o tobie. Nie zdarzyło się jeszcze w naszych wyprawach żeby ktoś spał na stole lub leżał pod nim. Rozweselenie, które następuje po kolejnym kieliszku, który dotarł wraz z toastem powoduje, że czas się wydłuża. Śpiewy, tańce i wesołość ogólna zbliża ogromnie. Wasyl, u którego byliśmy, tak się nami zachwycił, że mimo obaw swój bimber postawił i pięknie zagrał na fujarce „Czerwony Pas”. Mamy przyjaciela na Ukrainie, który nas polubił za szczerość, otwartość, wesołość i umiejętność zabawy. Brak pamięci dnia następnego, Marian, jako lekarz nam wyjaśnił, nie wynika z nadmiary alkoholu, lecz z SKS-u. Niestety pamięć krótka z wiekiem ulega degradacji. Alkohol zaś znieczula nie dostarczając bodźców, które nie zapisują się w pamięci. Czyli mimo, że kładziesz się spać podchmielony, może się okazać, że wyleciało z głowy część wieczoru. Picie pozwala też odreagować emocje, które przywieźliśmy z sobą z domu. Pozwala się dotrzeć, zrozumieć i wyeliminować „palantów”. Oczywiście nie wyrzucimy ich z naszego zespołu, ale na pewno drugi raz się w nim nie znajdą. Zwyczaj ten się sprawdzał w polskim Bieszczadzie. Niestety tu na Ukrainie musimy go zweryfikować. Nie da się po Wierchowynie wędrować po burzliwym wieczorze. Przynajmniej w moim przypadku. Wieczek swoje robi, chociaż Michał ma sześćdziesiątkę, a pomykał jak kozica. Tylko właśnie?

Myślę, że zrozumieliście sens wspólnego wieczoru i biesiadowania w stylu góralskim lub jak my mówimy, bieszczadzkim. Wrócę, zatem do relacji z wyprawy we wschodnie Karpaty. Dzień trzeci zaczął się podobnie. Godzina siódma rano ichniejszego poranka zgodnie z zegarem biologicznym stawia mnie na nogi. Tym razem brak zaskoczenia. Rozum zaakceptował zmianę corannego wystroju wnętrza. Ponownie po cichu lecę do kibelka i stop zamknięto. Trzeba czekać. Teraz ja mam mord w oczach, ale cóż toaleta jest tylko jedna. Udaje mi się w międzyczasie wskoczyć do przybytku odosobnienia. Nie będę opisywał szczegółów. W każdym razie szczęśliwy i wykąpany wróciłem do pokoju szykować się na wyprawę. Suchość w gardle i pragnienie oczywiście dokuczały, ale wczorajsze zakupy płynów zaraz temu zaradziły. Dziwne, ale brak bólu głowy czy innych sensacji świadczyły o tym, że wieczór spędziłem w sprawdzonym towarzystwie. Godzina dziewiąta to śniadanie podane punktualnie przez Marysie. Po Marianie i Krzysztofie nic nie widać, ale moja osoba i Piotra strasznie uzewnętrznia wczorajsze zmęczenie. Bolące gardło przypomina, że wczoraj ostro śpiewało. Miły akcent śniadania to składane życzenia przez ekipę. Wszak dzisiaj są moje imieniny. Przyjemnie się człowiekowi staje z świadomością, że są szczere. Około godziny dziesiątej wyruszamy na Szpyci. Mała zmiana w treści. Uwzgledniająca Krzysia telefon, że nie na Smotrec, a na Szpyci nas wywiało. Wcześniej, a właściwie już poprzedniego wieczoru Wasyl nam tłumaczył trasę. Nawet ją narysował na kartce. Jeszcze raz wytłumaczył nam jak iść przed opuszczeniem domu. Schodzimy na dół. Przejście po oszronionej kładce na drugą stronę potoku i tym razem podążamy w lewo lekko w górę. Widoki są cudne mimo zmęczenia. Jedyna nadzieja, że z czasem przejdzie, jak to nie raz już bywało. Z taką nadzieją ruszamy żwawo. Dochodzimy do białego domu, gdzie trzeba przejść na druga stronę potoku według wskazówek Wasyla. Może i byśmy tak zrobili, gdyby człowiek był rześki, ale inicjatywę przejęła młodzież, która stwierdziła, że trzeba trzymać się szlaku. Jak im strasznie trudno zrozumieć, że doświadczenie jest mądrzejsze od chęci. Wasyl dobrze wiedział, na co nas stać i życzył nam dobrze. Młodość, że tak powiem szczerze i dosyć dosadnie dała nam w dupę. Poszliśmy zielonym szlakiem. Generalnie po wczorajszym wieczorze nie było słychać Mariana, Piotra oraz mojej osoby. Przystaliśmy na wszystko, ale tylko ten raz. Doświadczenie to jest takie coś, że jak raz dostaniesz bodźce, to na całe życie pamiętasz. Przeszliśmy około kilometra po tej naszej kamienistej drodze do miejsca gdzie się szlak zaczynał. Nieco dalej po prawej stronie było miejsce gdzie „od 1 czerwca 2010 r. jest pamiątkowa tablica i huculski dębowy krzyża ustawiony staraniem Towarzystwa Karpackiego w miejscu gdzie w latach 1926 – 1940 stał dom Stanisława Vincenza. Siedemdziesiąt trzy lata temu autor tetralogii „Na wysokiej połoninie” uciekł przed spodziewanym aresztowaniem przez NKWD i opuścił na zawsze ukochane Wierchowiny”. Tak wyczytałem później na stronach Towarzystwa Karpackiego. Szkoda, że zabrakło zaangażowania i sił, by w to miejsce zajrzeć. Przeszliśmy potok i znaleźliśmy się w pięknym wysokim lesie świerkowym. Szlak się zaczynał strumieniem i miejscem biesiadnym. Zostały nawet ślady po biesiadujących. Butelka z wodą poszła w ruch. Piotr przywiózł ze sobą wodę z Piwnicznej. Znałem jej smak wszak byłem w sanatorium w maju i się nią raczyłem. Liczył, jak myślę, że się uchowa na ostatnią godzinę. Niestety po wczorajszym wieczorze szybko butelka została opróżniona. Uzasadnienie było proste. Mamy strumień więc warto puste naczynia napełnić świeżą wodą. Widziałem ból na licu kolegi i wkór……, ale niestety musieliśmy tak zrobić, by się ustrzec jak to Marian mówił odwodnienia. Piotr ruszył przed siebie jak „Łysek z pokładu Idy” do przodu systematycznie. Nam nie pozostało nic innego jak brać przykład z kolego i ruszyć w drogę. Piękny był to las, piękna droga. Pomału acz systematycznie pięła się w górę. Dobrze, że mieliśmy kijki, które pomagały nam w tej wędrówce. Zwykle najsłabsze ogniwo tempo dyktuje, ale chyba się jednak nie dotarliśmy do końca, bo Michał wystrzelił do przodu i tyle go było widać. W miejscu tym składam podziękowania ogromne Marianowi, że mimo podobnego jak moje zmęczenie dzielnie mi towarzyszył w podchodzeniu pod górę, czym dodawał mi otuchy. Piotr parł do góry bez zastanowienia czasem się zatrzymując dla uzupełnienia płynów, z których też skrzętnie korzystałem. Po jakimś czasie i intensywnym wchodzeniu wyszliśmy na niżną połoninę. Można się było zatrzymać i poleżeć na trawie wystawiając plecy do osuszenia. Pięknie wyglądała Czarnohora. Pięknie wyglądał Szpyci. Pięknie wyglądały ośnieżone połoniny, kosodrzewina i czarne granie. Pięknie wyglądała przestrzeń naprzeciwko gdzie widać było jakieś pastwisko i szałas drewniany pewnie dla owiec. Myślałem, że to już niedaleko. Jakże się myliłem. Połonina, na której siedzieliśmy była raczej pastwiskiem, bo powyżej nadal las się rozprzestrzeniał. Chyba z dwie godziny minęło naszego podchodzenia, kiedy las się zamienił w kosodrzewinę przykrytą śniegiem. Podążaliśmy śladami Michała, którego czerwona sylwetka gdzieś wysoko się pojawiała. Kolejne zatrzymania ratowały życie. Nawet sobie nie zdajecie sprawy, co to znaczy woda i jak ona przecudnie smakuje. Kolejny raz zmieniam podkoszulek. Wykręcam mokry i wkładam do foliowej torby, by nie przemokły suche. Widoki cudne, ale pomału dochodzę do wniosku, że jestem za duży, za gruby i za ciężki i na dodatek skacowany. Idę i jak mantrę sobie powtarzam: za duży, za gruby, za ciężki, za duży, za gruby za ciężki, za duży, za gruby, za ciężki. Mógłbym tak do wieczora, ale z uwagi na psychikę musiałem się jakoś dowartościować. Pomyślałem, wielkości swej nie zmienię, zresztą jak dotychczas nie przeszkadzała w wyprawach, a wręcz nawet pomagała, bo robiłem za tragarza. Natomiast grubość i ciężkość to są zaszłości, których się muszę wyzbyć, jeżeli chcę dalej korzystać z uroków Huculszczyzny. Cóż z tego, że była kondycja, gdy brakowało wytrzymałości mięśni i kolan, a przede wszystkim kręgosłupa, by te wszystkie kilogramy po tych górach nosić. Takie wyprawy naprawdę motywują. Teraz wiem, dlaczego himalaiści nie są tacy potężni tylko raczej chudzi. Rozważając te wszystkie ułomności swego ciała myślałem, kiedy dojdziemy do szczytu. Tym bardziej, że ta czerwona sylwetka wciąż się pojawiała idąc wyżej i wyżej pozbawiając złudzeń. Niespodziewanie, byliśmy na górze. Jeszcze tylko przeskoczenie zaśnieżonych okopów z czasów drugiej wojny światowej i roztoczył się przed nami bezmiar czarnohorskich połonin. Słońce pomału zniżało swój bieg po nieboskłonie, ale nam to nie przeszkadzało. Byliśmy, jak w niebie. Rozmiar przestworzy zachłysnął swym urokiem. Stał człek oniemiały z wysiłkiem łapiąc powietrze. Za duży, za gruby, za ciężki, ale jestem.

            Cisza, żadnego wiatru, żadnego ptactwa tylko my i góry. Jakże pięknie nam się trafiło bycie tu, kiedy śnieg pokrył szczyty i połoniny, a tam w dole jeszcze zieleń. Kawa i herbata rozgrzały wewnętrznie. Kolejny raz zmieniam podkoszulkę, wykręcam i wkładam do folii. Całe szczęście, że wszystkie siedem zabrałem. Alkohol już dawno wyparował, ale za grubość, za ciężkość zostaje. Krzysztof odpalił palniki na gaz, by przygotować pożywienie. Mieliśmy żywność liofilizowaną. Był do wyboru kurczak z ryżem, ziemniaki z kiełbasą, spaghetti oraz makaron. Wybieram kurczaka z ryżem. Jednak zbyt mało wody powoduje, że jest strasznie suchy i gęsty. Zamieniam się z Tomkiem na ziemniaki z kiełbasą. Kolejny niefart nie wymieszał wszystkiego i jest proszek na dnie. Zresztą nie mam apetytu wielkiego podobnie jak i Piotr. Jemy na siłę, by dostarczyć mięśniom energii do dalszego wysiłku. Michał zaopatrzony w swoje produkty rezygnuje z udziału w liofilizowanej biesiadzie. Szkoda tylko, bo naraził Krzysztofa, a raczej Tomka na koszty. Godzinny odpoczynek i ruszamy dalej. Słońce coraz niżej. Idziemy na azymut, a raczej schodzimy na azymut. Udaje mi się w zarastającej kosodrzewinie dostrzec ledwie widoczną ścieżkę. Widocznie miejscowi podążają nią na zbieranie jagód i borówek. Schodzimy stromo w dół. Strach pomyśleć jakbyśmy musieli wchodzić pod górę. W niektórych momentach zjeżdżam na pośladkach powoli. Prowadzi ponownie Michał, który na początku zgubił się  idąc inną drogą, ale po nawoływaniach jak duch z kosodrzewiny wyskoczył i zajął przewodnictwo. Ostrożnie z namaszczeniem zsuwamy się po stromym zboczu. Wreszcie zaczyna się las. Jest bezpieczniej. Szlak prowadzi do potoku. Poruszamy się w dół gdzie strumień płynie. Nagle szlak ginie. Nie da się przejść po skałach. Trzeba wchodzić pod górę. Wychodzimy do zagajnika. Widać ślady bytności człowieka, a przynajmniej wypasanego bydła. Chyba nie musze tłumaczyć, co znaleźliśmy. Znaczy jesteśmy na dobrej drodze. Trzeba tylko te drogę odszukać tym bardziej, że słonko coraz niżej. Dochodzimy do drewnianego szałasu widzianego kilka godzin wcześniej. Spotykamy dwóch Polaków, którzy w szałasie nocują. Wskazują nam drogę. Pozdrowienia, serdeczności i ruszamy w dalszą podróż. Kolejny raz się przebrałem. Dochodzimy do potoku, który można pokonać samochodem, ale nie piechotą. Tomek odkrywa, że jest kładka obok. Dwa zwalone świerki leżące obok siebie. Troszeczkę zmurszałe, czyli muszą już spoczywać długo. Jeden po drugim pokonujemy przeszkodę. Michał ocenił, że jest to ryzykowne wraca do przeprawy brodem. Bierze jakiś kij i skacze po kamieniach. Wszystkim udało się pokonać, a przecież mogłoby być różnie. Idziemy w dół drogą. Robi się ciemno. Zapalamy czołówki, by przyświecały nam pod nogi. Droga się wije i schodzi w dół dość spokojnie. Nie ma stromych zejść, nawet skłonny jestem powiedzieć, że dostępna dla samochodów. W ciemnościach dochodzimy do drogi, z której wyruszyliśmy. Jak się okazało była to trasa, którą Wasyl nam proponował. Jeszcze raz mówię trzeba słuchać mądrzejszych, starszych oraz bardziej doświadczonych. Do domu dotarliśmy spóźnieni tylko piętnaście minut. Czyli o godzinie dziewiętnastej piętnaście, a wyszliśmy o dziesiątej trzydzieści. Na szlaku spędziliśmy prawie dziewięć godzin i dostaliśmy dobrze w d…………. Marysia dała nam odsapnąć i gdzieś koło dwudziestej podała ciepły posiłek. Dziś już nie pamiętam, co było, ale wiem, że było dobre, gorące i smaczne. Wspomnienie, przez kierownika wyprawy, alkoholu wzbudziło jednoznaczny sprzeciw nawet solenizanta. Morał z dnia dzisiejszego wynikł następujący. Pijesz nie idź w góry, a jeżeli to tylko symbolicznie. Słuchaj starszych i zabieraj więcej podkoszulków.                  

NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ DRUGI

Nie wiem czy znacie takie uczucie, gdy się budzicie z przerażeniem i się zastanawiacie gdzie jesteście i co się z wami dzieje? Moja skromna osoba ostatnimi czasy nie dostąpiła takich wrażeń, chociaż muszę przyznać szczerze, że nie są mi obce. W sobotę piątego października br. obudziłem się z przerażeniem i niemym pytaniem, co ja tutaj robię? Myśli przelatujące przez głowę niczym transfer szybkiego Internetu i wpatrzony tępy wzrok w drewniany sufit. Chwilę trwało nim obolały rozum zaskoczył i przywrócił pamięć. Wszak byłem na Ukrainie i to dosyć daleko od domu. Próżny był wysiłek w odtworzeniu wydarzeń ubiegłego wieczoru. Jedyna nadzieja, że jestem wśród swoich i pewnie mają też problemy podobnego pokroju. Jedynie Michał, zagorzały abstynent, twierdzący, że jako stary policjant w swoim życiu dość alkoholu wypił, służył za dysk pamięci, na którym wszystko było zapisane tylko dla naszego wglądu. Fajne jest to, że wszyscy pojęli jego problem i przyjęli stanowisko bez oporu. Tym bardziej, że wskazane było żeby był człowiek, który, by miał wszystko pod kontrolą, gdy pozostałe „dzieci” szły na całość. Współczuliśmy cierpiącemu i podziwialiśmy silny charakter. Zazdrościliśmy dnia następnego rześkości, pogody ducha i radości poranka bardzo słonecznego.

Suchość w gardle i godzina siódma o poranku odpowiadająca szóstej w Polsce, zgodnie z zegarem biologicznym, przywróciła do świadomości piszącego te słowa. Chyba wszyscy spali. Po cichutku podniosłem swoje zwłoki i udałem się do przybytku zwanego potocznie toaletą, a spełniającej dwie funkcje. Przyjmującej materiał powstały w wyniku przemiany materii w formie stałej i mokrej oraz ablucji, czyli oczyszczenia powłoki zewnętrznej ciała w pełnym zakresie. Przechodząc obok pomieszczenia gdzie wieczorem spożywaliśmy kolację kontem oka zauważyłem w śród butelek butelkę z małą ilością wody i obok zakręconą butelkę z piwem. Pełny przekonania, że opatrzność nad moją osobą czuwa wypiłem z przyjemnością jedno i drugie. Dopiero, kiedy zobaczyłem dno powróciły wyrzuty sumienia, że przecież inni też cierpią, a ja ich pozbawiłem „zbawienia”. Umysł ludzki jest zagadką. Działa bez naszej inwencji, jak trzeba. Szybko podsunął informację, że przecież można zagotować herbatę. Uspokojony nieco udałem się w podróż dalszą do nieodległej toalety. Małe pomieszczenie z niskim sufitem. Na wprost umywalka z lustrem na prawo bidet i sedes, na lewo prysznicowa kabina. Wszystko na powierzchni dwóch metrów kwadratowych. Nie powiem jaką przyjemność mi sprawiło urządzenie znajdując się na lewo, ale zastanowienie oraz pracę umysłu pobudził bidet. Czyżby nie było papieru? Papier był i dziwny pojemnik, który wzbudził moją ciekawość, gdyż zawierał w swej treści papier zużyty. Później pytałem się kolegów, czemu to ma służyć? Krzysztof wyjaśnił, że tu na wschodzie są cienkie rury i wrzucanie do muszli papieru zapycha instalację. Niestety nie dałem się przekonać i działałem jak to się robi w Europie. Koledzy chyba też, chociaż ręki nie dam sobie uciąć, bo instalacja się nie zapchała, a pojemnik nie stał pusty. Wykąpany, oczyszczony, lecz nieogolony opuściłem pomieszczenie w znacznie lepszym nastroju. Stwierdziłem z przerażeniem, że utworzyła się kolejka chętnych do skorzystania z przybytku z wyrazem bólu, złości i braku sympatii do mojej osoby na twarzy. Przeprosiłem, lecz nie na wiele się to zdało, cierpienia im nie odebrało. Muszę przyznać, że koledzy mają silne charaktery i zdrowe ciało, bo mimo dłuższego czasu oczekiwania żadnemu nie zdarzył się wypadek. Widziałem tylko w oczach to przesłanie, że dnia następnego nie dadzą się wystawić na próbę ponownie.

Śniadanie zamówione było na godzinę dziewiątą czasu ichniejszego. Marysia, jak żołnierz punktualnie zaczęła wnosić talerze po krętych stromych schodach na górę. Rzadko mi się zdarzało jeść ziemniaki na śniadanie. Sadzone jajko z wyblakłym żółtkiem, mleczko, sery i bryndza no i oczywiście chlebuś. Wszystko takie orientalne, czyli inne niż u nas. Uwielbiam takie menu, więc się rzuciłem na spożycie. Zresztą nie tylko ja. „Kombatanci” tak mają, że dnia następnego nie chorują tylko w dużych ilościach spożywają, oczywiście produkty spożywcze. Napełniony żołądek budzi lenistwo, lecz nie nasze. Co prawda plan uległ zmianie. Zamiast w góry ustalono, że idziemy do sklepu na zakupy, by uzupełnić płyny i pożywienie przed planowanym wejściem na Smotrec. Właściwie nic w tym interesującego gdyby nie fakt, że sklep był odległy o trzy kilometry od naszej stanicy. Wyruszono około godziny dziesiątej. Wzięliśmy dwa plecaki, kijki i bez obciążeń po krętych schodach wyszliśmy na powietrze.

 Wczorajszy nocny przyjazd budzący takie emocje był niczym w porównaniu z widokiem, który poraził nasze oczy. Trudno opisać odczucia jeszcze trudniej widoki, które przed nami się roztaczały. Zielono-żółte-rdzawe lasy porastające niezbyt strome zbocza z nielicznymi mieszkalnymi obejściami. Pasące się konie i rogacizna oraz lekki śnieg, który przyprószył cienką warstwą zbocza. W dole szeroki strumień wijący się w dal wśród skał oraz droga usiana kamieniami, którą przyjechaliśmy. Cisza, porankowa senność mimo godziny dziesiątej oraz rześkość przymrozku zatykająca oddech. Jakże chciało się żyć. Zaskoczeniem brak ptactwa, hałasu i pośpiechu oraz uczucie, że tu zatrzymał się czas, by odpocząć. Patrzysz i podziwiasz, raduje się serce, że jest takie miejsce gdzie człowiek czuje się tak szczęśliwy. Nie ważne problemy, praca, zdobywanie i sukcesy, lecz liczy się chwila w tym miejscu. Liczy się „teraz” w śród przyjaciół.

Marysia poinformowała nas, że dzwoniła do sklepu, że przyjdziemy. Jakaś dysharmonia w tym wszystkim, zgrzyt, który zakłócił odczuwanie to fakt, że i tu też dotarła nowoczesność. Przecież to dla naszego dobra, ale niestety pozostał jakiś niesmak. Okazuje się, że sklep nie jest otwarty w jakiś określonych godzinach tylko na życzenie klienta. Pomalutku zeszliśmy wszyscy do potoku. Oblodzoną kładką przeszliśmy potok i wyszliśmy na płaską przestrzeń z drogą gdzie zostawiliśmy samochody. Jakąż radość spowodował fakt, że w samochodach były napoje. Plac z drogą to jakby parking dla gości oraz warsztat samochodowy pod chmurką. Wiemy o tym, bo kiedy wracaliśmy fachowcy wymieniali na prowizorycznym podjeździe drążki w „Ładzie”. Drogowskaz z napisem chyba „Agroturystyka” i informacją o saunie w ofercie. Postanowiliśmy z niej skorzystać w późniejszym terminie. Powolutku zmierzaliśmy do sklepu. W początkowej fazie towarzyszył nam białoczarny kot gospodarzy, którego przy warsztacie zastąpił mały kundelek zachwycony z towarzystwa. Podążał z nam tam i z powrotem tym bardziej, że na tym skorzystał dożywiony przez Michała serdelkami zakupionymi w sklepie. Droga kamienista w dzień nie wydawała się tak straszna. Michał na wszelki wypadek większe kamienie odrzucał na bok w perspektywie mając powrót do domu. Kilka zdjęć zrobionych na tle Czarnohory poprawiło humor wszystkim. Tym bardziej, że alkohol pomału zaczął parować. Droga wije się wśród skał nad potokiem, który raz jest na poziomie drogi, raz w dole. Raz oświetlony przez słońce w innym miejscu, w cieniu wieje chłodem. Sporadycznie spotykamy domy na stokach z hałasującymi psami, którym dbający o zwierzęta gospodarze zbudowali pomosty z desek, na których ustawili budy, ogrodzili siatką i przykryli dachem, by zwierzyna nie mokła. Rzadko ktoś z domu wyglądałby zobaczyć, kto idzie. Sześcioosobowa ferajna według nas musiała budzić zainteresowanie. Tylko tak się nam wydawało. Życie trwało swoim ustalonym torem. Kolejne podejście, kolejny zachwyt, kolejny zakręt, kolejny przełom potoku i piękne dwie kapliczki w stylu cerkiewnym przykryte błyszczącą blachą. Zachwyt za zachwytem i dochodzimy do centrum wioski. Jeżeli jest urząd i sklep to chyba centrum jak myślę? Mijamy grupkę mężczyzn namiętnie zrywających dach ze starej szopy. „Dobre Rano” z obu stron służy za przywitanie. Panowie nie przerywają pracy więc i my podążamy dalej do widocznego szarego budynku wyglądającego jak magazyn, który to budynek okazał się być sklepem. Sprzedawczyni już na nas czekała. Wybór produktów raczej skromny pasujący do sytuacji i miejsca. Chleba nie było, ale miał być przywieziony koło czternastej. Pomyśleliśmy, że to nie nasz problem tylko gospodarzy. Zajęliśmy się kupnem napojów. Początek to pięć piw gdyż Michał ograniczył się do wody. Zakup dużej ilości wody mineralnej, napojów wyskokowych zapewnił Marian, Piotr oraz moja skromna osoba wszak jutro miałem imieniny. Pijąc spokojnie piwo w sklepie zastanawialiśmy się jak tu jest uroczo. Brak kasy fiskalnej, którą zastępowały drewniane liczydła (polecana atrakcja dla młodych, którzy mogą się nauczyć z nich korzystać) oraz połączenie funkcjonalności lokalu handlowego z gospodą, czyli obiektem doznań duchowo-gastronomicznych mógł tylko zachwycać. Przypomniała się młodość, kiedy to swego czasu w Łomazach człowiek bywał w gospodzie. Łza się w oku kręci. Tu czas się zatrzymał. Niesyty piękne chwile zadumy zostały przerwane przez sprzedawczynię, która po odebranym telefonie zaczęła nas ze sklepu wyganiać. Okazało się, że kiedy my spożywaliśmy smaczne piwo ukraińskie jej mąż spadł z dach szopy, która mijaliśmy. Ponadto dowiedzieliśmy się od Marysi później, że nie tylko był mężem sprzedawczyni, ale też wójtem. Kobieta około siedemdziesiątki z wyglądu trasę do szopy pokonała w tempie, które nas zaskoczyło. Pomyślałem sobie jak troska o bliskich dodaje nam skrzydeł. Widzieliśmy z oddali jak męża nieprzytomnego wynoszą. Ładują do samochodu i szybko gdzieś wiozą. Chcieliśmy poinformować, że mamy lekarza w naszym towarzystwie, ale wysiłek był płonny nie zawracano na nas uwagi. Widocznie schemat działania był inny i nie należało się wtrącać. Poszliśmy dalej.

Pokonanie powrotnej trasy zajęło nam tyle samo czasu jak w kierunku przeciwnym. Widoki niby takie same, ale widziane w kierunku odwrotnym odkrywały przed nami inne swe uroki. Cały czas coś nowego i powietrze się ogrzało, zbliżało się południe. Dotarliśmy do domu około dwunastej z przekonaniem, że po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Całe szczęście przywitał nas przed domem gospodarz Wasyl Hadziuk, nazwisko chyba znacie, który sprowadził nas na ziemię i powiedział, że Smotrec o tej porze możemy sobie wybić z głowy. Polecił widoczny stok po przeciwnej stronie, z którego będziemy mogli podziwiać całą Czarnohore. Wejście żółtym szlakiem około półtorej godziny w jedną stronę. Nikt nie stawiał sprzeciwu. Podjęto decyzje zgodnie. Piotr, czym mnie zaskoczył zabrał ze sobą gitarę. Ponownie pokonaliśmy potok i skierowaliśmy się na szlak. Pojawiła się pierwsza rozbieżność. Pomny wskazówek Wasyla twierdziłem, że musimy skręcić w lewo. Piotr twierdził, że musimy podążać drogą. Mimo różnicy zdań i braku zdecydowania pozostałych uczestników, jednak udało mi się przeforsować swoją opcję. Szlak wił się po zboczu w lewo i prawo. Weszliśmy do lasu by potem wchodzić do góry jakąś drogą. Wyjście na łąki z pasącym się bydłem i hale znacznie wyżej pokazało nam widok, który zostanie w naszej pamięci na cale życie. Pasmo Czarnohory przykryte lekkim śniegiem z czarnymi graniami oraz wysoko stojącym słońcem. Teatr natury pokazujący, jaki człowiek jest mały, jaki nieistotny w tym bycie. Mimo zmęczenia, zadyszki stał z otwartymi ustami i patrzył, patrzył, patrzył, a widok trwał i trwał będzie.

Zatrzymaliśmy się na hali pod sosną zachłystując się widokiem. Piotr wyciągnął gitarę z pokrowca i zagrał. Zagrał to, co nas tu wszystkich przyciągnęło. Tęsknota za wolnością, pięknem, swobodą istnienia, szczerością i otwartością, której w życiu powszednim nie ma. Dźwięki gitary snuły się w dół ku dolinie i podążały gdzieś tam ku czarnym szczytom. Nie daliśmy się smutkowi, bo Piotr uderzył w radosną nutę i wszyscy zaśpiewaliśmy „Czerwony Pas”, którego treść dopiera teraz rozumieliśmy. Chłonąc przecudne widoki i gitarowe dźwięki myślałem Boże jakiż ten nasz świat jest piękny. Ile ludzie tracą nie wiedząc lub nie rozumiejąc w natłoku spraw dnia codziennego, że to, co robią to nie wszystko, to nie jest najważniejsze. Trzeba cieszyć się życiem i rozumieć siebie i innych. Może, gdybym nie przyjechał tu do Czarnohory nie zrozumiał tego tak dobrze. Piotr powiedział – „Teraz rozumiecie, dlaczego wziąłem gitarę i chciałem tu zagrać”. Wiedzieliśmy.

Zejście według słów Wasyla było inne, ale widok malutkiej chatki, w której mieszkaliśmy był tak silnym przekazem, że wracaliśmy tym samym szlakiem. Zejście dostarczało emocji, bo cały czas mieliśmy przed oczami Czarnohorę. Spotkaliśmy stado byków. Jeden z nich przejawiał dziwne zainteresowanie Piotrem. Stanęli naprzeciwko siebie i patrzyli sobie w oczy. Chyba doszli do porozumienia, bo Piotr bez przeszkód ruszył w dalszą drogę. Dotarliśmy do domu na godzinę osiemnastą. Zapadał zmierz pomału. Kolację Marysia podała o godzinie dziewiętnastej. Gorący barszcz ukraiński, pierogi, ser i bryndza oraz chlebek, który już był. Pewnie przez Marysię przyniesiony. Zgodnie z naszym zwyczajem, mimo że już z pierwszych sygnałów wynikało, że alkohol nie idzie w parze z chodzeniem po wierchowynie, kieliszek zaczął krążyć. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Dołączył do nas Wasyl. Bardzo się ucieszył, że kultywujemy tradycję picia jednym szkłem dla wszystkich. Przy kolejnej butelczynie zaproponował spożycie jego twórczości własnej. Gustowny czajniczek z procentowym napitkiem zaczął wkoło płynąć eliminując totalnie wyrób państwowy. Michał początkowo unikał przebywania przy stole po spożyciu kolacji, ale gdy wszyscy się rozwinęli, uczestniczył bezalkoholowo w libacji. Obejrzeliśmy w pokoju Wasyla walkę Kliczki z kimś tam i chyba o dość późnej porze udaliśmy się, jak twierdził Michał, na spoczynek. Drugi dzień naszej wyprawy się skończył. Jutro moje imieniny i wyprawa na Smotrec.

 

 

NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ 1

            Wyjazd na Ukrainę w nieznane ostępy Karpat Wschodnich przez kilka lat wydawał się być przedsięwzięciem, co najmniej ryzykownym. Jednak doświadczenia grona moich przyjaciół oraz ich wrażenia z pobytu w Ukraińskim Bieszczadzie pobudziły zazdrość i ciekawość zarazem. Mimo, że jeszcze nie zapomniałem przykrych doznań z kręgosłupem, dałem się przekonać. Tym bardziej, że moje dziewczyny zafundowały mi wyprawę, jako prezent imieninowy, a prezenty się przyjmuje. Celem naszej wyprawy był podczarnohorski Bystrc. Lubię wiedzieć gdzie i jak jadę, więc z zaangażowaniem uruchomiłem Google i wrzuciłem nazwę miejscowości by się dowiedzieć gdzie jadę? Oczywiście dostałem się na strony Towarzystwa Karpackiego gdzie o Bystrcu mogłem się dowiedzieć wielu ciekawostek historycznych i turystycznych. Jak dojechać? Był problem, bo mapy Gogle wciąż pokazywały wioskę w Czechach, a nie na Ukrainie. Dopiera gdzieś przeczytałem, że Czesi i Google Bystrec na Ukrainie nazywają Bystrets. Cel podróży od granicy polskiej nie był odległy. Jak planer podróży pokazywał trzeba było przejechać tylko trzysta pięćdziesiąt osiem kilometrów. Prawie tyle samo, co do Leska w Polsce. Razem mieliśmy do przejechania pięćset pięćdziesiąt osiem kilometrów, czyli około dziewięciu godzin podróży. Prawda, że brzmi optymistycznie. Niestety życie nie jest tak proste, jak je można zapisać na papierze. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, a jak bardzo zaraz o tym napiszę.

            Dzień czwartego października dwa tysiące trzynastego roku przejdzie do historii mego życia, jako dzień przełomu świadomości i dziecięcej głupoty. Kobiety mówią, że faceci to duże dzieci, które się starzeją nigdy nie dorastając. Pomału zaczynam się przekonywać do tej teorii jednocześnie pamiętając, że dzięki tej słabości świat idzie do przodu. Położyłem się spać jak zwykle, ale ze spaniem był problem. Z wiekiem człowiekowi coraz częściej w pozycji leżącej i przy zgaszonym świetle przychodzą do głowy różne myśli, które spać nie dają. Kiedy trzeba było wstawać wtedy najlepiej się spało. Szybki prysznic, śniadanko przez troszeczkę zdenerwowaną partnerkę osobistą przygotowane i wyjazd do Radzynia Podlaskiego na spotkanie na godzinę piątą. Basieńka, co prawda była pasażerem tylko, ale wracała do pracy pojazdem, więc z braku drugiego transportu mnie podwoziła. Cisza, jaka panowała w pojeździe wszystko mówiła o zachwycie wczesnego wstawania. Spóźniliśmy się tylko piętnaście minut. Wyjazd w Ukraiński Bieszczad nastąpił o piątej trzydzieści, kiedy byliśmy w komplecie. Ekipa w składzie sześciu osób udawała się w podróż dwoma samochodami. Renówką Krzysia i Fordzikiem Michała. Krzysztof, Marian, Michał to Radzyniacy. Moja skromna osoba to Biała Podlaska. Tomek brat Krzysia przyjechał z Warszawy, a Piotrka z Krakowa mieliśmy spotkać w Izbicy koło Zamościa gdzie miał dotrzeć swoim samochodem. Można powiedzieć, że reprezentacja to w większości Południowe Podlasie z domieszką tradycji i wielko państwa stolicowego. Tylko z nazwy, bo Tomek i Piotr to wspaniali „goście”.

            Grupa się podzieliła. Moja skromna osoba jechała z Michałem, a pozostali dwaj, czyli Marian i Tomek z Krzysiem. Przemknęliśmy przez Lublin i gdzieś koło ósmej dotarliśmy do Izbicy. Piotr czekał. Muszę powiedzieć, że Izbica to rodzinne miejsce mego przyjaciela Krzysia. Piotr zostawił samochód i przesiadł się do Krzysztofa gdyż Fordzik był dwudrzwiowy, a ja niestety mam długie nogi. Wyruszyliśmy w dalszą podróż. Dotarcie do Hrebennego zajęło nam chyba godzinę. Przejście graniczne z Ukrainą jest bardzo malownicze. Po prawej stronie jest zalew, obok którego budynki i ogrodzenia wyrastają dając poczucie pewnej niepewności, której jakoś nie potrafiłem pojąć. Dostanie się na drugą stronę zajęło nam około półtorej godziny czasu. Klucząc samochodami miedzy ogrodzeniami, prześwietlani chyba rentgenem i sprawdzani przez pograniczników jednej i drugiej strony zbliżaliśmy się pomału w kolejce do wyjazdu na wolność, czyli na ukraińska stronę. Kiedy byliśmy już blisko szczęścia ostatni mundurowy kazał nam wracać po pieczątkę. Skąd miał wiedzieć Michał tym bardziej ja, że ostatnie okienko to celnicy i to oni sprawdzają, co, gdzie, kiedy „przemycałem” i dokąd jadę? Załatwiliśmy formalności i szybko pojechaliśmy na nieodległą stacje paliwową gdzie koledzy pozostali czekali. Króciutki odpoczynek i spuszczenie pary po przeżyciach na przejściu oraz wymiana walut. Kurs był korzystny jedna hrywna to trzydzieści osiem groszy. Tysiąc hrywen to trzysta osiemdziesiąt złotych, które miały nam wystarczyć na całą pięciodniową wyprawę od osoby. Wystarczyło, a nawet troszeczkę zostało.

            Koło godziny jedenastej ruszyliśmy dalej. Przed nami nieodległy Lwów. Do przejechania około siedemdziesięciu kilometrów. Droga wspaniała mimo, że do graniczna, ruch raczej spokojny i nietłoczny. Lwów ominęliśmy obwodnicą
M-06 i wjechaliśmy przy drogowskazie dość fajną estakadą na H-09, by podążać do Ivano-Frankivsk, czyli przedwojennego Stanisławowa. Jezdnia raczej już gorszej nawierzchni, jako okręgowa dostarczała emocji i potęgowała uwagę kierowcy i pasażera. Trudno było podziwiać widoki, kiedy groziło w przypadku braku uwagi utratą zawieszenia lub koła. Szczytem ekwilibrystyki było przejechanie wewnętrzną obwodnicą Stanisławowa. Tam też olbrzymim zainteresowaniem cieszą się włazy do studzienek i kratki ściekowe. Zmysł zaradczy, chyba włodarzy miasta, był taki, że zamiast chodliwego towaru w powstałe pułapki powkładali stare opony na sztorc, by ostrzegały kierowców przed zagrożeniem. Udało się przejechać, ale z tego wszystkiego pojazdy utraciły kontakt wzrokowy. Wróciliśmy na H-09 podążając na Bohorodczany, gdy tymczasem Krzysztof wybrał H-10 w kierunku na Kołomyję. Dobrze, że człowiek wziął komórki. Krótkie konsultacje i już po piętnastu minutach byliśmy razem. Nie wspomniałem wcześniej, że kolega Krzysztof chcąc docenić moją osobę powierzył mi odpowiedzialne zadanie prowadzenia kolumny na miejsce. Pewnie chciał mi wynagrodzić moje odosobnienie z Michałem od pozostałych uczestników wyprawy. Jednocześnie podkreślając, jaki to z mojej osoby specjalista w orientowaniu się w terenie. Niestety Krzysztof nie wytrzymał do końca i gdzieś koło Jaremcze przejął prowadzenie. Trzeba przyznać dość skutecznie, bo już więcej nie zdarzyło się zabłądzenie. W miejscowości Tatariv zjechaliśmy z H-09 na P-24. Degradacja klasy drogi, jak można się było domyśleć spowodowała, że były jeszcze większe dziury i czasami brak asfaltowej nawierzchni. Robiło się ciemno, kiedy dotarliśmy do Ilców gdzie skręciliśmy w prawo na Bystrets. Na mapie Google nie znajdziecie tej drogi, ale wierzcie mi na słowo, że jest i to nawet na początku asfaltowo-szutrowa. Prędkość okolicznościami zredukowana do pięciu, dziesięciu kilometrów na godzinę i denerwujący głos Hołowczyca z nawigacji informujący, że zostało tylko dziesięć kilometrów i dwadzieścia minut jazdy. Krzysiu w ciemnościach jadąc po kamieniach i błocie wymijał przeszkody pokazując Michałowi wariant przemieszczania się dalej. Meganka ma jednak wyższe zawieszenie od Forda, który co chwila zahaczał o głazy budząc moje i kierowcy przerażenie. Myśleliśmy, że źle się ten slalom skończy. Jedyna nadzieja, że cel już blisko. Z jednej strony huczący w dole strumień z drugiej straszące swym nocnym wyglądem urwisko. Strach się bać i każdy w duchu myślał po cholerę nam to było wszystko.

Powiało optymizmem. Pokazał się napis Bystrec, czyli byliśmy na miejscu. Skręt w prawo i wjazd do wsi. Prorocze słowa Michała – „Mam nadzieję, że ta wioska nie ma dziesięciu kilometrów”. Cholera musiał wykrakać. Kolejna godzina podróży w ekstremalnych warunkach i co jakiś czas zatrzymanie pojazdów, by Krzysztof mógł się skontaktować z właścicielką naszej bazy. Byłem już prawie pewien, że chyba nie uda nam się cało wrócić z naszej samochodowej wyprawy. Gdy po pewnym podjeździe gdzie widziałem śliczne gwiazdy, nie widząc podłoża, Krzysztof zatrzymał samochód na poboczu informując, że koniec jazdy. Zapytałem – „Co miska poszła?” Okazało się, że byliśmy na miejscu. Ciemno nic nie widać, czarna noc dookoła, a On nam mówi, że to tu będziemy nocować. Okazało się, że tylko samochody. My mamy do przejścia kładkę przez potok i podejście pod górę około trzystu metrów. Niektórzy kursowali dwa razy. Mnie się udało zabrać za jednym zamachem. Plecak z tyłu, plecak z przodu, aparat w jednej ręce, buty w drugiej i dalej do domu na późną kolację. Pokoje dostaliśmy na piętrze. Gospodarze na parterze. Oczywiście zamieszkałem z Michałem, Krzysztof z Marianem, a Piotr z Tomkiem. Rozlokowanie się i zapoznanie z gospodynią to tylko szczegół w programie wieczoru. Ważna była kolacja i odreagowanie wydarzeń dnia, szczególnie jego końca, czyli „Drogi Straceńców”. Konieczny był alkohol i dzięki przezorności mieliśmy jego dostatek. Wszak nie pierwszy raz jeździliśmy w Bieszczad na „resetowanie”. Życie zweryfikowało nasze zwyczaje. Dziś wiemy, że w krainie hucułów są tylko dwie opcje. Albo pijesz wódę, albo idziesz w góry. Tych dwóch rzeczy nie da się pogodzić. O czym piszący te słowa i jego przyjaciele mogli się przekonać. Tylko dzięki szczęściu i zdrowotności organizmów wróciliśmy z wyprawy wszyscy. W godzinach późno wieczornych udaliśmy się na spoczynek z przekonaniem, że gdzieś tak koło dziesiątej dnia następnego pójdziemy w góry. Co było dalej dowiecie się w następnym odcinku,który wkrótce napiszę, jeżeli nie będzie sprzeciwu?