PRZEKONAĆ WYBORCÓW

        Wielkimi krokami zbliżają się wybory do Parlamentu. Kolejny raz będziemy wybierać posłów i senatorów. Tych etatowych i tych nowych, którym się wydaje, że wszystko mogą zmieniać. Etatowi wyjadacze wiedzą jak mamić czterdziesto procentową frekwencję. Wszak nie pierwszy raz walczą o stołek w Sejmie czy Senacie. Nowi marzą, że jak oni wejdą to nareszcie się załapią na te około dwanaście tysięcy brutto miesięcznie. Oczywiście obiecują, że kasę przeznaczą w „jakimś” procencie na działalność społeczną. Nie oszukujmy się, jeżeli nie byłoby diet poselskich nikt by się do parlamentu nie pchał. A tak rączka w górę, kawka w kawiarence, jakieś spotkanie klubowe, pasjansik w sejmowym tablecie, posiedzenie w komisji, bankiecik w hoteliku sejmowym i kasa leci.

            Tyle bubli ustawodawczych, jak ostatnimi czasy jeszcze w naszej demokracji nie było. Starym się nie chce czytać, a młodzi za głupi lub „usadzeni” przez tych pierwszych, milczą. Jeszcze, jak dodamy dyscyplinę partyjną mamy obraz polskiej demokracji. Pisałem już kiedyś jeszcze przed wyborami samorządowymi, że jednostka nie ma szans. Pamiętam entuzjazm Adama Abramowicza, jak pierwszy raz został posłem. Praktycznie nie można było Go z mównicy wygonić, by po jakimś czasie po rozmowie z prezesem w ogóle zniknął. Śmieszy mnie zatem entuzjazm młodych, którzy się promują ile to Oni zdziałają, jak zostaną namaszczeni, ile dla naszego Podlasia wniosą. Jakie mają plany, programy, aspiracje i wszystko tylko po to by nas przekonać do wyboru pozycji w „książeczce” parlamentarnej. Może się mylę, ale przez ostatnie dwadzieścia pięć lat tak to działało. Dorwać się do stołka, a potem jakoś to będzie. Otworzy się biuro poselskie, na uroczystościach się będzie bywać. Przetnie się jakąś wstęgę, a jak wybory ponowne się zaczną zbliżać udamy się w pielgrzymkę po gminach „Autostradą do Nieba”.

           Brakuje mi w tym wszystkim Empatii (Wrażliwości), Patriotyzmu (Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili.), Szacunku do kraju ojczystego. Do tych pól, łąk, dobra wszelkiego, do mieszkańca prostego, który gdzieś ma politykę, ale chce żyć godnie i godnie umierać. Brak w tych działaniach interesu społecznego. Na każdym kroku widzę i słyszę egoizm, snobizm, zarozumialstwo oraz brak pokory. Ja, Ja, Ja zrobię, pomogę, wesprę, poprę – nic od serca, nic od siebie. Brak zrozumienia. Nie wiem, może to chore, ale mam takie skojarzenia, że ten aspekt zaangażowania przed wyborczego trwa przez pokolenia, wieki i cywilizacje. Przed każdym bojem, walką wódz naczelny wygłaszał mowę, która podnosiła morale i wiarę w zwycięstwo. Budował waleczność. Czasy się zmieniły, lecz motyw ten sam się przewija, że „Jeżeli my wygramy wszystko będzie lepsze, godniejsze i słuszne. Wszystkim żyć się będzie lepiej, godniej i radośniej”. Potem się okazuje, że ten brak pokory owocuje ministrami, posłami, senatorami bez kompetencji, wrażliwości i uczciwości. Dochodzimy kolejny raz do wniosku, że daliśmy się nabić w butelkę.

        Brakuje nam osobowości, mędrca typu Mahatma Gandhiego, Martina Luthra Kinga lub Nelsona Mandeli, chociaż mieliśmy też i swoich, jak na przykład Józef Piłsudski, który porwałby naród do zmian i przyszłości. Brakuje nam patrioty, nie polityka, a patrioty. Pewnie szybko by zginął, ale przeszedłby do historii, jako ten, który myślał o Polsce nie o statusie społecznym. Ryszard Petru, którego wybrałem i którego listę swym nazwiskiem zapełniłem nie jest ideałem. Kandydaci z listy wyborczej, jak to w zwyczaju partyjnym bywa z pozycji pierwszych, są dalecy od doskonałości. Przyznam się szczerze, że mam takie Déjà vu z przed lat dziewięciu, że ktoś się już tak zachowywał. Dlatego też pomny tamtych doświadczeń nalegam by „Nowoczesna.pl”, dała się przekonać, że nie chodzi tu o Sejm, Senat, lecz chodzi o Polskę. Nie to, co weźmiemy, ale damy jest najważniejsze. Nie będzie się ust zamykać dyscypliną partyjną i będzie się rozliczać z kasy i dokonań. Nowocześnie, Nowoczesna to w mojej ocenie moralne odtworzenie wrażliwości narodowej i działanie wolontarialne dla narodu polskiego. Przynajmniej ja to tak rozumiem, a Ci, co mnie znają wiedzą, że słów na wiatr nie rzucam. Pewnie kolejny raz polegnę, ale z godnością. To takie moje resume a propos kampanii wyborczej do Parlamentu RP 2015 roku oraz moje moralne uzasadnienie.   

 

„MODERN” PO POLSKU

         W niedzielę trzydziestego pierwszego maja 2015 roku wracaliśmy właśnie z obchodów „Dnia Weterana” w Bydgoszczy. Dla niezorientowanych to święto tych co bronili City Hall w Karbali w Iraku oraz tych, którzy od 1953 roku godnie reprezentowali Polskę w misjach pokojowych i stabilizacyjnych na wszystkich kontynentach świata. Świętowaliśmy wracając do Białej Podlaskiej z rodzinnych wojaży do Bydgoszczy nie zdając sobie sprawy, że w tym samym czasie w Warszawie tworzy się nowa jakość. Informację o nowoczesnej.pl otrzymałem od Mariusza Maksymiuka „Maxa” z Radia BiPer, któregoś lipcowego dnia, który zapraszał mnie mailem na spotkanie „Nowoczesna.pl”. Pomyślałem, że ktoś w Białej bierze sprawy w swoje ręce i zaczyna myśleć o przyszłości. Niestety sezon wakacyjny i wyjazd rodzinny na Węgry kolidował z terminem spotkania. Zadzwoniłem do Karola Michałowskiego przekazując mu swoje spostrzeżenia dotyczące modernistycznej wizji dla Białej Podlaskiej. Wspomniałem o strefie ekonomicznej, Centrum Logistycznym „Kresy” oraz przewartościowaniu miasta zaściankowo-upadłościowego na kurort Termalny z ośrodkami SPA w rekonstruowanym Pałacu Radziwiłłowskim. Miła nie wiążąca rozmowa i koniec.

       Połowa sierpnia, facebook i kolejna znajoma zachęca mnie na spotkanie w sprawie wywiadu i nowoczesnej.pl. Kornelia Wróblewska z Warszawy, ale o korzeniach międzyrzeckich umawia się na spotkanie. Co może chcieć młode dziewczę od mena w średnim wieku w okresie andropauzy? Dociekliwość skłoniła mnie do zapoznania się z problemem. „Ryszard Jerzy Petru (ur. 6 lipca 1972 we Wrocławiu) – polski ekonomista i polityk, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich oraz partii i stowarzyszenia Nowoczesna”. Informacje z Wikipedii. Młody działający kiedyś z Balcerowiczem, a jak słyszę Balcerowicz od razu włącza mi się zdanie Andrzeja Leppera „Balcerowicz musi odejść”. Mimo wszystko zapoznałem się z CV pana Ryszarda i uznałem, że chyba ma głowę do polityki i biznesu. Tym bardziej, że dziewczę choć młode to z doktoratem i chce najważniejsze działać. Zmieniać realia naszego wschodnio-zaściankowego życia. Zacząłem czytać program:

       „Nowe pokolenie musi wyjść z cienia i postawić swoje osoby do dyspozycji społeczeństwa. Polityka uchodzi za brudną i złą. I taka w dużej mierze jest – teraz. Nie zmieni się to, jeśli nie wejdą do niej profesjonaliści, ludzie ze znajomością języków, doświadczeniami zawodowymi i sukcesami”. Może to i prawda, bo fatycznie jak mówił Korwin Mikke „banda czworga tylko się wymienia”. Warto jednak pamiętać o mądrości „Dojrzałości”, która nie z jednej opresji ratowała nie tylko państwa lecz cywilizacje.

       „Polska potrzebuje dziś ludzi, którzy potrafią przewodzić i zarządzać. Najlepszych. Takich, którzy swymi osiągnięciami w różnych dziedzinach udowodnili, że sprawdzają się w budowaniu i łączeniu, a nie w kłótniach i tworzeniu problemów. Którzy potrafią słuchać, podejmować decyzje i wprowadzać zmiany. Którzy nie składają pustych obietnic, ale potrafią proponować rozwiązania i wprowadzać je. Zawodowców, z dokonaniami i z sukcesami, którzy sprofesjonalizują świat polityki i wprowadzą do niego nową jakość”. Prawda, tylko jak Oni wezmą się za politykę to kto będzie pracował? Wierzę, że umiejętność praktyczna da radę z utopią pro polityczną. Mam nadzieję. Piękne słowa Pana Petru może troszeczkę pompatyczne przynajmniej są jakąś lepszą inną alternatywą do głoszonych przez przeszłe dwudziestopięciolecie. Przeczytałem program no i cóż? Wszystko już słyszałem, czytałem, oglądałem, byłem przekonywany, mamiony, ogłupiany byle ktoś się dorwał do władzy. W Polsce, w prasie zagranicznej, bo przecież demokracja jest demokracją, a nie filmem Sciencie Fiction gdzie wszystko jest możliwe. Pan Ryszard ma ciekawe pomysły i propozycje przedstawiane może inaczej, może bardziej przejrzyściej, ciekawiej, ale teleportacji nie wymyślił.

      Dlaczego popieram ruch, stowarzyszenie, partię „Nowoczesna.pl”? Nie jestem jej członkiem chociaż zaproponowano mi udział w wyborach do Parlamentu RP. Nie ze wszystkimi postulatami programowymi się zgadzam. Nie jestem przekonany o słuszności niektórych tez, ale wiem jedno – Polska potrzebuje zmian, młodej krwi, pomysłów na przyszłość, a wydaje się, że Petru to proponuje. Zresztą dwukrotnie się już osobiście przejechałem na swoim zaangażowaniu, ale mam przekonanie, że „Ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten kraj nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Nadszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie.” I tego powinniśmy się trzymać. I tego ja się trzymam. A Państwo?

ZADUSZKI JAZZOWE

         Dzień wszystkich Świętych i Zaduszki mamy za sobą. Uzyskaliśmy rekordową kwotę dwudziestu dziewięciu tysięcy złotych podczas kwesty na renowację zabytkowych nagrobków nekropolii bialskiej przy ulicy Janowskiej. Pogoda dopisała było ciepło i świątecznie. Ludziska nie żałowali kasy, szczególnie ludzie starsi. Grosik do grosika i uzbierała się niezła kwota tym bardziej, że to rok wyborów czyli do kwesty było chętnych od groma szczególnie tych z bilbordów, którzy kwestując sami też wspierali pokaźnie mamoną fundusze zebrane. Nieważne jak, ale po co i dla czego? Jak to mój dziadek mówił często. Liczy się cel, a cel został osiągnięty i to jest najważniejsze.

          W dniu 5 listopada br. w lokalu o włosko brzmiącej nazwie „Verona” na ulicy Janowskiej w podziemiach „Sawka” odbyły się XXVIII Bialskie Zaduszki Jazzowe poświęcone pamięci Stephane Grappelliego. „Muzyk w latach 1924–1928 studiował muzykę w konserwatorium paryskim. W 1933 spotkał gitarzystę jazzowego Django Reinhardta, z którym wspólnie utworzył zespół „Quintette du Hot Club de France” (składający się ze skrzypiec, trzech gitar akustycznych i kontrabasu). W latach 1933-1939 zespół ten dokonał licznych znakomitych nagrań i występów. Działalność ich przerwał wybuch II wojny światowej. W 1946 Grappelli i Reinhardt zetknęli się powtórnie, chociaż nie reaktywowano już na stałe wspólnego zespołu. W latach 50. i 60. Grappelli występował w klubach jazzowych w całej Europie; w Stanach Zjednoczonych stał się znany dopiero w latach 70. Uprawiał różne gatunki muzyki i nagrywał z wieloma muzykami, m.in. z Dukiem Ellingtonem, Earlem Hinesem, Larrym Coryellem, Oscarem Petersonem, Jeanem-Lukiem Pontym i McCoyem Tynerem, Paulem Simonem, grupą Pink Floyd („Wish You Were Here”). Był aktywny jako muzyk przez prawie siedemdziesiąt lat. W tym czasie dwukrotnie odwiedził Polskę – w 1991 i 1994. Został pochowany na cmentarzu Père-Lachaise”.

         Tyle można przeczytać w Wikipedii. Wieczór w Veronie artyście był dedykowany. Nasz bialski maestro jazzowy Jarek Michaluk ponownie nas zaskoczył. Wieczór zaduszkowy klimatycznie był ukierunkowany w nastroje zespołu „Quintette du Hot Club de France”. Mieliśmy skrzypce, gitarę, kontrabas i dzięki muzykom nastrój, który długo będzie pamiętany w bialskich elitach intelektualnych. Wieczór jazzowy był boski. Przepiękne solówki na skrzypcach w wykonaniu Macieja Strzelczyka. Wirtuozeria interpretacji Krzysztofa Wolińskiego na gitarze oraz mistrzostwo jazdy na kontrabasie w wykonaniu Pawła Puszczało. Dwie godziny minęły jak z bicza trzasło. I tylko tak od niechcenia chciałbym dodać przytaczając monolog Janusza Gajosa „Kultura” – „Kultura to jest coś takie coś, że się w pale nie mieści. Pytają mnie też rożni kulturalni ludzie z pijalni piwa, na pośredniaku gdzieś. Co ja tak kombinuję o takim koncercie jazzowym? Różne stworzenia boże są na świecie, i bardzo dobrze. Tylko nie na koncercie, w mordę. Ponieważ, że koncert ma swoje sacrum. Co to się oznacza? To się oznacza, że – morda w kubeł. Artysta ma płacone od tego, żeby nawijał. Taki muzyk nie po to się uczył dwa, trzy, cztery czy tam znów więcej lat, jak nie zdał z klasy do klasy u różnych profesorów robić melodyjki żeby mu potem jeden z drugim byle kto z ulicy na przykład na solówce krzyczał – ty muzyk nie przeszkadzaj bo spożywam”. Poza tym wszystko było „OK”. Świetnie się bawiłem i to było coś pięknego dla udręczonego kampanią wyborczą serca.  

 

PRZEDWYBORCZY KOGIEL-MOGIEL

         „Kogiel-mogiel lub kogel-mogel – prosty deser z surowych żółtek jaj utartych z cukrem. Deser pojawił się w XVII wieku w Polsce, jego receptura jest prawdopodobnie pochodzenia żydowskiego. Stał się popularny w okresie międzywojennym i w latach PRL-u, gdy słodycze nie były łatwo dostępne. W Niemczech nazywa się Zuckerei, a regionalnie także Goggelmoggel, w Rosji – gogol-mogol (гоголь-моголь), a w Jidysz – גוגל מוגל, czyli także kogel mogel. Klasyczny kogel-mogel robi się z dwóch żółtek kurzych jaj i trzech łyżeczek cukru, dokładnie razem utartych. Alternatywne dodatki to między innymi miód, rum, bita śmietana, kakao, rodzynki lub sok z cytryny. W innej wersji deseru białko oddzielone od żółtka jest ubite i dodane do masy z żółtka i cukru”.

        Czytając hasło Wikipedii, nie wiem jak Wam, ale mi ślinka leci na te delicje. Całkowicie zgadzam się z przedstawioną teorią i serdecznie polecam młodym i artystom, którzy nie kosztowali tego specyfiku. Kogel-mogiel leczy struny głosowe. Palce lizać. Fajny jest kogiel-mogiel szczególnie w upały kiedy włoży się go na kilka godzin do lodówki. Mamy własnej produkcji lody. Broń boże zostawić na słońcu, bo „salcia” umili nam życie. Kogiel-mogiel to młodość naszych czasów. Kogiel-mogiel to też taki galimatias życiowy czyli pojęcie stosowane w stosunkach społecznych informujące nas, że trudno we wszystkich aspektach życia się połapać i trudno ustalić co komu, o co chodzi.

       Pomny własnych doświadczeń życiowych chcę wysnuć teorię, że właśnie nam się rozpoczął kogiel-mogiel przedwyborczy. Niestety me wywody są obciążone faktem, często w fazie przedwyborczej stosowanej stronniczości, której usiłuję się wyzbyć, ale i tak nikt w to nie uwierzy. Warto jednak w natłoku szumu medialnego jakieś stanowisko przedstawić, by dać możliwość rozwoju społecznej debaty. Kogiel-mogiel, by był dobry trzeba go dobrze utrzeć. Najlepiej od czasu próbować i smakiem ocenić. Powiem szczerze, że osobiście lubię taki lejący nie za bardzo skręcony i z dodatkiem soku cytryny. Niestety to co w tej chwili media i magistrat, kandydaci na stanowiska władz społecznych nam prezentują trudno ocenić. Jedni sypią za dużo „cukru” drudzy jajko z białkiem wlewają. Inni zawzięcie kręcą robiąc sporo hałasu, a wszyscy nas angażują do oceny głosząc wszędy, że my pracujemy i się wykazujemy, a ci drudzy to tylko chcą na urzędy. Całe szczęście lud mamy odporny na propagandę i ożywienie „gospodarcze”. Faktem jest, że trudno przekonać te sześćdziesiąt procent, że udział w wyborach to społeczny obowiązek. Demokracja dodaje nam skrzydeł i po latach przymusu możemy siedząc w domu powiedzieć rodzinnie, że nam zwisa, że kolejni rwą się do koryta i że ja do tego ręki nie przyłożę. Nie będę głosować i dawać satysfakcję, że dzięki moim głosom ktoś osiągnął sukces i dostał się na posadkę samorządową.

        Założenia są słuszne i prawdziwe. Sami możemy stwierdzić, że po dwudziestu pięciu latach demokracji dopracowaliśmy się tego, że tylko dzięki partyjnemu zamordyzmowi demokracja funkcjonuje. Powie ktoś nie prawda przecież w naszym mieście samorządność funkcjonuje. Tak, ale czy na pewno ogólnospołecznie i czy tak do końca komunalnie? Wątpię. W myśl przysłowia, że jeszcze nikt taki się nie urodził, żeby wszystkim dogodził należy optować, że jedna osoba rządzi. Dlatego trzeba próbować, trzeba tę naszą demokrację szlifować nie godzić się na przeciętność, a starać się delikatnie zmieniać, jak po schodach wchodzić coraz wyżej, by żyło się w Białej nowocześnie, po europejsku przynajmniej tak jak w Polsce Zachodniej. I krzyczeć, głośno krzyczeć, że my też są w Europie tu na ścianie wschodniej, a może Europa usłyszy i wstrząśnie tymi co rządzą. Po to, by żadna kasa nie „wsiąkła” jak drzewiej bywało chociaż mieliśmy już bardzo dawno temu meliorację.

        Drodzy bialczanie, zwracam się do tych sześćdziesięciu procent, bardzo Was proszę idźcie do urn wyborczych, złamcie swoje zasady i dajcie miastu szansę. Istniejący beton się nie da ruszyć bez waszego zaangażowania, waszej demonstracji społecznego zaangażowania. Nie ważne na kogo zagłosujecie, ważne żeby było inaczej, by w Białej zachodziły zmiany nie tylko rewitalizacyjne, ale też społeczne. Wszyscy mają programy podobne, jedni z sukcesem inni z dobrymi chęciami. Nikt tak naprawdę nie ma pomysłu na inne, nowocześniejsze, skuteczne. Daje się odczuć brak wyraźny wyobraźni, nie fantazji jak kajakarstwo górskie, lecz choćby tak jak w Międzyrzecu Podlaskim stok narciarski. Mam kilka pomysłów, ale wybaczcie powiem o nich po wyborach. Teraz tylko zachęcam do zmian na „Lepsze” współmieszkańcy.       

TRÓJKĄT „ŁUKASZYŃSKI”

             „Kochani rozpoczynam akcję zbierania podpisów pod petycją do Pana Prezydenta Andrzeja Czapskiego dotyczącą zagospodarowania działki Nr Ewid. 2227/12, uwzględnionej w „Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego”, jako teren zieleni publicznej. Działka widoczna na zdjęciach leży odłogiem przeszło trzydzieści lat. Fajnie by było gdyby w tym miejscu był ładny trawnik lub boisko, a najfajniej plac zabaw dla dzieci, a dookoła bieżnia do biegania, oczywiście oświetlona. Mimo kilku radnych na osiedlu nic nie zrobiono w tym zakresie. Oczekuję poparcia”. Tekst opublikowałem na Facebooku 3 grudnia 2013 roku. Napisałem i przygotowałem formularze poparcia i pewnie bym się udał po „Kolendzie” gdyby nie informacja radnego z osiedla, że dostaniemy kasę na przedsięwzięcie. Czekałem, czekałem, miesiąc mijał za miesiącem, ale ja jestem zawodowo przygotowany do poślizgów czasowych tym bardziej, że żyję w Polsce. Wszak każdy wie, że my nie potrafimy realizować zobowiązań terminowo. Czekałem cierpliwie chociaż był moment, że szlak mnie trafiał na tę bezczynność. Chciałem ruszyć w bój lecz czas wyszedł nie taki, bo zbliżają się wybory do władz samorządowych, a nie chciałbym być postrzegany, jako zbierający poparcie tym bardziej, że właśnie widzę swoją osobę w tym demokratycznym galimatiasie. Brak rozsądku i widocznego zaangażowania radnych w kształtowaniu bialskiej rzeczywistości świadczy o tym, że rada potrzebuje wstrząsu.

            Dość już o polityce zajmijmy się „Bialskim Trójkątem Bermudzkim” czyli działce Nr Ewid. 2227/12, która istnieje już ponad pięćdziesiąt lat, a tak jakby się pod ziemię zapadła. Nikt jej nie widzi. Przepraszam, skłamałbym spółdzielnia „Zgoda” od dawna robi sobie nadzieję, by ją wydrzeć od miasta na kolejny blok na Łukaszyńskiej. Miasto broni się dzielnie i dwa razy do roku skrzętnie kosi ziele w myśli mając przeznaczenie, jako zieleń miejską czyli relaks dla obywateli. Tak się dzieje przez lat trzydzieści przeznaczenie jest, ale brak realizacji. Piękny plac z „Termami” o których pisałem świeci dawnymi przyrządami do ćwiczeń i czterema starymi tablicami do gry w kosza, ale bez koszy. Wieczorami z uwagi na brak oświetlenia miejsce deprawacji nieletnich, w dzień szalet dla czworonożnych oraz wysypisko szklanych śmieci po nocnych libacjach, a wszystko pięćdziesiąt metrów od cmentarza żołnierzy włoskich szczęśliwych, że przynajmniej nocą ktoś ich odwiedzi. Prawie centrum miasta, Osiedle Młodych nazwa adekwatna do sytuacji gdyż jest tu sporo dzieci, a ta jakby ziemia się zapadła nikt jej nie widzi. Tylu radnych z tych czterech bloków się wywodzi, a tak jakby ich nie było, nic nie zrobili dla tej ziemi. Ostro chciałem się wziąć po wyborach, ale nastąpił przełom.

           Radny z bloku Nr 46 na Łukaszyńskiej Marcin Izdebski spotkał się z komisją urzędu Miasta pod przewodnictwem Adama Olesiejuka i oceniał areał jako przyszły przedmiot inwestycji. Miasto przeznaczyło na zagospodarowanie terenu około 20 tys. PLN. Śmiech wielki, ale rozumiem, że jest to gest w stronę radnego, by podkreślić jego zasługi dla Łukaszyńskiej mniejszości. Zarzucono o godzinie dziesiątej rano, że brak dzieci i nic się nie dzieje na wspomnianej zieleni. Wiem, bo wypatrzywszy przez okno komisjantów czym prędzej się ku nim udałem, by uczestniczyć w debacie. Postawione zostaną dwie bramki do gry w piłkę nożną, jeden kosz z utwardzonym boiskiem i jakieś przyrządy do ćwiczeń. Potem się poobserwuje i się zobaczy co z tym fantem zrobić dalej czyli do następnych wyborów. Pewnie odpuściłbym sobie działanie gdyby nie wkurzenie, że ponownie mamy przedwyborczą akcję. Przypomina mi się Laskowik i jego sklep z warzywami i „tjaktor”, gdzie miał koło zepsute ale trzy sprawne. Czasy się zmieniły, ale ten sam optymizmy pozostaje w narodzie wszak i dwadzieścia tysięcy można wyrzucić w błoto gdy chodzi o przekonanie. I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam znad „term” w Białej Podlaskiej. 

 

RÉSUMÉ AND RESUME

     Jeżeli mówimy o rzeczowniku czyli wyrazie pierwszym w tytule, dziwne, ale czy to Anglik czy Francuz znaczenie słowa jednoznacznie odbierają chociaż wymowa jest troszeczkę inna, ale treść przystępna obu kulturom. Tym bardziej, że każda nacja jest na swoim punkcie językowym uczulona, uważając swój język za priorytetowy. Dlatego też, we Francji nie dogadamy się po angielsku, a w Anglii po francusku. Polak musi niestety, mimo że swój język bardzo kocha, kiedyś francuził dziś łamie głowę angielszczyzną. Miejmy nadzieje, że nastąpi „otrzeźwienie” i wróci do normy nasze zauroczenie, ale chyba nie za naszych czasów, tym bardziej, że angielszczyzna niestety kojarzy się z postępem i z przyszłością. W każdym bądź razie résumé, jak Wikisłownik tłumaczy, jako słowo jest to – „podsumowanie, streszczenie”.

            Jedyny problem, że w angielskim słowo „resume” bez apostrofów przy „e” może określać rzeczownik lub czasownik. Zależy od kontekstu  zdania. Wikisłownik twierdzi, że jeżeli mamy coś zrobić, to jest to „wznawianie lub ponawianie”, a jeżeli mówimy o czymś to jest to „życiorys lub CV”. Mamy wybór. Dość już tych językowych zawiłości. Nie o tym chciałem pisać. Chcę napisać podsumowanie bieżących zaszłości. Nie bawiąc się w debatę podaję fakty, jak to niektórzy twierdzą jest to profesjonalna dziennikarka. Chodzi o ostatni miesiąc pełen wydarzeń, na podstawie których można napisać pracę doktorską rozpatrując: „globalkę”, politykę (krajową, bliższą oraz dalszą), postęp techniczny, środowisko, kraj, region, gminę oraz miasto. Głowa boli, ale od czegoś trzeba zacząć i na czymś się skoncentrować, by było zwięźle i jasno.

            Tym razem jak się Państwo domyślacie chciałbym się zająć Białą Podlaską i jej problemami, zwłaszcza „świńską” sprawą, ale niestety pomór afrykański musi poczekać. Tym bardziej, że poseł Jerzy S. już się sprawą zajął i jakąś konferencję zorganizował. Czyli sprawa jest opanowana. Problemem jest teraz wojna. Wojna na „bratniej” ukraińskiej ziemi. Natura ludzka to jest to coś takiego, że od razu rozpoznasz z kim masz do czynienia lub jaka to nacja. Buta, władza, porządek wiadomo, że chodzi o Niemca. Flegmatyzm, spokój, opanowanie Anglika charakteryzuje. Temperament, wybuchowość, bajer to Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie oraz Francuzi, tak w skrócie. Popędliwość, szabelka, emocje niestety to my Słowianie. Szczególnie Polacy, których historia niczego nie nauczyła. Dalej pierwsi do bitki i wypitki chociaż wartoby się zastanowić. Takim kubłem zimnej wody dla mojej osoby był „Krymski węzeł dyplomatyczny” Mariusza Max Kolonko

, który wzbudził moje wątpliwości, ale natura słowiańska podpowiada – „Bij moskala”. Myślę, że tak jak z tą jazdą na rowerze, jak się raz nauczysz nie zapomnisz, tak i z tym naszym uprzedzeniem, ma genetyczne pochodzenie. Wierzcie mi, przeczuciom trzeba ufać, tak jak krowa, koń gdy usłyszą ssssssssssssssssssssssssyczenie od razu przerywają rzucie, skubanie i zwracają uwagę, bo mają takie genetyczne uwarunkowanie na „Gady”. Nie wierzycie? W lecie sprawdźcie sami. Dlatego też, choć z tym wieszaniem za żebro trzeba uważać, to jednak „niedźwiedź” jest gorszy od „gada”. Tym optymistycznym akcentem chciałem zakończyć  „streszczenie, podsumowanie” czyli résumé właśnie.