EMPATIA W SZKOLE

     Ostatnie szkolenie, w którym uczestniczyłem dotyczyło zadań rozwojowych w okresie adolescencji, czyli po polsku dojrzewania. Miła pani wykładowczyni próbowała mnie przekonać, że empatyczne podejście do ucznia to droga do sukcesu nauczania i wychowania. „Uczucie jest wewnętrzną reakcją organizmu na działające bodźce. Uczucia mają wpływ na nasze zachowanie ponieważ rządzą naszą energią, są uczucia dodające jej (złość, radość, strach) i są takie, które z niej objadają, pozbawiają (smutek, bezradność, żal). Nie dość tego uczucia chronią nas (strach), regulują nasze zachowania, dążymy do pozytywnego bilansu emocjonalnego. Mają siłę łączenia lub dzielenia ludzi (miłość, nienawiść). Wartość edukacyjną (poczucie winy, duma). Moralną, w oparciu o dobro lub zło” informacja z wykładu. Poinformowano mnie, że emocje nie podlegają ocenie, nie dodano – moralnej. Określenie emocji to przecież ustalenie jakiegoś stanu duchowego, który określamy na podstawie symptomów (zachowanie, reakcja), a czy to nie jest przypadkiem ocena? „Uczucia, emocje podobno są ważną informacją o naszej sytuacji życiowej, dlatego też nie powinniśmy ich dzielić na pozytywne i negatywne, lecz na radosne i bolesne. Wszystkie bowiem są pozytywne jako nośniki informacji o naszym życiu. Co więcej, im bardziej bolesne są przeżywane emocje, tym cenniejszą zawierają one informację. Sygnalizują bowiem jakiś stan egzystencjalny, który koniecznie powinno się zmienić, np. poprzez uwolnienie się z toksycznych więzi czy poprzez modyfikację błędnego postępowania”. Tak twierdzi „Opoka”. Jak sądzicie państwo?

            Przez pięćdziesiąt lat kształcono nas, że najważniejszym instrumentem kształtowania naszego bytu (czyli istnienia, funkcjonowania) jest świadomość. Później się okazało, że to jednak byt kształtuje świadomość. Uczono, że tylko rozum, opanowanie, współpraca, jednomyślność są drogą rozwoju i sukcesu. Zdrowy rozsądek, nie emocje pozwalają ustrzec się błędów i realizować idee. Dlatego czytając powyższe informacje dochodzę do wniosku, że „oczywiste” prawdy są słuszne w zależności od istniejącego porządku. Wracamy do empatyzmu. „Słowiańska dusza”, chyba każdy spotkał się z takim określeniem. Emocjonalność, otwartość to cechy charakterystyczne tego modelu. Uczuciowość w tym przypadku znajduje potwierdzenie swej roli i znaczenia w kształtowaniu osobowości. Jak jednak powyższą teorię zastosujemy w przypadku Anglika, Niemca czy Skandynawa, gdzie od wieków kształtowano odmienne od śródziemnomorskich standardy. Tam właśnie uczono młode pokolenia panowania nad emocjami. Odwaga, dzielność, twardość i bezwzględność były twórcami sukcesu. Wikingowie, Sasi, Hunowie dalecy byli od empatii. Odnosili sukcesy, ale też nie przetrwali.

             Miła Pani z wykładu przekonywała nas do poglądu wykorzystania empatii do kształtowania dzieci w okresie adolescencji. Uczuciowość, wrażliwość to metoda nawiązywania relacji uczeń-nauczyciel. Zapomniała tylko o jednym, że oprócz wiedzy i teoretycznych przygotowań trzeba mieć jeszcze to coś, co się nazywa – autorytet. Co to jest autorytet? „W refleksji edukacyjnej przyjęło się rozumienie autorytetu jako wzoru czy swoistych przymiotów i kompetencji wychowawców, zwiększających ich możliwości oddziaływania na wychowanków, przekazywania im wiedzy, postaw, wartości i formowania określonych umiejętności. Autorytet pedagogiczny staje się koniecznym warunkiem właściwego przebiegu procesu edukacji.” Tyle Wikipedia. Prawdą jest niestety, że bez autorytetu nasze oddziaływanie na szkolonych jest mizerne. Jaki autorytet mają rodzice dla dzieci, których wiedza informatyczna jest na poziomie kalkulatora? Jaki autorytet mają pedagodzy, którzy nie potrafią określić kto to jest hejter, troll lub Elf. Dziś nie wystarczy wiedza i umiejętność dziś dla ucznia przekonywująca jest osobowość i godne traktowanie, jako partnera. Dziś, żeby nauczać nie wystarczy zrozumienie nastolatka, trzeba mu coś zaproponować. Wiedza musi być atrakcyjna i intersująca. Druga opcja to budowanie przekonania, że wiedza jest słuszna i konieczna do dalszego egzystowania. W obu przypadkach wymaga zaangażowania i zainteresowania obu stron.

         Oczywiście empatia jest potrzebna, ale nie jako czynnik przyswajania wiedzy, lecz zrozumienia konieczności jej przyswojenia. Nie wydaje mi się słusznym pozwalanie uczniom na empatyczne zachowania i uczenia w ten sposób empatycznych reagowań. Uczuciowość, wrażliwość to elementy kształtowania bytu codziennego, ale zdobywanie wiedzy to aksjomaty oparte na doświadczeniu i umiejętnościach pokoleń i nie podlegają ocenie gniewu, wściekłości, złości czy niechcenia. Postęp zbudowano na lenistwie i sile umysłu ludzkiego, uczucia nie miały z nim nic wspólnego. Chociaż niektórzy mówią, że małpa jak się wściekła przez przypadek chwyciła gałąź i nią przyłożyła drugiemu osobnikowi, tak powstała broń i narzędzie postępu. Tylko, że to był przypadek i umiejętność wyciągania wniosków. Tych przypadków mamy od groma w historii ludzkości. Spadające jabłko czy teoria względności nigdy, by nie powstały gdyby nie umysł człowieka. Jedynie zgodzę się z tym, że emocje przyczyniły się do krzywd wielkich i do niszczenia humanitaryzmu w wyniku egocentryzmu jednostki.

           Każdy nauczyciel musi być empatyczny po to, by potrafił przekazać wiedzę, a nie nauczał. Czuł potrzebę nauczania, a nie odwalał chałturę za kasę. Empatia ucznia musi się sprowadzać do zrozumienia słuszności kształcenia, a nie dyskutowania i pokazywania emocji związanych z dojrzewaniem i hormonami. W sumie to relacje potrzeby nauczania i potrzeby wiedzy. Błąd potworny nauczycieli to brak umiejętności przekonania nauczanych do zaangażowania się w proces zdobywania wiedzy. Jakież niesamowite efekty przyniosło konspiracyjne nauczanie w czasie wojny. Nauczyciel nauczał, bo wiedział, że przyszłość narodu tkwi w wiedzy szkolonych, a szkolony wiedział, że bez wiedzy zatrzyma się na poziomie egzystencji i ulegnie unicestwieniu, degradacji. Strach był bodźcem nie metodą tych relacji. Uczymy się i nauczamy nie dlatego, że nam się chce lub nie chce, ale dlatego, że widzimy w tym słuszność działania i przyszłych korzyści. Czyli przez zrozumienie, a jest to wiedza, dochodzimy do interpretacji swoich uczuć. Dobry nauczyciel w kontakcie z uczniem zrozumie swoje emocje, zły buduje swoje ego w konflikcie do szkolonych i jak to w życiu bywa działanie jest zwrotne. Tylko, że uczeń się uczy złych zachowań, a nauczyciel trwa w błędzie. Uczuciowość jest potrzebna, bo kształtuje inteligencję emocjonalną, a to też wiedza, która społecznie jest nieodzowna. Jednak bez wiedzy pozostają tylko emocje, które prędzej czy później, pchną nas do samounicestwienia w przypadku posiadania zaczątków inteligencji lub prozaicznej egzystencji na poziomie „jamochłonu” w przypadku „bezmózgowia”. Dochodzimy zatem do wniosku, że uczuciowość jest konieczna w procesie nauczania, jako narzędzie porozumienia nauczyciel-uczeń, ale nie jest procesem zdobywania wiedzy i umiejętności. Uczucia przeszkadzają w jej utrwalaniu. W mojej ocenie prawidłowy proces edukacji powinien polegać na umiejętnym wykorzystaniu tych relacji, a nie na dominacji jednej albo drugiej. Dlatego moja kochana Pani psycholog empatia tak, ale w innym znaczeniu. Znaczeniu motywującym.

TEACHER

          „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.” Te piękne słowa Jana Pawła II dają wykładnię i obraz człowieka, który rozumie co to jest dobro i miłość do drugiego człowieka. Rozumie co to jest człowieczeństwo. Rozumie co to poświęcenie, oddanie, szczerość, godność i honor. Swoją istotą naucza kim być, jak postępować i jakich błędów unikać. Nie mówi jak żyć, lecz pokazuje czego się trzymać. Przy tak wielkich możliwościach interpretacji prawdy, począwszy od „bieli” do „czerni”, czy od „szczerości” do „gówna” jak ksiądz Tischner powiedział, wskazane jest pokazanie moralnych podstaw, ideałów osobowości, którym można zaufać i przyjąć jako wykładnię. Święty Jan Paweł II wielokrotnie wskazywał, pokazywał drogę, mówił, że tak iść można, a nawet trzeba, jednak nigdy nie powiedział, że innych dróg nie ma. Błądzić jest rzeczą ludzką, tkwić w błędzie rzeczą diabelską, jak powiedział Augustyn z Hippony. Dlaczego zatem tak tej mądrości brakuje dzisiaj? Wszak świat się rozwija i postęp jest widoczny na każdym kroku. Człowiek XXI wieku to nie troglodyta z przełomu tysiąclecia to informatyk, naukowiec, bogaty emocjonalnie człowiek wzbogacony o doświadczenie i przeżycia minionych wieków, to człowiek światły. Dlaczego zatem tak bardzo ubogi duchem i empatią?

            Nauczyciel, osoba, która naucza, przekazuje umiejętności nowym pokoleniom. Jezus Chrystus nauczał, jak być dobrym człowiekiem. Dziesięć przykazań przekazanych przez Boga nauczają nas, co to jest człowieczeństwo. Kościół przytaczając słowo Boże każdej niedzieli wskazuje drogę, by być dobrym człowiekiem, by miłować, wybaczać, pomagać i kochać. Pismo Święte nie jest księgą zakazaną, a wręcz przeciwnie jest ogólnie dostępną. Czemu zatem jest nienawiść, zawiść, fałsz i obłuda? Czemu człowiek z człowiekiem nie potrafi współistnieć i funkcjonować? Czemu nie ma ludzi prawych, tak na co dzień, którym można zaufać? Dlaczego się bawić w podchody, gry i zawiłości nazywane dyplomacją, kiedy można powiedzieć wprost – „Słuchaj stary, ale to mi się nie podoba i czy możesz rozważyć, że mogę mieć rację?”. Marzenia ściętej głowy, bo ja zawsze mam rację, a jeżeli nie, patrz punk pierwszy. Dziś nikt nie jest tak mądry, by uznać, że ktoś inny może mieć słuszność, bo dzisiaj wszystko to polityka, a polityka to jedynie słuszna racja szczególnie naszego środowiska. Brakuje nam nauczycieli.

            Nauczyciel, to zawód jak każdy inny. Nie dostałeś się na medycynę nic się nie martw zawsze jest nadzieja, że z taką średnią każda Państwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna zrobi z ciebie nauczyciela. Potem mamy wyrobników z wiedzą, lecz bez natchnienia, powołania bożego do nauczania drugiego człowieka. Weryfikatorów, korepetytorów, którzy w pogoni za złotówką (dewizami raczej nie, chyba) wszystko zrobią, by zagonić ucznia do kolegi na prywatne nauki, bo to dzisiaj taki standard i sposób przeżycia. Nauczyciele strajkują, walcząc o dobro dziecka. Może, a może walczą o stołki, miejsca pracy i strach ich dościga, bo nowa zmiana daje możliwości zatrudnienia innych do koryta. Nauczyciel to zawód na całe życie, chociaż często bywa, że tracimy pracę i znajdujemy nową, inną nie związaną z zawodem. Ale czy to nas zwalnia z bycia wzorcem zachowań i wiedzy, bycia autorytetem. Nawet sobie nie zdajecie sprawy, jakie to jest trudne. Wielu pod tym względem przegrywa, lecz są i tacy, którzy mimo, że znaleźli pasję gdzie indziej nigdy, przenigdy nie zapomnieli, że byli przykładem dla swej młodzieży.

            Nauczyciel, teacher, magister, lehrer, professeur w każdym języku inaczej, ale to samo oznacza, człowieka, który działa w zakresie kształtowania mentalnego młodego istnienia. Już od dziecka matka, rodzice, rodzina przygotowują nas do funkcjonowania w systemie. Potem przejmuje pałeczkę żłobek, przedszkole, szkoła, uczelnia, praca i emerytura. Kończymy w jednych przekonaniu na cmentarzu, innych, w kwiecie wieku pięknie dokonanego. Ucząc się przez całe życie i przekazując innym to czego nas nauczono. Każdy z nas jest w jakimś zakresie nauczycielem i tylko trzeba to czuć i zrozumieć. Jedni biorą za to pieniądze inni satysfakcję, z faktu, że może ktoś skorzysta z ich doświadczenia.

        Problem jest w tym tylko, która wiedza jest słuszna i czy umiejętności, wzorce zachowań, autorytety to te, których trzeba nauczać? Czy nauczać przetrwania w systemie, czy jak ten system powinien wyglądać? Teoria inteligencji emocjonalnej uczy przetrwania, ale wiara w moc Pana uratowała naród wybrany z mocy egipskiego tyrana. Wiara i działanie, konsekwencja i przekonania to ideały. Życie pokazuje, że wiedza jest nie zawsze słuszna, a wzorce nie zawsze do naśladowania. Nauczyciel to nie człek wszechwiedzący, a system wzorcowy, ale społeczność to nie jednostka lecz grupa i kto nie pasuje odpada. Nie ma ideału, ideał to utopia, ale w każdym z nas jest to coś, co każe nam iść jakąś drogą, chociaż nie zawsze ta wybrana jest drogą słuszną. Rozważyć też musimy koszty nieprzewidywalne i chwała temu, co powie, że to warto, a to jest mniej kosztowne. Fajnie gdy dotyczy materii gorzej, gdy rozważamy problemy ludzkie. Nauczyciel z powołania to rozważy, wyrobnik to pominie liczy się przecież tylko efekt, nie podłoże i głębia naszego edukowania.

       Nauczanie to odpowiedzialność i nie chodzi tu o wiedzę, ale o wychowanie, zasady i wrażliwość społeczną. Obecnie zwraca się uwagę na wiedzę zapominając o wnętrzu ucznia, które dostrzega kościół, a nie państwo (społeczeństwo). Manipulowanie, teoretyzowanie i samoistne działanie oddolne, społeczne zaspakajające potrzebę działania w grupie i budowania więzi ideałowej. Potrzebne są nam wzorce, których nie ma. Nauczycieli prawych, moralnie czystych, wierzących, empatycznych, którzy bezinteresownie będą nauczać jak żyć i jak wybierać drogę. Nie fanatyków lecz rozsądnie myślących, przewidujących, prawych, odważnych, śmiałych i tylko szkoda, że to tylko – IDEAŁY.

          To takie przemyślenia na ostatni dzień w roku 2016. Chciałbym, by się jak najszybciej skończył. Zbyt wiele rozczarowań, bólu i przeżyć negatywnych. Dzisiaj odeszła Ela D. z Radzynia Podlaskiego, wspaniała pani doktor. Śpij spokojnie, Elu będziemy pamiętać.

POŻEGNANIE PROFESORA

       Odszedł Andrzej Piotrowski, człowiek. Żył lat sześćdziesiąt osiem, pochowany w dniu osiemnastego czerwca br. na cmentarzu parafialnym przy ulicy Nowej. Właściwie dla celów statystycznych można by zakończyć wypowiedź. Można, gdyby nie ten – „człowiek”. Czytający powie, że przecież nic w tym dziwnego, każdy z nas jest Homo Sapiens. Jednak systematyka organizmów nie pomoże, chociaż lokuje nas na szczycie ewolucji są istoty rodzaju ludzkiego, które degradują nas do poziomu jamochłona zwykłego. Przecież wiecie i znacie byli, są i będą tacy, którzy mają zamiar egzystować w środowisku naszym. Można do tego przywyknąć. Ból zaczyna się złowieszczy, kiedy ubywa tych, których nazywamy – ludzkimi. Często mówimy – „to dobry człowiek, ludzki” proste słowa charakteryzujące nasz gatunek, a jednak każdy z nas rozumie, że to osobowość nieprzeciętna. Profesor Andrzej Piotrowski bez tytułu naukowego był naszą ostoją, pomocą, wiarą, że jeżeli się coś chce to nie ma sposobu żeby tego nie osiągnąć. Wychowawca, który w swym młodym wieku mając lat dwadzieścia dziewięć otrzymał zadanie prowadzić klasę czwartą, maturalną do egzaminu końcowego. Nauczyciel chemii, pasjonat, kolekcjoner zaszczepił w nas energię do walki o oceny, do walki o sukces, który wydawał się w naszym buntowniczym życiu nie do osiągnięcia. Mobilizował, wspierał, w naszych mieszkaniach bywał. Z serca wielkiego, jak nie nauczyciel, każdym się przejmował, o każdego walczył, bo to była jego klasa, jego szkoła. Patrząc, co się dzieje dzisiaj w szkolnictwie można powiedzieć był mesjaszem nowych wartości intelektualno-empatycznych, których w szkołach obecnie brakuje. Wracają wspomnienia, kiedy widząc, że klasa ma problemy z chemią, którą wykładał jakby był na uczelni wyższej, zlecił nam referaty, którymi mogliśmy się popisać przed jego obliczem. Do dziś pamiętam, że wygłosiłem referat o koloidach. Koleżanka miała problemy z historią i panią profesor, która w tydzień kazała jej opanować materiał roczny. Dziewczę chciało odpuścić, ale Andrzej nachodząc w domu skutecznie zmobilizował. Dostała cztery plus, chociaż klasa krzyczała, że piątka to za mało, ale wtedy były inne czasy, nauczyciel miał rację, a jeżeli nie to patrz punkt pierwszy. Zakończenie klas czwartych to kolejne przeżycie, które utrwaliło się na całe życie. Proszę pokazać mi nauczyciela, który z własnej kasy funduje nagrody żeby wyróżnić tych, których uważał za godnych wyróżnienia. Który się cieszył dwadzieścia lat później, kiedy zapomniał już dawno o swoich pedagogicznych przygodach, z naszych sukcesów. Widziałem go czasami na ulicy pędzącego przed siebie jak struś pędziwiatr. Zawsze miał czas się zatrzymać i poopowiadać o swoich pasjach, których miał bez liku. Wulkan energii, poświęcenia i radości z życia. Niektórzy mówili, że to dziwak, ale tylko ci, co profesora nie znali i nie rozumieli. My podziwialiśmy i czerpaliśmy z jego energii zapał do własnego życia. Mieliśmy szczęście, że spotykaliśmy go na swojej drodze, bo dzięki niemu nauczyliśmy się jak żyć, pracować, jak to życie pojmować. Żegnając profesora przypomnieliśmy nasze pożegnanie z nim przeszło trzydzieści osiem lat temu. Zaśpiewaliśmy mu piosenkę, którą do tej pory przechowywał, jak córka mówi nagraną na magnetofonie szpulowym, „Do wiedzenia, profesorze” Filipinek. Słowa piosenki jakże znamienne w swej treści wyraziły nasz smutek, ból i rozpacz z rozstania za człowiekiem, który nauczył nas życia. Spoczywaj w pokoju, profesorze, wychowankowie klasy „B” nigdy Cię nie zapomną.