„BIESZCZADY 2015”

     „Marsz weterana” pierwsza w Polsce zorganizowana przez weteranów-kombatantów Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych (SKMP) ONZ impreza turystyczna mająca na celu integrację środowiska tych, którzy byli, wrócili i możliwe, że będą na misjach pokojowych pod patronatem Organizacji Narodów Zjednoczonych. My nie dzielimy, lecz łączymy środowisko, społeczność polską i międzynarodową w idei współpracy, integracji, działalności na rzecz pokoju na świecie. Cel, który nam przyświeca to stworzyć społeczność, której głównym przesłaniem jest wolność i pokój, jako dobro nieodzowne dla każdego człowieka. Zaprosiliśmy weteranów poszkodowanych, weteranów, kombatantów misji pokojowych z Polski i zagranicy, wszystkich służb, grupy paramilitarne, strzelców. Wszystkich, którym mundur, sprawność fizyczna czy zwykła ludzka potrzeba spotkania się w środowisku tych, którzy potrafią zrozumieć, że „Weteran, Kombatant, człowiek zaangażowany w sprawy pokoju i obrony ojczyzny to brzmi dumnie. Bycie takim człowiekiem to zaszczyt”. Spotkaliśmy się w Smereku „Niemczukówka” w dniu 23 kwietnia 2015 r.

         „Marsz Weterana – BIESZCZADY 2015” to wydarzenie historyczno-turystyczno-krajoznawcze, którego celem było utrwalenie i podkreślenie konieczności zachowania pamięci o ofiarach II wojny światowej i okresu powojennego. Upamiętnienia miejsc historycznych wydarzeń, czynów zbrojnych i innych form działalności niepodległościowej, męczeństwa i represji, a także upamiętnienia osób związanych z tymi wydarzeniami. Przybliżono i pokazano młodzieży, kombatantom, weteranom piękną bieszczadzką przyrodę oraz wydarzenia historyczne, które spowodowały, że ziemia ta spłynęła krwią ludzką w wyniku nacjonalistycznych działań strony polskiej i ukraińskiej.

       Bieszczady okresu II wojny światowej i lat powojennych to obraz represji ze strony OUN-UPA. Aktów przemocy, wyniszczenia obywateli polskich, żydowskich, protestantów, katolików którzy od wieków wspólnie zamieszkiwali ludne tereny południowo – wschodniego Podkarpacia. Bieszczady to też teren działań odwetowych Ludowego Wojska Polskiego zakończonych operacją „Wisła”. Bieszczady przesiąknięte są krwią i tragedią ludzką.

     Weterani, kombatanci misji pokojowych, którzy od ponad sześćdziesięciu lat uczestniczą w misjach pokojowych z ramienia ONZ, walcząc o utrzymanie pokoju na świecie nie mogą być obojętni na bolesne rany narodów w trudnych latach wojenno-powojennych. Piękno „Bieszczadu” nie może zacierać pamięci tych, którzy chcieli tylko żyć w pokoju w wolnej Polsce. Każdy Polak młody czy stary musi mieć świadomość, że są miejsca na tej pięknej ziemi, w których posiadanie tożsamości narodowej  oznaczało oddać życie. Oni zasłużyli na pamięć i my to przypominamy.

       Wprowadzić w czyn słowa nie jest rzeczą prostą. Jest w narodzie naszym taki opór materii polegający na tym, że decydenci lubią sukcesy nie lubią porażki. Idea „Marszu Weterana” na terenach polskich zrodziła się na Słowacji w Smrekovicy w 2012 roku. Zarząd Główny poparł idee, a swój akces do realizacji zgłosili koledzy z koła krakowskiego oraz radomskiego pod patronatem Prezydium Zarządu Głównego. Skończyło się na planach, bo niestety z przyczyn formalnych Ministerstwo Obrony Narodowej projekty odrzuciło. Jest dziwną sprawą, jak to było w czasach wojny światowej, że ludzie prą do działania, góra wykazuje się rozsądkiem. Wiele pomysłów nie ujrzało, by dnia dzisiejszego gdyby nie „doły”. Bydgoszcz z nadaniem imienia szkoły „Misji Pokojowych ONZ”, sztandaru oraz ronda im. ONZ. Sztandar stowarzyszeniowy w kole w Jarosławiu. Nadanie imienia oraz sztandaru szkole w Międzyrzecu Podlaskim „Żołnierzy Błękitnych Hełmów”. Spotkania z młodymi i promocja wystawy „Wojsko Polskie w Misjach poza granicami Państwa”. Podpisywanie umów współpracy z klasami mundurowymi np. w Siedlcach i Radomiu. Konkursy literackie w Opolu. Szkolenia i uczenie młodzieży patriotyzmu i wiedzy obywatelskiej. Piękny pamiątkowy medal Koła Akademickiego AON „Gwiazda Weterana” i wreszcie po latach niemożności „Marsz Weterana – BIESZCZADY 2015”, który mimo nacisków z góry, obietnic oraz odizolowania doszedł do skutku. Niemożność można zwyciężać!

       Wiara ludzi, przekonanie oraz zaangażowanie przenosi góry. Osamotnieni w swych staraniach koła dopięły celu. Koło nr 34 SKMP ONZ w Ostrowie Wielkopolskim z prezesem Jackiem Bilkowski, Koło nr 45 SKMP ONZ w Radomiu z prezesem Edwardem Kowalewskim, Koło nr 49 SKMP ONZ w Wałczu z prezesem Grzegorzem Murynem, Koło nr 43 SKMP ONZ w Białej Podlaskiej z prezesem Arturem Arteckim. Duchowego, merytorycznego oraz czysto ludzkiego wsparcia w trudnych chwilach rezygnacji udzielał płk dr Jerzy Banach z koła Nr 5 Wrocław. Nie było nas wielu, ale Sparty też broniło tylko trzystu i przeszli do historii. Dwadzieścia dwie osoby z wymienionych kół oraz sympatycy naszego stowarzyszenia przecierali szlak inicjatywy „Działania” nie opowiadania o przeszłych czasach. Z uznaniem spotkali się koledzy; Cezary Jawoszek, który jako stary bieszczadnik rozweselał nas muzyką swej gitary oraz kolega Janusz Szywała, który mimo odległości (Norwegia) przyjechał by weteranów bieszczadzkich wspomagać.

    Koleżanki, Koledzy dzielnie uczestniczyli w bieszczadzkich wędrówkach, których urozmaiceniem były ćwiczenia wojsk polskich i kanadyjskich na szlakach bieszczadzkich wędrówek. Cieszyliśmy się uznaniem i poszanowaniem wojska obu nacji zazdroszcząc im wspaniałej kondycji fizycznej. Pogoda dopisała, nastroje też i mimo, że tragedia spartańska źle się zakończyła to „Marsz Weterana – BIESZCZADY 2015” można uznać za sukces.

          Wielkie podziękowania składamy prezesowi SKMP ONZ gen. bryg. w stanie spoczynku Stanisławowi Woźniakowi, który mimo swojej nieobecności wspierał nas medialnie. Dziękujemy wójt Gminy Cisna Pani Renacie Szczepańskiej, która zaszczyciła nas swoją osobą i rozpoczęła marsz. Dziękujemy gospodarzom Niemczukówki Małgosi i Wiesławowi Niemczuk, którzy zapewnili godne warunki egzystencji po trudach włóczęgi. Dziękujemy Koleżankom, Kolegom, że zaszczycili nas swoją obecnością, by „Marsz Weterana – BIESZCZADY 2015” mógł przejść do historii z godnością.          

TO TYLKO BLUES

        Chciałoby się powiedzieć, ale to nie jest tylko „blues”, to wrażenie, odczucie, zauroczenie, to jest muzyka po której nie zaśniesz szybko, bo energia cię rozpiera i pobudza emocje. Mimo bogatego w wydarzenia dnia niedzielnego przepełnionego podróżami, odległościami, pogodami nie mogłem sobie odpuścić udziału w VIII edycji Biała Blues Festival, który odbył się 19 kwietnia w auli AWF w Białej Podlaskiej ul. Akademicka 2. Festiwal miał rozpocząć się o godz.17.00. Moja skromna osoba dotarła do Białej o 15.30. Szybki tusz, smakołyki obiadokolacji serwowane przez małżonkę i pełna gotowość trzydzieści minut przed czasem.

       Niedzielne popołudnie małego miasteczka na wschodzie to puste ulice, cisza, smutek budzącej się wiosny. Każdy w swoich pieleszach regeneruje się na poniedziałkowy początek kolejnego tygodnia „wyścigu szczurów”. Ruch na parkingu przed budynkiem AWF świadczy, że jednak chętnych na bluesowe wrażenia nie jest wcale tak mało. Godzina 17.00 a drzwi zamknięte. Nawet panowie Prezydenci ustrojeni w pokorę czekali dobre piętnaście minut na początek. Artyści uznali, że swój kunszt artystyczny należycie rozgrzali i dostąpiliśmy zaszczytu wejścia na salę wykładową bialskie sportowej Alma Mater. Temat wykładu „VIII Biała Blues Festival” tylko, że zamiast wykładu muzyka słuchaczy rozgrzewa.

     „Blues (ang. smutek, rozpacz, chandra, melancholia) – gatunek muzyczny oraz forma muzyczna wywodząca się ze społeczności Afroamerykanów z południa USA (tzw. głębokie południe, ang. Deep South)” tyle Wikipedia. Współcześnie „blues” to raczej pojęcie w odniesieniu jako synonim słowa „opowieść” w kontekście tytułów utworów literackich, filmów czy różnych gatunkowo piosenek. Inną komercyjną karierę słowo „blues” zawdzięcza filmowi „The Blues Brothers” oraz sieci obiektów usługowo-handlowych „House Of Blues”. Inną nie mniej istotną, a może najważniejszą interpretacją słowa „blues” używaną często instrumentalnie i retorycznie, jako wydmuszka (przenośnia, wygląda jak jajko, a jednak nie to samo), jakże jednak użyteczna w społecznej komunikacji w ramach wspólnotowości, która „wytworzyła” cieszący się u nas powodzeniem emblemat pojęciowy bluesa – „energetyczność”. Bo przecież jest to muzyka, która „dostarcza nam energii”, „ładujemy nią nasze akumulatory”. I chociaż lista gatunków muzycznych, którym przypisuje się podobne właściwości jest dłuższa, trudno to wybić z głów tym, którzy z upodobaniem łączą bluesa z „energetycznością”. Do których i ja się zaliczam.

       VIII edycja Biała Blues Festival była odmienna od poprzednich. Chociażby dlatego, że wystąpili na niej tylko polscy wykonawcy oraz co trzeba uznać za novum zaprezentowali się na nim w większości bialscy muzycy. Trzeba przyznać, że była to dobra dawka niezłej muzyki, zróżnicowanej, ponieważ każdy z wykonawców to odmienny „stan świadomości”. Przebieg koncertu podzielonego na trzy etapy to wyścig instrumentalny z upływającym czasem i wytrzymałością słuchaczy. Przyznam się szczerze, że najbardziej męczyły mnie przerwy. Muzyka działała, jak wspomniałem wcześniej energetyzująco, jak najlepszy dopalacz. Nie zachowując chronologiczności lecz uznanie świata muzycznego warto wspomnieć, że w festiwalu udział wzięła jedna z najlepszych polskich wokalistek bluesowo-soulowo- jazzowych Ewa Uryga z anielskim głosem i wspaniałą nutą melodyczną kunsztu artystycznego, z towarzyszeniem bialskiego Jazz Trio oraz gościnnym udziałem znakomitego saksofonisty Adama Wendta, który przemieszczając się po sali wykładowej zachwycał solówkami na saksofonie. Zmęczonego emocjami obudziło ogniste boogie woogie z dodatkiem czarnego bluesa wykonywane na dwa fortepiany z sekcją rytmiczną i solidnym wokalem przez ceniony nie tylko w Polsce (amerykanie też ich oglądali i słuchali) zespół Boogie Boys chłopaków z Poznania, którzy szaleli wręcz na scenie „ujarzmiając” fortepiany i kontrabas, a także nasz bialski znany wokalista Janusz Maleńczuk z zespołem Silk z programem poświęconym pamięci legendarnego gitarzysty i wokalisty Gary’ego Moore’a.

         I tu chciałbym się zatrzymać. Nasze chłopaki, bo Siedlce to prawie Biała, naprawdę świetnie zagrali. Szczególnie mnie zachwyciły solówki Andrzeja Maleńczuka, brata Janusza, na styl i wzór Gary`ego oraz fascynujący saksofon Tomasza Rogalskiego. Sam Janusz Maleńczuk, to myślę duma i chluba naszego bialskiego świata artystycznego. Przyjemnie było chłopaków posłuchać.

       Właściwie można uznać, że festiwal to udana sprawa. Jedynie można się przyczepić, że jednak sala wykładowa AWF to nie miejsce na takie doznania. Musiałem strasznie się bronić sam przed sobą, by nie otworzyć pulpitu siedziska i nie udawać perkusisty. Jeżeli chodzi o publikę może wypadałoby, by była bardziej pobudliwa, bo przecież to energetyzująca muzyka. Wielki pokłon i uznanie oraz podziękowanie dla Jarka Michaluka, że chce się mu chcieć nas zaskakiwać wspaniałą muzyką i wspaniałymi artystami. Od siebie dodam, że jego kontrabas to przednie doznania. VIII Bialski Blues Fesival można uznać za „turbodoładowanie” – Tak trzymać.     

DOŚWIADCZENIE

        Zaintrygował mnie tekst koleżanki z Facebooka. Sylwia zaskoczyła mnie swoimi przemyśleniami. Wydawałoby się, że artystka, malarka potrafi wyrazić siebie swoimi pracami, obrazami. Wprawiła mnie w zadumę tekstem. Tekstem tak przepełnionym emocjami, że nie sposób przejść nad nim obojętnie.

    „Czasami dotykają nas doświadczenia, z których nigdy się nie wydostaniemy. Będą pląsać w głowie jak mantry. My na zawsze mamy to, co przeżyliśmy wewnątrz nas samych… Nie da się uciec. Można się pogodzić….   zdawać sprawę. Można spijać konsekwencje… wyprzeć z pamięci…. można uczynić tak wiele… Ale zawsze to co robiliśmy z naszym doświadczeniem jest miernikiem nas samych. W tym miejscu zaczyna się nasz świat”.

      Prawie trzydzieści osób to polubiło. Dwa komentarze, że piękne, wrażliwe, że ładne. Przeleciałbym pewnie nad wpisem dając laika, ale zastanowiło mnie coś więcej. Zdjęcia przedstawiające wnętrze z obrazami, obrazy pięknych kobiet i pustka. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież w domu, jeżeli robię zdjęcie swojego mieszkania raczej jest tak, że nie ma nikogo. Gdyby nie komentarz – „Nic się nie dzieje……”. Oba fakty łącząc poczułem bliskość z tą osobą. Zrozumiałem, że czuje, krzyczy, lecz nikt tego krzyku nie słucha. Bo jest taki piękny. Zachwycamy się treścią, pięknem rozumiemy wenę twórczą, nie staramy się zrozumieć drugiego człowieka. Zachwyca nas sztuka. Forma wyrazu, przekaz, zastanawiamy się, co autor chciał powiedzieć. Zastanawiamy się, dlaczego to jest takie ładne. Nie zastanawiamy się, że z obrazów bije uczucie. Intrygowały mnie oczy ich głębia i piękno. Budziły niepokój, intrygowały nie potrafiłem zrozumieć. Nastąpiło olśnienie, ale potrzebowałem tekstu Sylwii, by je wreszcie zrozumieć. Z oczu tych bije samotność, smutek i piękno duszy w nich zaklętych. Są dla mnie jeszcze bardziej bliskie. Bije z nich doświadczenie.

        Prawdą jest, że życie nas nie pieści, że cały czas nas doświadcza. Idziemy naprzód potykając się o ludzi, często padając, zbieramy siły, by powstać. Idziemy w przyszłość. Zostają rany, które się goją i blizny, których nic nie usunie z naszego jestestwa. Te bolesne, ale jednocześnie tak ważne, że nie chcemy się z nimi rozstać. Drugie straszne, ale dające nam oparcie w fakcie, że potrafiliśmy im sprostać. Wciąż naprzód. Jedni po trupach, drudzy padają, by schować się w nicości i egzystować. Inni piękni w swym bólu, bliznach i ułomnościach szlachetniejemy, jak diament, który zmienia się w brylant, krzycząc jestem i chcę zostać. Wrażliwość, tak obca, a jednocześnie tak potrzebna. Empatia, dostępna tylko tym, co czują, cierpią, kochają i dla niej potrafią zmierzyć się ze światem. Wiara, że nie jesteśmy sami, że jesteśmy cząstką tego świata, że są ludzie, którzy tak samo czują. Te doświadczenia zbierane przez życie czynią często z nas samotnych, a jednocześnie wzbogacają nasze wnętrze i trzeba tylko krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć, by ktoś nas zrozumiał.

         Słowa i obrazy Sylwii, może to moja nadinterpretacja, dotyczą wielu z nas. Każdy z ma swoje Termopile, Weronę czy Waterloo. Nie ma nic za darmo i o to chodzi jedynie, by naprzód wciąż iść śmiało, chociaż dochodzi nie tam gdzie iść się chciało. Zostanie po nas jedynie kamień z napisem tu leży taki, a taki, każdy z nas jest Odysem, który wraca do swej Itaki. Tak pisał Staff i trzeba przyznać miał rację. Błądzimy po tym łez padole z nadzieją, że jesteśmy stworzeni jakimś ważnym celom. Mija życie i się okazuje, że cel był, idea też, lecz jakoś dziwnym trafem zapomniano o nas lub los zadrwił okrutnie, bo po nas tylko ten kamień, kilka rzeczy, które stworzyliśmy i dzieci. Zapomniałem, najważniejsze – pamięć.

        Dziwne w tym świecie jest to, że się pamięta rzeczy złe dobre szybko uciekają w niepamięć. Pamiętamy zboczeńców, morderców, fanatyków oraz tych, którzy pogrążyli ten świat w rozpaczy. Zapominamy tych, którzy tworzyli ten świat lepszym. Taka jest natura nasza i nie możemy z tym walczyć. Warto jedynie być dobrym dla najbliższych i tych, którzy nas kochają, bo dzięki nim nasze słowa, myśli, czyny przetrwają.

          Zbierajmy doświadczenia, zbierajmy je wszystkie te dobre i złe, bo dzięki nim stajemy się lepsi, bardziej ludzcy. Dobrze mieć wspomnienia, bo kiedyś na starość siedząc w domu gdzieś z boczku, by rodzinie nie przeszkadzać, wspominać, że jednak się ciekawie żyło. Tyle uczuć, przeżyć, wrażeń, osób wzbogaciło nasze ja,  że nie taktem, by było o nich zapomnieć i nie pamiętać. Zamiast smucić się,  warto sobie powiedzieć, że fajna to rzecz, że się było. Ciekawie żyłem i tyle uczuć wokół siebie miałem, które zawsze pamiętam. Dzięki doświadczeniom zrozumiałem, że żyć warto. Głowa do góry i zbierajmy doświadczenia one nas uszlachetniają.

 

PASSION, PASJA, NAMIĘTNOŚĆ

        Szukałem w Internecie zrozumienia pojęcia, które od jakiegoś czasu nęka mnie i nie daje spokojnie egzystować. Wiąże się to pewnie z faktem obejrzanego filmu „The Passion of the Christ” Mel Gibsona z 2004 roku. W szoku byłem, kiedy znalazłem tłumaczenie w Wikipedii, że „passio” to po łacinie – cierpienie, męka. Odsyłam do słownika, w którym znalazłem, że po łacinie passio to pasja, a cierpienie to passus. Męka też brzmi inaczej, bo torture. Faktu to nie zmienia, że film zrobił na mojej osobie niesamowite wrażenie, chociaż oglądałem go kolejny raz. Myślę, że reżyser i wspaniały aktor chciał nas uczulić na: uczucia, doznania, przeżycia, wrażliwości, namiętności na pasję. Byśmy przeżywali, czuli nie odbierali i interpretowali fakty, lecz zrozumieli doznania. Strach, nienawiść, miłość, poświęcenie, wyrzuty sumienia to uczucia tak potężne, że potrafią wznieść nas nad poziomy, a zarazem pogrążyć w przepaści rozpaczy i umęczenia. Pasja to nie tylko zafascynowanie się przedmiotem swoich zainteresowań. Pasja to coś więcej, to choroba, która czyni nas wielkimi lub podłymi i nikczemnymi. Granica dobra i zła po przeciwnych biegunach. Ekstremum dobra, szczęścia, miłości to dzięki pasji, namiętności jesteśmy w stanie osiągnąć szczęście i sens życia. Być wielkimi w swych uczuciach i dobroci. Pasja podparta gniewem, fanatyzmem, złością, zazdrością pcha nas do nikczemnych i złych czynów, które rujnują nasz spokój wewnętrzny, zatruwają nasze życie skłaniają do kłamstw i wyparcia. Pasja ukazuje nasze nieludzkie oblicze, pokazuje nasze słabości. Pasja, jako namiętność, miłość, zafascynowanie przenosi góry czyni nas szczęśliwymi. Wydawałoby się, że tak przeciwległe ekstrema są sobie odległe w przypadku pasji to moment, chwila, błyśnięcie, które od szczęścia przenosi nas w rozpacz w jednej chwili. Pasja to szczęście i utrapienie ludzkości. Bez pasji nie można żyć, taka jest nasza natura.
     Rozumiem przesłanie Gibsona, rozumiem dramaturgię filmu, rozumiem poświecenie i cierpienie. Rozumiem miłość i wiarę, rozumiem nasze ułomności i tylko mam pytanie – na jak długo? Na jak długo po świętach Wielkiej Nocy jesteśmy w stanie pamiętać, jak bardzo jesteśmy wielcy i jak bardzo jesteśmy ułomni? Jak długo? Uciekamy przed cierpieniem, przed krzywdą, przed drugim człowiekiem i aż potrzeba świąt w swym przesłaniu tragicznych, a jednocześnie radosnych, które dają nam nadzieję, budują w nas przekonanie, że dzięki poświęceniu jednego człowieka winy będą nam przebaczone, byśmy zrozumieli – na tydzień. Nasza wrażliwość ma krótkie korzenie. Wieki doświadczeń uodporniły nas na cierpienie, żal i rozpacz drugiego człowieka. Nasza psychika nie jest w stanie sprostać zbyt długo trwającym przykrym doznaniom. Dopada nas rutyna, zobojętnienie i trzeba świąt Wielkiej Nocy byśmy znów stali się wrażliwi. Byśmy przeżywali cierpienie i radowali z faktu niezniszczalności życia. Film ten w swej brutalności i przesłaniu chyba bardziej dociera do naszej świadomości niż słowa, kazania, przemowy o tym jak umiłowano człowieka, by tak się poświecić. Chciałbym, by pasja (wrażliwość, namiętność, uczucia) nigdy nas nie opuszczały, bo dzięki nim rozumiemy, co to cierpienie, rozpacz i miłość. Bez pasji świat byłby ubogi i nieciekawy. Nie potrafilibyśmy kochać. „Jesteście moimi przyjaciółmi. Nie masz większego umiłowania niż oddanie życia za przyjaciół swoich”. Niech będzie – PASSION.