BABSKI COMBER

      Sobota ostatni wolny czas na zabawę przed nadchodzącym wielkanocnym postem. No, jeszcze we wtorek śledzik przed środą popielcową i koniec. Czas umartwiania się zacząć. Był Tłusty Czwartek bogaty w pączki i faworki oraz ogólnopolskie obżarstwo zgodnie z tradycją kraju nad Wisłą. Tradycja i przesąd mówią, że kto chociaż jednego ze złocistą aureolą oraz różaną pomadą nie spożyje ten nieciekawe życie mieć będzie. Uczeni twierdzą, że czterysta kalorii za jednym przybędzie, czyli żeby spalić go na Górę Parkową tam i z powrotem chodzić będę. Zjadłem dwa i co prawda raz zaliczyłem Górę, ale przez baby drugiego też spaliłem.

            Krynica jaka jest to wiecie, ale nie spodziewałem się, że jest drugie dno w tym interesie. „Babski Comber” w tłusty czwartek to tradycja w narodzie jeszcze z czasów średniowiecza chyba. Comber to tylko na Podhalu przebywa. Pytałem się dziewczę w kawiarence co wie na ten temat, a Ono twierdzi, że pierwszy raz się z tym spotyka. Okazało się, że z Warszawy przybywa i choć zakochana w stronie to jednak o tradycji nic nie wie. Od dzisiaj już wie, bo ją dokształciłem.

             Dowiedziałem się o „Combrze” od przekupki ze straganu, kiedy wspomniałem, że jutro Tłusty Czwartek i jak się go w Krynicy świętuje. Ku memu zaskoczeniu dziewczę z entuzjazmem oświadczyło, że jutro jej święto i wszystkie kobiety w Krynicy świętują i lepiej żebym się strzegł, bo jak dopadną to może źle się skończyć dla mojej ………. no nie ważne coś o czystości wspomniała. Zdajecie sobie sprawę jakie to wywołało na mnie wrażenie, kiedy od tygodnia przeszło tylko zabiegi, woda, dzięki której żaby się już w żołądku zaległy i ciasna jedynka, która zmieniłaby swój wyraz, gdyby swój stan osobowy powiększyła. W każdym razie wyobraźnia się ruszyła i spowodowała, że ten „Comber” wydawał się tym czymś co może zmienić moje nastawienie do czasoprzestrzeni. Pisałem co to jest, ale przypomnę, że jakbyście kopali ogródek to od płotu do godziny dziesiątej. W moim przypadku to ewentualne zagrożenie dla mojej, jak to nazwać w tym wieku, chyba wstrzemięźliwości, a całodziennym przebywaniem w doborowym towarzystwie pań, które idą na całość. Proszę rozumieć to jako jednodniowe wyzwolenie z konwenansów i wstrzemięźliwości. Żeby to wyjaśnić odsyłam do Nienackiego, który literacko to przedstawił jeżeli chodzi o zachowanie nie okoliczności. Przynajmniej ja to sobie tak wyobrażałem, a Wikipedia to potwierdziła.

            Wypadłem więc rano na miasto, z obawą, a zarazem z nadzieją, że dziać się będzie. Wcześniej kuracje zaliczyłem, żeby nie przepadły i żeby żabkom wody nie zabrakło i ruszyłem na miasto. Chodziłem tam i z powrotem i nic. Baby wywiało, pewnie dlatego, że halny wiał wszędzie. Domyślałem się, że to skutek pogody. Pewnie wolały się zebrać potajemnie i przygotować robiąc podkład procentowo-kaloryczny na doznania wieczorne w określonym miejscu i momencie, które to miejsce nie jest znane i nie będzie dla cepra bywszego tylko w krótkim momencie.

              Baby świętowały, ale pewnie w swoim zakresie, po cichutku tak, jak to u nas od jakiegoś czasu bywa, żeby nie robić hałasu. Tym bardzie, że konkurencja ceprska pcha się wszędzie. Coś prasa wspominała o dudach podhalańskich, które skażone zostały jakimiś politycznymi obrazami. Wcale się zatem nie dziwię, że baby pouciekały z obawy, że przy ich święcie ktoś próbował będzie miast uciech i zabawy molestować politycznymi sprawami. Rozczarowany wielce, ale rozumiejący postępowanie zakodowałem sobie, że pewnie przyjdzie taki czas w przyszłości, że będąc w Krynicy doznam rozkoszy niekoniecznie nocy letniej. Kontynuując dalej wniosek kolejny przytoczę, że na fali paradoksu, który kraj nasz okupuje od czasu pewnego, miast tracić kalorie uciekając przed babami straciłem je za nimi ganiając.  

LWIGRODZKIE DOZNANIA

        Mija tydzień, a właściwie półtora tygodnia, jak Narodowy Fundusz Zdrowia w myśl porozumienia komercyjnego skierował mnie do Ośrodka Konferencyjno-Wypoczynkowego LWIGRÓD SPA&WELLNESS na uzdrowienie w ramach kurowania ogólno ustrojowego, jak koleżanka Ania to określiła. Pisać o zakwaterowaniu już nie będę wspomnę tylko, że w każdych pokojach jest telefon tylko nie w jedynkach, bo one powstały po remoncie pięknych pomieszczeń Lwigrodu przedwojennego. W ogóle jak się ogląda stare zdjęcia, których na korytarzach jest pełno, człowiek może się zachwycić, jak Lwowiacy potrafili odpoczywać. Sala balowa, która obecnie jest jadalnią dla plebsu funduszowego kiedyś była przyozdobiona w piękne obrazy dwóch malarzy lwowskich Kazimierza Sichulskiego oraz Filipa Michała Wygrzywalskiego. Piękne modernistyczne obrazy zdobiły salę balową historią tańca. Był Walc, Kuszenie, Mazur, Krakowiak, Polonez, Menuet, Polka, Blues, Ojra (taniec apaszowski), taniec góralski, Charleston, taniec bez muzyki, taniec klasyczny. Obrazów było czternaście i wisiały między oknami niestety po remoncie przepadły, jak pewnie i klasa obiektu.

      Kolejnym mankamentem jest internet, który można zakupić na dwudziestojednodniowy pobyt za dwadzieścia jeden złociszy. Ale nie jest to „Premium”, które też jest, ale nie dla wszystkich. Inaczej mówiąc, jak chce to działa, jak nie chce to nie musi, przecież jest dla plebsu nie dla hotelowych gości. Zakup oczywiście tylko na jedno urządzenie, czyli, jak chcesz na komórkę koniecznie trzeba taką samą kwotę wyłożyć. Płacenie to już chyba jakieś hobby kurortu uzdrowiskowego. Klimatyczne siedemdziesiąt siedem złotych za pobyt, a kominy walą jak najęte, bo przecież jest okres zimowy. Rozumiem latem, ale zimą za smog płacić to chyba jakieś przegięcie. Druga sprawa to zabiegi, fundusz zakontraktował pięćdziesiąt cztery na osobę tylko z tego dziewięć to spożywanie wody zdrojowej. Oczywiście nie dla wszystkich, ale dla cukrzyków to podobno dopust boży. Pięknie rozpisane w karcie, że panie pielęgniarki co drugi dzień wydają trzy razy dziennie po szklaneczce wody, a tak naprawdę dostałem zgrzewkę półlitrowych butelek „Zubera” i „Jana” w ilości dwunastu sztuk razem, które szybko spożyłem, bo pić się chce. Jak to się ma do zabiegu na przykład masażu klasycznego? Właściwie to na każdym kroku za coś trzeba płacić. W domu zdrojowym za szklaneczkę wody mineralnej złotych sześćdziesiąt. Jak byłem mały byłem w uzdrowisku i pamiętam, że woda leciała i tylko trzeba było za naczynie zapłacić. Sorry przecież tak jest w Rymanowie Zdroju w „Eskulapie”. W Krynicy są koncerty zdrojowe, jest Zima 2017 z koncertami znanych showmanów i są Państwowe Koleje Linowe, które cię zawiozą na Górę Parkową za osiem złotych w jedną stronę przez cztery minuty jazdy. Jest też chyba przedwojenny drewniany tor saneczkowy, tylko czy deski tak długo by wytrzymały? Oczywiście zdewastowany chociaż widać ślady, że chyba był przygotowany na opady śniegu, które nie dopisały.

          Po atrakcjach Parkowej Góry chętnie chciałbyś skorzystać z atrakcji komercji, która w Krynicy kwitnie. Grzane piwo dziesięć złociszy, grzane wino w mniejszej ilości dziesięć. Miód pitny grzany siedem. Herbata podobnie. Można zjeść dziczyznę i na każdym kroku oscypek za trzy do sześciu złociszy w różnej formie. Na sucho, grillowany, z żurawiną i chyba z jakąś wędliną. Można wypić czekoladę na przykład z whiskaczem za szesnaście złotych za filiżankę. Kupić orzeszki kandyzowane różnej maści począwszy od sześciu złotych za dziesięć deko. Jedyne co zachwyca to promocyjny „Żywiec” za dwa osiemdziesiąt za puszkę. Reszta to dla klientów z Warszawy nie biednego wschodu dlatego pełen zazdrości liczę koszty i cichą mam nadzieję, że na bilet powrotny wystarczy. Jeżeli nie to się odezwę, Na razie.     

„LWIGRÓD” NIEKRÓLEWSKI

          Właściwie to od samego początku się nie układało. Złożyłem wniosek do sanatorium, a właściwie mój doktor pierwszego kontaktu stwierdził taką konieczność z uwagi na coraz częstsze przypadki snu niespokojnego i prowadzenia „nocnych” kampanii. Czekałem w polskich realiach prawie półtora roku na skierowanie, które miało mnie ukierunkować na morskie oddychanie do Kołobrzegu, a wysłało do Krynicy Górskiej na zadymianie. Żołnierz nie wybiera i nie dyskutuje widocznie lekarze z NFZ wiedzą lepiej. Zaraz po otrzymaniu skierowania gdzieś na początku grudnia zadzwoniłem do uznanego uzdrowiska w Krynicy Zdrój, które „Lwigród” się nazywa, z prośbą o możliwość rozważenia pojedynczego zakwaterowania z uwagi na opisaną wyżej przypadłość, oczywiście nie za darmo. Miły pan w odpowiedzi na moją prośbę stwierdził, że jest już kolejkość i może mnie na rezerwowość zapisać. No cóż, miałem inny wybór? Rozważałem dylemat podróży pociągiem czy samochodem. Ze względu na pogodę i odległość wybrałem pociąg. Kolejny błąd, podróż do Warszawy była to przyjemność, ale z Warszawy do Krynicy – okropność. Polskie Koleje Państwowe, których już nie ma, ale tak się potocznie przyjęło je nazywać, stwierdziły, że bogatszy klient i tak jeździ w tym kierunku samochodem więc dały, na przejazd dziewięciogodzinny, wagony wymagające sanatoryjnego leczenia. Wyprodukowane we wczesnych latach osiemdziesiątych państwa totalitarnego, jak nic nie chcą wycofać się ze służby. Prawdą jest, że jedynki odpuściły, ale dwójki się trzymają i twardymi ośmiomiejscowymi przedziałami umilają podróż kuracjuszy do Edenu odnowienia. W samolotach przy takiej długości lotu stosuje się różne ćwiczenia, w przedziale mazowiecka młodzież feryjna jakoś sobie dawała radę, natomiast dziadek siedzący od okna prowadził walkę z chłodem i prostatą, która już po godzinie podróży była odczuwalna. Jedynie w średnim wieku dziewczę siedzące naprzeciwko mobilizowało do poświęcenia i wegetowania do celu podróży to na jednym lub drugim pośladku. Jakaż ulga, kiedy pojawiła się tablica „Krynica”. Taksówkarz bez skrupułów za dwa kilometry podwiezienia skasował dwie dyszki, wszak to kurort nie jakaś wiocha. Z gościńcem i uśmiechem na twarzy, wszak jestem z Podlasia, a u nas nie wypada przecież jechać w gości bez gościńca, poprosiłem o pokój. Manager Pan Piotr prosił poczekać. W moim przypadku dwie godziny i to przez przypadek trafiłem na trzy przesympatyczne dziewczęta, które pokoje porządkowały i to pewnie, przez mój urok osobisty, poinformowały, że trzysta trzydzieści jeden jest gotów. Tylko prosiły żebym do sytuacji podchodził z rezerwą. Emocje dla weterana misji pokojowej są obcym przeżyciem z uwagi na wymogi kwalifikacyjne. Niestety dałem się zaskoczyć, pewnie przez wiek, niestety. Najpierw walizka nie chciała wejść do pokoju, bo drzwi się za bardzo nie otwierały. Zresztą trudno się dziwić, jak w pomieszczeniu dwa i pół metra na trzy wszystko rozmieścić. Pojedynczy tapczanik, stolik kawiarniany mały, szafa dwudrzwiowa, stolik przyłóżkowy z telewizorem LED w nogach łóżka, krzesło, elektryczny czajnik, niedziałające radio i nocna lampka na żarówkę energooszczędną. Telewizor stoi i jest fajny, ale czy działa nie wiem, bo trzeba kolejne pieniądze zapłacić. Trudno zrezygnowałem z incognito i poszedłem do Pana Piotra już bardziej oficjalnie. Przedstawiłem się jako weteran, członek SKMP ONZ, ale wrażenia żadnego to nie zrobiło. Masz pan do wyboru jedynkę lub pokój trzy osobowy. Ze względu na prywatność wybrałem klatkę z widokiem na komin instalacji grzewczej. Jeszcze bardziej się wkurzyłem, gdy za te widoki przyszło mi zapłacić pięćset pięćdziesiąt złotych. Krynica ponoć wspaniałe miejsce gospodarczo-kulturalne, ale po dwóch dniach pobytu wydaje się potężną komercją, rutyną i tylko ludziska z obsługi wydają się być normalni i bardzo serdeczni dla pacjentów. Władza zdaje się robić łaskę, że nas przyjęła narzekając, że tylko osiemdziesiąt złociszów od łebka za dzień pozyskuje. Jeżeli ktoś chce zrezygnować proszę bardzo, ale kasa przyjmie odpowiednią kwotę. Cholera, gdyby człowiek nie miał tych kredytów uniósł bym się honorem. Zresztą jaki to dyshonor dla byłego wojskowego, kiedy inni będąc w służbie zapominają co to wojsko. Czasy się zmieniają dziś nawet nie pieniądz rządzi, lecz stanowiska. Każdy myśli, że jak się dorwał do stołka to już pan wielki, a tu minie lat kilka i nikt nawet o nim nie wspomni. Trzeba być człowiekiem i mieć szacunek do człowieka. Liczę, że towarzystwo, zabiegi, a przede wszystkim te miłe panie dbające o moje samopoczucie przyczynią się do poprawienia mojego wisielczego nastroju. Wszak to dopiero dzień drugi leczenia sanatoryjnego oferowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia w Krynica Zdrój w niekrólewskich apartamentach „Lwigrodu” – dziękuję.  

EMPATIA W SZKOLE

     Ostatnie szkolenie, w którym uczestniczyłem dotyczyło zadań rozwojowych w okresie adolescencji, czyli po polsku dojrzewania. Miła pani wykładowczyni próbowała mnie przekonać, że empatyczne podejście do ucznia to droga do sukcesu nauczania i wychowania. „Uczucie jest wewnętrzną reakcją organizmu na działające bodźce. Uczucia mają wpływ na nasze zachowanie ponieważ rządzą naszą energią, są uczucia dodające jej (złość, radość, strach) i są takie, które z niej objadają, pozbawiają (smutek, bezradność, żal). Nie dość tego uczucia chronią nas (strach), regulują nasze zachowania, dążymy do pozytywnego bilansu emocjonalnego. Mają siłę łączenia lub dzielenia ludzi (miłość, nienawiść). Wartość edukacyjną (poczucie winy, duma). Moralną, w oparciu o dobro lub zło” informacja z wykładu. Poinformowano mnie, że emocje nie podlegają ocenie, nie dodano – moralnej. Określenie emocji to przecież ustalenie jakiegoś stanu duchowego, który określamy na podstawie symptomów (zachowanie, reakcja), a czy to nie jest przypadkiem ocena? „Uczucia, emocje podobno są ważną informacją o naszej sytuacji życiowej, dlatego też nie powinniśmy ich dzielić na pozytywne i negatywne, lecz na radosne i bolesne. Wszystkie bowiem są pozytywne jako nośniki informacji o naszym życiu. Co więcej, im bardziej bolesne są przeżywane emocje, tym cenniejszą zawierają one informację. Sygnalizują bowiem jakiś stan egzystencjalny, który koniecznie powinno się zmienić, np. poprzez uwolnienie się z toksycznych więzi czy poprzez modyfikację błędnego postępowania”. Tak twierdzi „Opoka”. Jak sądzicie państwo?

            Przez pięćdziesiąt lat kształcono nas, że najważniejszym instrumentem kształtowania naszego bytu (czyli istnienia, funkcjonowania) jest świadomość. Później się okazało, że to jednak byt kształtuje świadomość. Uczono, że tylko rozum, opanowanie, współpraca, jednomyślność są drogą rozwoju i sukcesu. Zdrowy rozsądek, nie emocje pozwalają ustrzec się błędów i realizować idee. Dlatego czytając powyższe informacje dochodzę do wniosku, że „oczywiste” prawdy są słuszne w zależności od istniejącego porządku. Wracamy do empatyzmu. „Słowiańska dusza”, chyba każdy spotkał się z takim określeniem. Emocjonalność, otwartość to cechy charakterystyczne tego modelu. Uczuciowość w tym przypadku znajduje potwierdzenie swej roli i znaczenia w kształtowaniu osobowości. Jak jednak powyższą teorię zastosujemy w przypadku Anglika, Niemca czy Skandynawa, gdzie od wieków kształtowano odmienne od śródziemnomorskich standardy. Tam właśnie uczono młode pokolenia panowania nad emocjami. Odwaga, dzielność, twardość i bezwzględność były twórcami sukcesu. Wikingowie, Sasi, Hunowie dalecy byli od empatii. Odnosili sukcesy, ale też nie przetrwali.

             Miła Pani z wykładu przekonywała nas do poglądu wykorzystania empatii do kształtowania dzieci w okresie adolescencji. Uczuciowość, wrażliwość to metoda nawiązywania relacji uczeń-nauczyciel. Zapomniała tylko o jednym, że oprócz wiedzy i teoretycznych przygotowań trzeba mieć jeszcze to coś, co się nazywa – autorytet. Co to jest autorytet? „W refleksji edukacyjnej przyjęło się rozumienie autorytetu jako wzoru czy swoistych przymiotów i kompetencji wychowawców, zwiększających ich możliwości oddziaływania na wychowanków, przekazywania im wiedzy, postaw, wartości i formowania określonych umiejętności. Autorytet pedagogiczny staje się koniecznym warunkiem właściwego przebiegu procesu edukacji.” Tyle Wikipedia. Prawdą jest niestety, że bez autorytetu nasze oddziaływanie na szkolonych jest mizerne. Jaki autorytet mają rodzice dla dzieci, których wiedza informatyczna jest na poziomie kalkulatora? Jaki autorytet mają pedagodzy, którzy nie potrafią określić kto to jest hejter, troll lub Elf. Dziś nie wystarczy wiedza i umiejętność dziś dla ucznia przekonywująca jest osobowość i godne traktowanie, jako partnera. Dziś, żeby nauczać nie wystarczy zrozumienie nastolatka, trzeba mu coś zaproponować. Wiedza musi być atrakcyjna i intersująca. Druga opcja to budowanie przekonania, że wiedza jest słuszna i konieczna do dalszego egzystowania. W obu przypadkach wymaga zaangażowania i zainteresowania obu stron.

         Oczywiście empatia jest potrzebna, ale nie jako czynnik przyswajania wiedzy, lecz zrozumienia konieczności jej przyswojenia. Nie wydaje mi się słusznym pozwalanie uczniom na empatyczne zachowania i uczenia w ten sposób empatycznych reagowań. Uczuciowość, wrażliwość to elementy kształtowania bytu codziennego, ale zdobywanie wiedzy to aksjomaty oparte na doświadczeniu i umiejętnościach pokoleń i nie podlegają ocenie gniewu, wściekłości, złości czy niechcenia. Postęp zbudowano na lenistwie i sile umysłu ludzkiego, uczucia nie miały z nim nic wspólnego. Chociaż niektórzy mówią, że małpa jak się wściekła przez przypadek chwyciła gałąź i nią przyłożyła drugiemu osobnikowi, tak powstała broń i narzędzie postępu. Tylko, że to był przypadek i umiejętność wyciągania wniosków. Tych przypadków mamy od groma w historii ludzkości. Spadające jabłko czy teoria względności nigdy, by nie powstały gdyby nie umysł człowieka. Jedynie zgodzę się z tym, że emocje przyczyniły się do krzywd wielkich i do niszczenia humanitaryzmu w wyniku egocentryzmu jednostki.

           Każdy nauczyciel musi być empatyczny po to, by potrafił przekazać wiedzę, a nie nauczał. Czuł potrzebę nauczania, a nie odwalał chałturę za kasę. Empatia ucznia musi się sprowadzać do zrozumienia słuszności kształcenia, a nie dyskutowania i pokazywania emocji związanych z dojrzewaniem i hormonami. W sumie to relacje potrzeby nauczania i potrzeby wiedzy. Błąd potworny nauczycieli to brak umiejętności przekonania nauczanych do zaangażowania się w proces zdobywania wiedzy. Jakież niesamowite efekty przyniosło konspiracyjne nauczanie w czasie wojny. Nauczyciel nauczał, bo wiedział, że przyszłość narodu tkwi w wiedzy szkolonych, a szkolony wiedział, że bez wiedzy zatrzyma się na poziomie egzystencji i ulegnie unicestwieniu, degradacji. Strach był bodźcem nie metodą tych relacji. Uczymy się i nauczamy nie dlatego, że nam się chce lub nie chce, ale dlatego, że widzimy w tym słuszność działania i przyszłych korzyści. Czyli przez zrozumienie, a jest to wiedza, dochodzimy do interpretacji swoich uczuć. Dobry nauczyciel w kontakcie z uczniem zrozumie swoje emocje, zły buduje swoje ego w konflikcie do szkolonych i jak to w życiu bywa działanie jest zwrotne. Tylko, że uczeń się uczy złych zachowań, a nauczyciel trwa w błędzie. Uczuciowość jest potrzebna, bo kształtuje inteligencję emocjonalną, a to też wiedza, która społecznie jest nieodzowna. Jednak bez wiedzy pozostają tylko emocje, które prędzej czy później, pchną nas do samounicestwienia w przypadku posiadania zaczątków inteligencji lub prozaicznej egzystencji na poziomie „jamochłonu” w przypadku „bezmózgowia”. Dochodzimy zatem do wniosku, że uczuciowość jest konieczna w procesie nauczania, jako narzędzie porozumienia nauczyciel-uczeń, ale nie jest procesem zdobywania wiedzy i umiejętności. Uczucia przeszkadzają w jej utrwalaniu. W mojej ocenie prawidłowy proces edukacji powinien polegać na umiejętnym wykorzystaniu tych relacji, a nie na dominacji jednej albo drugiej. Dlatego moja kochana Pani psycholog empatia tak, ale w innym znaczeniu. Znaczeniu motywującym.