OAZA WETERANA

         Jak zbłąkany wędrowiec na pustyni szuka oazy, by zdobyć drogocenny nektar przetrwania jakim jest woda, tak my weterani przez ponad sześćdziesiąt lat szukaliśmy dla siebie schronienia i dowartościowania. Przeszła epoka, już w swych założeniach, widziała nasz udział w misjach jako dowartościowanie ponad przeciętnymi zarobkami w obcej walucie. Zresztą nikt z nas nawet nie ośmielił się wychylić, bo to był zaszczyt i wyróżnienie reprezentować Polskę w świecie. Społeczeństwo jedynie wiedziało, że jest misja pokojowa w której uczestniczy nasz kraj i że polscy żołnierze, ci wybrani, oprócz pensji w kraju zarabiają kasę w obcej walucie. Przychodziły zdjęcia z uroczystości, wycieczek krajoznawczych, pięknych widoków i rajskich scenografii. Inaczej mówiąc raj na ziemi. Wyjechali, odpoczywają i jeszcze państwo za to płaci. Istny high live, za ciężkie pieniądze klasy robotniczej. Rzeczywistość była zgoła inna, ale nie można było o niej pisać. Wychyliłby się ktoś ze swoimi problemami? Wątpię, tym bardziej, że jakikolwiek „Stres Pourazowy” kończyłby się pozbawieniem pracy. Wracali nasi misjonarze pokiereszowani przez życie, ale udawali, że jest wszystko w porządku, bo inaczej być nie mogło.

            Demokracja dała przemożną możność mówienia prawdy i pisania o niej. Fakt bycia emerytem daje komfort braku strachu o stanowisko, chociaż tak do końca nie ma wolności słowa, bo jednak trzeba uważać, żeby słowem nie krzywdzić lecz pomagać. Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych ONZ tworzone prawie przez dziesięć lat, pod koniec lat dziewięćdziesiątych ujrzało światło dzienne. Tak jak ustawa o weteranach, która rodziła się w bólach politycznych rozgrywek stworzyła podstawy prawne. Teraz pojęcie weteran, kombatant brzmi dumnie. Dokument, organizacja to martwe twory administracyjne i gdyby nie fakt, że w ich powstanie wiele osób zaangażowało swoje życie, pozostałyby martwe. Dziś mając prawne wsparcie wiemy, rozumiemy i piszemy w imieniu tych wszystkich, którzy wrócili z misji i pisać nie mogą, bo pełnią w dalszym ciągu zaszczytną służbę. Bądź wiek, choroba nie pozwala walczyć o swoje dokonania. Indochiny, Wietnam i udział Wojska Polskiego to w dalszym ciągu nieuregulowana sprawa, którą polityczne przekonania blokują.

        W dniu 21 grudnia 2014 roku w Warszawie na ulicy Puławskiej 6A o godzinie 12.00 dokonała się rzecz ważna dla każdego misjonarza. Zostało otwarte przez Panią Premier Ewę Kopacz i Wicepremiera Ministra Obrony Narodowej Tomasza Siemoniaka Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa. Marcin Ogdowski znany Bloger napisał, że „Centrum – prowadzone przez pierwszego rannego w Afganistanie Polaka, ppłk Leszka Stępnia – ma również bardziej wymierne zadania i cele – misję edukacyjną i doraźną pomoc weteranom i ich rodzinom w potrzebie. Wspominam o tym nie bez powodu – kończy się bowiem moja misja. Przez minione pięć lat blog edukował, ale też integrował środowisko związane z „Polskim Afganistanem”. Magda i Aśka, moderatorki forum, zaświadczą zapewne, że dzięki marce „zAfganistanu.pl” udało się też rozwiązać niejeden realny problem żołnierzy i ich rodzin. Teraz zajmie się tym Centrum. Panie Pułkowniku, Leszku – życzę powodzenia! I służę pomocą w razie potrzeby”. Słowa te najbardziej oddają naszą wiarę, że „Centrum” ma nasze zaufanie, ale jak to w wojsku bywa panie Marcinie zaufanie, zaufaniem, jednak my musimy swoim zaangażowaniem w pracy ich wspierać. Proszę zatem tak szybko z Internetu nie uciekać, bo jak znam życie jeszcze nie raz będzie potrzebna pańska pomoc, tym którzy znaleźli w Panu oparcie, a którego chce ich pan pozbawić kończąc blog o Afganistanie.

          Centrum to nasza oaza na pustyni przepisów, dokumentów, braku zrozumienia gdzie zbłąkany „wędrowca” znajdzie pomoc, zrozumienie i wsparcie. Piękne słowa i chcę wierzyć, że się sprawdzą chociaż jak życie pokazuje, nie do końca. Nie chciałbym, żeby się okazało fatamorganą, która rozczarowując prowadzi do szaleństwa. Chciałbym żeby Ci, którzy znaleźli tam zatrudnienie rozumieli ten ciężar odpowiedzialności jaki na nich został złożony. Weterani, kombatanci to nie statystyka, słupki i numery w katalogach lecz ludzkie życie, które było, jest i będzie funkcjonowało poza granicami Polski. Piękne słowa życzeń świątecznych, łamanie opłatkiem z przedstawicielami środowiska weteranów, w którym się też znalazłem, było zaczątkiem czegoś wielkiego, wspaniałego, które pozwoli, że każdy żołnierz Centrum Weterana będzie uważał za dom do którego warto wracać i zaglądać. Mocno wierzę w to, że kiedyś tak będzie.  

OTWARCIE CENTRUM WETERANA

          „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli ………….” wiersz Władysław Broniewskiego podobno komunisty zaciętego, który z patrioty okazał się  niezbyt wygodnym dla świata współczesnego. Fakt, realia się zmieniły, dziś ten, który był wieszczem i pisarzem dla dzieci okazało się, że krzywdy przez niego wyrządzone są większe niż talent i dorobek pisarski. Ten demokratyczny przewrót, który nastąpił w kraju nad Wisłą popsuł wszystko. Zamiast rewolucji, krwi i rozliczeń, które pozwoliłyby postawić wyraźną kreskę pomiędzy złymi i dobrymi, mamy nijakość. Nieudolne próby lustracji, rozliczeń, interpretacji i mamy dwojakość. Gorsze, że rządzący z tym problemem nie potrafią sobie poradzić czekają, aż czas sprawę „załatwi”.

          Nie chodzi o kombatantów wojen światowych lecz tych, którzy przez czterdzieści pięć lat rządzili niby Polską i Polsce tej służyli. Zwą ich „Komuniści” chociaż komunizmu nigdy w Polsce nie było. Tworzyli polską rzeczywistość przez te wszystkie lata, gnębiąc, mordując, prześladując prawicowego Polaka. Odsuwali na margines społeczny nie dopuszczając do szkół oraz wiedzy. Płaszcząc się przed obliczem „Wielkiego Brata” chcieli ten naród uciemiężyć, ucząc na siłę języka obcego, który obecnie jest atutem intelektualnym nie jednego Polaka. Przez czterdzieści pięć lat gnębieni, na przekór wszystkiemu osiągnęliśmy poziom intelektualny, który analfabetyzm wyplenił. Co robić dziś z nimi?

            Winni są  zaniechania, pokory wobec „Wielkiego Brata”, braku poczucia polskości. Ideologicznie nie do naprawienia. Gdyby była rewolucja wszystko, by rozwiązała. „Element” by się usunęło, a tak trzeba czekać. Nastaną nowe pokolenia, których wiedza nie będzie zawierała historii z okresu „upodlenia”. Nikt nie będzie musiał o tych chwilach pamiętać. Najgorzej być tym młodym, który staje na rozdrożu życia. Wie jak było, bo dorastał i wie jak jest teraz. Najgorsze, że wszystko pamięta te złe i te dobre chwile i nie potrafi się odciąć od tego co było, bo to przecież jego człowieczeństwo. Jego historia życia. Młodzi tworzący historię współczesną patrzą z pewnym zainteresowaniem na „kameleona” oraz odrazą, że potrafi się dostosować. Jednak żyć trzeba i czekać, aż się umrze, wtedy problemu nie ma. Rysunek układanki jest wtedy zgodny z klockami.

            Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa pragnie być ponad podziałami politycznymi, ponad wszystkim co dzieli, a jednoczy środowiska. Tylko jak wspierać tych, którzy w tamtych dziwnych czasach, służyli Polsce innego „środowiska”. Jak docenić tych, którzy, co prawda o pokój walczyli, ale nie obecny, tylko klasy robotniczej. Żołnierz, wojownik, ma za zadanie cel nadrzędny wykonywać rozkazy, w politykę się nie bawić, lecz bronić, chronić, pomagać nie szczędząc zdrowia i życia. Tak było jest i będzie bez względu na kraj i obyczaje. Służyć, jak przysięga nakazuje. Mimo, że później się wszyscy wyprą i pozostawią samych sobie. Ameryka gorzko za to zapłaciła i płaci dalej. Ale jest dziś wielka różnica jeżeli chodzi o weteranów z Wietnamu. Kiedyś plama na demokracji, dziś zrozumiano oddanie. Żołnierz, weteran, kombatant to nie konsternacja i zażenowanie lecz duma, że są osoby, które potrafią nie patrząc na uwarunkowania polityczne, służyć życiem i oddaniem ojczyźnie bez względu jaka by nie była.

            Szkoda, że nie było rewolucji, dziś władza nie musiałaby się starać, by wyjść z twarzą wobec wszystkich tych, którzy służyli z oddaniem w tamtych i obecnych czasach. Boli, że media nas nie widzą, wspomina o nas tylko prasa i czasem jakiś artykuł lub gablota w Centrum Weterana, a przecież przez sześćdziesiąt lat służyliśmy z oddaniem. Żołnierz, policjant, strażak, pracownik cywilny. Czy fakt istnienia przeszło stu tysięcznej armii, ale nie w tej co trzeba epoce ma przejść do zapomnienia? Służyłem ONZ-etowi w nowej Polsce, ale wychowała mnie „Komunistyczna”. Broniłem pokoju nie orężem, lecz błękitną flagą, hełmem i beretem, czy przez to jestem gorszy od szturmana, który walczył w Iraku i Afganistanie? Nie sadzę. Proszę nie zapominać o chłopakach przykutych do masztów w Jugosławii, działaniach w UNPROF-orze, Gruzji, Libanie. Myśmy walczyli nie bronią, a „błękitem” i tego nam nikt nie odbierze.

            Dziwny jest ten czas, kiedy otwieramy nasz przybytek pamięci, spokoju, zrozumienia, a jednocześnie daje się odczuć, że Ci, którzy powinni nas rozumieć przejawiają skłonności do lekceważenia, odizolowania. Powiedziałbym dosadnie, że jesteśmy, jak „coś na tylnej części ciała”, ale nie wypada. Moją inicjatywą do Pani Premier się zbliżyliśmy na spotkaniu opłatkowym, bo za nami jest przeszło półwieczna historia. Młodzi jeszcze mają czas na dowartościowanie. Chcieliśmy być blisko, chcieliśmy być zrozumiani. Wydaje się, że Pani Premier to zrozumiała, ale czy wszyscy i czy do końca?

            Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych ONZ to historia, którą chcieliśmy przeforsować bez względu na politykę i uznanie. Osobiście przy otwarciu zrozumiałem, że trzeba nam godnie odejść. Dlatego zwracam się z uprzejma prośbą do Pani Premier, by Pani pozwoliła nam znaleźć się tam gdzie nasze miejsce, czyli wśród kombatantów czasu przeszłego. Naszym miejscem jest Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, oczywiście jeżeli nas przyjmie. Zróbmy kolegom miejsce, Combattre – tak trzeba.           

ZIELONE LUDZIKI

          „Mundur – charakterystyczny jednolity dla danej formacji wojskowej ubiór żołnierza. W języku polskim określenie to pojawiło się w XVIII w. i pochodzi z języka francuskiego – la monture lub niemieckiego – die Montur. Mundur wojskowy we współczesnym znaczeniu tego słowa pojawił się na przełomie XVII i XVIII w., choć jego geneza jest znacznie dłuższa. Pierwsze elementy umundurowania żołnierzy można już zauważyć w wojskach starożytnych Starego Państwa Egiptu, Babilonu, Asyrii, Persji. Podstawową cechę munduru, czyli jego jednolitość, można łatwo zauważyć na wizerunkach tych wojsk. Za pierwszy mundur można uznać strój noszony przez oddziały Gwardii Nieśmiertelnych perskiej dynastii Achemenidów Nowożytny mundur wojskowy wywodzi się natomiast z XV-wiecznych ubiorów noszonych w gwardiach królewskich i książęcych zachodniej Europy. W ubiorach tych dominowały barwy heraldyczne – czerwień, biel, zieleń, błękit i rzadziej czerń. Podobnie w XV wieku ujednolicono ubiory milicji miejskich, które były formacjami paramilitarnymi, lecz w razie wojny stawały się formacjami wojskowymi służącymi do obrony miast”. Tyle historii zaczerpniętej z Wikipedii.

          Mundury były kolorowe, z nastaniem wieku XIX, jako pierwsi Amerykanie w czasie wojny amerykańsko-hiszpańskiej wprowadzili mundury w kolorze ochronnym – khaki. Kolor maskujący wprowadziły też inne kraje. Jedynie Francja, do czasu I wojny światowej i w początkowym jej okresie używała barwnych mundurów (granatowych kurtek i czerwonych spodni), ta barwność ubioru przyczyniła się do faktu, że Francuzi ponosili duże straty. Postęp, którego warunkiem jest dostosowanie się do zmieniającej się sytuacji pola walki oraz okoliczności spowodowały konieczność wprowadzenia mundurów w barwach ochronnych. Czyli rozgraniczenia „czasu pracy” i „czasu wolnego”. Powstały dwa rodzaje mundurów: mundur polowy w barwach ochronnych, w tym pustynnych i mundur wyjściowy, który często zachował tradycyjne elementy z dawnych mundurów tradycyjnych. Archaizmem tamtych lat jest zachowany do chwili obecnej strój papieskiej Gwardii Szwajcarskiej, który powstał na początku XVI w. i zachował się z niewielkimi zmianami do chwili obecnej. Współcześnie mundury dzielimy na:  mundury polowe, wyjściowe, galowe oraz wieczorowe. Mundury polowe, tak jak ubiór roboczy, są wytrzymałe, a ich kolorystyka odpowiada zasadom maskowania na polu walki, by cel, czyli wojownik był trudniejszy do wykrycia i zniszczenia. Kiedyś nie miało to znaczenia. Żołnierz był mięsem armatnim, który ginął w „Grach Wojennych” prowadzonych przez monarchów. Jak mówiłem postęp zmienia realia, już dziś żołnierz to bardziej android uzbrojony w egzoszkielet lub pancerz wspomagany elektroniką niż mundur. Trudny do wykrycia, unieszkodliwienia i z nad ludzką siłą. W dobie „Zielonych Ludzików” mundur staje się narzędziem nie wyróżnikiem określonej społeczności. Czyli mundur to nieokreślona wartość moralno-etyczna tylko strój, który każdy może włożyć, by łatwiej było mu zabijać? Pytanie wbrew pozorom nie jest łatwe, bo i realia polityczno-militarne XXI wieku się zmieniają.

        Uczono mnie, innych, pokolenia wcześniejsze, że mundur to wyróżnienie, zaszczyt, honor przynależenia do grupy społecznej, środowiska noszącego jednolity strój, jako obrońcy wartości najwyższych: wiary, honoru oraz patriotyzmu. Czyli bycia tym, który dla dobra innych, wolności nie szczędzić będzie zdrowia ani życia.  Zawirowania historii pokazały, że nikt koloru, kroju, fasonu ubioru swojego się nie wstydził, a jeżeli zhańbił lub „splamił” swym zachowaniem lub nieposzanowaniem mundur, ponosił największą karę w działaniach wojennych, czyli karę śmierci. Nawet w okresie pokoju wszystkie światowe nacje do munduru mają szacunek i poważanie. Przepraszam miały. Okazuje się, że Krym został zajęty przez siły zbrojne niewiadomego pochodzenia, a walki na wchodzie Ukrainy prowadzą grupy paramilitarne prorosyjskie. Można powiedzieć, że etos wieków runął, że zbiór idealnych wzorów kulturowych (ideałów), jasno określonych oraz zaangażowanych w realizację tych wzorów zachowań uwidaczniający wartości danej grupy oraz kształtujący oraz odtwarzający styl życia, przepadł. Liczy się efekt, skutek, a nie identyfikacja z określoną strukturą. Najgorsze jest to, że została zaprzepaszczona najważniejsza wartość powiązanie z „korzeniami” społecznymi, czyli patriotyzm, jako utożsamianie się z ojczyzną.

            Od dawna były jednostki specjalne, które działały anonimowo, ale nigdy nie było sytuacji prowadzenia kampanii wojennych przez nieznane stronom siły zbrojne. Mundur nie jest określnikiem formacji, czy struktur, lecz ubiorem do prowadzenia działań wojennych. Każdy może go włożyć, by się ukryć przed rozpoznaniem i zniszczeniem przez siły przeciwnika. Mundur dziś to narzędzie ochrony przed śmiercią, nie wyróżnik przynależenia do struktur wojska. Włożenie munduru do niczego nie zobowiązuje. Taka moda. Czy to znaczy, że munduru nie musimy szanować? Kochani, mundur, jako strój jest ubiorem, przystosowanym do poruszania się w terenie i jako taki ma temu służyć i służy. Mundur oznakowany przestaje być anonimowy. Reprezentuje struktury, organizacje osoba nosząca mundur oznakowany jest jej członkiem, staje się jej reprezentantem i podlega wszystkim uregulowaniom prawnym wynikającym z przynależności do niej. Dlatego mundur polowy polski ma miniaturki flag polskich, z oryginalnymi kolorami i z kamuflażem. Dale tego są korpusówki, odznaki pułkowe, oznakowania formacji, naszywki, stopnie i koloryt. Taki mundur jest pełen wartości etyczno-moralnych, które każdy powinien rozumieć.

           Wszyscy, którzy oznaczą mundur określonymi insygniami określającymi ich status przynależenia do określonej struktury prawnej ponoszą odpowiedzialność przed prawem, obywatelami i Polską. Klasy mundurowe, stowarzyszenia „Strzeleckie” czy grupy paramilitarne, które tworzą organizację muszą działać w myśl prawa, prawo te reprezentować. Zabawa w wojsko, wbrew pozorom, jako integracja środowiska bez uregulowań prawnych staje się tworzeniem struktur „zielonych ludzików”, z którymi mamy do czynienia na wchodzie Europy. Cieszy bardzo, że Ministerstwo Obrony Narodowej doceniło fakt zaangażowania społecznego w problematykę pro obronną, ale to wymaga też działania, naprawdę poważnego. Wierzę, że mundur, jako wartość ideologiczna ponownie znajdzie uznanie społeczne. Noszenie munduru zobowiązuje, pamiętać  o tym warto.           

DESODERM DOROTY SOBOLEWSKIEJ PRZESTRZEŃ SYLWI KALINOWSKIEJ I PIĘKNE FEMINISTYCZNE PODEJŚCIE DO ŻYCIA

        Miałem już o tym nie pisać, bo ukazało się tyle pięknych artykułów w Słowie Podlasia, Biała24.pl, BiałaTV.pl czy w Radio BiPer. Tym bardziej, że tyle własnych doznań przesłoniło piękno, które dane mi było oglądać. Wernisaż w piwnicach lokalu o tradycjach w swej nazwie przedwojennych to pomysł Pani Doroty Sobolewskiej. Trzeba przyznać trafiony. Fascynuję się sztuką, historią sztuki i ogólnie rzecz biorąc wszystkim tym co dostarcza przeżyć intelektualnych. Znawcą nie jestem, ale potrafię odróżnić piękny landszafcik od przekazu emocjonalnego. Pięknie pani Sylwia mówi o swoich obrazach, autoportretach, emocjach i doznaniach. Stworzony przez moją osobę film na Youtube

ze zdjęć, które wykonałem chyba najbardziej uwiarygodnia moje przeżycia i doznania. Myślę, że nie wiele się różnią od pozostałych przekazów. Trzeba mieć tak zwaną boską iskrę talentu, by wyrazić siebie w jakimkolwiek przekazie. Czytam na stronach Radia BiPer, że czas był dla niej lekarstwem, prace zmieniały się, tworzyła cykle tematyczne. Były akty kobiece. przesycone intymnością, lecz jak to Radio BiPer pisze, „dzięki grze niedopowiedzeń dalekie od wulgarności, emanują ciepłem i liryzmem. Artystka secesyjną kreską, zwiewnym błękitem, impresjonistycznym niedopowiedzeniem stara się wydobyć z kobiety subtelność, wyrafinowanie i dumę. Jej celem jest uwidocznienie na obrazie piękna zmysłowości drzemiącego w każdej kobiecie”. Tekst pięknie napisany chociaż w niektórych momentach sprzeczny ze sobą. Mógłbym się zgodzić z secesyjną kreską i zwiewnym błękitem, ale impresjonizm tu już nie pasuje, gdyż na kolorze generalnie bazuje. Subtelność nigdy w życiu nie idzie w parze z wyrafinowaniem i dumą. Widziałem zmysłowość, rozsądek, charakter, temperament, ciepło i radość oraz urok kobiecości, która emanowała z każdego portretu i obrazu. Osobiście zafascynowały mnie oczy. Uważam, że oczy są obrazem duszy, szczególnie kobiecej. Nie zawiodłem się, chociaż miałem niedosyt. Nie zauważyłem „Oczu Szeroko Zamkniętych”. Kobieta, takich oczu nigdy nie zobaczy, trzeba być mężczyzną, by dostąpić takiego zaszczytu i w tym jest nasz męski tryumf. Jest to przepiękny widok nieomal w swej treści bliski „Szału Uniesień” Podkowińskiego. Panowie wiedzą o czym mówię, jeżeli spotkali taką kobietę w swoim życiu.

            Dowiedziałem się też, że częstym tematem prac pani Sylwii jest przyroda. Ważki, oddane z fotograficzną wręcz precyzją oraz bliskie impresjonizmowi łąki okolic Parku Krajobrazowego „Podlaski Przełom Bugu”. Nie widziałem, ale przeczytałem o tworzeniu czarno-białej grafiki. Jednak obecnie wyłącznym tematem są postacie kobiet malowane na starych deskach, które pochodzą z kresowych chat. Ten ostatni temat jest dość nowym i oryginalnym pomysłem. Polega on na połączeniu naturalnego piękna starego drewna, na które przez lata oddziaływała przyroda z naturalnym pięknem kobiecej urody. Słyszałem tylko, że korniki strasznie nocą hałasują i czy przez to, te deski z czasem się nie rozpadną. Przepraszam pani Sylwio, ale nabywczynie przed tym właśnie ostrzegały. Fakt, że ślady po ich działaniu nadają patyny i uroku. Jednak wolałbym je poddać „konserwacji” długoterminowej. Chyba, że to już przebrzmiały temat i tworzywo jest już odpowiednio zagruntowane.

            Wracając do wernisażu, chciałbym wnieść protest. Jak taka piękna, zmysłowa kobieta może w swej twórczości ograniczyć się do pejzażu, ważek, kobiet, a całkowicie zapomnieć o gatunku męskim. Czyżby to był Feminizm? Czyżby ród męski nie był godny uwiecznienia. Rozumiem, artyści zawsze woleli malować kobiety, ale kobieta artystka raczej zawsze powinna malować mężczyzn. Nasze akty, siła, urok osobisty. Twarze pełne wyrazu i piękna. Harmonii, uczuć to rzecz wręcz fascynująca. Osobiście jako pierwszy zgłaszam się na modela, ale tak tylko do piersi, bo brzucha malować nie dam.

            Kończąc mój, krótki felieton chciałbym potwierdzić te wszystkie słowa uznania i zachwytu, ale jednocześnie zachęcić do stworzenia obrazów i portretów „płci brzydką” potocznie nazywanej, bo niestety żaden facet się nie odważy taki wernisaż stworzyć. Utrzymując w mocy swoją ofertę serdecznie zachęcam do owocnej pracy przy wyrażaniu uczuć, męskich twarzy. 

UCZYĆ POLSKOŚCI

            Wydaje się wszystkim, że to prosta sprawa, przecież każdy z nas jest Polakiem. To jak Polaka uczyć polskości? Przecież to bezsens, przecież już z samego urodzenia jesteśmy Polakami. Mamy obywatelstwo polskie z dniem urodzin, bo mamy dokument, który świadczy, że się urodziliśmy w Polsce. Czyli jestem Polakiem. Pytaniem jest – czy to wystarczy? Jeszcze za okupacji Niemcy wywozili dzieci o włosach koloru blond do Rzeszy, by zrobić z nich „Rasę Panów”, czystych aryjczyków, chociaż krwi nie oszukasz ma swoje korzenie. Dziecko można ukształtować, wychować, zaadoptować wiele rodzin semickiego pochodzenia oddały dzieci w czasie drugiej wojny światowej rodzinom polskim, by je uratować przed holokaustem. Dziś jeszcze odnajdują swoich bliskich na ziemi izraelskiej. Prosty wniosek, że sam fakt urodzenia nie świadczy o polskości. Chociaż genów nie oszukasz.  Polakiem trzeba być, czuć i rozumieć, a tego niestety uczymy się przez wychowanie, kształtowanie i zrozumienie. Wielu twierdzi, że żeby być dobrym Polakiem wystarczy mówić po Polsku, chodzić do kościoła, być katolikiem i zamieszkiwać kraj nad Wisłą. Oczywiście gnębić „odmieńców”, innowierców, protestantów oraz ateistów, a przede wszystkim tych, którzy inaczej myślą niż my, czyli „Prawdziwi Polacy”. Dlatego 11 listopada ruszamy w Warszawę, aby światu pokazać, że Polak potrafi walczyć o swoje przekonania i tożsamość narodową.

            Wielbiciel i kontynuator przesłań człowieka polskiego, ułomnego, charakternego, despoty, ale zakochanego w polskości, Marszałka Józefa Piłsudskiego się pytam – Czy my, jak Niemcy uważamy się za rasę panów, że tylko Polska jest dla Polaków? Nie ma miejsca dla odmieńców, heretyków, politycznych parchów, którzy inaczej rozumują pojęcie demokracji niż my „Nacjonaliści”? Tak, to jest właśnie nacjonalizm, który w wydaniu niemieckim prawie całą Europę zniszczył. Czy my mamy być tacy sami? Kocham wartości narodowe, kocham hymn polski, który mówi w swych słowach o tęsknocie i poświeceniu dla Polski, o empatii (wrażliwości) narodu, który słowami ojca mówi do Basi z nadzieją, że to nasi biją w tarabany. Czy te patriotyczne nadzieje nasze mamy rozmienić na fanatyzm, nienawiść, kombinatorstwo, hipochondrię niezadowolenia i narzekań? Pytam się Was kochani – Czy to Polska właśnie?

            Uczę wspaniałych młodych ludzi z Akademickiego Liceum Ogólnokształcącego przedmiotu „Bezpieczeństwo Narodowe”, kładąc nacisk na poczucie więzi narodowej, poczucie polskości. Uczę empatii na tożsamość narodową, nie fanatyzm i nacjonalizm, lecz bycie uczciwym, wrażliwym kochającym swój kraj Polakiem. Poszanowania symboli państwowych, tradycji, wiary i honoru, wartości, które uległy dewaluacji. Dziś utożsamianie się z Ojczyzną to wartości wirtualne, prawie fikcja, którą postęp techniczny i brak kwalifikacji tych, którzy tego uczą, unicestwia. Likwidacja struktur i szkolnictwa pro wojskowego stwarza niszę, którą zajmują osoby przejawiające entuzjazm, a nie fachowe przygotowanie. Młodzież się garnie, bo chce być jak ich koledzy z lat dawnych przygotowani służeniu ojczyźnie, bo polskość, jak już wspomniałem na początku mego felietonu, mamy nie tylko w wychowaniu, ale jak się okazuje we krwi, genach przekazaną. Ubolewam, że niektórzy uczniowie z moich klas prostych spraw związanych z wychowaniem, dyscypliną, frekwencją i wyszkoleniem nie potrafią zrozumieć. Mam nadzieję, że ten felieton ich zmobilizuje. Cieszy mnie, że mogę Wam przekazywać patriotyczne wartości.