HISZPAŃSKIE KLIMATY

         Fajnie jest, kiedy ktoś sprawia ci prezent. Takim świątecznym prezentem były zakupione przez dzieci bilety na przelot tam i z powrotem z Warszawy do Alicante w Hiszpanii. Zostałem tylko poproszony o udział w przedsięwzięciu wynoszący czterysta złotych, a o resztę mam się nie martwić. Pewnie gdyby ktoś obcy wystąpił z takim planem wybuchnąłbym śmiechem, że chce mnie naciągnąć na kasę, bo celu nie znałem, ale kiedy proszą dzieci przez żonę, uległem. Pod choinką znalazłem bilety na przelot do Hiszpanii na tydzień, w okresie ferii zimowych, oczywiście z małżonką. Okazało się, że koleżanka z lat szkolnych przebywa na stałe w Walencji, a dokładnie niedaleko Catral dwadzieścia kilometrów od Alicante i zaprosiła nas na tydzień. Tydzień się nadarzył właśnie w ferie, które w tym roku w województwie lubelskim przypadały na drugą połowę stycznia. Wydawało się, że to żadna różnica gdy lecisz w ciepłe kraje, a Hiszpania szczególnie południowa, do nich się zalicza. Realia, okazało się napisały swój scenariusz.

         Zimowy poranek siedemnastego stycznia br. godziny wczesnoranne i przejazd z centrum Warszawy na lotnisko w Modlinie. Pierwszy raz tu gościłem i muszę przyznać robi wrażenie. Dokładne zadupie z dużym parkingiem, za który trzeba płacić słono. Ja zapłaciłem sto sześćdziesiąt złotych za siedem nocy. Duża  nowoczesna hala z prawej odloty, z lewej przyloty. Waga przy okienkach z boku pokazała, że mam nadwagę w bagażu dwa kilogramy, a za kilogram dziesięć euro. Całe szczęście jest mała torba na bagaż podręczny i mieścimy się w limicie. Przejście przez odprawę to horror. Dziesięć lat minęło jak ostatnio latałem, dlatego byłem w szoku kiedy mi nakazano: zdjąć buty, wyjąć wszystkie rzeczy z kieszeni, pasek, elektronikę, kurtkę, bluzę i myślałem, że jeszcze spodnie, ale bez tego się obyło. Byliśmy odprawieni i oczekiwaliśmy prawie dwie godziny na wylot. Godzinę zgodnie z wytycznymi stawiliśmy się przy „wrotach”, ale coś się stało i zamiast pół godziny przed odlotem siedzieć w samolocie, z przyczyn o których pasażerowie nie powinni wiedzieć, nastąpiło piętnasto minutowe opóźnienie.

            Samolot jak samolot dość przestronny. Wszystkie, no prawie wszystkie miejsca zajęte i wśród pasażerów dostrzegam znajome twarze. Kieruję uwagę żony, która tylko stwierdza, że dawno już zauważyła. Trzy siedzenia z przodu zajęli miejsca „kabareciarze”. Krzysztof i Leszek zajmowali fotele przez nikogo nie rozpoznani. Wątpię, ale taki jest nasz naród od uwielbienia do ignorancji. Wystartowaliśmy i mimo protestów osoby siedzącej obok, jak tylko było można poleciałem z biletem po autograf. Chłopaki miło zaskoczeni złożyli swe podpisy na dokumentach wierzcie mi nie finansowych. Trzy godziny lotu, dość miłe lądowanie z przygłuchem i byliśmy na miejscu. Temperatura przychylna gdzieś około szesnastu stopni, co w porównaniu z minus dwa w Warszawie znacznie poprawiła nastroje. Oczekiwali nas Dolores i Roberto bardzo uradowani z naszego przybycia. Przejazd około trzydziestu minut i wylądowaliśmy na ulicy związanej z Indykiem niedaleko Dolores prowincji chyba Alicante. Cabania z basenem, palmami i grysem zastępującym trawę tworzyły piękny widok hiszpańskiej daczy. Serdeczne przywitanie i rozlokowanie się, by spokojnie rozpoznać się w okolicy i sytuacji. Gospodarze serdeczni i przyjaźni pokazują swoje domostwo. Mnie osobiście zachwycił podgrzewany sedes z podmyciem i wysuszeniem po opróżnieniu, ale to jak z tym góralem, którego nie stać było na samochód, ale takie drzwi to se kupi i pomyślałem o domu. Temperatura, która miała spadać i zapowiadane deszcze nie zachęcały do ablucji w basenie przy temperaturze dziewięciu stopni wody. Z boku domu były schody na taras, który był jednocześnie dachem domostwa i rozejrzałem się wokoło. W kierunku wschodnim zobaczyłem Serra de Crevillent [sɛra de kɾeviʎent]. Sierra de Crevillente to pasmo górskie w Systemie Baetic, w południowej Hiszpanii. Pasmo rozciągające się w okolicach Murcji i prowincji Alicante. Najwyższym szczytem jest Sant Gaietà o wysokości 835 metrów, w pobliżu miasta Crevillent. Patrząc na północ zobaczyłem w oddali Park Narodowy Sierra de Callosa, o powierzchni 1543.44 ha, który znajduje się w gminie Callosa de Segura też w prowincji Alicante. Park znajduje się na południowo-wschodnim zboczu Sierra de Callosa, które wraz ze swoim sąsiadem Sierra de Orihuela, są dwoma imponującymi wapiennymi wzniesieniami, które gwałtownie wyrastają w  środku rozległej równiny Vega Baja del Segura. Sierra de Callosa, z najwyższym szczytem o nazwie La Cruz de En Medio 578 m, ma wyjątkowo bardzo nierówny teren charakteryzujący się stromymi zboczami, bardzo wyostrzonymi w wyniku procesów erozyjnych, bogatymi w obecność dużych skał i głębokich wąwozy i kanionów. Patrząc na południe widziałem rozległą równinę z wyspami osiedli na polach pomarańczowych i karczochów. Gdzieś tam w odległości około pięciu kilometrów rozlewały się płytkie jeziora zalewowe Panda de Ponent, Panda de Llevant oraz Tolla Sud de Llevant, stanowiące kiedyś część Adriatyku stanowią urokliwe uzupełnienie krajobrazu zwłaszcza, że rozdziela je kanał de Regs de Llevant wspaniałe miejsce wycieczek rowerowych.

         Tyle okolica, trzeba było wrócić do rzeczywistości i się rozgościć. Gospodarze pełni cierpliwości i uroku osobistego przez tydzień zabawiali nas swoją obecnością, rozmową i zaangażowaniem, bo niestety pogoda nie dopisała i większość czasu spędziliśmy na rozmowach, degustowaniu przewspaniałych dzieł kulinarnych gospodarza. Jedyne wypady to do Catral do sklepu po produkty. Do Almoradi po trunki i kiedy wreszcie zrobiło się troszeczkę cieplej i słoneczniej pojechaliśmy do Torerevieji zwiedzić galerię handlową. Ciekaw byłem co ewentualnie mógłbym zobaczyć gdyby pogoda była lepsza. Przewodniki sugerowały obejrzenie Muzeum Archeologicznego Alcudia usytuowanego około trzech kilometrów w kierunku południowym od hiszpańskiego miasta Elche i około ośmiu kilometrów od Catral. Podobno nieopodal płynie rzeka Vinalopo. Obecnie Muzeum jest rozbudowane i zajmuje obszar około dziesięciu hektarów, a w ciągu ostatnich stuleci trwały tam liczne prace wykopaliskowe. Muzeum przez długi czas należało do rodziny Ramos, lecz od1996 roku zostało przejęte przez Uniwersytet w Alicante i wówczas nastąpił rozwój Muzeum w kierunku badań naukowych oraz powiększania kulturowego bogactwa. Muzeum pozostaje w ścisłej współpracy z Uniwersytetem Alicante i każdego roku przyjmuje studentów, by pomagali w aktualnych pracach wykopaliskowych. Kolejną atrakcją jest Park Municipal z Bazyliką de Santa Maria w Elche to piękne miejsce, podobno można tam spacerować i zapomnieć o całym świecie. Setki, jeśli nie tysiące palm nadają temu miejscu niepowtarzalny klimat. Wracając z Elche warto troszeczkę zboczyć na południe i w odległości około trzech kilometrów od jezior Ponent i Llevant w miejscowości Pusol zwiedzić muzeum etnograficzne, a zarazem szkołę założone w 1969 roku jako działalność związaną z projektem „Szkoła Edukacji i Ochrony Środowiska”. Kiedy nasycimy już swoją ciekawość warto w dniach następnych odwiedzić na przykład Aquopolis Torrevieja szesnaście kilometrów od Catral, to bardzo dobre miejsce do odpoczynku i zabawy. Szczególnie polecane rodzinom z dziećmi z uwagi na świetne atrakcje dla maluchów. Można pławić się w płytkim basenie, a dzieciaki szaleją w nim cały dzień i są bezpieczne. Drugi dzień jest darmowy po zgłoszeniu się w punkcie informacyjnym. Obsługa wykonuje zdjęcie całej rodziny, daje specjalny paragon na podstawie czego (po weryfikacji) wpuszcza za darmo następnego dnia. Nic dodać nic ująć, a jeżeli chcemy uatrakcyjnić swój pobyt warto odwiedzić Alicante. Castle of Santa Barbara super zamek nad miastem. W samym zamku do wielu miejsc można wejść, a w nich wystawy dotyczące zamku i miasta. Z góry niesamowite widoki… Warta obejrzenia jest też Guadalest Valley z położonym wysoko w górach pięknym zamkiem. Dobre, nie męczące dojście. Piękne widoki. U podnóża klimatyczne, ciekawe miasteczko z wieloma sklepami. Hiszpania jest piękna tylko trzeba mieć pogodę i plan co chcemy zobaczyć, by nasycić swoje wrażenia.

             Powrót do domu jest zawsze przykry. Wszystko co miłe musi się kiedyś skończyć. Pożegnaliśmy Dolores i Roberta ślicznie dziękując i udaliśmy się na halę odlotów. Port lotniczy w Alicante jest znacznie większy niż w Modlinie. Odprawa, niestety nadwaga dwa kilogramy. To melony, w których zagustowałem zwłaszcza z hiszpańską szynką i balsamem. Musiałem kosmetyki przerzucić do podręcznego. Przejście przez odprawę to kolejna porażka nie dość, że ponownie się rozebrać kazano nawet z butów, to straciłem: piankę do golenia, dezodorant i żel pod prysznic. Piękne dziewczę chciało mi zabrać Dolce&Gabbana, ale tak spojrzałem, że zrezygnowała. Do Polski wracali też Krzysztof i Leszek ubrani w dość ciepłe rzeczy, zwłaszcza Leszek, w czapkę z nausznikami. Lot przebiegł bezboleśnie. Dowcipy panów chyba to już ich druga natura. Kolega Leszek kręcąc filmik komórką zapytał co Kolega Krzysztof chce przekazać pokoleniom w razie katastrofy. Słyszałem, bo siedziałem z tyłu za Panami. Ponadto zazdrościłem koledze Leszkowi Ballantinesa, którego ukradkiem spożywał, a którego mi nie dane było spróbować, bo samochód czekał w Modlinie. Opłata parkingowa i droga do dzieci. Tak się nam skończył hiszpański tydzień w prowincji Alicante. Jest co wspominać. Dziękujemy Kochani za przyjęcie. Do zobaczenia.    

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.