UZDRAWIANIE EMPATYCZNOŚCI

         Pewnie dzisiejsza sobota byłaby jednym z kolejnych dni mijającego miesiąca gdyby nie zaproszenie Doroty Sobolewskiej na otwarcie w nowej lokalizacji gabinetu kosmetyki estetycznej ART SPA „Desoderm”. Oczywiście wiedziałem i znałem historię powstania gabinetu i jego twórczej działalności na niwie damskiej i męskiej urody. Gabinet funkcjonował w dawnym budynku straży pożarnej, a obecnie restauracji „Skala”. Wiedziałem, że prowadzi go Dorota wspierana przez Janusza i grono przyjaciół. Wiedziałem, że artystycznie uduchowia Sylwia. Nie wiedziałem, jak to zaściankowy mężczyzna, że może poprawić mą duszę i wygląd. Trzeba było zaproszenia bym doznał oświecenia zaglądając na stronę internetową
https://desoderm.pl/o-nas/
„Niewiele jest w naszym kraju takich miejsc, gdzie łączy się terapię ciała z terapią duszy. W Białej Podlaskiej takie miejsce istnieje. Naszym celem jest stworzenie przestrzeni, w której sztuka wspiera terapię wierzymy, bowiem, że sztuka ma uzdrawiającą moc, a człowiek, który z nią obcuje czuje się lepiej”.

        Punktualnie o godzinie szesnastej stawiliśmy się z moim wsparciem estetyczno-intelektualnym, czyli małżonką wspólnie w nowym lokalu na ulicy Sapieżyńskiej 2 lokal 11 w Białej Podlaskiej. Podaję dokładnie, a nuż może ktoś chciałby poczuć się inaczej. Boli mnie i mierzi, że my tutaj na Południowym Podlasiu tak bogaci wewnętrznie, intelektualnie nie potrafimy korzystać z osiągnięć cywilizacji, z której świat korzysta i to wcale tak niedaleko, bo tak gdzieś o miedzę, w Warszawie. Z jednej strony aspirujemy do światowych elit z drugiej tłamsimy się w stereotypie zaszłości. Rozumiem, że jesteśmy tradycjonalistami i trzymamy się doświadczeń poprzednich pokoleń, ale nikt nie będzie na nas czekał, musimy nadążyć. Trzeba być na topie. Gabinety fryzjerskie, malowanie paznokci, fryzury niczym z Hollywood, Cannes, San Remo, a słoma wygląda z obuwia, sukien i obycia. Świat się dowartościowuje w gabinetach psychologicznych, masażu, SPA (sanus per aquam – zdrowy przez wodę), chociaż niektórzy też tłumaczą, że o Spa można mówić wtedy, kiedy dochodzi w czasie wolnym do relaksu, rozluźnienia, odnowy pod względem fizycznym i psychicznym, a człowiek ma możliwość dobrej zabawy. Świat się cieszy, a u nas trzeba pokolenia, by mądry człowiek zrozumiał, że to konieczne dla ciała i duszy.

       Nowy Gabinet Doroty zachwyca nie wielkością i przestronnością, ale sprzętem i ciepłem artystycznym, jakie wytwarzają prace Sylwii Kalinowskiej, oczywiście kobiety, jako materiał twórczy prac malarskich, nad czym ubolewam, bo tak troszeczkę czuję się niedowartościowany, jako płeć brzydka. Myślę, a wręcz pewien jestem, że w tym wszystkim królować będzie też muzyka, jako kolejny element oddziaływujący, jak śpiewał Michał Bajor w piosence „Ogrzej mnie” „Memu ciału wystarczy trzydzieści sześć i sześć, mojej duszy potrzeba znacznie więcej …..”, na naszą psychikę i ciało. Tak trudno przezwyciężyć przyzwyczajenia i stereotypy, ale już rzymianie pisali i mówili, że w zdrowym ciele zdrowy duch, a kobieta pięknieje, kiedy czuje, że się ją pielęgnuje, masuje i pieści. Niestety panowie wanna z hydromasażem nie wystarczy, a wasz męski wir jest zbyt samczy. Kobiety potrzebują czuć się piękne i wypoczęte. Cały świat wie o tym tylko nie na Południowym Podlasiu. Nie trzeba jednak jechać do Warszawy czy nad Riwierę Francuską, wystarczy pójść do Doroty. Czego Państwu z całego mego serca życzę.

 

„NIECH ŻYJE BAL ……”

          Czwarta sobota stycznia 2016 roku godzina 18.30, bo już o tej porze pojawili się pierwsi goście, chociaż bal rozpoczynał się o godz. 19.00. Sala konferencyjna byłego urzędu wojewódzkiego w swych gabarytach i akustyce nie za bardzo nadawała się na przestrzeń balową, ale okazuje się, że domniemania są często mylne. Pierwszy atut to parkiet. Trudno dziś znaleźć tak duże pomieszczenie z naturalnym drewnianym parkietem. Chociaż niewoskowany i niewypolerowany świetnie spełnił swoją rolę podłoża tanecznego. Ciężkie ciemne kotary skutecznie oddzieliły dużą powierzchnię okienną od uczestników tańców. Wywyższona scena z oświetleniem oraz sprzętem akustycznym stworzyła wrażenie koncertu-balu, w którym wszyscy chętnie uczestniczyli. Wysoko pod sufitem klimatyzacja mimo potężnej przestrzeni konferencyjnej świetnie sobie dawała radę z przeszło dwustu osobową ekipą skutecznie wydalającą z siebie nadmiary energii, dwutlenku węgla i innych oparów tak charakterystycznych dla imprez zbiorowych. Symetrycznie rozstawione stoły ekip zabawowych, mimo bliskiego sąsiedztwa, nie naruszały przestrzeni intymnej, która w trakcie czasowego rozwoju sytuacji coraz bardziej się zawężała. Nie zauważono objawów agresji, a wręcz przeciwnie stonowanego zainteresowania zarówno w stosunku do płci pięknej, jak i przeciwnej. Suto zastawione stoły przeróżnymi produktami kuchni polskiej serwowanymi przez ekipę Pani Celiny zachęcały do masowego spożycia i zabawy. W kuluarach balowych dominował stół szwedzki (w nazwie niepasujący do balu) wypełniony kuchni domowej produktami przez wszystkich nazywanymi – „swojskimi”. Nie zabrakło też produktów o określonej ilości zawartości alkoholu potocznie określanymi nalewkami, których o dziwo wystarczyło do końca biesiady. Ciast przeróżnych, kawy, herbaty według uznania i satysfakcji dam i płci męskiej dla ogólnego zadowolenia w formie samoobsługowej na stołach się pojawiło świadcząc, że Polak potrafi. Nad wszystkim królował i panował zespół muzyczny „Passat” z Januszem Maleńczukiem. Może niektórzy pokuszą się o porównania z weselem (nie mylić autorstwa Wyspiańskiego), ale klimaty raczej były bardziej współczesne, nowoczesne, no i pary młodej nie było. Jeżeli ktoś inaczej uważa – to już jest nadinterpretacja. Repertuar muzyczny, prowadzenie to taki wręcz majstersztyk połączenia koncertu i balu. Chłopcy się sprawili i każdemu dogodzili. Świadczyły o tym tłumy na parkiecie. Bal uświetniony pokazem tanecznym umiejętnie prowadzonym, budującym napięcie przez Panią Elę. Loterią fantową z atrakcyjnymi nagrodami w tym z nagrodą główną pobytu weekendowego w SPA za tysiąc złotych. Wyborem królowej balu po konkursie kwiatowym (obsypanie wybranki tulipanami za pięć złotych sztuka), która w nagrodę została obdarowana niebieską szarfą „Królowa Balu 2016”, wycinaną z kartonu koroną oraz książeczką „Ogrody” poświęconą twórczości nieżyjącemu od dwudziestu lat Bazylemu Albiczukowi. No, ale nie o nagrody tu chodzi tylko prestiż i fakt, że sam prezydent wyróżniał. Koronację na siłę można skojarzyć z oczepinami, ale to już jak wspomniano nadinterpretacja. Trudno określić treść rozmów i spotkań kuluarowych jednak dało się odczuć wyraźną tendencję do konsolidacji środowisk, a co za tym idzie integracji społecznej, na której tak bardzo zależało organizatorom wydarzenia. Oczywiście „Złotego Rogu” i „Chochołów” nie zauważono i nikt nie namawiał do jakiegoś społecznego zrywu, nie mniej jednak dało się odczuć, że styczniowe reminiscencje narodowe oprócz zwykłej kulturalnej zabawy funkcjonują w narodzie. Przykładem, uczczenie minutą ciszy pamięci po zmarłym honorowym bialczaninie Bogusławie Kaczyńskim. Bialski Bal Karnawałowy przeszedł do historii i wszyscy mają nadzieję, że nie był to ostatni. W każdym razie nikt nie śpiewał „Miałeś ……..”.         

STYCZNIOWA PAMIĘĆ KONIECZNA

      „Powstanie styczniowe – polskie powstanie narodowe przeciwko Imperium Rosyjskiemu, ogłoszone manifestem 22 stycznia 1863 wydanym w Warszawie przez Tymczasowy Rząd Narodowy, spowodowane narastającym rosyjskim terrorem wobec polskiego biernego oporu. Wybuchło 22 stycznia 1863 r. w Królestwie Polskim i 1 lutego 1863 r. na Litwie, trwało do jesieni 1864 r. Zasięgiem objęło tylko ziemie zaboru rosyjskiego: Królestwo Polskie oraz Ziemie Zabrane”[1]. Jakże suche i konkretne sformułowania nieoddające polskiego oddania i walki o niepodległość. A przecież było największym polskim powstańczym zrywem narodowym. W swej istocie i formie, jako wojna partyzancka, w której stoczono ok. 1200 bitew i potyczek. Przez oddziały powstania styczniowego przewinęło się około 200 000 ludzi. Jednak chłopstwo nie było gotowe poprzeć „pańskiego” zrywu, a wręcz odwrotnie niszczono i mordowano szlacheckie rody i domostwa.

        Powstanie styczniowe jest szczególnie ważne na Południowym Podlasiu, bo tu w okolicach Białej przelewano krew za Polskę. Każdy Polak, bialcznin wie, kim był ksiądz generał Stanisław Brzóska, naczelny kapelan Powstania Styczniowego. Ksiądz generał, który urodził się 30 grudnia 1832 w miasteczku Dokudów koło Białej Podlaskiej w rodzinie szlacheckiej, herbu Nowina. Został ochrzczony w farze św. Anny w Białej Podlaskiej, tak niedaleko Czosnówki jakby ktoś nie wiedział. Studiował medycynę na Uniwersytecie św. Włodzimierza w Kijowie. Pobierał nauki w Seminarium Duchownym w Janowie Podlaskim. Jako wikariusz w Sokołowie Podlaskim głosił patriotyczne kazania nawołujące do walki o polskość. Za głoszenie prawd wywrotowych aresztowany 27 listopada 1861 r. przez Rosjan, naczelnika rosyjskiej żandarmerii Haszczyńskiego został osadzony na dwa lata w twierdzy w Zamościu. Ze względu na zły stan zdrowia po trzech miesiącach pobytu w twierdzy wychodzi na wolność za wstawiennictwem namiestnika Królestwa Polskiego, hrabiego, generała Aleksandra Nikołajewicza von Lüders.

        Po wybuchu Powstania Styczniowego, ksiądz generał zostaje powołany na naczelnika władz powstańczych w Łukowie. Tymczasowy Rząd Narodowy, który powstał w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku mianuje księdza Stanisława Brzóskę w dniu 22 lipca 1863 roku generałem i kapelanem Wojsk Powstańczych. Z własnym oddziałem powstańczym bierze udział w bitwach z Rosjanami: Pod Sosnowicą w dniu 4 marca 1863 r. zostaje ranny w nogę. Pod Siemiatyczami w dniach 6 i 7 lutego 1863 roku między rosyjskimi oddziałami dowodzonymi przez gen. Zachara Maniukina, a polskimi oddziałami powstańców płk. Walentego Teofila Lewandowskiego, uczestnika Powstania Węgierskiego w Legionie Polskim generała Józefa Wybickiego, płk. Romana Rogińskiego i kaliszanina Władysława Romana Cichorskiego -„Zameczka”. Woskrzenicami, Gręzówką, Włodawą i Sławatyczami. Pod Sosnowicą (19 sierpnia) i Fajsławicami (24 sierpnia).

      Mimo, że jest księdzem, kapelanem, uczestniczy w walkach zbrojnych. W końcu 1864 r. „ostatni powstaniec”, nazywany też „najwytrwalszym partyzantem Podlasia”, jest zmuszony się ukrywać. Zdradzony i aresztowany został stracony w dniu 23 maja 1865 r. na rynku w Sokołowie Podlaskim w obecności dziesięciotysięcznego tłumu. Brzóska był ostatnim powstańcem, który utrzymał się w Królestwie aż do późnej wiosny 1865 r. Ostatnie słowa generała „Żegnajcie bracia i siostry i wy małe dziatki. Ginę za naszą ukochaną Polskę, która przez naszą krew i śmierć”.

       Szkoda, że te ważne rocznice dla ziem podlaskich odchodzą w zapomnienie, a przecież dotyczą rodzin naszych. Mój pradziad Jan Pac został zesłany na Syberię za powstanie styczniowe, by podzielić los czterdziestu tysięcy Polaków tam zesłanych. Pomnik upamiętniający tamte wydarzenia, kiedyś tak hołubiony, dziś ukryty za ekranem akustycznym, niewidocznym czeka na pamięć potomnych o tamtych chwilach. Ważne jest by tę pamięć przekazywać. W dniu dzisiejszym 22 stycznia 2016 r. w sto pięćdziesiątą trzecią rocznicę wybuch powstania młodzież klasy drugiej mundurowej Akademickiego Liceum Ogólnokształcącego Państwowej Szkoły Wyższej im. Papieża Jana Pawła II zapaliła symboliczny znicz ku pamięci tych, którzy oddali swoje życie za polskość.     

ŚWIĘTO TRZECH KRÓLI

          Święto Trzech Króli tak oficjalnie jako święto kościelne obchodzimy od pięciu lat. Oczywiście wcześniej obchodzono, ale w czasach budowy rozwiniętego socjalizmu zostało w roku sześćdziesiątym usunięte z kalendarza. Prezydent Komorowski przywrócił je 19 listopada 2010 r. ustawą ogłoszoną w Dzienniku Ustaw 26 listopada 2010 r. Dzień Objawienia Pańskiego jest dniem wolnym od pracy. Jak z pewnością Państwo wiecie jednym z elementów obchodów święta jest wizyta duszpasterska i wykonywanie napisu nad drzwiami, który w ogólnie przyjętej wiedzy pochodzi od inicjałów imion Trzech Mędrców, którzy przybyli oddać pokłon nowonarodzonemu Jezusowi w stajence w Betlejem (tak na marginesie teren w Betlejem jest raczej górzysty i osobiście byłbym skłonny napisać, że urodził się w jaskini pod Betlejem). Byli to Kacper, Melchior i Baltazar. (K, M, B). Imiona Trzech Króli posłużyły za wytłumaczenie symboliki tego znaku, jaki po wizycie duszpasterskiej pisane są nad drzwiami. Nie jest to jednak prawda. Napis ten wykonywany świadomie i ze czcią w postaci: „C+M+B 2016” (nie przez „K”), ma swoje łacińskie pochodzenie: „Christus Mansionem Benedicat” i oznacza „Niech Chrystus Błogosławi ten dom”. Jest on jak najbardziej pożądany w naszym obejściu domowym.

      Święto Trzech Króli to także procesje, pochód mędrców, którzy symbolizują pokłon nowonarodzonemu zarówno części świata pogan, jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych. Przedstawienie Mędrców (Magów), Królów jako trzech osób, z których jedna jest czarna, druga młoda, a trzecia stara, którzy przybyli się pokłonić nowonarodzonemu dziecięciu symbolizuje fakt, że wśród takiej rodziny ludzkiej narodził się Chrystus ze swą misją, a ona (ludzkość) w swych przedstawicielach przybyła z różnych stron, aby złożyć mu hołd. Ta uniwersalność zbawienia, ponad wszelkimi podziałami, zaakcentowana jest poprzez samą nazwę święta oraz wysoką rangę w Kościele powszechnym. Młodzież wspaniale to przyjęła, wszak jest wolne chociaż często w środku tygodnia. Nam ogłupiałym przez minioną epokę minione pięć lat to taka fajność prezentu wolnego dnia podarowanego  społeczeństwu.

          Osobiście obchody Święta Trzech Króli spędziłem w drodze, po pięknej krajobrazowo ziemi Radzyńskiej, w poszukiwaniu „Króli”. Wielkim moim zaskoczeniem było, kiedy w oddali wśród pól zimowych pojawili się jeźdźcy. Było ich co prawda dwóch, ale na pięknych koniach i w bogatym przebraniu. Zapytali – „Jak dojechać do Betlejem”. Okazało się, że ci wspaniali panowie wracali do swojej stadniny z uroczystości w Radzyniu Podlaskim. Jakiś akcent był, myśmy też się do tego przyczynili, bo chociaż nas było czterech nie trzech, ale też pamiętaliśmy, że jest święto „Trzech Króli”. Te dwadzieścia kilometrów przez bezkres pól zimowych dało namiastkę poczucia piękna i marności naszego istnienia w porównaniu z przyrodą. Jak to się mówi – „Był las, jest las, będzie las, ale nie będzie nas”. Wierzcie mi, nic przyjemniejszego, jak iść przed siebie w lekkiej zamieci śnieżnej we wspaniałym towarzystwie, rozważając relacje damsko-męskie w odniesieniu do doświadczeń osobistych z przeszłości wiedząc, że przecież nikt się nie dowie i że to wcale nie jest istotne, ale dowcipne oraz wesołe.

          Święto Trzech Króli, jak już wspomniałem ma nam uzmysłowić fakt, że nie liczy się bogactwo, młodość czy mądrość. Wszyscy jesteśmy równi wobec Siebie, Boga i liczy się to w istocie jakim jesteś człowiekiem i czy widząc odbicie w lustrze jesteś gotów patrzeć na to oblicze z czystym sumieniem. Oczywiście, jeżeli je masz?     

BIEG NOWOROCZNY? RACZEJ NORDIC WALKING

         Zaprosiłem przyjaciół z Radzynia Podlaskiego na rozpoczęcie roku 2016. Mamy plany z Krzysiem, by w 2018 roku wybrać się do Nepalu na trekking w ramach akcji „Polskie Himalaje 2018”. Plan kształtował się już tak od dziesięciu lat i dopiero akcja dała szansę jego realizacji. Jak wszyscy wiemy 11 listopada 2018 roku świętować będziemy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Do wielu uroczystości i wydarzeń, jakie będą organizowane – Polski Związek Alpinizmu oraz Polski Związek Lekkiej Atletyki przy współudziale Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki, Fundacji Himalaizmu Polskiego im. Andrzeja Zawady, Polskiej Agencji Prasowej, Polskiego Radia i Telewizji Polskiej, zamierzają włączyć wyjątkowy projekt - Polskie Himalaje 2018. Trekking prowadzić będzie do bazy pod Everestem (5365 m n.p.m.). Uczestnicy wyruszać będą z Lukli w grupach (8-12 osób) w towarzystwie tragarzy i pod kierunkiem wybitnych alpinistów oraz przewodników. Już dziś taką deklarację złożyli m.in.: Anna Czerwińska, Leszek Cichy, Piotr Pustelnik, Krzysztof Wielicki, Dariusz Załuski czy wspinający się lekarz Robert Szymczak.

        Pokonanie trasy spokojnym tempem zajmie ok. tygodnia. 1 listopada, w Dzień Wszystkich Świętych, będzie możliwość uczestnictwa we mszy św. w intencji polskich himalaistów. Po niej grupy rozpoczną marsz do Lukli, skąd nastąpi odlot do Katmandu i dalej do Polski. Przewidywany termin powrotu do Warszawy to 8-9 listopada. Czyli na obchody Święta Niepodległości zdążymy. Plan ambitny i kosztowny, ale przecież trzeba realizować marzenia. Moim od lat jest zobaczyć na własne oczy „Koronę Świata”. Kasę miesięcznie odkładam, a kondycję zaczynam budować. Przeszkadza jeszcze nadmiar wagi, ale dzięki Krzysiowi i takim imprezom Klubu Biegacza „Biała biega” mam nadzieję, że za dwa lata kondycja będzie wyśmienita.

     Bieg Noworoczny w naszym przypadku Nordyc Walking zapoczątkował Nowy Rok sportowo nie licząc Sylwestra, ale to się nie liczy, bo był na „dopalaczach”. Mróz -14 stopni powodował, że musiałem wrócić po polar. Krzysztof nas rejestrował. Ma dwudziestokilkominutowa nieobecność skutkowała znieczuleniem przyjaciela kolan. Po marszu stwierdził, że nareszcie odtajał. Ja wyplułem płuca, a On odtajał. Ciężka czeka mnie praca. Impreza króciutka, bo pięciokilometrowa, ale tak szybka, że się zastanawiałem, po co kolegom kijki? Krzysztof mnie przekonał, że do nadawania tempa uderzeniami o podłoże. Raz, raz, raz, raz, raz, no może trochę szybciej. Na pewno nie do odpychania. Chodzę, przecież chodzę i technicznie dobrze. Pokonuję, co drugi dzień, na razie, trzynaście kilometrów i czuję się z tym wyśmienicie. Tempo przyspieszam i już nawet średnia około sześć kilometrów na godzinę, ale żeby zasuwać jak motorowerek? Muszę sprawę przeanalizować i zaciągnąć wiedzy w Internecie czy coś takiego ma jeszcze jakieś cechy wspólne z Nordic Walkingiem? To tylko tak na marginesie liczy się przecież przede wszystkim ruch i oby tak przez cały rok.

         Mimo mrozu, zimna osób było wiele. Przekrój wiekowy zachwycał od młodzieży po no takich, jak ja dojrzałych osób. Nikt się nie obijał i gnał przed siebie. Nawet Białoruś, Radzyń Podlaski i Łuków zawitał, który nawet był organizatorem. Kilka zdjęć i media nas pokazały. Szkoda tylko, że zabrakło medali. Gdyby było cieplej na pewno byłbym pierwszy. Tak to tylko stwierdziłem, że muszę szybciej stukać kijkami.  

SYLWESTROWE SZALEŃSTWO

           Chyba tak to można nazwać. Jolanta stanęła na wysokości zadania. Nawet Pan prezydent zaszczycił obecnością, co prawda wybył, ale wrócił. Jola zachwyciła bogactwem potraw i wspaniałością muzyki. Zespół „Sway” w nazwie jak tej z filmu „Shall we dance” grał wspaniale, polecam. Wróciłem (nie wiem, jak, ale wróciłem) do domu, by obudzić się nad ranem w postawie siedzącej na wersalce w muszce i garniturze, włącznie z obuwiem. Nawet nie próbowałem wyjaśniać, co i jak, wiedziałem, że przeholowałem. Nie potrafię się bawić z ograniczeniami. Jestem, albo nie jestem szczególnie w Nowym Roku. Wiem, a przynajmniej się domyślam, że poszedłem na całość, ale jak nie pójść, kiedy się okazało, że było trochę sympatyków mojej osoby, których z pewnością rozczarowałem. Niestety nie pamiętam. Kolega Jerzy z Wrocławia pewnie powie, że mam problem. Mam, a jak lubię alkohol i jeżeli nikogo nie krzywdzę (mam nadzieję, prawda?) świetnie się z tym czuję. Wierzcie mi, chciałem być tak na topie. Elegancki, szarmancki, we best i pewnie taki byłem, ale zostałem porwany w towarzystwo, którego face and face nie znałem, ale które wspaniale mnie ugościło. Garnitur w komplecie, dokumenty też, czyli poza słownymi karambolami, których nie autoryzuję, było OK.

           Podobno wchodziłem Panu Prezydentowi w d…..ę. Nie pamiętam, ale jeżeli tak było to przepraszam, to alkohol mi wszystko pomieszał. Mimo wszystko jestem jednak tradycjonalistą i dlatego małżonka się do mnie nie odzywa. Podobno blond włosy ukochałem i to do tego zagraniczne. Możliwe, nie pamiętam. Poznałem wspaniałych ludzi, nie wiem tylko czy oni są zachwyceni. Ugościli, napoili i do żony odprowadzili. Byłem przeszczęśliwy nawet do domu nie chciałem wracać. Niestety kobiety mnie zgwałciły i odwiozły w domowe pielesza. Fajne jest to, że mimo godzin rannych nikt nie zatrzymywał i nie kazał się określić czy jestem za, czy przeciw. Jestem oczywiście za wolnością spożywania trunków wyskokowych we wspaniałym towarzystwie. Przeciw jazdy samochodem w stanie wskazującym na spożycie. Kocham moją ojczyznę bez konieczności iścia w Polskę. Kocham media, konstytucję, trybunał też kocham, kocham życie. Przeraża mnie tylko ta późna godzina pracy. Nocą kochani to ja odpoczywam i proszę bardzo nie mieszajcie mi w głowie. Takie galimatiasy to tylko w filmach. Na marginesie wspomnę tylko i przyznam się szczerze, że horrorów nie znoszę. Wolę komedie. Jak chcę się pośmiać Sejm sobie włączę. Lepszego kabaretu nie ma na świecie. Płacę, a co płacę i tego sobie żądam. Nie jakieś nudy na pudy ma być intersująco. Przyznacie, że jest ciekawie zwłaszcza ten mecz do jednej bramki. Bardzo mnie to cieszy nie lubię niespodzianek. Przynajmniej wiadomo, jaki będzie wynik. Jak to się mówi „Sąd, sądem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

         Wracając do Nowego Roku uprzejmie informuję, że piszę. Nie wiem, jak długo, ale postaram się istnieć. Chyba, że „sprawiedliwość społeczna” mnie dopadnie i przestanę funkcjonować. Dopadł mnie syndrom cofnięcia. Nie wiedziałem, jak żyć? Śmiać się czy płakać? Cieszyć się czy rozpaczać? Płynąć, czy unosić się na wodzie? Miałem nadzieję, że Nowy Rok mi podpowie. Chyba to było dobre rozwiązanie, bo nawet kac mnie nie dopadł tylko opamiętanie. Przecież to moje życie, mój kraj, ma Polska i nie można patrzeć z boku, jak ktoś próbuje mi mówić, jak mam żyć, jak rozumieć, jak istnieć. Wiele można zarzucić demokracji, że jest spolegliwa i czasami żałosna, że jest sprzedajna jak dama lekkich obyczajów, ale też jak w dzisiejszym filmie „Pretty Women” potrafi być charakterna. Bardzo demokrację szanuję, kocham. Dlatego moi kochani nie zadam wam pytania – Jak żyć Pani/ie Premier, Prezydencie? Wiem i będę się tego trzymał. Do siego Roku życzę, tak na marginesie, od dzisiaj.