ATENY, KONFRONTACJA

        Będąc młodym człowiekiem w kwiecie lat piętnastu zgłębiałem wiedzę w II Liceum Ogólnokształcącym im. Emilii Plater w Białej Podlaskiej, rozważając dylemat dotyczący wyższości nauk ścisłych na humanistycznymi, a może odwrotnie? Dziś trudno to ocenić, bo było to tak dawno. Interesowała mnie historia sztuki, bo fascynowało mnie piękno, które stworzył człowiek, a może odwrotnie? Same dylematy, chociaż też tak na sto procent nie wiem, czy to były moje czy mojej mamy? Podobało mi się oglądać obrazy, historię architektury, kunszt budowlany przodków, cywilizacje i bardzo lubiłem Panią profesor od „rysunku”. Przedmioty ścisłe też dzięki ciężkiej pracy Pani Stasi, Pani profesor Charytoniuk oraz profesorki Politowskiej jakoś doprowadziły do sukcesu czyli zdania matury. 

            Udział w olimpiadzie na szczeblu wojewódzkim z historii sztuki pobudził emocje współzawodnictwa i przy okazji zawziętość w przyswajaniu wiedzy. Utkwiło mi do dzisiaj w pamięci, że pytaniem konkursowym było porównanie świątyni greckiej ze świątynią egipską. Wyobraźnia tak fajnie zadziałała, że wręcz tak jakbym chodził po obiektach i opisywał ich piękno. Spodobało to się jurorom i przeszedłem do etapu ustnego. Etap ustny zawaliłem, bo slajd obrazu Eugène’a Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady” włożono do rzutnika odwrotnie i nie spodobało się to, że tego nie zauważyłem. Oczywiście, że zauważyłem, ale jak zwrócić uwagę sędziom, że idą na prawo, zamiast na lewo. Pasja jednak pozostała i bardzo chciałem swoje wyobrażenia zweryfikować naocznie. Padło po czterdziestu dwóch latach na Ateny, Akropol i  Partenon. 

            Czterdziesta czwarta rocznica stłumienia krwawego strajku studentów przez juntę czarnych pułkowników w Grecji, która jak w Polsce Dzień Niepodległości jest okazją przez różne frakcje polityczne do okazania swego niezadowolenia, postawiła w zagrożeniu dochody biur turystycznych i przewoźników. Zachętą było obniżenie kosztów transportu do minimum oraz zakwaterowania do poziomu przystępnego. W efekcie za niecałe dwieście sześćdziesiąt euro za dwie osoby na tydzień ujrzeliśmy kolebkę demokracji. Przylot w godzinach późno wieczornych i transport do hotelu z wykorzystaniem firmy, która doszła do porozumienia z taksówkarzami, zajął nam około trzydziestu minut i koszt trzydziestu euro. Siedzieliśmy na balkonie do późnych godzin nocnych podziwiając urok nocnych świateł Aten. Przy naszych pięciu stopniach osiemnaście nocą było upałem. Pierwsza noc, choć krótka skasowała wszystkie negatywne doświadczenia ostatniego tygodnia.

            Myślę, że opisywanie każdego dnia, jako kroniki byłoby fajne i pouczające, ale odbiegłbym od tematu felietonu, który jak pamiętacie brzmi – „Ateny, konfrontacja”. Konfrontacja mojej wiedzy, wyobrażeń z sytuacją zza murów hotelu, w którym tylko nocowałem i wentylowałem się dymem papierosowym wszech obecnym w każdym miejscu publicznym Aten. Jedynie na lotnisku są pokoje dla palaczy tak wszędzie „niepalaczy” zamyka się w oddzielnych pomieszczeniach. Drugim kontrastem, który mnie zdziwił to było znalezienie prawdziwego Greka w tym tyglu wielu narodowości i kultur. W hotelu sprzątały Słowianki ze wskazaniem na Polskę. W restauracjach Bułgarki, Słowenki, a niektóre dzielnice w centrum to typowo miasta orientalne jak Bejrut czy Damaszek. Nawet biuro turystyczne zajmujące się zwiedzaniem miasta z pokładu autobusu zatrudnia śniadych orientalnych Greków, którzy mnie wzięli za naturalnego Greka, budząc moją próżność. Trzeba jeszcze dodać, że uliczna sygnalizacja świetlna jest dla turystów i Europejczyków, natomiast miejscowi ją jedynie tolerują, tym bardziej że policja nie zwraca uwagi, sam to sprawdziłem. Wszędzie pełno jest motorowych jednośladów różnego typu. Grecy w nich się lubują. Kontrastem są też finanse, które jak z rozmów z orientalnym kierowcami i przewodnikami są w kiepskim stanie, bo podobno bezrobocie jest około trzydziestu procent, to jednak wszystko funkcjonuje. Banki jednak nie dostosowały się do potrzeb społecznych i w „ścianach płaczu” (bankomaty) najmniejszą kwotę oferują w wysokości osiemdziesiąt euro, aż dziw, że nie plajtują chyba, że tylko turyści z nich korzystają. Tak, na pewno.

            Wielkim rozczarowaniem moich wyobrażeń był Akropol z Partenonem, o którym tak wiele wiedziałem. Chluba Aten okazała się niewielkim wzgórkiem w centrum miasta gdzieś tak około stu metrów nad poziom morza z wierzchołkiem o powierzchni boiska piłkarskiego. Fakt, ruiny budowli kultury greckiej budzą respekt historią nie wielkością. Partenon w mej wyobraźni wydawał się wielki. Tu wysoki gdzieś na piętnaście metrów i do tego odgrodzony i w remoncie. Jedynie nie rozczarowałem się Kariatydami. Swą pięknością urzekają i tylko dziw, że nikt ich nie konserwuje, a widać, że się sypią bo rysów twarzy już nie ma, a i z całości już nie wiele zostało. Te dziesięć euro od turysty nie powstrzyma entropii, która wszechobecnie buszuje. Ateny jakże inne od miast polskich w swej urodzie podobne do Rzymu, Madrytu czy Barcelony dają się polubić swym orientalnym klimatem i chyba podobnymi cenami chociaż w euro. Cieszę się bardzo, że mogłem przez tydzień poczuć się ateńczykiem, bo wszak niczym się nie wyróżniałem.