NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ DRUGI

Nie wiem czy znacie takie uczucie, gdy się budzicie z przerażeniem i się zastanawiacie gdzie jesteście i co się z wami dzieje? Moja skromna osoba ostatnimi czasy nie dostąpiła takich wrażeń, chociaż muszę przyznać szczerze, że nie są mi obce. W sobotę piątego października br. obudziłem się z przerażeniem i niemym pytaniem, co ja tutaj robię? Myśli przelatujące przez głowę niczym transfer szybkiego Internetu i wpatrzony tępy wzrok w drewniany sufit. Chwilę trwało nim obolały rozum zaskoczył i przywrócił pamięć. Wszak byłem na Ukrainie i to dosyć daleko od domu. Próżny był wysiłek w odtworzeniu wydarzeń ubiegłego wieczoru. Jedyna nadzieja, że jestem wśród swoich i pewnie mają też problemy podobnego pokroju. Jedynie Michał, zagorzały abstynent, twierdzący, że jako stary policjant w swoim życiu dość alkoholu wypił, służył za dysk pamięci, na którym wszystko było zapisane tylko dla naszego wglądu. Fajne jest to, że wszyscy pojęli jego problem i przyjęli stanowisko bez oporu. Tym bardziej, że wskazane było żeby był człowiek, który, by miał wszystko pod kontrolą, gdy pozostałe „dzieci” szły na całość. Współczuliśmy cierpiącemu i podziwialiśmy silny charakter. Zazdrościliśmy dnia następnego rześkości, pogody ducha i radości poranka bardzo słonecznego.

Suchość w gardle i godzina siódma o poranku odpowiadająca szóstej w Polsce, zgodnie z zegarem biologicznym, przywróciła do świadomości piszącego te słowa. Chyba wszyscy spali. Po cichutku podniosłem swoje zwłoki i udałem się do przybytku zwanego potocznie toaletą, a spełniającej dwie funkcje. Przyjmującej materiał powstały w wyniku przemiany materii w formie stałej i mokrej oraz ablucji, czyli oczyszczenia powłoki zewnętrznej ciała w pełnym zakresie. Przechodząc obok pomieszczenia gdzie wieczorem spożywaliśmy kolację kontem oka zauważyłem w śród butelek butelkę z małą ilością wody i obok zakręconą butelkę z piwem. Pełny przekonania, że opatrzność nad moją osobą czuwa wypiłem z przyjemnością jedno i drugie. Dopiero, kiedy zobaczyłem dno powróciły wyrzuty sumienia, że przecież inni też cierpią, a ja ich pozbawiłem „zbawienia”. Umysł ludzki jest zagadką. Działa bez naszej inwencji, jak trzeba. Szybko podsunął informację, że przecież można zagotować herbatę. Uspokojony nieco udałem się w podróż dalszą do nieodległej toalety. Małe pomieszczenie z niskim sufitem. Na wprost umywalka z lustrem na prawo bidet i sedes, na lewo prysznicowa kabina. Wszystko na powierzchni dwóch metrów kwadratowych. Nie powiem jaką przyjemność mi sprawiło urządzenie znajdując się na lewo, ale zastanowienie oraz pracę umysłu pobudził bidet. Czyżby nie było papieru? Papier był i dziwny pojemnik, który wzbudził moją ciekawość, gdyż zawierał w swej treści papier zużyty. Później pytałem się kolegów, czemu to ma służyć? Krzysztof wyjaśnił, że tu na wschodzie są cienkie rury i wrzucanie do muszli papieru zapycha instalację. Niestety nie dałem się przekonać i działałem jak to się robi w Europie. Koledzy chyba też, chociaż ręki nie dam sobie uciąć, bo instalacja się nie zapchała, a pojemnik nie stał pusty. Wykąpany, oczyszczony, lecz nieogolony opuściłem pomieszczenie w znacznie lepszym nastroju. Stwierdziłem z przerażeniem, że utworzyła się kolejka chętnych do skorzystania z przybytku z wyrazem bólu, złości i braku sympatii do mojej osoby na twarzy. Przeprosiłem, lecz nie na wiele się to zdało, cierpienia im nie odebrało. Muszę przyznać, że koledzy mają silne charaktery i zdrowe ciało, bo mimo dłuższego czasu oczekiwania żadnemu nie zdarzył się wypadek. Widziałem tylko w oczach to przesłanie, że dnia następnego nie dadzą się wystawić na próbę ponownie.

Śniadanie zamówione było na godzinę dziewiątą czasu ichniejszego. Marysia, jak żołnierz punktualnie zaczęła wnosić talerze po krętych stromych schodach na górę. Rzadko mi się zdarzało jeść ziemniaki na śniadanie. Sadzone jajko z wyblakłym żółtkiem, mleczko, sery i bryndza no i oczywiście chlebuś. Wszystko takie orientalne, czyli inne niż u nas. Uwielbiam takie menu, więc się rzuciłem na spożycie. Zresztą nie tylko ja. „Kombatanci” tak mają, że dnia następnego nie chorują tylko w dużych ilościach spożywają, oczywiście produkty spożywcze. Napełniony żołądek budzi lenistwo, lecz nie nasze. Co prawda plan uległ zmianie. Zamiast w góry ustalono, że idziemy do sklepu na zakupy, by uzupełnić płyny i pożywienie przed planowanym wejściem na Smotrec. Właściwie nic w tym interesującego gdyby nie fakt, że sklep był odległy o trzy kilometry od naszej stanicy. Wyruszono około godziny dziesiątej. Wzięliśmy dwa plecaki, kijki i bez obciążeń po krętych schodach wyszliśmy na powietrze.

 Wczorajszy nocny przyjazd budzący takie emocje był niczym w porównaniu z widokiem, który poraził nasze oczy. Trudno opisać odczucia jeszcze trudniej widoki, które przed nami się roztaczały. Zielono-żółte-rdzawe lasy porastające niezbyt strome zbocza z nielicznymi mieszkalnymi obejściami. Pasące się konie i rogacizna oraz lekki śnieg, który przyprószył cienką warstwą zbocza. W dole szeroki strumień wijący się w dal wśród skał oraz droga usiana kamieniami, którą przyjechaliśmy. Cisza, porankowa senność mimo godziny dziesiątej oraz rześkość przymrozku zatykająca oddech. Jakże chciało się żyć. Zaskoczeniem brak ptactwa, hałasu i pośpiechu oraz uczucie, że tu zatrzymał się czas, by odpocząć. Patrzysz i podziwiasz, raduje się serce, że jest takie miejsce gdzie człowiek czuje się tak szczęśliwy. Nie ważne problemy, praca, zdobywanie i sukcesy, lecz liczy się chwila w tym miejscu. Liczy się „teraz” w śród przyjaciół.

Marysia poinformowała nas, że dzwoniła do sklepu, że przyjdziemy. Jakaś dysharmonia w tym wszystkim, zgrzyt, który zakłócił odczuwanie to fakt, że i tu też dotarła nowoczesność. Przecież to dla naszego dobra, ale niestety pozostał jakiś niesmak. Okazuje się, że sklep nie jest otwarty w jakiś określonych godzinach tylko na życzenie klienta. Pomalutku zeszliśmy wszyscy do potoku. Oblodzoną kładką przeszliśmy potok i wyszliśmy na płaską przestrzeń z drogą gdzie zostawiliśmy samochody. Jakąż radość spowodował fakt, że w samochodach były napoje. Plac z drogą to jakby parking dla gości oraz warsztat samochodowy pod chmurką. Wiemy o tym, bo kiedy wracaliśmy fachowcy wymieniali na prowizorycznym podjeździe drążki w „Ładzie”. Drogowskaz z napisem chyba „Agroturystyka” i informacją o saunie w ofercie. Postanowiliśmy z niej skorzystać w późniejszym terminie. Powolutku zmierzaliśmy do sklepu. W początkowej fazie towarzyszył nam białoczarny kot gospodarzy, którego przy warsztacie zastąpił mały kundelek zachwycony z towarzystwa. Podążał z nam tam i z powrotem tym bardziej, że na tym skorzystał dożywiony przez Michała serdelkami zakupionymi w sklepie. Droga kamienista w dzień nie wydawała się tak straszna. Michał na wszelki wypadek większe kamienie odrzucał na bok w perspektywie mając powrót do domu. Kilka zdjęć zrobionych na tle Czarnohory poprawiło humor wszystkim. Tym bardziej, że alkohol pomału zaczął parować. Droga wije się wśród skał nad potokiem, który raz jest na poziomie drogi, raz w dole. Raz oświetlony przez słońce w innym miejscu, w cieniu wieje chłodem. Sporadycznie spotykamy domy na stokach z hałasującymi psami, którym dbający o zwierzęta gospodarze zbudowali pomosty z desek, na których ustawili budy, ogrodzili siatką i przykryli dachem, by zwierzyna nie mokła. Rzadko ktoś z domu wyglądałby zobaczyć, kto idzie. Sześcioosobowa ferajna według nas musiała budzić zainteresowanie. Tylko tak się nam wydawało. Życie trwało swoim ustalonym torem. Kolejne podejście, kolejny zachwyt, kolejny zakręt, kolejny przełom potoku i piękne dwie kapliczki w stylu cerkiewnym przykryte błyszczącą blachą. Zachwyt za zachwytem i dochodzimy do centrum wioski. Jeżeli jest urząd i sklep to chyba centrum jak myślę? Mijamy grupkę mężczyzn namiętnie zrywających dach ze starej szopy. „Dobre Rano” z obu stron służy za przywitanie. Panowie nie przerywają pracy więc i my podążamy dalej do widocznego szarego budynku wyglądającego jak magazyn, który to budynek okazał się być sklepem. Sprzedawczyni już na nas czekała. Wybór produktów raczej skromny pasujący do sytuacji i miejsca. Chleba nie było, ale miał być przywieziony koło czternastej. Pomyśleliśmy, że to nie nasz problem tylko gospodarzy. Zajęliśmy się kupnem napojów. Początek to pięć piw gdyż Michał ograniczył się do wody. Zakup dużej ilości wody mineralnej, napojów wyskokowych zapewnił Marian, Piotr oraz moja skromna osoba wszak jutro miałem imieniny. Pijąc spokojnie piwo w sklepie zastanawialiśmy się jak tu jest uroczo. Brak kasy fiskalnej, którą zastępowały drewniane liczydła (polecana atrakcja dla młodych, którzy mogą się nauczyć z nich korzystać) oraz połączenie funkcjonalności lokalu handlowego z gospodą, czyli obiektem doznań duchowo-gastronomicznych mógł tylko zachwycać. Przypomniała się młodość, kiedy to swego czasu w Łomazach człowiek bywał w gospodzie. Łza się w oku kręci. Tu czas się zatrzymał. Niesyty piękne chwile zadumy zostały przerwane przez sprzedawczynię, która po odebranym telefonie zaczęła nas ze sklepu wyganiać. Okazało się, że kiedy my spożywaliśmy smaczne piwo ukraińskie jej mąż spadł z dach szopy, która mijaliśmy. Ponadto dowiedzieliśmy się od Marysi później, że nie tylko był mężem sprzedawczyni, ale też wójtem. Kobieta około siedemdziesiątki z wyglądu trasę do szopy pokonała w tempie, które nas zaskoczyło. Pomyślałem sobie jak troska o bliskich dodaje nam skrzydeł. Widzieliśmy z oddali jak męża nieprzytomnego wynoszą. Ładują do samochodu i szybko gdzieś wiozą. Chcieliśmy poinformować, że mamy lekarza w naszym towarzystwie, ale wysiłek był płonny nie zawracano na nas uwagi. Widocznie schemat działania był inny i nie należało się wtrącać. Poszliśmy dalej.

Pokonanie powrotnej trasy zajęło nam tyle samo czasu jak w kierunku przeciwnym. Widoki niby takie same, ale widziane w kierunku odwrotnym odkrywały przed nami inne swe uroki. Cały czas coś nowego i powietrze się ogrzało, zbliżało się południe. Dotarliśmy do domu około dwunastej z przekonaniem, że po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Całe szczęście przywitał nas przed domem gospodarz Wasyl Hadziuk, nazwisko chyba znacie, który sprowadził nas na ziemię i powiedział, że Smotrec o tej porze możemy sobie wybić z głowy. Polecił widoczny stok po przeciwnej stronie, z którego będziemy mogli podziwiać całą Czarnohore. Wejście żółtym szlakiem około półtorej godziny w jedną stronę. Nikt nie stawiał sprzeciwu. Podjęto decyzje zgodnie. Piotr, czym mnie zaskoczył zabrał ze sobą gitarę. Ponownie pokonaliśmy potok i skierowaliśmy się na szlak. Pojawiła się pierwsza rozbieżność. Pomny wskazówek Wasyla twierdziłem, że musimy skręcić w lewo. Piotr twierdził, że musimy podążać drogą. Mimo różnicy zdań i braku zdecydowania pozostałych uczestników, jednak udało mi się przeforsować swoją opcję. Szlak wił się po zboczu w lewo i prawo. Weszliśmy do lasu by potem wchodzić do góry jakąś drogą. Wyjście na łąki z pasącym się bydłem i hale znacznie wyżej pokazało nam widok, który zostanie w naszej pamięci na cale życie. Pasmo Czarnohory przykryte lekkim śniegiem z czarnymi graniami oraz wysoko stojącym słońcem. Teatr natury pokazujący, jaki człowiek jest mały, jaki nieistotny w tym bycie. Mimo zmęczenia, zadyszki stał z otwartymi ustami i patrzył, patrzył, patrzył, a widok trwał i trwał będzie.

Zatrzymaliśmy się na hali pod sosną zachłystując się widokiem. Piotr wyciągnął gitarę z pokrowca i zagrał. Zagrał to, co nas tu wszystkich przyciągnęło. Tęsknota za wolnością, pięknem, swobodą istnienia, szczerością i otwartością, której w życiu powszednim nie ma. Dźwięki gitary snuły się w dół ku dolinie i podążały gdzieś tam ku czarnym szczytom. Nie daliśmy się smutkowi, bo Piotr uderzył w radosną nutę i wszyscy zaśpiewaliśmy „Czerwony Pas”, którego treść dopiera teraz rozumieliśmy. Chłonąc przecudne widoki i gitarowe dźwięki myślałem Boże jakiż ten nasz świat jest piękny. Ile ludzie tracą nie wiedząc lub nie rozumiejąc w natłoku spraw dnia codziennego, że to, co robią to nie wszystko, to nie jest najważniejsze. Trzeba cieszyć się życiem i rozumieć siebie i innych. Może, gdybym nie przyjechał tu do Czarnohory nie zrozumiał tego tak dobrze. Piotr powiedział – „Teraz rozumiecie, dlaczego wziąłem gitarę i chciałem tu zagrać”. Wiedzieliśmy.

Zejście według słów Wasyla było inne, ale widok malutkiej chatki, w której mieszkaliśmy był tak silnym przekazem, że wracaliśmy tym samym szlakiem. Zejście dostarczało emocji, bo cały czas mieliśmy przed oczami Czarnohorę. Spotkaliśmy stado byków. Jeden z nich przejawiał dziwne zainteresowanie Piotrem. Stanęli naprzeciwko siebie i patrzyli sobie w oczy. Chyba doszli do porozumienia, bo Piotr bez przeszkód ruszył w dalszą drogę. Dotarliśmy do domu na godzinę osiemnastą. Zapadał zmierz pomału. Kolację Marysia podała o godzinie dziewiętnastej. Gorący barszcz ukraiński, pierogi, ser i bryndza oraz chlebek, który już był. Pewnie przez Marysię przyniesiony. Zgodnie z naszym zwyczajem, mimo że już z pierwszych sygnałów wynikało, że alkohol nie idzie w parze z chodzeniem po wierchowynie, kieliszek zaczął krążyć. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Dołączył do nas Wasyl. Bardzo się ucieszył, że kultywujemy tradycję picia jednym szkłem dla wszystkich. Przy kolejnej butelczynie zaproponował spożycie jego twórczości własnej. Gustowny czajniczek z procentowym napitkiem zaczął wkoło płynąć eliminując totalnie wyrób państwowy. Michał początkowo unikał przebywania przy stole po spożyciu kolacji, ale gdy wszyscy się rozwinęli, uczestniczył bezalkoholowo w libacji. Obejrzeliśmy w pokoju Wasyla walkę Kliczki z kimś tam i chyba o dość późnej porze udaliśmy się, jak twierdził Michał, na spoczynek. Drugi dzień naszej wyprawy się skończył. Jutro moje imieniny i wyprawa na Smotrec.

 

 

SZCZĘŚLIWE WYPADKI

             Szanowni Państwo nie wiedziałem, że nasz „Dopust Boży” czyli życie opiera się na wypadkach nieszczęśliwych i na wypadkach dobrych. Wszystkie stowarzyszenia ubezpieczeniowe opierają swoją działalność na wypadkach nieszczęśliwych, żadne na dobrych. Wyobraźcie sobie, że mieliście wypadek i nic wam się nie stało – nic nie dostaniecie, bo nie był to wypadek nieszczęśliwy. Wam się udało ujść z życiem, a to, że się przestraszyliście to nie jest sprawą umowy. Tylko jest jeden problem. Pojęcie nieszczęścia jest pojęciem względnym. Pewnie nigdy bym się nad tym problemem nie zastanawiał gdyby mnie nie dotyczył. Nieszczęśliwy wypadek każdy z nas wie z czym to się kojarzy, ale gdy na przykład w tym nieszczęściu szczęście się nam przydarzy, że nie stracimy życia lub nasze uszkodzenia nie są aż tak tragiczne – nie ma ubezpieczenia. Nie ma wypadku, ale każdy wie, że przecież ten wypadek się wydarzył. Nikt nie wspomina o traumie i innych przeżyciach chociaż skutkują na przyszłość. Proszę spytać każdego psychologa. Pojęcie wypadku szczególnie w pracy jest prawnie zdefiniowane. Nagłe zdarzenie spowodowane czynnikiem zewnętrznym powodujące uraz lub śmierć w miejscu pracy. Wydawałoby się, że nie ma tu nic niejasnego. Jednakże wypadek prawnie zdefiniowany różni się od wypadku nieszczęśliwego. Nieszczęśliwy wypadek to niezależne od woli i stanu zdrowia osoby, której życie lub zdrowie jest przedmiotem ubezpieczenia, gwałtowne zdarzenie wywołane przyczyną zewnętrzną, będące wyłączną oraz bezpośrednią przyczyną zdarzenia objętego odpowiedzialnością ubezpieczyciela. Czy państwo to zdanie „rozumieją”? Ja rozumiem, że gwałtowne zdarzenie jest przyczyną zdarzenia objętego odpowiedzialnością. Teraz jest tylko problem co rozumiemy pod pojęciem „gwałtowne zdarzenie”? Gwałt kojarzy mi się z wieloma sprawami. Zamachem na nasze swobody obywatelskie, odmiennością płci, sadyzmem oraz różnymi dewiacjami. Wcale nie przypomina to nagłości, bo właściwie tym tylko te dwie definicje się różnią.
          
Całe szczęście są prawnicy, którzy w tym gąszczu zawiłości prawnych biegle się poruszają. Jednak my prości obywatele przeważnie zostajemy „nabici w butelkę”. Jeżeli jesteś poszkodowany to mądrze skonstruowane pismo prędko i szybko pozbawia cię złudzeń. Nic ci się nie należy bo wypadek, któremu uległeś nie był nieszczęśliwym wypadkiem tylko wypadkiem w pracy i to twój problem oraz pracodawcy. Ciekawe co na to prawnicy? Kiedyś była socjalistyczna demokracja, która mówiła, że instytucje państwowe zawsze mają rację i nie było siły by z tym walczyć. Dziś mamy kapitalistyczną demokrację, która mówi, że możesz się do sądu odwołać, ale żeby wygrać musisz mieć dobrego prawnika, który kosztuje dobrą kasę. Czyli jak masz kasę to może wygrasz z „komunistycznym” ubezpieczycielem inaczej bez kasy się nie porywaj. Wkurza mnie to, że o wszystko trzeba walczyć. Żadna instytucja nie jest prospołeczna, każdy garnie do siebie nic od siebie tak dla obywatela. Ubezpieczenia społeczne płacimy całe nasze życie. Licząc, że kiedyś się przyda. Zresztą państwo za nas decyduje. Wszak chodzi o potężną kasę. Tylko kiedy przyjdzie czas by prosty obywatel miał okazję z tego korzystać niestety stoi w kolejce i to długie miesiące często bywa, że „Jaś nie doczekał”. Państwo za to skorzystało. Podobnie jest z emeryturą. Płacisz, płacisz, płacisz by na koniec jeżeli ci się uda odejść na zasłużoną emeryturę długo z niej nie skorzystasz bo cię powołają na tamtą stronę. Piękny biznes tylko nie dla każdego. Uczciwy człowiek musi za wszystko płacić. Nieuczciwy zarabia. Powinien mieć jednak tę świadomość, jak Pan Prezydent Lech Wałęsa powiedział, że zostanie za to rozliczny po tamtej stronie. Podziwiam Pana Prezydenta, że ma taką nadzieję. Mnie gnębi jednak przekonanie, że nie będzie to już dotyczyło mojej osoby. Czyli co mi z tego? Strasznie mnie to denerwuje kiedy widzę, że grupa cwaniaków finansowo usytuowanych, robi coraz większą kasę naszym kosztem. Przykładem niech będą firmy turystyczne. Co mi z tego, że ogłosiły upadłość oraz oszukały prostego obywatela, który na wakacje swoich marzeń kilka lat kasę zbierał. Nikt nam nie zwróci pieniędzy, czasu przyjemnego oraz przyjemności. Dostajemy tylko koszmary. Państwo jest bezradne. Okazuje się, że uczciwość się nie opłaci. Jednak jak już kraść to z grubej rury by mieć tę świadomość, że warto było. Umiejętnie ulokować pieniądze i nawet jak nas złapią mieć kasę na adwokata. Potem nawet po kilkunastu latach, ale żyć z odsetek spokojnie o nic więcej się nie martwiąc.
        
Dzisiaj coraz częściej trzeba pilnie uważać co się podpisuje. Rozumiem, że kiedy grunt się pod nogami pali i potrzebne są  na „gwałt” pieniądze (nie mylić z gwałtem o którym wcześniej pisałem) jesteśmy w stanie podpisać wszystko byle tylko dali kasę. Niestety takie działanie prowadzi do tego, że grunt zmienia swoją konsystencję z „palącego” na „bagno”, które nas powoli pochlania, aż przychodzi moment, że najpierw pochłonie by potem wyrzucić, ale już z pustymi torbami. Warto się zatem zastanowić i umowy przeanalizować w domu na spokojnie zanim się je podpisze. Jak to mówią pośpiech jest złym doradcą, a śpieszyć się należy tylko przy łapaniu pcheł. Pogryzienia są swędzące. Identycznie jest z ubezpieczycielami. Kasę systematycznie biorą, ale jeżeli coś się przydarzy wypłacają z oporami. Od dzisiaj jeżeli gdzieś się ubezpieczę najpierw zapytam prawnika czy mi się to opłaci? Żałuję ogromnie, że przez tyle lat płaciłem i obracano moimi pieniędzmi, a gdy się znalazłem w kłopocie wypadek uznali za „szczęśliwy” chociaż uraz przyczynił się do utraty części zdrowia bezpowrotnie. To co się wydawało solidne bo ma „komunistyczne” korzenie okazało się, że myślenie też pozostało z tamtej epoki. Nikomu nie polecam. Warto troszeczkę czasu poświęcić i oferty pooglądać i poszukać tych, które mówią o wypadku każdym, że jest nieszczęśliwy bez żadnych dodatkowych okoliczności. Zresztą w swoim długim życiu nigdy się nie spotkałem ze „szczęśliwym” wypadkiem. Każdy był nieszczęśliwy. Jednak muszę zmienić zdanie. Chociaż wydawało się, że czarne jest czarne, a białe białym to jednak ze skruchą mówię, że się grubo mylicie. Wszystko zależy od miejsca siedzenia oraz interesu. Jeżeli jest nie wasz, bywa różnie. 

WOLNOŚĆ SŁOWA

            Nie będę przytaczał Wikipedii czy innych słowników interpretujących pojęcie „wolności słowa”. Stwierdzono, że wyręczam młodzież w szukaniu wiedzy w Internecie. Ponadto w przypadku Wikipedii nie zawsze prawdziwej.  Słuszne czy niesłuszne „specjaliści” ocenią. Piszę jak to kiedyś powiedziałem bo lubię, kocham i muszę nie zważając na to czy komuś się to podoba czy nie? Właśnie to jest wolność słowa. Przynajmniej ja to tak interpretuję oraz to, że jestem otwarty na polemikę. Nie trwam jak „osioł” przy swoim, kiedy ktoś ma rację. Właśnie tak pojmuję demokrację. Przecież nie wszyscy muszą pojmować rzeczywistość tak jak ja i też mogą się wypowiedzieć. Mogą nawet mnie skrytykować, co zresztą mam też na swoim blogu. Szanuję tych, co potrafią powiedzieć wprost co myślą, ale jestem daleki od tych, którzy za jakimś Nickiem wulgarnym słowem zademonstrują swoją „wolność słowa”. Tych uważam trzeba piętnować z uwagi nie na słowa, lecz na brak charakteru, który im nie pozwala wypowiedzieć się otwarcie oraz odważnie.             
            
Szanuję wolność słowa, która opiera się o merytoryczną polemikę, nie trawię „komunistycznych zachowań”. Młodzieży młoda chciałem wam powiedzieć, że kiedyś w Polsce była jedyna słuszna partia polityczna (oczywiście nie wspominam o stronnictwach, bo właściwie to nie miały żadnego znaczenia), która nazywała się PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza). Partia ta rządziła bez kozery około lat pięćdziesiąt (przepraszam nie jestem historykiem temat ten pozostawiam specjalistom). Należała do niej większość społeczeństwa. Była jedyną słuszną władzą nieomylną oraz sprawiedliwą. Można się było nie zgadzać, że jest omylna, ale zawsze był punkt pierwszy, że jest prawdą sprawiedliwą. Miała wypracowane od lat zasady postępowania z niepokornymi oraz niepokorną opozycją. Demokratycznie przed społeczeństwem jednomyślnie myślącym napiętnować. Usunąć poza nawias społeczny, odsunąć w niebyt intelektualny. Młodzieży tak było. Nie wierzycie? Spytajcie tatę, mamę, dziadka myślę, że potwierdzą moją relację. 
           
          
Piszę o tym i wspominam, bo myślałem, że to minęło. Jakież było moje zaskoczenie, że po latach dwudziestu, kiedy mamy wolną polską demokrację, nagle znalazłem się na „kooperatywce”. Zostałem napiętnowany publicznie i to z oklaskami tak jak za tamtych dobrych czasów. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że styl i działanie były takie charakterystyczne i do tamtych czasów podobne. Jakby się nic nie zmieniło. Nie wiem czy pamiętacie państwo film „Miś”? Sytuację, kiedy w studiu filmowym realizującym socjalistyczną produkcję ktoś ukradł parówki (wiadomo kto, producent). Aktyw młodzieżowy i polityczny napiętnował surowo złodzieja oraz podjął uchwałę o większym zwarciu szeregów i zmobilizowaniu wysiłków do lepszego realizowania filmu. Zachowanie napiętnować publicznie oraz podjąć straż obywatelską by uchronić następną porcję przed kradzieżą. Działanie wydaje się zasadne i zrozumiałe, jeżeli mówimy o dobru publicznym. Dziś w demokracji mamy od tego „ochronę” oraz ludzi, którzy są permanentnie „monitorowani”. Zresztą nikt się dzisiaj nie pokusi o kradzież parówek, kiedy można dostać szynkę. Chyba, że się jest bezdomnym, ale to jest wtedy zrozumiałe i wybaczalne, bo przecież trzeba człowiekowi pomóc w biedzie. 
           
           
Mnie postawiono przed zgromadzeniem i napiętnowano, bo napisałem prawdę. Fakt moją prawdę, którą podkreśliłem, że jest moją. Nikogo nie obraziłem publicznie. Nikogo nie ośmieszałem czy krzywdziłem. Napisałem, że pewne sprawy mi się nie podobają i poddaję je publicznej ocenie. Nikt się nie pokusił by zabrać głos publicznie w mojej polemice na blogu czy też na stronach „Radio BiPer”. Czekano jak za dobrych czasów komunistycznych aby zebrać grono społeczne i zrobić z mojej osoby „wroga ludu”. Tylko, że jednak czasy się zmieniły i to co miało być pogrążeniem w ocenie inicjatorów niestety okazało się moim sukcesem. W pewnym sensie sam inicjator to podkreślił, że nie ważne jak, dobrze czy źle ważne, że jednak się mówi. Cieszy mnie bardzo, że w tak szacownym gronie mój talent zauważono oraz to, że został on publicznie przedstawiony, chociaż w niepełnym zakresie. Myślę kochani, że mnie zrozumiecie tym razem, że nie chodzi mi o napiętnowanie intencji, lecz formy i treści jej realizacji, która mogłaby zostać wyjaśniona w kulturalnej polemice. Jeżeli się swych nazwisk wstydzicie proszę bardzo jestem otwarty na publiczną krytykę nawet anonimowo. Proszę tylko nie wracajcie do socjalistycznych standardów, bo to świadczy nie o mnie tylko o waszym umiejscowieniu w przeszłej historii. Dlatego ciągle i otwarcie będę mówił, że trzeba otwierać się na młodych. „Wy nie cofniecie życia wstecz. Nic skargi nie pomogą. Bezsilne gniewy próżny żal Świat pójdzie swoją drogą. Trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe, a nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę”. 
           
            
Słowa te piszę nie z żalu wielkiego, lecz ze strachu. Boję się strasznie, że mentalność dni tamtych w dalszym ciągu tkwi w narodzie. Myślałem, że nikt się nie odważy wrócić do metod tamtych. Niestety myliłem się ogromnie. Mam cichą nadzieję, że był to wybryk jednostkowy i nikt więcej nie pójdzie tym śladem. Jednocześnie się zastanawiam, jaki był cel tego? Czyżby zareklamowanie mej twórczości i bloga mego oraz mojej strony na Radio BiPerze? Nie podjęto żadnej uchwały ani nie wykluczono mnie ze społeczności. Myślę, że ktoś się zapomniał i miast porozmawiać z moją osobą szczerze chciał się posłużyć tłumem by mnie „napiętnowano” publicznie. Niestety to się nie udało. Mając w świadomości, że wolność słowa istnieje, piszę ten felieton by podzielić się z wami swoimi spostrzeżeniami, a zarazem zapytać czy jest słuszne wyrażanie swoich opinii publicznie, jeżeli dotyczą spraw życia społecznego? Nie mówię o życiu prywatnym, bo to należy rozgraniczyć oczywiście. Czy dusić w sobie skrycie pretensję oraz realizować zabawę w „podchody” lub „kopanie dołków” pod kimś, bo nie stać nas na otwartą polemikę.
           Chciałem przemilczeć incydent, ale z punktu społecznego wydał mi się ciekawy tym bardziej, że jest to wspaniały materiał dydaktyczny dla młodzieży oraz osób, które wkraczają w dorosłe życie. Zarówno stanowi wspaniałą lekcję historii mówiącą jak kiedyś postępowano oraz edukacyjne ostrzeżenie, że nie jest to zgodne ze współczesną demokracją. Mam cichą nadzieję, że nie zostanie wykorzystany przez następne pokolenia, jako materiał poglądowy do zdobywania władzy. Jednak byłoby to z mojej strony zarozumialstwo, a to też jest naganne historycznie. Wydaje mi się, że z tych wszystkich rozważań jest najważniejsze, że mamy wolność słowa i mam nadzieję, że nikt nam jej nie odbierze.

EURO 2012

           Dzisiaj jest dzień prawdy. Mecz Polska – Rosja, który ma pokazać nam polskim kibicom jak to jest z naszą polską drużyną. Wszechogarniający optymizm musi się spotkać z realną krytyką. Mecz otwarcia pokazał, że jeszcze wiele pracy przed naszymi chłopakami. Niestety nie możemy się cieszyć jak ukraińscy kibice po pięknym meczu wygranym ze Szwedami. Mecz z Grecją uzmysłowił, że brakuje nam psychicznego wsparcia, że brak wiary, że trzeba walczyć do końca i się nie poddawać, lecz jak ukraiński „walec” pchać do przodu przecież jesteśmy gospodarzami. Śmiem wątpić, że dzisiaj będzie różowo. Boję się, że dostaniemy manto aby się obudzić, że trzeba brać się do roboty. 
            Plusem rywalizacji piłkarskiej na poziomie Europy jest polityczny i ekonomiczny spokój. Czasami się tylko człowiek dowie, że banki hiszpańskie dostały troszeczkę kasy, ale raczej nie mogą liczyć na więcej od „Europejskiej Finansjery”. Oczywiście wiemy też, że może być gorzej, ale najważniejszy jest „Piłkarski Poker”, który rozgrywa się dnia każdego już od godziny osiemnastej. Troszeczkę brakuje politycznych utarczek z prawej i jeszcze bardziej z prawej strony. Lewica za wyjątkiem „Czerwonego Kmicica”, który będąc na prawicy nagle się nawrócił i wrócił do robotniczych korzeni i na facebooku rządzi prąc nie do Częstochowy lecz do Łodzi. Gdzie jak na razie jeszcze kto inny rządzi. Prostemu obywatelowi te zagrywki ładne na razie nie w głowie bo mamy „Euro 2012”. Oczywiście próbowano dzisiejsze spotkanie upolitycznić nazywając „Bitwą Warszawską”. Tytuł jakoś nie chwycił i tylko nie bardzo rozumiem po co ten marsz „Pokoju” kibiców rosyjskich przez Most Poniatowskiego jakby nie wystarczyło zalać stadion masą. Widocznie nie dość, że chcą z nami wygrać (oczywiście w piłkę) to jeszcze chcą w Europie zaistnieć. Ciekawy jestem jak to będzie?
           
          
To pierwsze wrażenia jeszcze przedmeczowe, zobaczymy co po meczu napiszę? Gdybym lubił hazard pewnie bym się przejmował tak to tylko liczę, że nasi nie tak łatwo sprzedadzą swoją skórę. Wierzę jednak, że będą walczyć do ostatniego „okopu” (co ja piszę?) do ostatniego gwizdka oczywiście. Jak mówią mądrzy w piśmie póki piłka jest w grze wszystko jest możliwe. Ciekawe czy moje dywagacje i obawy się sprawdzą? Czy padnę na kolana i powiem przepraszam za brak wiary. Jesteście wielcy. Wybaczcie mój pesymizm, ale tak długo Polacy nie wygrywali, że zdążyłem się przyzwyczaić. Wasze nazwiska (wielkie) w pamięci swej wyryję i zajmiecie miejsca: Dejny, Lubańskiego, Laty, Szarmacha, Tomaszewskiego. Dziś niestety jak na razie choć nie palę wśród zagranicznych przyjaciół Tytoniem się chwalę. Wspominam też Lewandowskiego, ale reszty jeszcze nie poznałem. Myślę, że po dniu dzisiejszym ocenię czy warto? Wszyscy o tym wiemy, że sukces ma wielu, porażka jednego ojca i mam nadzieję, że nie będzie to wina trenera lecz systemu całego, który nasz Premier chce uzdrowić budując „Orliki” dla młodzieży. Myślę, że to się sprawdzi za lat kilka, ale nie za dni naszych (wspominam o sobie). Lecz kolejnych pokoleń w footballu lub jak mówią Polacy w piłce nożnej zakochanych. Dziś jednak czekamy na wynik meczu. Organizacyjnie myślę, że już wygraliśmy to „Euro”. Jak w piłkę, poczekać muszę. Przerywam pisanie do wieczora. 
           
           
Właśnie się zaczyna kibicowanie. Czułem niesmak kiedy słyszałem szum i hałas, a nawet gwizdy przy graniu hymnu Związku Radzieckiego obecnie Rosji.  Może to atawizm do czasu przeszłego. Nie lubiliśmy i pewnie nie lubimy bo kojarzy się z dniami gdy na ziemi polskiej wojska radzieckie bywały. Wcześniej był mecz Grecja – Czechy. Wygrany przez Czechów dwa do jednego. Pierwsza połowa to czeska super maszyna w drugiej podobnie jak w grze z Polską, Grecja się obudziła, ale było już za późno. Gdyby nie „czeski błąd” Czesi by wygrali do zera, a tak bramkarz się z zawodnikiem nie dogadał a Grek nie robił „greka” tylko czekał i piłkę do bramki dobił. Przerywam bo mecz się zaczyna.
           
          
Pierwsza połowa za nami a my nie z tarczą tylko na tarczy. Przegrywamy z Rosją jeden zero. Były fajne dwie akcje Lewandowskiego bez skutku wielkiego, a oni tylko raz dośrodkowali i Tytoń musiał piłkę z bramki wyjąć. Brak wiary to najgorszy wróg sukcesu jeżeli nie wierzysz, że ci się uda to nawet nie próbuj bo porażka w twym domu zagości. Widać, że brak naszym przekonania, że wyjdzie, się uda. Czyżby tylko był jeden Polak, który zatrzymał nawałnicę radziecką? Przepraszam ale to się chyba nazywa nacjonalizm, a jestem daleki od tego. Jednak człowieka w…… przepraszam denerwuje, że naszym tak nie wychodzi. Czyżby ten czas zaborów wyrobił w nas gen niższości? Nie potrafimy ataku rosyjskiego zatrzymać. Brak „powera” by przejść jak Ukraińcy do ataku i pokazać kto tu w Polsce wygrywa. Zobaczymy, druga połowa się zaczyna.
           
          
Cudu nad Wisłą nie było, ale nie przegraliśmy. Błaszczykowski nasz honor ocalił i strzelił bramkę wyrównującą. Ważne, że zaczęliśmy grać w piłkę nożną. Po przerwie na boisko wyszła inna drużyna. Nareszcie była wola walki, a nie tylko gra w Football. Wydawało się nawet, że nasi wygrają. Okazji było kilka. Najważniejsze, że nam sił nie brakowało. Włodzimierz Lubańskich nasz zespół za to pochwalił. Jak to szybko się zmienia jeszcze rano rozpoczynając ten tekst pisałem „Oni”, a kończę „Nasi”. Jak to niewiele do zmiany zdania potrzeba. Wystarczy tylko dobrze grać, walczyć i już są chłopcy „Nasi” nie przegrani lecz z tarczą. Chociaż dziennikarz wkurzył naszego trenera Franka Smudę próbą jakiejś krytyki po „wielkim sukcesie” zremisowania z Rosją. To przecież oni nie czują jak jest to ważne żeby mieć nastawienie optymistyczne i cieszyć się nawet z takiego sukcesu bo przecież nie jest się Brazylią. I nieważne, że w mistrzostwach Europy Brazylijczycy nie grają. Ważne, że się zremisowało. Muszę też powiedzieć, że na kolana nie padnę nie będę przepraszał za słowa, które na początku pisałem bo remis to nie wygrana, ale też nie porażka czyli można powiedzieć że w meczu moim jest remis. Zmienię zdanie gdy z Czechami wygramy i to pokaźnie, a po tym co dziś Czesi pokazali to nie będzie łatwo. Jeżeli zagrają nasi jak w drugiej połowie z Rosją szanse są ogromne. Zależy też, jak trener powiedział, czy będzie nam wychodzić. Przekonamy się w sobotę dnia 16 czerwca roku bieżącego. W godzinach wieczornych.

DZIEŃ WETERANA DZIAŁAŃ POZA GRANICAMI PAŃSTWA

          Nikomu zainteresowanemu nie trzeba przypominać, że w dniu 29 maja br. obchodziliśmy święto. Święto obywateli polskich, którzy mieli tę przyjemność i zaszczyt reprezentować naród polski, ale nie na olimpiadzie, mistrzostwach czy innych igrzyskach, lecz w cichym tle medialnym walki o pokój. Obywateli, których ideą jest i było kontynuacja tradycji oręża polskiego w myśl powiedzenia „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie szczędząc krwi, trudu swojego działać w obronie demokracji na świecie. Warto też podkreślić, że to nie tylko żołnierz, policjant, funkcjonariusz czy zwykły obywatel w tym dniu się raduje i cieszy. Byli tacy, którzy nie wrócili, którzy zginęli, którzy się poświęcili pozostawiając rodziny w smutku i rozpaczy. Rodziny musiały się ze stratą pogodzić i co boli bez żadnego wsparcia. Dziś prawo pomaga, ale czy działa wstecz? Wszyscy wiemy, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Ustawa pokazuje, że powiedzenie sprawdza się w życiu. Uzyskanie statusu weterana poszkodowanego, jak to w reklamie bywa, wymaga pokonania schodów często nie do przeskoczenia. Chyba, że jest to tak udokumentowane, jak niektórzy mówią, nie do obalenia.
        
Prawie sześćdziesiąt lat trudu bojowego uznano w naszym kraju świętem państwowym organizowanym przez Władze Państwowe, Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej. Starano się by ten dzień był nadzwyczajny. Niestety w myśl przysłowia „gdzie kucharek sześć tam nie ma, co jeść” zaangażowanie każdego przyczyniło się nie do konsolidacji środowiska, lecz wzorem „Targowicy” do rozmycia przesłania ustawowego. „Każdy sobie rzepkę skrobie” lub angażuje się tam gdzie mu się opłaci. Nieodparcie odnoszę wrażenie, że „wojsko” nas pojmuje przez pryzmat ran, kalectwa oraz uszczerbków fizycznych, nie tym, że wróciliśmy i żyjemy. Uznajemy oraz rozumiemy kolegów „wyróżnionych w boju”, ale nie możemy zapominać, że nam się jednak udało wrócić do kraju. Rozumiem „pracodawcę”, że wygodniej jest się troszczyć o kilkuset niż o dziesiątki tysięcy, ale trzeba pamiętać, że dzięki tym tysiącom jesteśmy na świecie postrzegani, jako „prawdziwi wojownicy” i to już od wieków. Wiem, że „krawiec kraje jak mu materiału staje”, ale jeżeli za granicą świat nas honoruje nie możemy zapominać tu u nas w kraju, że byliśmy, jesteśmy i będziemy, choć z każdym dniem nas ubywa. Niestosownym i niemoralnym uznaję dzielenie weteranów na „normalnego” i „poszkodowanego”. To tak jakbyśmy przywrócili podział na „plebs” i „arystokrację”. Przecież mamy demokrację bez podziału na lepszych i gorszych. Uznaję rany i cierpienie i jestem za tym by to docenić, ale nie ubliżać mianem „poszkodowanego”. Chyba, że my się uznamy za poszkodowanych przez państwo? Święto weterana to święto wszystkich, którzy byli na misjach poza granicami państwa, a jednak pod grobem Nieznanego Żołnierza zabrakło policjantów, strażaków oraz innych, których to święto dotyczy.
           
Z wielkim żalem i rozczarowaniem przyjąłem znikome medialne zainteresowanie. Myślę, że gdyby był Pan Prezydent, Pan Premier, Korpus Dyplomatyczny odbiłoby się nasze święto światowym echem mniej więcej na takim samym poziomie jak było w Genewie. Może warto przemyśleć i już dziś zacząć działać by skonsolidować wysiłki przed obchodami rocznicowymi w przyszłym roku by nadać dniu światowy wydźwięk. Weterani, jest nas blisko sto tysięcy i choć do wyborów jeszcze daleko proszę o mobilizację i zaangażowanie w proces przekonania mediów, że „mówienie” o weteranach jest słuszne i istotne w demokratyzację życia w Polsce. Weteran to brzmi dumnie. Bycie weteranem to zaszczyt.   

M.A.S.H. (Mobile Army Surgical Hospital) PO POLSKU

         Jest piękny wrześniowy wieczór tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku oglądamy z małżonką telewizję i właśnie pokazują naszych chłopaków na Wzgórzach Golan. Piękne widoki, patrolowanie strefy rozgraniczenia. Takie odpowiedzialne, a zarazem znamienne. Świadczące o naszym zaangażowaniu w obronę pokoju na Świecie
.
- Kochanie może bym pojechał na misję?
- Nosi Cię? Chciałeś do Warszawy, a teraz Ci się zagranica marzy?
- Kochanie można nieźle zarobić i samochód spłacimy. Przyjedziecie do mnie  na wakacje.
- Dla mnie żadna różnica czy jesteś w Warszawie czy gdzieś dalej i tak nie ma   Cię w domu.
- Mam rozumieć, że się zgadzasz?
- Jeżeli chcesz to jedź.
          
Pracowałem wówczas w Warszawskim Okręgu Wojskowym, który rok później przestał istnieć. Niestety nie wiedziałem o tym, bo na pewno nie pojechałbym tylko pilnował swojego stanowiska, a tak pięć lat opóźnienia w karierze wojskowej. Włodek powiedział, że jeśli szef mnie puści nie będzie problemów z miejscem dla mnie tym bardziej, że jestem „swój chłop” no i znam „język”, a to najważniejsze. Faktem jest, że trochę tej wódeczności zniszczyliśmy. Problem zgody szefa na wyjazd generalnie jest nie do przeskoczenia. Przekonałem się o tym później, kiedy sam kwalifikowałem na misje. Prosta przyczyna, nikt nie chce się pozbyć pracownika na rok (wtedy jeszcze się jeździło na rok czasu). Miałem szczęście, Zbychu (mój szef – dusza człowiek) był wtedy na kursie języka angielskiego w Olsztynie. Telefoniczna rozmowa, że sprawa jest pilna, ważna i już jechałem pociągiem do miasta. Większe zakupy, żeby było, czym „zakanszać" i wieczorem zameldowałem się u szefa z aprowizacją. Gdzieś około 10.00 p.m. odważyłem się wystąpić z prośbą i przedstawić wniosek do zaopiniowania. Ku mojej radości szef się zgodził. Przeskoczenie szefa mi się udało. Gdybym wiedział, czym zaowocuje w przyszłości tak bym się nie cieszył i już wtedy zrezygnował. Wracałem, do Wa-wy szczęśliwy. Jeszcze raz potwierdziła się moja teoria – „jeżeli coś bardzo chcesz nie ma możliwości, żeby tego nie osiągnąć".
           
Była duża szansa bym pojechał do Libanu, jako kierownik sekcji operacyjnej Szpitala Polowego misji ONZ UNIFIL w Libanie. Kwalifikacje przeszły bez problemów, duża w tym zasługa Waldemara kolegi i przyjaciela, wtedy przełożonego kwalifikującego na misje. Miałem się na początku marca zameldować do Ośrodka Szkolenia na Potrzeby Misji Pokojowych w m. Kielce na tak zwanej „Bukówce". Każdy, co chciał jechać na misję musiał przejść przez „Bukówkę". Ośrodek położony jest na uboczu Kielc z lewej strony jak jedziemy z Warszawy. Ogrodzony, z kilkoma dwupiętrowymi blokami, placem apelowym, na którym odbywają się pożegnania kolejnych zmian i stołówki żołnierskiej. Pobyt na Bukówce rozpocząłem od zajęcia miejsca w dwuosobowym pokoiku w internacie. Okno, dwa łóżka, stół i trzy krzesła no i oczywiście szafa, to całe wyposażenie. Trzy dni później dotarł „Tango". Współspacz doświadczony misjonarz. Wyjazd do Libanu był kolejnym jego etapem w bogatej karierze misjonarskiej. To On mnie nauczył, że na misję nikt nie jedzie przez przypadek. Albo masz dobre „przygotowanie" albo masz „służbowe zadanie". Jechałem na misję, ale dokładnie nie wiedziałem, co tam będę robił. Przesłany z NAQOURY (miejsce stacjonowania Polskiego Kontyngentu Wojskowego UNIFIL w Libanie) opis stanowiska kompletnie nie odzwierciedlał polskich realiów służby wojskowej. Chyba był specjalnie tak napisany, aby nowicjusza dokumentnie zniechęcić do jego objęcia. Zawsze był następny w kolejce. Mówiło się, że dopóki nie wsiądziesz do samolotu i on nie wystartuje nie jest pewne, że na misję pojedziesz. Był przypadek, że samolot wystartował i wylądował w Bejrucie, a delikwenta nieprzytomnego od upojenia alkoholowego z radości, że wyjechał na misję, następnym transportem odesłano do kraju.
        
Miesiąc szkolenia w ośrodku rozpoczął się egzaminem ze znajomości języka anielskiego. Kolejne sito do selekcji ewentualnych pomyłkowo zakwalifikowanych kandydatów. Muszę powiedzieć, że i tak był przypadek „Tłumacza" (cztery czwórki), który ze względów „rodzinnych" musiał zjechać do kraju. Kompletnie nie radził sobie w sztabie UNIFIL i ten stres wprowadził Go w wódeczność. Egzamin prowadził „JOHNY" i któryś z bliźniaków, Darek albo Mariusz (przy okazji, jestem zbulwersowany wyrokiem sądu. Widać, że Wysoki Sąd nie był na misji i nie wie, co to „Bakszysz". Odmowa przyjęcia prezentu to pełna obraza darczyńcy). Pełen obaw egzamin zaliczyłem i mogłem przystąpić do miesięcznego szkolenia. Szkolenie w Kielcach właściwie służyło poznaniu się ludzi i poznaniu ewentualnych zagrożeń. Dowiedziałem się, że lepiej uważać na to, co się robi i co się mówi. Trzeba zwracać uwagę na tzw. stosunki międzyludzkie, a zwłaszcza z kobietami. Kobiet w kontyngencie i całej misji było chyba około setki (Polki, Francuzki, Norweżki i inne), a facetów około pięć tysięcy. Łatwo sobie wyobrazić, co czuje chłop po trzymiesięcznej abstynencji, bo taki okres czasu wystarczył by „maszkara" stała się „księżniczką", ale o tym później. Dowiedziałem się, że warto codziennie rano sprawdzać buty przed założeniem, bo może być w nich skorpion. Uważać na „Palestynki" (żmije wrednie jadowite) oraz „Czarne Wdowy", których chyba nie muszę przedstawiać. Niebezpieczeństwo groziło też od niewidzialnego wroga, od bakterii. Sam odczułem ich skuteczność, kiedy w pierwszym tygodniu nabawiłem się salmonelli po spożyciu „szałarmy" niezbyt czystymi dłońmi. No i oczywiście ostrzegano nas przed podnoszeniem ciekawych przedmiotów, które często były minami pułapkami. Ośrodek ma ich ciekawą kolekcję.
            
Wspomniałem o zgrywaniu składu nowej rotacji. Weterani z milczącym pobłażaniem przyglądali się jak nowicjusze „Pinki"[1], o których wspomnę później, z przejęciem poddali się procesowi urabiania. Do szpitala jechało nas około trzydziestu osób, po latach już nie bardzo pamiętam. Szefem naszej zmiany był Józiu. Szacowny pułkownik o duszy naukowca i informatyka. Jego zastępcą byłem Ja, „watowiec", ale o bardziej dowódczych zdolnościach niż technicznych. Wszak dowodziłem baterią przez siedem lat, a szefem sztabu byłem kolejnych sześć. Józiu przekazał mi wojskowe dowodzenie, a sam zajął się koordynowaniem przygotowania zmiany teoretycznie.
             
Szkolenie wojskowe z musztry zbieraniną lekarzy oraz sióstr nie należało do łatwych, ale czynnik zagrożenia nie wyjazdu na misję łamał wszelkie wątpliwości. Przed wyjazdem osiągnęliśmy poziom, który na misji wzbudzał zachwyt dowódcy kontyngentu tym, że panie potrafią tak pięknie maszerować. Pamiętam, że Józiu miał pewne problemy z załatwieniem „giftów”, w które i ja się zaopatrzyłem w WOW. Przyjęte jest na misji, że jak pojawią się goście trzeba ich czymś przywitać. Jakąś pamiątką z Polski. Przygotowania trwały pełną parą. Szkolenie przeplatane szczepieniami i praktycznymi zajęciami ze szkolenia strzeleckiego i WF. Komendant Ośrodka, sam wysportowany, ciągle ganiał nas na „Bukówkę". Doceniono Pana Marka zaangażowanie, wysiłek i umiejętności, bo pół roku po nas przyjechał na szefa Sztabu HQ UNIFIL. Pomału zbliżał się czas wyjazdu.
             
Wyjazd tuż tuż, ale zanim pojedziemy na Balice chciałem napisać kilka słów o Janie K. (Jan wybacz, że wspominam nasze wspólne przeżycia, nie sposób pominąć tak kolorowej postaci z OSdPMP w Kielcach.) Tak jak wspomniałem z Janem spotkałem się pierwszy raz na egzaminie z języka angielskiego. Mimo emocji zauważyłem fascynację językiem i wręcz delektowanie się różnymi kompilacjami wymowy. Ponownie spotkaliśmy się na misji. Szokowała mnie jego swoboda wydawania, jak to misjonarze nazywali – ciężko zarobionych pieniędzy. Lekką ręką potrafił stawiać kolejki w messie. Po latach, kiedy razem pracowaliśmy w DWLąd. powiedział mi, że strasznie się czuł, kiedy koledzy z innych nacji dysponowali większymi funduszami i potrafili nas traktować jak ubogich przyjaciół ze wschodu. Szkoda tylko, że niektórzy oficerowie z naszej nacji wykorzystywali jego fantazję dla swoich przyjemności……………            
              Przerwę na tym fragmencie swoje wspomnienia z misji. Fragment, który tu przedstawiłem mam nadzieję jest początkiem większej całości.
.


[1] Zielony niedoświadczony.

ZASŁUŻONA KARA

           „Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara” – powiedział senator z filmu „Ranczo”. Stwierdzenie żartobliwe przyjęte przez większość mojego środowiska, jako wspaniały dowcip niestety sprawdza się w stu procentach. Istnieje wiele dowodów potwierdzających. Ludzka natura jest pokrętna i złożona, ale jedno wiem na pewno, że właśnie w tej sprawie jest jednoznaczna. Lubimy mieć satysfakcję ze „zgnojenia” drugiego człowieka. Oczywiście są wyjątki, którym się wydaje, że mają misję do spełnienia tylko, dlaczego robią wokół tej misji tyle hałasu? Tłumaczą, że ich sprawa wymaga nagłośnienia i społecznego zrozumienia. Pewnie jest to prawda, ale jak to już pisałem z prawdą też różnie bywa. Pokrętność ludzkiego istnienia wymaga naprawdę głębokich analiz oraz intelektualnego zrozumienia. Nie dość tego jeszcze to zróżnicowanie płci. Gdyby tylko na dwie, niestety patrząc na życie coraz częściej zmieniamy się w „kameleona” i trudno dziś ustalić czy to facet? Czy kobieta? Bywa, że czasami jedno i drugie i nikomu to nie przeszkadza. Jeszcze tylko dojrzali wiekiem próbują ustalić czy to przypadkiem nie ma wpływu na dalsze funkcjonowanie człowieka na tym zwariowanym świecie? Kiedyś było nie do pomyślenia żebyśmy istnieli bez podstawowej komórki społecznej, jaką była „rodzina”. Dziś w modzie jest „przyjaźń”. Przyjaźń robi furorę nawet wśród celebrytów i polityków. Dziś nie trzeba być mężem lub żoną by sprawować władzę państwową. Kiedyś było to nie do zaakceptowania. Świat się zmienia, lecz nie natura nasza.           
            
Proszę mi wyjaśnić, dlaczego nas rozśmiesza przypadek, gdy ktoś się pośliźnie na skórce od banana? Przecież dzieje mu się krzywda. Cieszymy się, gdy ktoś komuś ściągnie publicznie spodnie lub odsłoni kobiece górne walory ich piękna bez zgody tylko tak dla „jaj”. Czyż nie jest to przykre dla osoby, której to czynimy? Oczywiście, że przykre, lecz śmieszne dla nas. Każdy kabaret czy groteska opiera się na tym, że śmiejemy się z kogoś nie z siebie. Jedyny wyjątek to klaun, który śmieje się z siebie, ale anonimowo, bo pod przykryciem umalowania. Czasami warto by było zrobić z siebie błazna by poczuć się jak idiota, lecz egoizm nie pozwala, a śmiech z innych nas dowartościowuje i uspokaja. Czujemy się wspaniale, że inni są śmieszni. Ten atawizm w mojej ocenie nas upokarza. Nie można cieszyć się z czyjejś krzywdy. Jednak zawiść, zazdrość, egoizm powodują, że lubimy, gdy komuś „podwinęła się noga” nie nam, bo my jesteśmy przebiegli, sprytni, wyrachowani oraz skuteczni. Trudno, że kosztem innych, ale ten świat tak jest ułożony, że wygrywają tylko silni. Nieważne, jakim kosztem. Jeżeli masz skrupuły lub sumienie prawdopodobnie skazany jesteś na przegraną. Jak historia pokazuje i przytoczone wyżej powiedzenie współczucie, litość, pomoc dla przegranego skutkują tym, że nasza słabość jest interpretowana nie, jako pomoc, lecz upokorzenie. Wierzcie mi nie zostanie to zapomniane i prędzej czy później osoba uratowana na pewno się zrewanżuje. Wdzięczność jest takim uczuciem jak to niektórzy mówią, że uwiera jak „wrzód na du…..”. Który nie pozwala wygodnie siedzieć, bo przeszkadza. Jedyny ratunek to go usunąć i świat się zmienia nabiera uroku nie zakłóca sumienia. 
           
            
W swym życiu miałem wiele przykładów, że przedstawione rozważania pokrywają się z prawdą. Nasze zaangażowanie i skuteczność nie zdobędą uznania przełożonego, lecz odwrotnie stanowią zagrożenie. Najlepiej pracować przeciętnie, chociaż przeciętność też nie ustrzeże od tego, bo myślenie władzy jest pokrętne, a łaska Pana na pstrym koniu jeździ. Dziś jest dobrze, a jutro na bruku się znajdziesz. Mam kolegę, który na początku wieku nowego tysiąclecia zajmował się restrukturyzacją naszej armii. Z potęgi militarnej przechodziliśmy na stan osobowy znacznie uboższy. Trzeba było przeprowadzić redukcję. Kolega był tym, który się tym zajmował. Chwalił się ilu to w każdym dniu odprawił osób do cywila. Do czasu jak to w bajce bywa – „Nosił wilk razy kilka, aż ponieśli i wilka”. Zrealizowane zadanie zakończyło się zwolnieniem kolegi z pracy. Wdzięczność Pana za dobrze wykonaną pracę była znamienna. Sam się też przekonałem wielokrotnie, że nie można wierzyć na słowo trzeba mieć wszystko na papierze albo argumenty nie do podważenia takie, które dają nam pewność, że krzywda nam się nie stanie. Każdy nasz pomysł, rozwiązanie musi mieć swoją cenę i rozliczenie. Musi być coś za coś nic za darmo wszak myślenie jest w cenie. Jeżeli pokażemy wszystko, co potrafimy i oddamy nasze umiejętności należy się liczyć, że przegramy, bo będziemy już niepotrzebni. Wiedzę i zdolności trzeba umiejętnie dawkować by stworzyć przekonanie, że jesteśmy niezbędni. Bez nas firma upadnie. Tak jak robią to informatycy, prawnicy, lekarze funkcjonują, bo nasz brak umiejętności w ich kompetencjach daje im tę przewagę, że uznajemy ich fanaberie i przesadę. Wiem jednak, że jest to tylko kwestia czasu, kiedy maszyny oraz wiedza przyszłych pokoleń zdezaktualizuje ich intelektualną potęgę, ale na razie bierzmy z nich przykład i szanujmy swoje umiejętności i wiedzę, bo inaczej przegracie.
          
Wyeksploatowanie intelektualne oraz zmęczenie zawodowe i fizyczne nie spotka się ze zrozumieniem. W kolejce czekają inni, by nas pogrążyć w niebycie egzystencjonalnym. My natomiast bez żadnych uprawnień. Wszak wiek emerytalny, który przejdzie do historii, jako „idee fixe”, niestety nieosiągalny z prostej przyczyny, że nikt nie dopuści do tego byśmy do niego dosłużyli, dopracowali, bo mając sześćdziesiąt siedem lat będziemy już niepotrzebni oraz nieopłacalni. Proszę mi wierzyć tak będzie. Niestety nie będzie sentymentów jednostka się nie liczy. Liczy się rachunek ekonomiczny i to on dyktuje, kto dziś lub jutro pracuje, a kto idzie w odstawkę. Rachunek to czysta matematyka, a ona nie uznaje uczuć, litości innych wrażeń. Rachunek jest bezlitosny i szkoda tylko, że tak deprecjonuje człowieka. Jesteśmy istoty myślące, a myślenie to zaleta, która nam się przydarzyła nie zwierzętom. Dlaczego zatem dajemy się „ujarzmić” liczbom, nie walczymy o dobro nasze? Dlaczego jesteśmy dla siebie wrogami bez serca i litości? Dlaczego jesteśmy tacy bezduszni? Wiem, bo tak jest prościej i da się rachunkiem ekonomicznym wszystko wytłumaczyć. Zawsze można zrzucić poczucie winy na liczby. Ukryć nasze egoistyczne słabości oraz mieć satysfakcję z poczucia władzy. Dziś moralność nie jest w cenie trzeba nauczyć się kraść i wykorzystywać innych. Litość, współczucie pomoc innym to słabości, które mówią o człowieczeństwie, ale spotykają się we współczesnym świecie z niezrozumieniem. Chyba, że potrafimy wykorzystać to dla własnych celów. Wszak na litości też można wygrać. Chociażby na „wnuczka”. Ludzie, szczególnie ci starsi, w dalszym ciągu są naiwni, bo tak zostali wychowani. My jesteśmy mądrzejsi już tak łatwo nas nie da się oszukać. Zdarzają się jeszcze przypadki, że na kanwie sukcesu medialnego damy się ponieść nadziejom, że dzięki naszemu czynowi staniemy się rozpoznawalni i może spotka nas jakaś nagroda, bo uratowaliśmy człowieka. Niestety Judymów już nie ma. Myślę, że większość młodzieży nawet nie wie, kto to taki. Niech będzie zatem przestrogą powiedzenie te, że za każdy dobry uczynek spotka nas zasłużona kara. Wierzcie mi, że tak jest. Mimo rozgoryczenia przyjmuję to za prawdę.

STOWARZYSZENIA

         Porozmawiajmy dzisiaj o stowarzyszeniach w Polsce. Swoje przemyślenia oprę o doświadczenie z osobistych rozważań emeryta, który nie chciał odejść na „trawkę”, lecz ma nadzieję, że jeszcze coś od siebie przekaże potrzebującym oraz zaistnieje, jako ten, który bezinteresownie chce zaoferować swoją pracę, wysiłek, wiedzę miastu, ludziom, społeczeństwu. Jestem członkiem „Koła Bialczan” stowarzyszenia działającego w Białej Podlaskiej promującego szczególnie dwie szkoły licealne: I L.O. im. J.I. Kraszewskiego oraz II L.O. im. E. Plater. Bardziej ze wskazaniem na to pierwsze liceum, bo jest bardziej historycznie utytułowane, jako filia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Dzisiejsza działalność koła zgodnie ze statutem skierowana jest do wszystkich mieszkańców Białej Podlaskiej. Bez podziału na uczelnie, a bardziej na więź społeczną z miastem. Zgodnie z historią jest to najstarsze stowarzyszenie.
        
Od 2006 roku prezesem Stowarzyszenia „Koło Bialczan” jest Marek Światłowski, w moim odczuciu kolega Marek żyje tym przedsięwzięciem. Potwierdzeniem tej tezy jest fakt, że dzięki swej działalności w stowarzyszeniu uzyskał społeczne poparcie i został radnym naszego miasta. Praktycznie jego osoba firmuje wszystkie przedsięwzięcia i dokonania „Koła Bialczan”. Bale charytatywne, spotkania, Ławeczka Kraszewskiego czy nobilitowanie Bogusława Kaczyńskiego oraz Romana Kłosowskiego, jako członków honorowych społeczności Białej Podlaskiej nie odbyłyby się bez Marka. Przyznam się szczerze, że przez pewien okres czasu (przez jedną kadencję) byłem vice prezesem stowarzyszenia, ale zrozumiałem, że nie potrafię się poświęcić całkowicie zadaniu i nie jestem w stanie sprostać zaangażowaniu kolegi, który żyje działalnością w kole. Jego ideą fixe jest stowarzyszenie, któremu poświęca oprócz działalności radnego całą swoją uwagę oraz zaangażowanie.
          
Zaangażowanie w działalność stowarzyszenia jak już wspomniałem wymaga poświęceń. Decydując się na nią trzeba wiedzieć czy realizuje to nasze zapotrzebowanie na samorealizację. Bywa, że nasze pojmowanie statutu czy programu jest sprzeczne z ogólnie przyjętym kierunkiem i niestety musimy się albo dostosować bądź walczyć o swoje racje. Zdając sobie sprawę, że konflikty nie służą sprawie warto jednak mieć odwagę by wyrazić swoją opinię, swoje zdanie.  Pozwolicie, zatem Państwo, że nie jestem propagatorem obecnej działalności Koła Bialczan. Troszeczkę odbiega ona od standardów przyjętych w mojej ocenie w stowarzyszeniach. Nie popieram i się nie zgadzam z podjętą uchwałą o podwyższeniu składek do dziesięciu złotych miesięcznie. Faktem jest, że moja nieobecność na zebraniu, kiedy była uchwalana dyskwalifikuje mnie już w przed biegach gdyż jak to się mówi „nieobecni nie mają prawa głosu” to jednak po fakcie chciałbym wyrazić swoją opinię. Uważam, że jest coś nie tak z tym „Kołem”, jeżeli ratujemy się podwyższaniem składek a nie pracą nad pozyskiwaniem nowych członków. Szczególnie wśród młodzieży. Myślę, że nie ma w kraju takiego stowarzyszenia, które opierało swoją działalność na podwyższaniu składek i zobowiązań finansowych. Rozumiem gdyby chodziło tu o kluby, partie czy organizacje, które są zainteresowane jak najbardziej elitarną formą swojej działalności. Wtedy to wewnętrzna sprawa członków, którzy akurat mają kaprys płacić np. po 1000 PLN, ale wiedzą, że tworzą środowisko zamknięte, bo nie stać wszystkich na taką kasę.
           
Tworzenie stowarzyszeń osób, które cieszą się faktem pochodzenia z jednego miasta, środowiska lub społeczności musi się opierać o dostępność działalności oraz udział mieszkańców, którzy mają satysfakcję z bycia w grupie osób o wspólnych zainteresowaniach lub przeżyciach, za symboliczne pieniądze członkowskie przeznaczone na kwiaty, ciastka, herbatę lub kawę by docenić piękne Panie lub zaproszonych gości. Działalność ma się opierać na promocji miasta, idei, grupy społecznej na zdobywaniu poparcia sponsorów, ale nie może być „fabryką” tworzenia zasobów finansowych w oparciu o jego członków. Rozumiem intencje zarządów, które poprzez podwyższanie wielkości składek członkowskich próbują budować zaplecze finansowe i prestiżowe swojej działalności. Większy pieniądz to i większe uznanie w środowisku lokalnym, bo zarząd stać na „reprezentację”. Uczciwe, jeżeli uwzględnia zniżki dla emerytów i rencistów, którzy płacą połowę, ale jest to działanie destrukcyjne, bo nie przyciąga młodych, którzy się zastanowią dziesięć razy czy zapisać się do koła, które wymaga, stu dwudziestu złotych rocznie, aby zostać jego członkiem. Myślę, że podzielą Państwo moją opinię, że jest to za drogo i nie przyciągnie młodych, którzy z każdym groszem się liczą.
         
Koło Bialczan nie jest jedynym stowarzyszeniem, które funkcjonuje w Białej Podlaskiej i nie jest jedynym, w którym staram się samorealizować społecznie. Działam również w Stowarzyszeniu Seniorów Lotnictwa Wojskowego Południowego Podlasia z jego prezesem płk rez. pilotem Janem Smolarkiem. Działalność stowarzyszenia oparta jest nie na sensu stricto manifestowaniu swojej przynależności do stowarzyszenia, lecz na działalności społecznej i promowaniu historii lotnictwa polskiego na Południowym Podlasiu, gdzie za symboliczne kwoty członkowskie budujemy świadomość społeczną istnienia lotnictwa na Podlasiu. Tworzymy historię nie pozwalamy zapomnieć.
         
Uczestnictwo w promowaniu swoich poglądów, idei wiąże się ściśle ze środowiskiem, w którym się pracowało, w którym się istniało, które kształtowało nas i nasze poglądy. Nie można się zatem dziwić, że do końca naszych dni chcemy się otaczać osobami, które nas rozumieją, które czują nasze problemy, nasze życie. Fakt, że misjonarzem byłem, ale nie ze struktur kościelnych tylko sił zbrojnych, jako reprezentant sił pokojowych w Libanie przyczynił się do tego, że chciałem też działać wśród kolegów, którzy tak jak ja swój los powierzyli Organizacji Narodów Zjednoczonych. Stowarzyszeniu Kombatantów Misji Pokojowych ONZ Koło Nr 43 w Białej Podlaskiej oraz członkostwo w Zarządzie Głównym tegoż stowarzyszenia w Warszawie pochłania moje jestestwo i daje olbrzymią satysfakcję z bycia członkiem. Praca nie opiera się na płaceniu symbolicznych składek tylko na tworzeniu świadomości społecznej oraz promowaniu udziału polskiego oręża w misjach pokojowych na całym świecie. Szeroki udział naszych członków ubranych w charakterystyczne błękitne berety w uroczystościach państwowych, prelekcje w szkołach na temat misji znajduje szerokie społeczne uznanie.
           
Każdy z nas się realizuje inaczej. Jedni kochają wojsko, inni kluby sportowe lub stowarzyszenia kościelne. Demokracja ma to do siebie, że daje nam możliwość wyboru. Sami tworzymy sobie swoje „Kółka Zainteresowań” tylko nie można zapomnieć o swoich przekonaniach. Nie można dać się zwariować. Dzisiaj działalność stowarzyszeniowa nie może polegać na promowaniu wartości anarchistycznych, destrukcyjnych, antyspołecznych. Promowaniu osób, które chcą nami zawładnąć i poprowadzić jak głupie cielę w stadzie ku przepaści. Obecne stowarzyszenia powinny być coraz częściej Organizacjami Pożytku Publicznego. Swoją działalność opierać na działaniu na zasadach wolontariatu, wymagając od swych członków minimalnego zaangażowania finansowego, a bardziej społecznej pracy. Kształtować wartości moralnie poprawne, które będą drogowskazem dla młodych pokoleń. Temu mają stowarzyszenia służyć, a nie prywacie. 

WSPÓŁCZESNA POLITYCZNA POLEMIKA – wywiad

Redaktor: – „Szanowni Panowie, spotkaliśmy się aby podyskutować na temat współczesnej polityki naszego państwa. Jako przedstawiciele najwyższej władzy ustawodawczej posiadacie wiedzę oraz długoletnie doświadczenie w tym temacie. Bardzo bym prosił, aby Pan X, jako bardziej doświadczony stażem politycznym rozpoczął naszą dyskusję."

Pan X: – „Witam słuchaczy, telewidzów, pana redaktora. Witam mojego adwersarza. Jak słusznie pan redaktor zauważył od lat cieszę się społecznym zaufaniem i od lat jestem politycznym przedstawicielem mojej partii w procesie kształtowania świadomości politycznej większości społeczeństwa. Niestety, muszę z przykrością stwierdzić, że mój adwersarz reprezentuje władzę, która ………………………………………………………………………..
 ………  ………………………………………………………………………………………………………………, aczkolwiek muszę dodać, że pomimo naszych starań by relacje były poprawne, a nawet dobre, jednakże koledzy z partii, która  ………………………………………………………………………………………………………… przynajmniej ja tak uważam.”

Pan Y: – „Witam państwa. Witam pana redaktora. Jestem zbulwersowany słownictwem mojego kolegi. Pierwszy raz spotkałem się z takim…………………………………………………………………………………………….…………………………………………………………………………………………………………………………………….. Jednakowoż podzielam opinię, że kolegom brakuje kultury osobistej, ale czego można wymagać od ……………………………………………………………………………………… nie chcę już więcej pana pogrążać.”

Redaktor: – „Panowie wybaczą, ale niestety biorąc pod uwagę Panów emocje pozwolicie, że przerwę tę uczoną polemikę i wyrażę swoje podziękowanie za to, że wzrosła nasza oglądalność. Jednakże Panów zaangażowanie oraz merytoryczne przygotowanie z przykrością muszę stwierdzić jest plagiatem - „Nikodema Dyzmy”. Dziękuję za udział i tak już poza ekranem dodam, że jesteście ………………………………………………………………………………….. …. ……………………………………………………………………………………………………………. i vice versa.”

STAĆ MNIE NA PÓŁTORA LITRA ALKOHOLU

           Kochani nie chcę Was straszyć, ale wróciła „Komuna”. Proszę mi uwierzyć myślałem, że się mylę. Główkowałem jak to się stało i kto na to pozwolił. Przecież przez ponad sześćdziesiąt lat walczyliśmy ogromnie (przepraszam ja służyłem) „By Polska była Polską”, a tu nagle wraca. Najdziwniejsze jest to, że nikt nie jest przeciw. Wszyscy cicho siedzą i nawet nie podnoszą głowy. Co gorsza, nie protestują. Nie występują zbrojnie tylko się za „mordy” biorą o „rocznicowe” koncepcje. Głowa boli, ale może już tak jesteśmy skonstruowani, że to co widać jest akceptowalne, a jeżeli nie widać tylko czuć, siedzimy spokojnie. Czuję się jak kobieta lekkich obyczajów, która nie zwraca uwagi jak ktoś ją podszczypuje, kiedy widzi kasę. Jednak, gdy kasy nie ma może dać w „papę”. Dlatego też patrzę, czy tylko ja to widzę, czy widzi też to każdy w moim wieku i starszy, że komuna wróciła? Nie widzicie? Patrzcie uważniej. Proszę jeszcze raz się przyjrzyjcie, przecież widać to wyraźnie. Niestety to prawda, sprawdzałem kilkakrotnie. Komuna jest z nami i daje o sobie znać dosadnie. Prawdą jest, że ją tylko tak nazwaliśmy ustami starych opozycjonistów i choć ona wraca Oni śpią spokojnie, myśląc że ich nie dotyczy. Niestety Panowie, właśnie o Was się upomniała i Was „uderzyła” dosłownie.           
             
Dosyć tego wstępu czas przeprowadzić „dowód”. Kochani chodzi o emerytury, renty, zasiłki i dodatki wszelkie związane z ZUS-em, KRUS-em i innymi organami emerytalno-rentowymi. Każdy, jak za czasów „komuny” w tym roku dostał równe kwoty rewaloryzacyjne, a konkretnie siedemdziesiąt jeden złotych, czyli tak na półtora litra wódki wystarczy. Gorzej mówiąc, na cały miesiąc nie starczy. Brak na jeden tydzień. Trzeba się zapożyczyć, bo inaczej nas „wysuszy”.  Wreszcie mamy sprawiedliwość, każdy dostał po równo tak jak za komuny bez lepszych i gorszych. Siedemdziesiąt jeden złotych przejdzie do historii tak jak J-23 czy „Patykiem Pisane”. Nikt nie wie dlaczego, ale jest równo przyznane. Emeryci, renciści i inni poszkodowani niech się cieszą, że wogóle dostali, bo przecie w „dobie” kryzysu trzeba żyć oszczędnie. Państwo uznało, a uznało słusznie, że nie może być takiej niesprawiedliwości, że bogaci dostają więcej, a ci mający „mało” dostawali symbolicznie po parę złotych. Jednym emerytury i waloryzacje szły w górę, „biednym” grosze dodawano do świadczeń ZUS-owskich. Inaczej, w ocenie Rządu był to podział aspołeczny, amoralny i krzywdzący najuboższych. Ustalono zatem, że trzeba przyjąć wariant kwotowy rewaloryzacji tak zwany „Urawniający”. Biedni zadowoleni, bo dostali więcej niż zwykle, a że „Burżuje” się burzą to nie jest problem istotny, bo przecież i tak mają dużo. Czyż to nie jest komunistyczne moi drodzy? Wszak tak traktowano „Kułaków” i „Burżujów” społecznych chyba, że uczyłem się innej historii.  
           
           
Przepraszam, że jestem tak ironizujący, ale wydaje mi się, że ktoś lekcji nie odrobił albo jest zbyt młody, by myśleć i o swojej przyszłości wprowadzając takie prawo, że nie uwzględnia naszego wkładu w ten fundusz finansowo-społeczny, który się gromadzi przez lata pracy, i ma być podstawą „płacy” po latach pracy. Przepraszam moich społecznych braci, w tym moją rodzinę, ale nie ja ustalałem zasady by żyło się sprawiedliwie. Jestem za tym by faktycznie przy emeryturach żenujących, nieprzekraczających tysiąca złotych, zasady rewaloryzacji odpowiednio dostosować można i kwotowo, ale jeżeli Tym, co przez trzydzieści lat Państwo „niezłe” kwoty potrącało na przyszłe emerytury teraz daje 71 złotych (słownie siedemdziesiątjeden złotych) to, mimo, że wychował mnie socjalizm uważam, że jest to niesprawiedliwe. Nie byłbym tak zbulwersowany, gdyby waloryzacja wystarczyła przynajmniej na dwa litry tak po pół litra na tydzień „Dla konserwacji”. Przynajmniej „Dałoby się żyć” kochani.