„BAGNISTE” POŁUDNIOWE PODLASIE, A ŚWIETLANA PRZYSZŁOŚĆ

    W dniu 18 lutego br. w auli bialskiej AWF odbyło się spotkanie z Ministrem Skarbu Włodzimierzem Karpińskim obecnym szefem Platformy Obywatelskiej Lubelszczyzny. Tematem debaty było „POrozmawiajmy o Lubelszczyźnie” przynajmniej tak spotkanie było reklamowane. Jednak Pan Minister stwierdził, że jego intencją i tematem prelekcji jest „Rozmawianie o Polsce”. Stwierdzić trzeba uczciwie, że cel utrzymał. Prelekcja o sukcesach była ciekawa, lecz troszeczkę przestarzała, bo dotyczyła 2012 roku. Większość społeczna grodu nad Krzną pewnie przewidując, że niczego w ich życiu spotkanie nie zmienia i nie zmieni, nie dopisała i  aula uczelni nie była pełna. Byli „wyznawcy”, niewielka grupka inteligencji lokalnej oraz media. Trzeba przyznać, że media zdominowały platformowy przekaz. Jako osoba apolityczna obserwująca życie lokalne, krajowe i międzynarodowe patrząca z niepokojem na wydarzenia ukraińskie chciałem posłuchać, co rządząca partia miała na myśli organizując spotkanie na temat Lubelszczyzny? Tracąc wydarzenie medialne pogromu na „Majdanie”, miałem cichą nadzieję, że porozmawiamy o Białej i jej okolicach. O przyszłości naszego społecznego środowiska.  Przecież spotkaliśmy się na ziemi Południowego Podlasia lub jak bardziej goście lubią, Północnej Lubelszczyzny. Trzeba przyznać, że występujący Poseł Stanisław Ż., Marszałek Województwa Jacek S. byli konsekwentni i przedstawiali dość szeroko sukcesy lubelskie oraz jak się starają osobiście, by lepiej się żyło na ścianie wschodniej.

        Niestety mimo zapewnień Pana Ministra, że przyjechał porozmawiać o Polsce, była to debata polityczna, która w wielu tematach była spójna tematycznie z alternatywną propagandą partii konkurencyjnej. Nam biednym i myślącym ciężko pozostało wysłuchanie obu stron i wyciągniecie osobistych wniosków. Dało się zauważyć, że pomału społeczeństwu puszczają nerwy i takie rozmowy: „Co by było gdyby?” oraz „Jak było, a jak jest dobrze teraz” wypalają społeczne zaangażowania. Wyrazem, chyba słusznym, była frekwencja.

         Moim skromnym zdaniem, przepraszając osoby wysoko postawione, w sali sławetnej bialskie uczelni odbyła się potocznie nazywana w świecie artystycznym „chałtura”. Poziom debaty w mojej ocenie był żenujący. Pan Minister, jak sam stwierdził, przyjechał zgodnie z planem na kolejne spotkanie społeczne z miejscową ludnością. Slajdy były nieaktualizowane, a lokalni przedstawiciele władz administracyjnych i politycznych nie sprostali zapotrzebowaniu społecznemu dotyczącemu rozmów o ich przyszłości w Białej Podlaskiej oraz jej okolic powiatowych. Nie zawiedli Ci, którym dobro tej ziemi jest istotne i ważne oraz media, które zadawały naprawdę konkretne i trudne pytania. Przykro mi jest to powiedzieć, jako sympatykowi rządzącej partii, odpowiedzi były niesatysfakcjonujące i ogólnikowe. Brakowało konkretów. Goście mówili o Lubelszczyźnie, my chcieliśmy usłyszeć informacje o ziemi bialskopodlaskiej. Przerażającą, wielokrotnie podkreślaną informacją był fakt, że w ziemię bialską „Wsiąkło” 1 miliard 602 miliony złotych. Można wyciągnąć wniosek, że mimo upływu lat oraz przeprowadzonej melioracji w dalszym ciągu na naszym terenie istnieją „bagna”, które pochłaniają społeczny dorobek. Skąd taki wniosek? Proszę popatrzeć na bezrobocie. Przy bezrobociu ponad 16% na terenie powiatu bialskopodlaskiego, gdzie się podziały te ponad półtora miliarda złotych Panie Marszałku? Wsiąkły w błoto? Wiem, że odpowiedź mogę znaleźć w Internecie, ale jak to się ma do bezrobocia? Czyżby te pieniądze faktycznie gdzieś się rozmyły na niezbyt udane szkolenia unijne? Szkoda też, że wzorcem dobrych początków polskiej państwowości i mądrości pokoleń w osobach Władysława Grabskiego i Eugeniusz Kwiatkowskiego brak pomysłu na rozwój gospodarczy Południowego Podlasia i nie tylko, typu COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Panów, którzy to Panie Ministrze nie reprezentują epoki rozwijającego się socjalizmu, lecz początki państwowości, którzy potrafili postawić gospodarkę narodową oraz Małopolskę na nogi. Wiem z własnego doświadczenia, że do realizacji konkretnego zadania konieczne jest: jasne sformułowanie celu, określenie możliwości, stworzenie zaplecza, oraz czasu jego realizacji. Odniosłem wrażenie, że w tworzeniu ekonomiki państwa funkcjonuje zasada, krążąca w mojej rodzinie jako kawał – „Chcecie herbaty? Tak, to se zróbcie.” Dlatego też Bialczanie  tracą nadzieję na świetlaną przyszłość, bo chociaż herbata jest nie ma warunków jej parzenia. 

PIWNICZNE JAZZOWANIE

      Pewnie już wiecie, że w dniu 12 lutego 2014 roku w środę miało miejsce spotkanie jazzowe w piwnicy ostatniego postkomunistycznego marketu w Białej Podlaskiej. Nazwy lokalu, ze względów antymarketingowych nie będę wymieniał tym bardziej, że nie reprezentuję mediów, którym się płaci za wyróżnianie. Mogę jedynie wspomnieć, że dzięki Maxowi z Radia BiPer się na koncert dostałem. Wiadomo mi z mediów, że Krzysztof Ścierański przyjechał na zaproszenie Bialskopodlaskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Jak twierdzi znawca tematu Prezes BSJ Jarosław Michaluk należy on od lat do ścisłej czołówki polskiego jazzu. Nie spieram się i nie neguję, bo się na tym nie znam. Mogę napisać tylko to, co czuję i jak w odczuciach zwykłego nieprofesjonalnego słuchacza koncert odbieram. Dodam jeszcze tylko, wykorzystując wiedzę Pana Jarka, że muzyczne czasopismo „Jazz Forum” już wielokrotnie wybierało Pana Krzysztofa, jako najlepszego gitarzystę basowego w Polsce. Dowiedziałem się też, że była to jego trzecia wizyta w Białej. Żeby nie wyjść na dyletanta poszperałem w Internecie i sporo znalazłem o muzyku w Wikipedii.[1] Z wiedzy, którą pozyskałem najbardziej mi się podobała informacja, że Pan Krzysztof muzykę z mlekiem mamy wyssał, a nie przez jakieś „uczyliszcza”. Raduje też duszę skromną fakt, że choć publika „ciżka”, ciągnie kolegę na Południowe Podlasie i mam nadzieję, że nie jest to tylko sprawa rodzinna.

        Przydługawy wstęp o muzyku był konieczny, by przybliżyć państwu realia wieczoru. Popularność artysty przyczyniła się do wypełnienia pomieszczenia podziemnego lokalu związanego z nazwą miejscowości, w której się szekspirowski dramat miłosny „Romeo i Julia” rozgrywa, tylko pisanego przez „V” nie przez „W”, w stu procentach. Zanim to się stało o godzinie dwudziestej czterdzieści piszący te słowa do przybytku Melpomeny przybył dużo wcześniej, by jak to się mówi potocznie – „poobserwować”. Dwudziesta, wchodzę, sala prawie pusta, spuszczam powietrze są miejsca. Zadowolony podchodzę do stolika, a tu o zgrozo, „reservation” mnie wita. Dookoła mniejsze lub większe karteczki z tą samą treścią. Myślę sobie „Europa”, miesiąc wcześniej trzeba miejsca zajmować. Trudno walę do dyrekcji z pytaniem gdzie mogę się zmieścić? Pytanie – „Pan od Jarka”? Chwila wahania, bo nie wiem, co mam odpowiedzieć, ale jeżeli mam wejściówkę to chyba tak. „Jeżeli od Jarka to tam na górze”. Patrzę, fajne miejsce blisko sceny i tak nawet wyróżnione. Siadam wygodnie. Niestety jeszcze nóg nie rozłożyłem, a Panie kierowniczka podchodzi i mnie informuje, że to miejsce dla żony artysty, a ja mam uciekać pod ścianę. Przestraszony siadłem w niszy w kątku i czekałem na rozwój wydarzeń. Czterdzieści minut później wszyscy rozlokowani.

       Koncert powiem szczerze, tak jak przystoi dyletantowi, mnie osobiście się podobał. Pan Krzysztof muzykę czuje, pieści i pielęgnuje. Miałem wrażenie, że jego gitara śpiewa. Usilnie starał się rozbawić publikę i nakłonić do uczestniczenia, ale powaga szczególnie przedstawicieli mediów płci pięknej była powalająca. Najgorsze z tego wszystkiego, że wcale się muzykiem nie zachwyciły, a w mojej ocenie to wspaniały oryginał i muzyczny talent. Z zazdrością patrzyłem na czerwone „buciska”. Starałem się wesprzeć w przekazie, ale niestety zdobyłem uznanie tylko chyba kogoś z rodziny, panię. Reszta za wyjątkiem Pana Jarka nie czuła bluesa. Szkoda, bo przecież jak się przychodzi na koncert to nie do kościoła. Muszę częściej bywać, może się uda rozruszać towarzystwo bialskie. Panie Jarku proszę o wejściówkę stałą, żeby stać mnie było na konsumpcję lokalową. Warto się też pokusić o nagłośnienie profesjonalne, by artysta nie musiał krzyczeć, by pogadać z widownią.

 


[1]
http://pl.wikipedia.org/wiki/Krzysztof_%C5%9Aciera%C5%84ski
   Krzysztof Ścierański 13.02.2014 r.

KULTURA OSOBISTA

       Dzisiaj piszę na zamówienie mojej mamy Zosi. Myślę, że Ci, co kiedyś bawili się w działalność gospodarczą dobrze Ją znają. Zresztą jeszcze dziś mówi często, że gdyby nie wzrok jeszcze, by dzieciom pomogła. Dzieciom, wnuczkom raczej, które w dobie rozwijającego się kapitalizmu mogą pomarzyć o pracy przy wykształceniu magisterskim. Co prawda najstarsza ma fach rehabilitacyjny w ręku, ale tylko staż jej zaproponowano. Druga jest psycholożką z wykształcenia i zajmuje się dziećmi z „tęczy”, a trzecia całe szczęście jeszcze się kształci i ma nadzieję, że świat zawojuje. Przynajmniej mi się tak wydaje. Wszystkie są oczkiem w głowie naszej Babci.

       Wracając do tematu, piszę, bo Mama mnie prosiła bym napisał o kulturze zachowania osób z Południowego Podlasia. Zastrzegam się publicznie, że nie chcę „ślimaczyć”[1], lecz piszę to, co sam osobiście doświadczyłem. Wieczór zeszłego tygodnia, dokładnie nie pamiętam już, którego dnia, wybraliśmy się z Mamą na zakupy do niezbyt odległego dyskontu. Weszliśmy do apteki gdzie pracuje mojego brata ciotecznego córka. Fajnie jest tak mieć wszędzie bliskich i znajomych dookoła przynajmniej jakoś się w tych czasach człowiek uchowa. Zostaliśmy pięknie obsłużeni przez bratanicę, która profesjonalnie poinstruowała Mamę, co, jak i dlaczego odpowiednie leki mają być używane. W trakcie obsługiwania przez córkę brata weszła do apteki najważniejsza w Białej Podlaskiej osoba. Kątem oka zauważyłem i nisko się pokłoniłem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dostąpiłem zaszczytu uściśnięcia dłoni, ręki Włodarza. Przepraszam, wygłupiam się, znamy się bardzo dobrze z Panem Andrzejem.

    Uczyła mnie właśnie Mama jak, gdzie i kiedy się odpowiednio zachowywać w obcowaniu z ludziskami. Pomny nauk Mamusi przedstawiłem Prezydenta mojej Rodzicielce. Szok ogromny mój i Mamy z faktu, że w sumie najważniejsza w Białej postać pokłoniła się nisko staruszce i ucałowała jej dłoń spracowaną życiem. Wiem przecież, że równość płci się szerzy, czyli tak zwane „Gender”[2] i jest przyjęte wszędzie, by bez względu na płeć, podawać tylko rękę. Jedyny naród w świecie całujący dłoń kobiety, to Polacy. Coraz częściej wśród władzy, jest przyjęte, żeby kobiety traktować jak Partnerki nie Damy, czyli uścisk ręki. Na kanwie tych zmian społecznych zachowanie Pana Andrzeja, musicie sami przyznać, musiało bardzo poruszyć starszą Panią, jak również piszącego te słowa. Długo się zastanawiałem, jak to zinterpretować i wreszcie zrozumiałem. My żyjemy na Południowym Podlasiu, a tu właśnie jest bardzo, ale to bardzo rozwinięty szacunek do Matek. Od dziecka mamy wpojone zachowanie genderowskie, że Matka to świętość i szacunek. Nie dziwi, zatem, że mimo władzy społecznej każdy z nas ma swoją zakorzenioną władzę moralną, której się trzymamy i dzięki której przetrwamy.

       Mama powiedziała, że mimo osiemdziesięciu lat obcowania z ludźmi różnego pokroju, obycia i funkcjonowania jest zachwycona kulturą osobistą naszego Włodarza. Pewna jest, że jest dobrego wychowania. Oczywiście proszę nie oczekiwać w myśl „Gender” od mojej osoby podobnego uznania, ale jestem dumny, że kultura osobista w Białej pokazuje czasem swoje prawdziwe oblicza. Panie Prezydencie jestem pełen uznania.        

 


[1]  Ślimaczenie – ślimak, by przemieszczać się mógł po szorstkiej nawierzchni wydziela śluz, maź, która robi powierzchnie śliską i łatwiej jest mu po niej pomykać. W odniesieniu do osoby ludzkiej ślimaczenie oznacza wchodzenie do wnętrza organizmu osoby obcej otworem tylnym, nie mylić z ustami, bo to jest, co innego i kojarzy się z zimą nie ekskrementami. 

[2] Gender (ang. gender, czyt. dżender – płeć, rodzaj gramatyczny), inne określenia to: płeć kulturowa, płeć psychiczna, płeć społeczna, płeć społeczno-kulturowa, tożsamość płciowa – jest to suma cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji, niewynikających bezpośrednio z biologicznych różnic w budowie ciała pomiędzy płciami, czyli dymorfizmu płciowego. Gender, czyli kulturowy komponent tożsamości płciowej, przekazywany jest poszczególnym jednostkom w sposób performatywny (osobisty), czyli poprzez uczenie się, odgrywanie i powtarzanie zachowań innych osób tej samej płci. Na płeć społeczną składać się może np. sposób ubierania się, sposób zachowania, oczekiwane funkcje w ramach społeczeństwa, sprawowana władza itp. Gender odróżnia się tym od płci biologicznej (ang. sex), czyli sumy cech fizycznych i zachowań seksualnych wynikających z odmiennych funkcji i ról obu płci w procesie rozmnażania płciowego – Mary Holmes: What is Gender?: Sociological Approaches. London: Sage, 2007, s. 2-3. –
http://pl.wikipedia.org/wiki/Gender
  08.02.2014 r.

TAJEMNICA POLISZYNELA

„Tajemnica poliszynela – rzekoma tajemnica, o której wszyscy wiedzą, lecz nikt o niej głośno nie mówi. W przypadku `tajemnicy poliszynela` (w przeciwieństwie do otwartej informacji) nikt się nie przyznaje do wiarygodności ani nie żąda weryfikacji. W języku niemieckim istnieje podobne sformułowanie offenes Geheimnis – „otwarta tajemnica”. Jest ono używane przy dżentelmeńskim podejściu do wstydliwych lub kompromitujących spraw. Informacja jest odpowiednio uwzględniana w decyzjach, lecz sama treść nie jest omawiana. Określenie `tajemnica poliszynela` prawdopodobnie wywodzi się z włoskiego lub francuskiego teatru lalek. Poliszynel (wł. Pulcinella, fr. Polichinelle) był garbatą postacią występującą w commedia dell’arte. Charakteryzował się wielką gadatliwością i wciąż rozsiewał plotki. Niby to szepcąc pod nosem, dzielił się wszelkimi informacjami z publicznością. Zatem `tajemnica poliszynela` jest powszechnie znaną wiadomością”[1]. Wprowadzenie z Wikipedii jest konieczne, bo będziemy się zajmować sprawami znanymi wszystkim, ale jakoś dziwnie nikt ich nie porusza i nie omawia, a wręcz przeciwnie udaje, że ich nie było.

Zacznijmy od początku historii jeszcze tak nie odległej, bo z końca dwudziestego wieku. Biała Podlaska była kiedyś województwem. Przynajmniej my starsi o tym wiemy i pamiętamy. Jest nawet głaz w parku radziwiłłowskim stary i oblazły przypominający tamte czasy. Niestety zmiana ustroju przyczyniła się do tego, że miast województwa mamy powiat. Nie to jest jednak przedmiotem moich rozważań. Zmiany organizacyjne były przedmiotem przetargu. I to jest właśnie tajemnica poliszynela, bo za utratę wielkości dostaliśmy „szkolnictwo wyższe”. Autorów sukcesu, jak „poliszynel” donosi jest wielu. Od kacyków partyjnych po działaczy opozycji. Faktem jest, że jedna osoba wypłynęła na fali sukcesu był nią obecny rektor Państwowej Szkoły Wyższej im. Papieża Jana Pawła II prof. zw. dr hab. Józef Bergier. Do sukcesu się też przyznaje rektor drugiej bialskiej uczelni AWF filia Warszawska dr hab. prof. nadzw. Jerzy Sadowski. Spór myślę rozstrzygnie Sławek Hordejuk, który choć z Podlasia to Śląsk umiłował i z tamtych okolic pilnie śledzi, co się w bialskim powiecie święci. Śmiałe wypowiedzi wynikające z odległości czy braku powiazań wewnętrznych? Trudno określić? Niektórzy wiedzą, ale to też tajemnica poliszynela. Czyli województwo mamy załatwione. Młodzieży, przejdźmy do dalszych treści.

Ostatnimi czasy mieliśmy wiele imprez typu „Chwalą nas, wy mnie, a ja was”. Media, celebryci chętnie uczestniczyli w tych tak zwanych kulturalno-oświatowych przedsięwzięciach, bo wyróżniano i była wyżerka. Doceniono ośrodki, przedsiębiorstwa oraz ludzi. Wszystko byłoby w porządku gdybym jeszcze wiedział, kto, dlaczego, co uwzględniał ten, który przedstawiał propozycje do ocenienia i co miał na myśli? Rozumiem zasłużony dla Białej. Zasłużony dla powiatu Bialskiego. Tak, ale czym? Stworzył nowe miejsca pracy. Spowodował, że w Białej żyje się dostatnio. Wypromował naszą okolicę i ściągnął turystów oraz kasę. Nagłośnił w świecie swoje miejsce pochodzenia. Nie, zasłużył się tym, że robi kasę dla siebie, a tworzy kulturę, by się wykazać. Przepraszam, że tak sarkastycznie, ale czy docenieniem działalności dla Białej i jej powiatu jest tylko pochodzenie? Jedynie Kraszewski pisał z umiłowaniem o ziemi rodzimej. Pozostali osiągnąwszy sukcesy wspominają, że tu się urodzili. Pytam się, więc czy jest ktoś taki, który osiągnąwszy sukcesy zrobił coś dla Białej tak, jak jeden, niezbyt słusznej budowy, zrobił dla Włoszczowej?

Biała ma trzech posłów i senatora ze strony odległej, ale się okazuje, że On robi więcej niż tych „Trzech Muszkieterów”. Fakt jeden wybudował obwodnicę Międzyrzeca Podlaskiego, Kocka oraz lotnisko w Świdniku, drugi pisze wiersze i trzyma starostwo, trzeci wspiera senatora i walczy o lotnisko bialskie. Był i poseł, który się też przyczynił do rozwoju Radzynia Podlaskiego i budowy obwodnicy oraz wymieniony już były senator, który postawił na szkolnictwo wyższe, piłkę nożną tylko, że żeńską, o której w Polsce jest głośno, jakoś mniej o Białej. Gdzie są Ci Herosi, Sokoły, którzy zajmując wysokie stanowiska w polityce, biznesie i rządzie zapominają o swoich korzeniach? Szczęśliwi, że się wyrwali z zadupia myślą tylko o karierze. Dlatego czasami trzeba im włazić w dupę, by przy okazji zabłysnąć, jako miasto rodzinne znanego i cenionego człowieka.

Mam moralne prawo to pisać, bo choć stanu społecznego mizernego nie chwaląc się przyczyniłem do znalezienia pracy osobom w Warszawie i wyjazdu na misje wojskową, zagraniczną. Dlatego dziwię się, że nikt nie docenia tych, którzy robią coś dla Białej i jej okolicy nawet, jeżeli jest to z korzyścią dla nich, ale ratują zabytki kultury naszej np. w Cieleśnicy i nawet w swojej nazwie Białą promują. Pomagają chorym dzieciom, promują kulturę i są znani w całej Europie. Od wschodu do zachodu kobiety ubierając, a przecież Basia jest skromna osobą. Podobnie jest z Dworem w Droblinie, tak chętnie promowanym przez „Słowo Podlasia”. Dlaczego nikt tym osobom nie dał „Bialskiego Oscara”? Przecież to Oni ściągają kasę i promują nasze. Pewnie to jest tak zwana tajemnica Poliszynela. Na koniec apel do Bialczan w świecie – „Kochani nie zapominajcie skąd jesteście. Zróbcie z Białej „Las Podlasie”, a myślę, że i pomnik się znajdzie na Placu Wolności, nie tylko honorowe obywatelstwo, nadane przez władze lokalne”.