SYLWESTROWE SZALEŃSTWO

           Chyba tak to można nazwać. Jolanta stanęła na wysokości zadania. Nawet Pan prezydent zaszczycił obecnością, co prawda wybył, ale wrócił. Jola zachwyciła bogactwem potraw i wspaniałością muzyki. Zespół „Sway” w nazwie jak tej z filmu „Shall we dance” grał wspaniale, polecam. Wróciłem (nie wiem, jak, ale wróciłem) do domu, by obudzić się nad ranem w postawie siedzącej na wersalce w muszce i garniturze, włącznie z obuwiem. Nawet nie próbowałem wyjaśniać, co i jak, wiedziałem, że przeholowałem. Nie potrafię się bawić z ograniczeniami. Jestem, albo nie jestem szczególnie w Nowym Roku. Wiem, a przynajmniej się domyślam, że poszedłem na całość, ale jak nie pójść, kiedy się okazało, że było trochę sympatyków mojej osoby, których z pewnością rozczarowałem. Niestety nie pamiętam. Kolega Jerzy z Wrocławia pewnie powie, że mam problem. Mam, a jak lubię alkohol i jeżeli nikogo nie krzywdzę (mam nadzieję, prawda?) świetnie się z tym czuję. Wierzcie mi, chciałem być tak na topie. Elegancki, szarmancki, we best i pewnie taki byłem, ale zostałem porwany w towarzystwo, którego face and face nie znałem, ale które wspaniale mnie ugościło. Garnitur w komplecie, dokumenty też, czyli poza słownymi karambolami, których nie autoryzuję, było OK.

           Podobno wchodziłem Panu Prezydentowi w d…..ę. Nie pamiętam, ale jeżeli tak było to przepraszam, to alkohol mi wszystko pomieszał. Mimo wszystko jestem jednak tradycjonalistą i dlatego małżonka się do mnie nie odzywa. Podobno blond włosy ukochałem i to do tego zagraniczne. Możliwe, nie pamiętam. Poznałem wspaniałych ludzi, nie wiem tylko czy oni są zachwyceni. Ugościli, napoili i do żony odprowadzili. Byłem przeszczęśliwy nawet do domu nie chciałem wracać. Niestety kobiety mnie zgwałciły i odwiozły w domowe pielesza. Fajne jest to, że mimo godzin rannych nikt nie zatrzymywał i nie kazał się określić czy jestem za, czy przeciw. Jestem oczywiście za wolnością spożywania trunków wyskokowych we wspaniałym towarzystwie. Przeciw jazdy samochodem w stanie wskazującym na spożycie. Kocham moją ojczyznę bez konieczności iścia w Polskę. Kocham media, konstytucję, trybunał też kocham, kocham życie. Przeraża mnie tylko ta późna godzina pracy. Nocą kochani to ja odpoczywam i proszę bardzo nie mieszajcie mi w głowie. Takie galimatiasy to tylko w filmach. Na marginesie wspomnę tylko i przyznam się szczerze, że horrorów nie znoszę. Wolę komedie. Jak chcę się pośmiać Sejm sobie włączę. Lepszego kabaretu nie ma na świecie. Płacę, a co płacę i tego sobie żądam. Nie jakieś nudy na pudy ma być intersująco. Przyznacie, że jest ciekawie zwłaszcza ten mecz do jednej bramki. Bardzo mnie to cieszy nie lubię niespodzianek. Przynajmniej wiadomo, jaki będzie wynik. Jak to się mówi „Sąd, sądem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

         Wracając do Nowego Roku uprzejmie informuję, że piszę. Nie wiem, jak długo, ale postaram się istnieć. Chyba, że „sprawiedliwość społeczna” mnie dopadnie i przestanę funkcjonować. Dopadł mnie syndrom cofnięcia. Nie wiedziałem, jak żyć? Śmiać się czy płakać? Cieszyć się czy rozpaczać? Płynąć, czy unosić się na wodzie? Miałem nadzieję, że Nowy Rok mi podpowie. Chyba to było dobre rozwiązanie, bo nawet kac mnie nie dopadł tylko opamiętanie. Przecież to moje życie, mój kraj, ma Polska i nie można patrzeć z boku, jak ktoś próbuje mi mówić, jak mam żyć, jak rozumieć, jak istnieć. Wiele można zarzucić demokracji, że jest spolegliwa i czasami żałosna, że jest sprzedajna jak dama lekkich obyczajów, ale też jak w dzisiejszym filmie „Pretty Women” potrafi być charakterna. Bardzo demokrację szanuję, kocham. Dlatego moi kochani nie zadam wam pytania – Jak żyć Pani/ie Premier, Prezydencie? Wiem i będę się tego trzymał. Do siego Roku życzę, tak na marginesie, od dzisiaj.

„NAUKA PŁYWANIA”

         Potrafią Państwo pływać? No, tak na basenie, jeziorze, morzu czyli na jakimś wodnym akwenie? Chodzi o umiejętność utrzymywania się na wodzie, tak lepiej lub gorzej. Podobno trzeba zacząć naukę już od dziecka, bo potem to już trudniej. Swoje początki nabycia tej umiejętności zacząłem we wschodnim kurorcie Południowego Podlasia w Serpelicach na rzece Bug. Rzeka ta i obecnie świetnie nadaje się na naukę samo utrzymywania się na wodzie. Nieuregulowany nurt potrafi w ciągu doby zmieniać dno z płytkiego na głębię i z głębi na płyciznę. Takie zaskoczenie przyczyniło się do tego, że zacząłem gwałtownie machać rękoma i nogami, by po chwili stwierdzić, że utrzymuję się na wodzi. Takie były początki, które doskonaliłem na pięknej, czystej i cudownej rzece mego dzieciństwa, Krznie. Tu dopracowaliśmy do perfekcji skoki do wody z wybiciem w wzwyż i nurkowaniem do wody. Pływałem coraz lepiej już nie tylko machając kończynami lecz w oparciu o instruktorów stylowo klasykiem i kraulem. Byłem dobry. Nauczyłem siostrę, nauczyłem dziecko, żony się nie dało nauczyć. Ktoś zrobił wrogą robotę i nijak nie mogłem przekonać do osobistego zaufania, chociaż przysięgała. Zaoferowałem nawet swoje umiejętności innym, ale przykro to przyznać wycofałem się, bo stwierdziłem, że nie potrafię pływać. Jako tako utrzymuję się na wodzie, ale to nie to. Coś się porobiło.

            Pierwsze objawy zauważyłem już pięć lat temu. Skakałem na każdą wodę oczywiście ze sprawdzeniem, czy przypadkiem nie ma mielizny. Śmiało pokonywałem dystanse, gdy nagle ktoś wytwarzał fale, które podcinały mi skrzydła i nie pozwalały mi płynąć dalej. Pomyślałem, że trzeba zmienić akwen i konkurencję. Przejść z klasyka na kraula, a nawet styl grzbietowy i wypłynąć na szersze wody. Wydawało się, że wreszcie umiejętność wróciła. Śmiało płynąłem w przyszłość, widząc już w oddali następny brzeg. Ze względu na kręgosłup zrezygnowałem z klasyka, bo się źle kojarzył poświęcając się stylowi grzbietowemu widząc, że coraz lepiej mi wychodzi. Żeby lepiej mnie było widać w razie czego założyłem błękitny czepek, bo czerwony, zielony lub niebieski źle się kojarzył. Dumny i radosny, wierząc w siebie płynąłem dalej, kiedy jeden gość krzyknął, że ten błękit jest fajny, ale moda na ten kolor i styl grzbietowy od wczoraj minęła. Będzie weryfikowany i sprawdzony, a tak prościej mówiąc to się pan zastanów gdzie pan chcesz płynąć? Z prądem, czy pod prąd?

            Siedzę w domu nad klawiaturą komputera, czekając na Nowy Rok i tak się zastanawiam czy ta umiejętność pływania jest mi dziś potrzebna? Czy nie wystarczy to, że potrafię utrzymywać się na wodzie. Przecież nie muszę nigdzie płynąć, no chyba że przyjdzie fala i człowiek utonie, pójdzie na dno, jak wszystko. Z zazdrością i przerażeniem wspominam czasy, kiedy nie było mocnych i wody, której bym nie przepłynął. Strach, że dziś młodzi, którym się wydaje, że posiedli tę umiejętność śmiało wypływają na głębię, nie zdając sobie nawet sprawy, że to może być ich koniec. Dzisiaj wody są niespokojne, a rzeka zmienia dno. Dzisiaj było płytko, a jutro topiel tak jakby czas się cofał i wracamy ku naturze. Przypadek kształtuje świadomość, a nie byt, jak kiedyś nas uczono. Nauka strasznie się pomyliła i żaden psycholog mi nie wytłumaczy, że ci co myśleli – jest dobrze, dziś krzyczą, że jest odwrotnie. Może potrzebna nam jest dziś na gwałt nauka pływania, bo bez tej umiejętności trudno utrzymać się na wodzie. Z obawą wchodzę do basenu, ale też wiarą ogromną, że przecież dorobek ponad pięćdziesięciu lat nauki pływania nie poszedł na marne i jednak obrany kierunek jest dobry – Dam radę.     

ZROZUMIEĆ KOBIETĘ

       Nie wiem czy państwu się zdarzają takie odczucia, że czasami trudno pojąć wydawałoby się rzeczy oczywiste. Słońce wschodzi, zachodzi, podąża po nieboskłonie i mimo, że od wieków interpretowano to, jako ruch gwiazdy po firmamencie, a było odwrotnie, nikomu to nie przeszkadzało. Wieki bliskie skomplikowały tę oczywistość dając nam wiedzę, że to nie owa gwiazda pomyka, lecz my zasuwamy dwadzieścia cztery godziny na dobę, stojąc lub chodząc w „pociągu” nazywanym ruchem wirowym ziemi. Nie dość tego, to trzysta sześćdziesiąt pięć dni oglądamy nasze słoneczko z innej strony jakby była to jakaś różnica w przypadku energetycznego olbrzyma. Aksjomat, to jest takie pojęcie, które nam mówi, że tak jest i tak ma być, chociaż zmysły nam mówią, co innego. Naukowcy tak twierdzą, a oni się nie mylą. Oczywiście znamy przykłady i doświadczenia potwierdzające teorie, ale tak jakoś głupio, że wszystko się przewartościowało. Do dnia dzisiejszego wszak mądrzy w piśmie, mimo że teorię ewolucji wymyślili, nie potrafią powiedzieć, co było pierwsze kura, czy jajko? Fascynujące jest to w naszym gatunku Homo Sapiens, że jeżeli czegoś nie wiemy lub nie rozumiemy potrafimy stworzyć teorie, które wszystko wyjaśnią. Od wieków, co niepojęte musiało być zinterpretowane, bo dawało poczucie zrozumienia, przekonania i pewności, że nic nie dzieje się przez przypadek. Lubimy wierzyć, że wszystko ma swoją istotę, zasadność oraz zrozumienie. Nauka oparta o rozum i doświadczenie popycha nas w przyszłość rozwijając intelekt w kierunku teoretycznej ascendencji, dając przekonanie wyższości wiedzy i umysłu nad materią. Niestety, jeszcze nie wszystkich to dotyczy intelekt to domena zaledwie dziesięciu procent populacji ludzkiej. Reszta to średniowiecze lub czasy jeszcze wcześniejsze, może nawet wspólnoty pierwotnej, a może początków ewolucji. Bo,  jak nazwać istotę, która myśli tylko o żarciu, chędożeniu i spaniu, ewentualnie o używkach wymyślonych przez innych. Egzystuje, bo tak żyli jego przodkowie i tak widocznie jemu się wydaje, że tak jest dobrze. Wytłumaczeniem takiej postawy, a której ten twór egzystencjonalny się trzyma – to wiara. Wiara rozumiana, jako interpretacja duchowa niepojętego świata. Wiara pozwala wszystko zrozumieć, chociaż pewnie na poziomie jamochłonów jej nie ma, ale ona wyróżnia nasz gatunek ze świata zwierzęcego. Chociaż zwierzęta też reagują na bodźce zewnętrzne na przykład „Odruch Pawłowa”.

            Rozważając zawiłości świata, jego niepojętność, złożoność, którą rozumiemy, jako dopust sił wyższych lub złożoność ewolucji musimy pamiętać, że wszystko zależy od interpretacji i pojmowania bytu codziennego. Pierwszy wariant nobilituje nas, jako gatunek wyróżniony, stworzony dla jakiegoś celu oraz drugi nurt naukowy, z którego wynika, że jesteśmy częścią składową czegoś pięknego nazwanego życiem Globu Błękitnego zwanego Ziemią. Można powiedzieć, że dla tych „pierwotniaków”, o których wspomniałem, jest obojętne gdzie? co? dlaczego? Ale dla innych świadomość istnienia w społeczności, środowisku jest dobrem nieodzownym i koniecznym. Poczucie więzi, istnienia daje wszechpotężną moc zrozumienia swojej roli w otaczającej rzeczywistości. Wydaje się, że wszystko, co nas otacza ma sens i swoją rolę do spełnienia. Nie da się wszystkiego pojąć zrozumieć, zasadą jest radość z życia. I pewnie można by było tak trwać bez końca gdyby nie ciekawość. Jak mówią ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale bez ciekawości nie byłoby postępu, nie byłoby ewolucji. Ciekawość nas rozwija, a zarazem pogrąża. Niemoc zrozumienia nas przeraża, by się nie bać szukamy wytłumaczenia w nadprzyrodzonych relacjach. Jednym to wystarcza drudzy drążą temat.

         Nie bez kozery dałem tytuł felietonowi „Zrozumieć Kobietę”. To jedna z zagadek, której zinterpretować się nie da nawet wiara tu nie pomoże. Można przyjąć złożoność problemu, jako aksjomat, ale też jest trudność, bo ten aksjomat cały czas się zmienia. Mówią kobieta zmienną jest i basta, tak ją trzeba rozumieć, pojmować i akceptować. Piękne słowa, ale jak przełożyć je na sens życia? Ta zmienność jest udręką szczególnie dla płci przeciwnej. Świat jest tak urządzony, że aby przetrwać musi się połączyć osobnik płci męskiej z żeńską świata zwierzęcego, nie wspominając o roślinach. Inaczej, jeżeli nie wgłębimy się w naukę, nie da się tego rozwiązać. Zwierzęta mają to poukładane. Czas rui to czas prokreacji. Działania hormonów, które buszują w organizmie i wszystko jest bez ograniczeń. Słabszy osobnik przegrywa silny bierze wszystko, bo taki jest dobór naturalny. Rozważając ten sam problem w stosunku do gatunku Homo Sapiens spotykamy się z trudnością interpretacji faktów i złożonością sytuacji. Z prostych spraw zrobiono istotę człowieczeństwa. W przypadku męskim mało skomplikowaną opartą na pociągu i akcie seksualnym, czyli chędożeniu w języku staropolskim obejmującym: zaloty, uwodzenie, obietnice, przysięgi oraz to, co najpiękniejsze obcowanie z tą płci przeciwnej osobą. „Pierwotniak” na pewno inaczej to pojmuje, ale w mojej interpretacji brzmi sensownie. W przypadku kobiet seksualność i popęd to totalne wariactwo oparte na nieprzewidywalnych regułach i zasadach. Dziś wydajesz się odpowiedni i ten jedyny, gdy nagle następuje załamanie pogody i już jest inny, który wygryzł cię z wyścigu do „Szału Uniesień” Podkowińskiego. Bywa też czasami, że następuje zbrojne zajęcie, które totalnie nas ruguje z życia towarzyskiego. Masz prawo kochać, podziwiać, milczeć i być szczęśliwy z dostąpienia zaszczytu bycia tym jedynym. Ale niestety gdy wydaje ci się, że dziś jesteś ten jedyny, kochany, umiłowany, to po latach kilku dowiadujesz się, że większej pomyłki nie było w jej życiu. Zrozumieć kobietę! To rzecz niemożliwa. Jeżeli jakiemuś facetowi to się uda powinien otrzymać Nagrodę Nobla. Próbowałem kiedyś napisać dekalog kobiecości, dziś kiedy to wspominam ogarnia mnie pusty śmiech z faktu, że byłem taki naiwny. Jedyne światełko w tym tunelu to fakt, że próbować trzeba, bo niestety, kochani Panowie, bez Bab żyć się nie da. Tym optymistycznym akcentem zachęcam „Brać Samczą” do przemyśleń nad faktem czy warto w ten problem zagłębiać się głęboko, gdy tych problemów jest od groma na tym błękitnym globie do ogarnięcia.        

PROSTO W OCZY

       Śmiem powiedzieć prosto w oczy, że to co się dzieje w bialskim magistracie zakrawa na kpinę ze sprawowanej władzy oraz nieposzanowanie obywateli. Mija prawie sto dni od proklamowania nowych władz samorządowych, a tu za wyjątkiem imprez kulturalno-oświatowych i utrudniania życia maluczkim nic się w tej Białej nie dzieje. Liczyłem na bilans otwarcia czyli ocenę sprawowania poprzedniej władzy i co? I nic, sto dni mija, a ja niczyja, to znaczy ta nowa władza. Był program, miały być rozliczenia, miało być działanie. Działanie jest, ale niestety takie jak w krzywym zwierciadle. Co krok to wpadka lub wygięcie w poprzek. Nie dowiedzieliśmy się z jakiego poziomu nowa władza zaczyna. Bulwersujące, ale jednocześnie chytre, bo przecież mogłoby się okazać, że wcale tak źle nie było, a dorównać będzie trudno.

            Nie jestem zwolennikiem byłego prezydenta chociaż jako człowieka bardzo szanuję. Pamiętam jak zaczynał i pamiętam jak skończył. I musze przyznać, że widzę w nim prawdziwego mężczyznę, bo zakończył z klasą. Fakt, że czasem błądził lub słuchał złych doradców, ale za wyjątkiem kilku wpadek i zadłużenia miasta tak bardzo ludziom nie szkodził. Rzeczą zrozumiałą, że jego działania naprawcze były torpedowane przez opozycję, która teraz robi to samo co były prezydent, ale to przecież nie to samo, to jest ich, twórcze. Szlak mnie trafia, że jak jedna partia robi wszystko nie bojąc się o skutki inne, gdy następuje zmiana, nie chcą wypaść „krzywo” czytaj chamsko. Chyba to taki kompleks człowieka cywilizowanego. Były prezydent podpadał przez pierwsze dwie kadencje swoją bezkompromisowością i swoją zawsze słuszną racją. Kiedy widzieliśmy w nim człowieka przegrał, bo prosty lud nie docenia człowieka tylko zamordystę.

        Wynika to po prostu z naszego wychowania i genów odziedziczonych po przodkach. Nie trzeba być specjalistą wystarczy się zapoznać z polską historią. Kiedy zaczynaliśmy się rozwijać jako państwowość szybko zaczynało to przeszkadzać naszym rodakom w osiąganiu swoich racji stanu i zaczynało się „polskie piekiełko”, które dzięki oprawcom z zewnątrz przywracało nam świadomość społeczną. Chciałoby się napisać – ale to już było i nie wróci więcej, niestety to jest niezgodne z historycznym scenariuszem. Jesteśmy skazani na polską śmieszność. Chce się płakać, ale żyć trzeba i mieć wiarę, że kiedyś się to zmieni na „lepsze”, bo Polak osiągnie taki poziom świadomości, że zmądrzeje.

           Wierzcie mi trudno jest pisać dosadnie i czytelnie, ale się okazuje, że trzeba zrobić ten wysiłek, bo prosty człowiek nie zrozumie. Kochani, wszyscy ci co u władzy robią nas w balona. Liczy się interes tych co rządzą, a nie dobro społeczne. Kolesiostwo, układy mniej czy bardziej widoczne trzeba tylko przyznać, że bardziej inteligentne. Polak uczy się na błędach i to jest widoczne. CBA się prześciga, ale efektów brak, bo kombinuje się ostrożnie. Dziś w modzie są wyjazdy w plener i spacery zdrowotne po uprzednim sprawdzeniu adwersarza czy jest czysty informatycznie. Coraz częściej się też zdarza, że prowadzone rozmowy czy debaty nie wymagają zrozumienia przedmówcy lecz wyłuszczenia swojej racji z góry słusznej. Przykład z ostatniej sesji Rady Miasta Białej Podlaskiej. Inteligentny w mowie i piśmie zadał pytanie – czy zgodnie ze statutem Urzędu Miasta § 57 ust. 4 brak opinii Prezydenta do projektu uchwały nawet jeżeli nie jest jej autorem nie jest łamaniem prawa? Sprowadziło się do komentarza biura prawnego polegającego na stwierdzeniu, że uchwała jest poprawna. Albo ja jestem idiota, albo z mojej osoby robi się durnia, co gorsza zadający pytanie uznał odpowiedzi za wystarczające. Budzi to moje rozterki, że pytanie pewnie miało być zadane lecz nie oczekiwano odpowiedzi. Głupi naród i tak niewiele z tego zrozumie.

           Bezczelność i nie liczenie się z pospólstwem osiągnęło swój punkt kulminacyjny, kiedy nowy włodarz miasta ściągnął intelektualne odwody. Potrzebne bo do sprawowania władzy, niestety brak doświadczenia jest widoczny i siedzenie po nocach nie pomaga w ogarnięciu kuwety. Tym bardziej, że zastępcy równie mało kompetentni i z brakiem doświadczenia, widocznym. Potrzebny był gość z innej wsi, który pomoże opanować sytuację, która zaczyna się wymykać z pod kontroli. Pomoc, jak pomoc i nie byłoby w tym nic szczególnego wszak ma się oparcie we władzy w Warszawie i kasie społecznej z nazwiskiem w tle, gdyby nie fakt, że zadufanie w swoją wszechmocność generuje błędy. Naruszone zostało dobro społeczne, co u poprzedniej władzy przynajmniej nie było widoczne. Rozumiem, że specjalista kosztuje, ale nie kosztem obywateli. „Mieszkaniowy skandal w Białej Podlaskiej”. Odbiło się echem w mediach i sumieniach obywateli. „Prezydent miasta przydzielił komunalne mieszkanie swojemu doradcy – omijając w ten sposób kolejkę trzystu rodzin czekających na przydział takiego lokalu. Mieszkanie jest po generalnym remoncie i ma zostać wyposażone w meble za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Doradca prezydenta dostał je niemal od razu po tym jak rozpoczął pracę w urzędzie miasta. I nawet sami urzędnicy czyli podwładni prezydenta nie kryją, że to granda w biały dzień”. Napisał Piotr Czaban na stronie TTV.pl
http://ttv.pl/aktualnosci,926,n/ciepla-kwatera-dla-doradcy,160221.html

         Pokory, więcej pokory nie zadufania w swoją władzę i w swoją nieomylność. Naród może i głupi, ale prędzej czy później zrozumie swój błąd. Chłop żywemu nie przepuści, a gdy zrozumie naród prosty, że nie o niego chodzi, szybko ten kabaret się skończy. Proponuję prędko nabijać kiesę, bo można nie zdążyć. Do was inteligencjo oraz młode pokolenie apeluję nie bawcie się w podchody i kulturę. Na chamstwo chamstwem reagujcie, bo dobrymi słowy nikt was nie zrozumie. Mówcie prosto w oczy co was boli.

 

POMROCZNOŚĆ JASNA

      Rozgoryczenie, żal i bezsilność która ogarnia inteligentnego przedstawiciela społeczności bialskiej. Głupota, zarozumiałość, bezczelność, kpina tych, którzy demokratycznie przejęli władzę bazując na widzimisię nie kompetencjach. Wybrani czterdziesto procentową wyborczą frekwencją (oddano 20 050 głosów ważnych, a do głosowania uprawnionych było 46 000 osób) głosami kolesi oraz grup „wsparcia” robią rewolucję głupoty w maluczkich umysłach. Wiara w sukces nie wystarczy, wiara w kompetencje nie wystarczy trzeba mieć poparcie najlepiej finansowe oraz ofertę „igrzysk” lub skrajnej prawicowości dla gawiedzi. Wybory pokazały dwa aspekty współczesnej polskiej demokracji: Pierwszy to ten, że inteligentni nie narażają się na śmieszność oraz drugi, że rozum z wyborami nie ma nic wspólnego. Ortodoksyjność zdobywa coraz większą popularność i to ona bryluje w sferach południowo podlaskiej popkultury. Pojmowanie świata z prawej strony Wisły jest całkiem inne niż lewostronne zaangażowanie. Po tej prawej cuda się zdarzają. Po lewej jakoś po Częstochowie ucichło. Dlatego też Południowe Podlasie kładzie nacisk na ufność w Bogu. Powtarzając starą frazę „Niech się dzieje wola nieba z nią się zawsze zgadzać trzeba” i tak tu się w nowej naszej demokracji żyje. Wszyscy wierzą, że będzie lepiej. Powierzają władzę tym, którzy dla władzy skłonni są zmienić zdanie na najbardziej wygodne.

            Jan Kobuszewski śpiewał kiedyś bardzo interesującą piosenkę ze słowami Wojciecha Młynarskiego „A wójta się nie bójta”. Tekstu i samego utworu można posłuchać na Youtubie. W iście mistrzowski sposób Pan Jan ukazuje nam niuanse naszego wschodnio-europejskiego grajdołka. Mądre i z przesłaniem słowa Pana Wojtka, jak dotychczas nie straciły na świeżości i są w dalszym ciągu aktualne. Interesujący jest morał, puenta utworu – „Taki z tej bujdy morał można brać, że nie wiadomo, kogo bardziej trza się bać, czy tego wójta, co na ludzi grzmi, czy tych facetów z całkiem innej wsi…”. Polityka to taka kobieta lekkich obyczajów, która dla władzy i pieniędzy nie żałuje swych wdzięków. Nie wybiera orientacji seksualnych tylko się chędoży z tym kto więcej daje. Bzdurą wielką jest wierzyć w jej uczciwość i sprawiedliwość. Mądrzy tego świata dbają o swoją suwerenność i niezawisłość, głupcy tylną część nadstawiając ze szczęścia mrużą zamglone z rozkoszy oczy. Jedni marzą o spokoju, drudzy życie im układają. Mimo, że mądrość ma rację z głupotą przegrywa. Takie to są oblicza naszej polskiej egzystencjonalności. Mniejszość wygrywa z większością, bo tej drugiej nie chce się walczyć z głupotą. Ręce opadają i brak chęci do pisania, bo mimo, że sukienka jest granatowa inni inaczej ją widzą. Jak żyć, jak funkcjonować, kiedy raz ci mówią, że za drogo, a za jakiś czas ci sami mówią, że za tanio. Nie dość tego wmawiają, że mówią tak samo, ale to ty głupi narodzie prostych spraw nie pojmujesz i źle wszystko interpretujesz. Szkoda tylko, że wykształceni i podobno mądrzy z nimi polemizują. Mądrość musi zmienić swoje nastawienie, postawić się ostro. „Anglik” nie dogada się z „Francuzem” jeżeli będą mówić różnymi językami. Inteligencja ma tę zdolność, że może się przystosować do myślących inaczej adwersarzy, ale nigdy odwrotnie. Myślący inaczej nie zrozumie gładkich słów i konwenansów trzeba walić między oczy, wtedy pojmie. Trzeba zmienić swój stosunek do rzeczywistości, bo inaczej Homo Sapiens przepadnie. Drodzy rodacy, krajanie, mieszkańcy myślcie proszę. Zaangażujcie się w życie społeczne chociażby po to, by stworzyć przyszłość pokoleniom, bo jak będziemy się tylko przyglądać, to wierzcie mi, że ci myślący inaczej tylną część ciała nam skopią. Obserwując posiedzenia Rady Miasta widzę, że to już bardzo blisko. Wraca do łask „Pomroczność Jasna”. Rządzący mają zawsze rację, a jeżeli nawet gdy jej nie mają to patrz na pierwszą część zdania. Całe szczęście jeszcze można pisać tylko na jak długo? Kończąc, tekst wieszcza przytoczę lekko przerobiony, ale dzięki temu może bardziej trafiony – „Mądrości, ty nad poziomy wylatuj, a głupota i tak cię przegoni”. I to by było na tyle, idę spać narodzie, bo tylko to mi pozostaje uśpić umysł, by całkiem nie oszaleć.        

ŁĄCZY NAS MIĘDZYRZEC, RAZEM NAM SIĘ UDA

       Niestety spalony na bialskim gruncie, prawie zlinczowany, a wręcz wygnany w Bieszczady nie przestaję być chyba tym, który myśli racjonalnie i z sensem. Lubimy słuchać bajki, tak się nasz gatunek rozwijał, jak nie było radia, telewizji, Internetu, czyli mediów. Byli bardowie i oni opowiadali bajki, jak było, jest i będzie. W tamtych latach wszyscy się zachłystywali opowieściami i wręcz czekali, kiedy bard przybędzie i opowie o wielkim świecie. Bardowi ci byli różni, szczerzy, uczciwi, inteligentni i kuci na cztery nogi, którzy potrafili tak ludem zachachmęcić, że lud głupiał i wierzył we wszystko o czym tylko mówili. W Polsce mieliśmy jednego takiego, który przy królu się kręcił, ale był tak inteligentny, że był nie tylko przez monarchię doceniany ale też lud przeciętny, był nim Stańczyk z Krakowa błazen królewski. Słynny obraz Matejki przedstawiający zasmuconego, myślącego Stańczyka daje do myślenia. Chciałbym, osobiście, żeby ten lud Południowo Podlaski pomyślał.

            Bardów się nam namnożyło. I to tych manipulujących, którzy niczym pierwowzory manipulują ludem prostym, by swój cel osiągnąć. W Białej krucjata nienawiści i obłudy, w Międzyrzecu Podlaskim kłamstw i oszczerstw. Wszyscy przed drugą turą wyborów chcą ośmieszyć tych, którzy do tej pory demokrację budowali. Biała już tyle razy przez moją osobę opisywana, chwalona, ganiona, podziwiana, jako miasto rodzinne. Teraz chcę kilka słów poświęcić niezbyt odległemu miasteczku, przepraszam obraził bym burmistrza urzędującego zakochanego w swej mieścinie, Miastu Międzyrzec Podlaski. Czemu, bo się okazuje, że „bard” z Białej Podlaskiej czyli „szeryf z innej wsi” próbuje Burmistrza ze stanowiska usunąć. Nic by nie było w tym nienormalnego gdyby nie fakt, że ten szeryf z Międzyrzeca Podlaskiego pochodzi i dla kasy uciekł do Białej Podlaskiej, gdzie niestety prawie instytucję szlachetną na skraj bankructwa doprowadził. Podobno, nawet na egzaminie było zejście śmiertelne, ale chyba nie z winy dyrektora? W każdym bądź razie dziwi mnie ogromnie, że nawet tu na Podlasiu mamy ludzi wszechstronnych, którzy potrafią wszystko spieprzyć, jak to śpiewał Wojciech Młynarski. Wkurza mnie ogromnie fakt, że polityka, polityką ale wspólnie spędzone chwile w górach, jak to śpiewał Wysocki – „jeżeli chcesz poznać człowieka weź go w góry tam się okaże jaki z niego przyjaciel”. Myślałem, że to zobowiązuje, myliłem się – nie z każdym. Ma rodzina ma same straty z tej przyjaźni.

            Nuta osobista się wkradła, przepraszam, ale uprasza się społeczność międzyrzecką czyli Międzyrzeca Podlaskiego o myślenie. Nie zachwalam ale stwierdzam fakty: Międzyrzec ma markę w odróżnieniu od Białej – Stok narciarski, jeziorka międzyrzeckie, które już ściągają gawiedź z Polski. Uznanie Krakowa, nowe ulice i infrastrukturę miejską. Jest porządek, ład i czystość. Coraz lepiej się żyje, a burmistrz spotyka się z młodzieżą i myśli o ludziach starszych. Czy to chcemy zamienić na czcze obietnice tym bardziej, że w ulotce promującej się już kłamie. Tak proszę państwa są kłamstwa, jeżeli pozwolicie przytoczę. „Ilość oddanych głosów przeciwko obecnemu burmistrzowi świadczy o tym, że Międzyrzeczanie chcą zmian”. Wierutna bzdura! – głosuje się za, a nie przeciw czyli już widać, że poniosła fantazja wyborcza. Drugim kłamstwem jest przywłaszczenie sobie głosów pana Cezarego J., który wyjechał do Warszawy i pewnie nawet nie wie, że został wmanewrowany. Dziwi też poparcie „szeryfa” przez Pana Marszałka Sławomira S., który przecież do tej pory był z obozu obecnego burmistrza, a przynajmniej stwarzał takie wrażenie. Śmieszność totalną, znając szeryfa budzą we mnie słowa, że „dobiorę do współpracy ludzi posiadających wiedzę, doświadczenie, zaangażowanie i uczciwość”, czyli jak rozumiem ma Pan na myśli Andrzeja M. z Białej Podlaskiej , a tak jak Pan pochodzącego z Międzyrzeca Podlaskiego.

          Dlaczego piszę już wspominałem, bo jestem przeciw bardom, którzy mieszają w głowach biednym ludziskom, dając nadzieję na lepszą przyszłość, a właściwie to chodzi im o władzę i kasę. To wszystko. Międzyrzeczanie, do zobaczenia na wyborach!

SYNDROM BRUTUSA

         Miałem, jak już wspomniałem koledze Krzysztofowi, wyluzować, ale to jego polemika uzmysłowiła mi, że kto jak kto, ale ja powinienem zająć odpowiednią „pozycję” odnośnie demokratycznych poczynań liderów politycznych Białej Podlaskiej. Wszak się szczyciłem prawdomównością i szczerością oraz godnością oficera dla którego Bóg, Honor, Ojczyzna to nie czcze banialuki lecz wyraz godności oficera wojska polskiego. Dyplomacja dyplomacją, ale kiedy nie dostałem się do zacnego towarzystwa osób uprzywilejowanych realizujących proces udemokracyjniania społeczności bialskiej, zwolniony jestem zatem z uprawiania polityki, czyli trzymania swych opinii w dyplomatycznym milczeniu. Nadal jestem tylko emerytem wojskowym, dumnym ze swego statusu społecznego, który z godnością może pisać to co wymyśli głowa, a że głowa chyba jest nie głupia to zobowiązuję ją do przekazania, jako autor felietonów swego stanowiska. Tytuł nieprzypadkowy i przemyśleń godny, żeby zrozumieć me przesłanie pozwolę sobie wzbogacić wiedzę czytelnika o informacje zawarte w Wikipedii, dotyczące postaci Brutusa z czasów demokracji rzymskiej, pasującej jakże do obecnych czasów. „Syn Marka Juniusza Brutusa, trybuna ludowego w 83 p.n.e., zwolennika Mariusza i Serwilii, przyrodniej siostry Katona Młodszego, Pasierb Decimusa Juniusza Silanusa, konsula w 62 p.n.e. Starannie wykształcony retorycznie i filozoficznie, był dobrym mówcą. Po adopcji przez wuja nosi nazwisko Kwintus Serwiliusz Cepion Brutus (Quintus Servilius Caepio Brutus). W 54 lub 55 p.n.e. objął urząd kwestora. Stronnik optymatów, w walce o władzę pomiędzy Cezarem a Pompejuszem popierał Pompejusza, walcząc po jego stronie pod Dyrrachium i Farsalos, gdzie dostał się do niewoli. Ułaskawiony, przeszedł w 48 p.n.e. na stronę Juliusza Cezara. W 46 p.n.e. objął zarząd nad Galią Cisalpińską. W 44 p.n.e. został pretorem (o pretorianach pisałem). W tym samym roku uczestniczył w zamachu na Cezara w „Idy Marcowe”. Według niektórych źródeł to do niego były skierowane ostatnie słowa Cezara „I ty Brutusie, przeciwko mnie” (Et tu Brute, contra me). Po śmierci Cezara sprzymierzył się z Kasjuszem, z którym stanął na czele republikanów i prowadził walkę z triumwirami. Po klęsce w bitwie pod Filippi w 42 p.n.e. z siłami Marka Antoniusza i Oktawiana Augusta, Brutus popełnił samobójstwo. Był przyjacielem Cycerona i został uwieczniony przez niego w dziele o najwybitniejszych retorach pod tytułem „Brutus”. Postać jakże ciekawa i jakże kontrowersyjna. Wydaje się, że niby dla demokracji poświecił przyjaciela – Cezara, którego był pretorianinem. Nasza młoda demokracja buduje swoje oblicze, uczy się na błędach, ale dlaczego te same błędy popełnia, które już nie raz się sprawdziły jako błędne założenia. Demokracja, demokracji oddani, fanatycznie uzależnieni od przesłań prawicowych. Agresywnie nastawieni do innych racji, złośliwi, stosujący chwyty iście z czasów rzymskich, bawiący się pospólstwem, a my wszyscy na to patrzymy i ja milczę. Dość tego, mimo, że jestem katolikiem, jeżeli Państwo nie wiecie, to przecież chrześcijanie zniszczyli bibliotekę aleksandryjską, dorobek wieków i stuleci prakultury europejskiej i my szczycimy się, że jesteśmy miłosierni. Fanatyzm, „mocherostwo”, zacietrzewienie widoczne na każdym kroku i obłuda tych pospólstwem zarządzających. Z przerażeniem czytam i oglądam wpisy osób na fejsie, które wydawały się być mądre i stateczne, a teraz ziejące jadem nienawiści do tych, którzy przecież nie siłą, ale demokratycznie władzę tę zdobyły. Brak merytorycznych rozwiązań z jednej i drugiej strony, ale to tylko propaganda, wszak rządzi się jak fundusz pozwoli. Max słusznie napisał, że prezydent mało się na świat otworzył, ale jak miał się otworzyć skoro tym samym skazałby siebie na unicestwienie bialskiego biznesu, kto podcina gałąź na której się siedzi? Chyba głupiec. Propozycje, które przedstawiłem w programie Adama Chodzińskiego stawiały na rekreację, wypoczynek, turystykę oraz infrastrukturę czyli termy, SPA które można byłoby wpisać w markę Janowa Podlaskiego. Chronimy biznes własny i dajemy się rozwinąć inwestycjom, ale każdy patrzy jak na wariata, a przecież to dużo taniej niż program „Krzna dla miasta”. Zrobienie z Białej złomowiska przez kontrkandydata obecnego prezydenta miasta, to najgorsze co może nas spotkać. Proszę popatrzeć w Internecie jeżeli możecie, bo na przykład mnie już blokuje jakiś złośliwy program. W każdym bądź razie chciałbym uwierzyć obu konkurentom. Jeden okazał się kiedyś niezbyt słowny, drugi prze na władzę chociaż nie ma zielonego pojęcia o co chodzi. Z dwojga złego na przekór „Brutusowi”, który nawet nie zapytał się o stanowisko, bo zachłystnął się głosami wyborców, popieram Andrzeja Czapskiego licząc, że tym razem skorzysta z moich sugestii, czyli „żeby wilk był syty i owce całe”. Mam nadzieję Panie Prezydencie, mam nadzieję, ponoć ona umiera ostatnia.

 

MEANDRY (ZAKOLA) DIALOGU

            Tytuł przewrotny pokazujący, że nasze rozmowy czasami są jak rzeki wijące się przez łąkę, jak żmija czy wąż, pełzający przez chaszcze, zmierzających do nieznanego nam z góry celu. Fajnie, gdy meandrujemy kulturalnie i pogodnie dając się wmanewrować przez inteligentniejszych bądź posiadających bożą iskrę talentu manipulowania pospólstwem. Co ja mówię, co ja mówię – społeczeństwem. Gorzej, gdy w zaciszu i anonimowości pozornej naszych komputerów uderzamy jadem tak wrednym i niecenzuralnym, że aż wstyd się przyznać, że Polak tak potrafi. Dziś to się już nazywa mądrze – „hejtowaniem”, od nienawiści w języku nam obcym, lecz coraz bardziej kształtującym nasz byt codzienny. Warto jednak wrócić do form opartych o przyrodę, czyli meandrować (tworzyć zakola) w rozmowie. Odbiegając tematycznie od Internetu, trzeba przyznać, że my jesteśmy myślącym medium, które nie da się nabrać na plewy lub wolno płynącą i snującą się po Południowym Podlasiu rzekę Krznę. My kochamy słuchać i kochamy być dostrzegani i wyróżniani, zresztą kto nie lubi? Szkoda tylko, że jakoś tak nie bardzo wychodzi nam to społeczne zaangażowanie. Socjologowie, a mamy ich przecież od groma, powinni zająć się tym problemem. Dlaczego społeczeństwo tak opornie się angażuje w nasze życie codzienne? Nie chce zabierać głosu w konsultacjach społecznych, debatach, konferencjach? Dlaczego nie chce korzystać z demokracji? Co się stało, że jest taka duża absencja i zniechęcenie?

            Socjologiem nie jestem, ale mam wrażenie, że zachłysnęliśmy się demokracją, której do końca tak za bardzo jeszcze nie rozumiemy. Przez lat pięćdziesiąt kazano nam chodzić do urn wyborczych, nawet taksówkami wożono (pamiętam, bo jako harcerz sam po ludzi starszych jeździłem), by zapewnić prawie stuprocentową frekwencję. Przemiany spowodowały, że mogą nam naskoczyć. Jak chcę to pójdę, a jak nie chcę, to nie. Nikt nam nic nie zrobi. Niestety tym zachowaniem przekroczyliśmy rubikon absurdu. Nami dziś rządzi mniejszość. Proszę państwa, bo jak to inaczej nazwać, jeżeli o życiu naszym decyduje czterdzieści procent społeczeństwa, bo reszta ta sześćdziesiątka ma to wszystko w tylnej części ciała. Możemy tylko obserwować i ewentualnie szumieć społecznie, ale bez moralnego prawa, bo sami zgodziliśmy się, żeby ktoś o nas decydował. Zachęcam do wyborów nie dlatego, że Południowe Podlasie ma pokazać, że miało dużą frekwencję, lecz dla możliwości wybrania przedstawicieli, którzy nie będą bawić nas absurdem i elokwencją, ale inteligentnym, rozważnym oraz twórczym działaniem, by nam wszystkim żyło się lepiej. Wtedy wybory będą miały sens. Boli mnie bardzo, że Ci co mogliby wnieść najwięcej, nie biorą udziału, nie chcą się zaangażować i dać coś od siebie miastu. Ponownie widzę przesiąkniętych widmem interesowności, których jedynym celem jest zaistnieć, nie dobro bialskiej społeczności. Apeluję, Kochani nie dajcie się kolejny raz na to nabrać. Nie dajcie się partiom manipulować. Oni tu nie mieszkają.

            Meandry dialogu to też VIII Konferencja Centrum Dialogu, zorganizowana przez Rotary Klub Biała Podlaska, która odbyła się w dniu 11 października 2014 r. w auli im. Romana Trześniewskiego ZWWF Biała Podlaska. Prelegentami byli, Dorota Warakomska dziennikarka telewizyjna, którą wszyscy pamiętamy z początków naszej demokracji. Przedstawiła swoje stanowisko na temat tolerancji, akceptacji, dialogu oraz zrozumienia w odniesieniu do kultury amerykańskiej. Budząc swym wystąpieniem emocje i dyskusję. Kolejny prelegent doktor Maciej Tesławski twórca stowarzyszenia Marketingu Bezpośredniego pokazał nam złożoność tworzenia procesu „Marki”. Natomiast Andrzej Ludwik Woszczyński uzmysłowił nam bałagan, jaki istnieje, od blisko pięćdziesięciu lat, jeżeli chodzi o Godło Polski oraz oznakowanie instytucji państwowych. Co gorsze nie ma woli, by unormowania prezentowane przez pana Andrzeja, konstytucyjnie wprowadzić. Są ważniejsze sprawy. Doktor Krzysztof Jaszczyński niestety nie zaszczycił nas swoim wykładem (czasu zabrakło), ale przedstawił film, który wzbudził sensację w Warszawie. Warszawa, ostatnie dni września 1939 roku. Film zrobił na wszystkich ogromne wrażenie. Konferencja naprawdę bardzo ciekawa i interesująca. Niestety, mimo reklam i promocji frekwencja zawiodła. Uważam, ale to jest moje zdanie, że jednak uczelnie bialskie mając darmową edukację, nie potrafiły wykorzystać nadarzającej się okazji, pokazania młodzieży właściwych form współczesnego dialogu. Szkoda, bo było warto.

PRZEDWYBORCZY KOGIEL-MOGIEL

         „Kogiel-mogiel lub kogel-mogel – prosty deser z surowych żółtek jaj utartych z cukrem. Deser pojawił się w XVII wieku w Polsce, jego receptura jest prawdopodobnie pochodzenia żydowskiego. Stał się popularny w okresie międzywojennym i w latach PRL-u, gdy słodycze nie były łatwo dostępne. W Niemczech nazywa się Zuckerei, a regionalnie także Goggelmoggel, w Rosji – gogol-mogol (гоголь-моголь), a w Jidysz – גוגל מוגל, czyli także kogel mogel. Klasyczny kogel-mogel robi się z dwóch żółtek kurzych jaj i trzech łyżeczek cukru, dokładnie razem utartych. Alternatywne dodatki to między innymi miód, rum, bita śmietana, kakao, rodzynki lub sok z cytryny. W innej wersji deseru białko oddzielone od żółtka jest ubite i dodane do masy z żółtka i cukru”.

        Czytając hasło Wikipedii, nie wiem jak Wam, ale mi ślinka leci na te delicje. Całkowicie zgadzam się z przedstawioną teorią i serdecznie polecam młodym i artystom, którzy nie kosztowali tego specyfiku. Kogel-mogiel leczy struny głosowe. Palce lizać. Fajny jest kogiel-mogiel szczególnie w upały kiedy włoży się go na kilka godzin do lodówki. Mamy własnej produkcji lody. Broń boże zostawić na słońcu, bo „salcia” umili nam życie. Kogiel-mogiel to młodość naszych czasów. Kogiel-mogiel to też taki galimatias życiowy czyli pojęcie stosowane w stosunkach społecznych informujące nas, że trudno we wszystkich aspektach życia się połapać i trudno ustalić co komu, o co chodzi.

       Pomny własnych doświadczeń życiowych chcę wysnuć teorię, że właśnie nam się rozpoczął kogiel-mogiel przedwyborczy. Niestety me wywody są obciążone faktem, często w fazie przedwyborczej stosowanej stronniczości, której usiłuję się wyzbyć, ale i tak nikt w to nie uwierzy. Warto jednak w natłoku szumu medialnego jakieś stanowisko przedstawić, by dać możliwość rozwoju społecznej debaty. Kogiel-mogiel, by był dobry trzeba go dobrze utrzeć. Najlepiej od czasu próbować i smakiem ocenić. Powiem szczerze, że osobiście lubię taki lejący nie za bardzo skręcony i z dodatkiem soku cytryny. Niestety to co w tej chwili media i magistrat, kandydaci na stanowiska władz społecznych nam prezentują trudno ocenić. Jedni sypią za dużo „cukru” drudzy jajko z białkiem wlewają. Inni zawzięcie kręcą robiąc sporo hałasu, a wszyscy nas angażują do oceny głosząc wszędy, że my pracujemy i się wykazujemy, a ci drudzy to tylko chcą na urzędy. Całe szczęście lud mamy odporny na propagandę i ożywienie „gospodarcze”. Faktem jest, że trudno przekonać te sześćdziesiąt procent, że udział w wyborach to społeczny obowiązek. Demokracja dodaje nam skrzydeł i po latach przymusu możemy siedząc w domu powiedzieć rodzinnie, że nam zwisa, że kolejni rwą się do koryta i że ja do tego ręki nie przyłożę. Nie będę głosować i dawać satysfakcję, że dzięki moim głosom ktoś osiągnął sukces i dostał się na posadkę samorządową.

        Założenia są słuszne i prawdziwe. Sami możemy stwierdzić, że po dwudziestu pięciu latach demokracji dopracowaliśmy się tego, że tylko dzięki partyjnemu zamordyzmowi demokracja funkcjonuje. Powie ktoś nie prawda przecież w naszym mieście samorządność funkcjonuje. Tak, ale czy na pewno ogólnospołecznie i czy tak do końca komunalnie? Wątpię. W myśl przysłowia, że jeszcze nikt taki się nie urodził, żeby wszystkim dogodził należy optować, że jedna osoba rządzi. Dlatego trzeba próbować, trzeba tę naszą demokrację szlifować nie godzić się na przeciętność, a starać się delikatnie zmieniać, jak po schodach wchodzić coraz wyżej, by żyło się w Białej nowocześnie, po europejsku przynajmniej tak jak w Polsce Zachodniej. I krzyczeć, głośno krzyczeć, że my też są w Europie tu na ścianie wschodniej, a może Europa usłyszy i wstrząśnie tymi co rządzą. Po to, by żadna kasa nie „wsiąkła” jak drzewiej bywało chociaż mieliśmy już bardzo dawno temu meliorację.

        Drodzy bialczanie, zwracam się do tych sześćdziesięciu procent, bardzo Was proszę idźcie do urn wyborczych, złamcie swoje zasady i dajcie miastu szansę. Istniejący beton się nie da ruszyć bez waszego zaangażowania, waszej demonstracji społecznego zaangażowania. Nie ważne na kogo zagłosujecie, ważne żeby było inaczej, by w Białej zachodziły zmiany nie tylko rewitalizacyjne, ale też społeczne. Wszyscy mają programy podobne, jedni z sukcesem inni z dobrymi chęciami. Nikt tak naprawdę nie ma pomysłu na inne, nowocześniejsze, skuteczne. Daje się odczuć brak wyraźny wyobraźni, nie fantazji jak kajakarstwo górskie, lecz choćby tak jak w Międzyrzecu Podlaskim stok narciarski. Mam kilka pomysłów, ale wybaczcie powiem o nich po wyborach. Teraz tylko zachęcam do zmian na „Lepsze” współmieszkańcy.       

ŚCIERNISKO

          Wakacje, wakacje i po wakacjach. Lato, lato i po lecie. Strasznie szybko ten czas się plecie. Jeszcze nie tak dawno rok szkolny się zamykał, a tu rach-ciach nowy się zaczyna. Jestem pełen oburzenia, że ani chwili wytchnienia. Pracuj, pracuj, ucz się ucz, a garb ci sam wyrośnie tak mówiliśmy, jak byliśmy młodzi. Dziś młode pokolenie inaczej zaczyna. W każdym razie mamy finał letnich kanikuł i czas nowego się imać. Do roboty, do roboty w myśl komunistycznej piosenki budować nasz kraj uroczy. Niech się mury pną do góry, a intelekt rozkwita. Budujemy przyszłe jutro, po wakacyjnym czasie odnowy. Trudno się nie zachwycać. Tworzymy nową przyszłość. Prezydent Unii Europejskiej nowy, rząd polski nowy, nowa Partia Odnowy wszystko nowe, nowe też wybory tylko tak jakoś trudno przekonać się do tej nowej entropii. Trudno w tym szumie medialnym prostemu człowiekowi zaistnieć, przebić się ze swym przekazem, by zostać zauważonym. Szczególnie tym, którzy marzą o karierze politycznej. Osobiście chciałem pomóc swym przekazem i nawet zdobyłem uznanie tej treści: – „Panie Arturze dam radę, podobnie jak Pan daje kandydatom: niech pan sam kandyduje z tymże cudownym programem, wygra Pan w cuglach i zostanie… Księciem Radziwiłłowszczyzny Arturem I Cudotwórcą” czyż nie jest to przekonywujące i ambitne i w dodatku jak pięknie brzmi. Można popaść w zachwyt i dać się ponieść emocjom. Niestety racjonalizm zwyciężył uznałem jednak, że zbyt późno się określiłem i na dzień dzisiejszy jest to nie wykonalne, ale kto wie może za cztery lata? W każdym razie ja się jednak przebiłem i zostałem zauważony, a to już jest sukces. Porozmawiajmy o innych rządnych władzy, a co za tym idzie kasy.

            Jak już pisałem udzieliłem kilku osobistych wskazówek, jak być dobrym gospodarzem nie politykiem, pokazałem wolne nisze, ale nic nie napisałem, jak zdobyć społeczne poparcie. Przejechałem się na graczach o tron, ale nic nie mówiłem co robić, by ten tron wygrać. Sprawa nie jest wcale błaha, a wręcz można powiedzieć nagląca. Wybory tuż, tuż a poparcia nie ma. Nerwowe poczynania kandydatów ocierają się o śmieszność. Próbuje się różnych metod nawet tych z pogranicza etyczno-moralnych byle tylko być widocznym i zdobyć uznanie osób ważnych. W myśl zasady BMW (Bierny, Mierny ale Wierny) chce się nas przekonać, że się jest lojalnym oceniając bogu ducha winną dziennikarkę i to na posiedzeniu Rady Miasta. Cel chyba osiągnięto, bo media w tym moje radio dość szeroko na ten temat się wypowiadało. Inny, co prawda już dawno, chciał nadawać nazwy naszym „kładkom” na Krznie. Kolejny się przyczepił do klap na kanalizacji miejskiej twierdząc, że się profanuje osobę świętą czym uzyskał krajowe uznanie, zaistniał co prawda, ale nie intelektualnie. Podobno niedawno, może tydzień temu odkryto, że mamy ulice w Białej Podlaskiej źle ponumerowane, a rowerzyści jeżdżą po szarym, a nie na czerwonym jak w całej Polsce. Jeszcze chwila i koncerty w amfiteatrze się pojawią sponsorowane przez instytucje pożyczkowe, nie mieszające się w politykę tylko promujące swoją działalność. Porywa się naród do akcji społecznej otwierającej nam przejazd na Europę, zbiera zeznania społeczne o stanie naszego zakompleksienia no i już na koniec przykład z własnego podwórka, rewitalizuje się plac zabaw w „bialskim trójkącie” za niecałe 20 tysięcy polskie.

            Darowanemu koniowi nie powinno się zaglądać w zęby, ale przecież to nasze pieniądze wywalone w błoto na potrzeby kampanii wyborczej. Reportaż fotograficzny wspomnianej inwestycji poniżej. Strach się bać jak dzieci z „Osiedla Młodych” będą mecze rozgrywać w kosza, piłkę nożną, siatkówkę trzepakową lub ćwiczyć na drabinkach. Wszystko to efekt działania podobny do wyżej opisanych pomysłów zdobycia społecznego poparcia. Warto jeszcze wspomnieć, o tych którzy potrafią się sprzedać i to na poziomie, ale wymaga to kasy i osiągnięć, które uzyskano za nasze społeczne finanse i umiejętne wykorzystanie unijnej kasy. Przeciętny obywatel nie zastanawia się jak, ale że jest i że może z tego korzystać. Wróżę zatem, że jeżeli się nie znajdzie ktoś z pomysłem możemy liczyć na status quo społeczno-ekonomicznej egzystencji.

            Kończąc te moje rozważania krótkie proponuję nie wstydzić się społeczeństwa i wyjść na Plac Wolności na „piramidę” i zacząć wprowadzać nowe, bo tylko przekonanie nas prostych ludzi do swych racji i wyobrażeń, a nawet podpisanie zobowiązania może przekonać, że w danego człowieka można zainwestować. Wracając do własnego podwórka wierzę mocno w to, że może się uda zrobić z tego szwindlu inwestycyjnego, w którym dominującym elementem jest ściernisko, dziecięce i mieszkańców relaksacyjno-odpoczynkowe San Francisco. Tym optymistycznym akcentem kończę felieton o przedwyborczych zawirowaniach, które nie pozwalają zapomnieć o polskich realiach. Fajnie, że można już działać, a nie leniuchować na plażach. Fajnie, że skończyły się wakacje i sezon ogórkowy odszedł, można tworzyć dokonania na miarę naszych społecznych potrzeb.