POMPA ŚMIECHU DLA WETERANA. NIE WSZYSCY MOGĄ LICZYĆ NA PAŃSTWOWE WSPARCIE

          Pewnie ma emocjonalność mnie zgubi, ale nie sposób oprzeć się konieczności reakcji na społeczną debatę na temat artykułu Miry Suchodolskiej „Pompa śmiechu dla weterana. Nie wszyscy mogą liczyć na państwowe wsparcie” na portalu Forsal.pl. Wydawałoby się, że artykuł w treści mówiący o weteranach, przedstawiający jakiś punkt widzenia nie powinien budzić emocji jednak stał się tą przysłowiową pięścią uderzającą w stół, po której nożyce się odezwały. Szeroki oddźwięk oburzenia, dezaprobaty, niezrozumienia oraz krytyki, który nie pozostawił suchej nitki na autorce, wręcz z pogranicza hejtu i chamstwa przekonuje, że coś jednak jest nie tak z tą naszą kulturą słowa i wychowania.

            Przyznam się szczerze, że pewnie bym nie zauważył tekstu, gdyby nie reakcja osób zainteresowanych. Bardziej byłem w szoku, że moi znajomi, których opinię znałem i ceniłem też dali się ponieść serwilizmowi, zapominając o czym na facebooku ma małżonka przypomniała – poczuciu szacunku i godności do swojej osoby. Miałem zamiar przemilczeć sytuację, ale jak Państwo wiecie, lubię jasne i klarowne dywagacje, a tym bardziej mą szczerość i pogląd na codzienność nie tylko polityczną. Pani Mira może niezbyt zorientowana w realiach wojskowości jednak problem weteranów przedstawiła w sposób dosyć klarowny i czytelny. Oczywiście czytelnik ma prawo do własnej opinii. Zawsze nas uczono, że brudy pierze się we własnym domu, a nie oddaje do pralni, ale przecież mamy postęp. Pralki automatyczne i pralnie chemiczne, które każdy „brud” usuną, nawet ten moralny, pokazują nam, że prawda ma różne oblicza i granica między prawdą, a fałszem to fikcja. Dlatego człowiek mądry zanim opowie się za którąś prawdą zawsze szuka.

           My weterani mamy tę godność i honor wojownika, by przemilczeć nasze bolączki, urazy, krzywdy i zapomnienia. Czytamy, widzimy, słuchamy i milczymy, bo honor nie pozwala, by się poniżyć i zniżyć do poziomu tych, którzy zapomnieli o naszych dokonaniach. Słowa Pani redaktor, które mam nadzieję nie były związane z szukaniem sensacji, pokazują, że my też nie jesteśmy ze skały i niektórzy pękają. Pisałem wielokrotnie, że wśród weteranów nie ma nieposzkodowanych. Każdy z nas wrócił z jakimś balastem, ale rozumiemy tych, którzy wrócili z potężnym uszczerbkiem na zdrowiu i to nie tylko powyżej 30%, którzy powinni otoczeni być opieką i troską. Musimy pamiętać, też o tych, którzy doznali urazów psychicznych i fizycznych, które odezwały się po czasie, a które są niewygodne dla współczesnych realiów. Nie możemy zapominać chłopców z problemami socjalno-społecznymi, którzy mają problem z dostosowaniem się do życia. My nie możemy się skarżyć, ale dobrze, że jest Pani redaktor, która nie boi się pisać. Fakt, że pomówienia bolą, budzą negatywne reakcje, ale dają też do myślenia. Jedni się zastanawiają nad prawdą, w drugich powinny budzić mobilizację do otwartego działania, by faktami zamknąć buzię „kłamcom”. Tylko winni się tłumaczą.

            Pompa śmiechu dla weterana, jakież to przewrotne i krzywdzące. Nam wcale nie jest do śmiechu, a tym bardziej pompy. My chcemy być pozostawieni sobie i chcemy się wspierać, pomagać i działać na rzecz tych, którzy tej pomocy potrzebują. Zawsze tak było, nawet na zachodzie, że jednostka przegrywa. Tylko grupa może zdziałać i wzajemnie się wspierać w bólu, problemach i trosce. Nawet spotkanie i wspominanie dają tę pociechę, że są ludzie, osoby tak samo myślący, że nie jesteśmy samotni na świecie. Zatem powtórzę jeszcze raz – „Być weteranem to zaszczyt. Weteran to brzmi dumnie” i nikt mnie nie przekona do innej racji.

SOCJOLOGICZNE ROZWAŻANIA !!!!

         Mam dość polityki, knowań i robienia mnie w durnia. Mam dość słuchania reportaży, wywiadów, transmisji i poszukiwania sensacji, które mają przykryć lub odkryć niekonstytucyjne działania. Mam dość polityków lewej, prawej i środkowej strony, którzy myślą o politycznych sukcesach nie naprawie Rzeczy Pospolitej. Mam dość karierowiczów, kibiców i malkontentów, którzy narzekają i nic nie robią, a jak robią to z myślą o swojej karierze. Mam dość takich wakacji, które nie dały nam psychicznie odpocząć.

            Widocznie tak mamy, że najważniejsze sprawy rozwiązujemy w czasie okresu letniego odpoczynku. By nie poddać się nudzie politycy od czasu do czasu próbują przepchnąć swoje nonsensy w okresie kanikuł licząc, że okres ogórkowy uśpi naszą czujność. Bunt społeczny od lat te założenia rujnuje, ale nikt nie bierze pod uwagę faktu, że człowiek myślący uczy się na błędach. Nie wierzę, że działania polityków dobrej zmiany tego prostego faktu nie uwzględniają. Tak jak propaganda w iście goebbelsowski sposób drąży naszą świadomość, tak działania, jestem przekonany, uwzględniają różne scenariusze.

            Czas operacji też nie jest przypadkowy i uwzględnia narodowe słabości. Letnie rozleniwienie, urlopy, odpoczynek oraz ogólna niechęć do aktywności nie tylko społecznej. Naprawdę trzeba wkurzyć społeczność aby zaczęła działać. Trzeba też przewidzieć i taki scenariusz, że o to chodziło, by odciągnąć uwagę od czegoś istotnego. Nie trzeba być wielkim uczonym, by przewidzieć, jak przeciętny Polak o nieustalonej orientacji politycznej się zachowa. Do wyboru trzy reakcje: obojętność, zaangażowanie lub negacja. Obojętność nie jest przedmiotem zainteresowania. Zaangażowaniem i negacją można manipulować. Wiedzieli o tym już wielcy tego świata: Aleksander Macedoński, Cezar, Napoleon, Hitler oraz Stalin. Popełnili jeden znaczący błąd, bo uwierzyli w swoją „boskość”. Osiągnięcia wiedzy społecznej, psychologii oraz socjologii wyciągnęły wnioski z ich klęski. Dziś manipulowanie społecznością to wielka nauka i umiejętność.

            Telewizja, radio, prasa, Internet czyli media manipulują naszą świadomością. Już Goebbels powiedział, że powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Odpowiednia propaganda potrafi w krótkim czasie z człowieka nijakiego zrobić wieszcza narodu, a z osoby znamienitej, wroga. Zaangażowanie bliskie fanatyzmu jest bardziej przyswajalne niż budowanie mądrości opartej na faktach. Dziś nie ten, który ma argumenty wygrywa lecz ten, który z obłędem w oku głosi swoje prawdy. Dlaczego? Bo człowiek prosty wierzy w empatię, bo jest bardziej prawdziwa niż prawda. Nie ma i nie będzie argumentów na wygraną, jeżeli my społeczeństwo nie będziemy fanatycznie wierzyć, że może się okazać, że demokrację będziemy uważać za wartość schyłkową. Prawdy, też wielkiej nie ja odkryłem, że prawda musi być poparta siłą lub świadomością, że może być użyta w obronie tej prawdy. Oczywiście, informacje te nie są ogólnie dostępne, ale dla chcącego nic trudnego. Warto czytać i obserwować.

            Wakacje się kończą, ale nie koniec zabawy, chociaż na zabawę to nie wygląda. Podejrzewam, że jesteśmy na drodze do Polexitu, chociaż wszyscy zaprzeczają. Chociaż większość społeczeństwa jest, jak na razie przeciwna, ale przecież specjaliści wiedzą, jak grać na nutę narodową. Tym bardziej, że media i propaganda, a zwłaszcza siła będą pod kontrolą. Pesymistyczny scenariusz, ale chyba prawdziwy. Chciałbym się mylić.

MĄDROŚĆ NARODU

          Pojęcie raczej trudne do określenia, opisania i wyjaśnienia. Mądrość człowieka to zbiór jego doświadczeń, wiedzy, empatii i wychowania. Jak pogodzić te dwie wartość, jak osiągnąć konsensus, by jedno stanowiło drugie. Pamiętam i przytaczałem to wielokrotnie słowa Tewiego mleczarza ze „Skrzypka na Dachu”, że mądrością narodu jest jego tradycja. Pewnie są to słuszne racje, bo tylko dzięki tym wartościom naród wybrany przetrwał. Jednak mam pewne wątpliwości. Polacy pełni doświadczeń i tradycji mają problem z interpretacją tego pojęcia. W mojej ocenie mądrość jest jak prawda i tu odwołuję się do księdza Józefa Tischnera. Mądrość zależy od punktu siedzenia i miejsca odniesienia. Trudno się z mądrością poruszać, jeżeli nie wiesz, a właściwie wiesz, że twoja jest prawdziwa, ale inni twierdzą, że jesteś jełop. Gorzej, jedna trzecia narodu tworzy mądrość „dobrej zmiany”, a reszta się przygląda. Piękny wiersz Wojciecha Młynarskiego „Nie wycofuj się” wydawałoby się jest iskrą zapłonową pracy silnika zwanego mądrością narodową jednak, jakby nie do końca poprawnie działającego. Wszyscy się zachwycają i robią swoje – patrzą. Dlatego mam wątpliwość odnośnie prawdy, mądrości.

           Gdybym oglądał i słuchał telewizji publicznej i radia, jak to zaobserwowałem po swojej mamie, zostałbym urobiony do mądrości narodowej związanej z dobrą zmianą. Próby zdobywania informacji z mediów niepublicznych stwarzają tę trudność, że często są w sprzeczności z informacją publiczną. Podobno mądrość ma mi pomóc ocenić, która jest słuszna i prawdziwa. Kiedyś, gdzieś czytałem, że wśród wariatów mądry jest głupcem. Zawsze ci pierwsi byli w mniejszości, ale dziś już nie wiem. Wydarzenia sierpniowe związane ze sprawiedliwością, korci mnie powiedzieć, że też powiązanej z księdzem Tischnerem, wydawało się pokazały, że naród nie jest marionetką. Tak przynajmniej się wydawało, patrząc na ulicę i spacery społeczne w większości miast kraju nad Wisłą.

            Byłem dumny mądrością narodu, dopóki nie ………. Pamiętam, jak byłem swego czasu dowódcą i chciałem zdobyć odpowiednią kasę na zakupy dla pododdziału. Zawyżałem trzykrotnie potrzeby, aby wyjść na swoje, bo wiedziałem, że dwie trzecie obetną. Reszty chyba nie muszę tłumaczyć. Wilk był syty i owca w całości tylko kto w tym układzie był idiotą? Wierzcie mi, że nie czułem się dobrze w tym układzie, ale taka była konieczność. Brakowało, a może byli fachowcy, którzy wiedzieli o co chodzi, ale oni też mieli za zadanie obcinać koszty. Czyli ja otrzymałem swoje, a oni wywiązali się z zadania. Gorzej, gdy chodzi o państwo, naród. Stosowanie tych metod jest antyspołeczne, antypatriotyczne, tym bardziej że jest związane z krzywdą tych, którzy myśleli, że osiągnęli sukces. Przypomina się skecz Laskowika o ciągniku. Cieszmy się, że w trójkołowcu dwa koła są sprawne, a zepsute tylko jedno. Chciałoby się krzyczeć narodzie, gdzie twoja mądrość, ale jest to wołanie na puszczy, której pomału już nie ma. Puszczy, która może się też okazać zawyżaniem kosztów, by odwrócić uwagę od czegoś innego. Naród pała oburzeniem, Europa też jest w szoku, media wręcz szaleją, a po cichu świstak swoje zawija. Mądrzy to wiedzą, ale bilans zysku i strat jest zbyt wysoki dla przeciętnego inteligenta. Lepiej siedzieć cicho i się nie wychylać, chociaż rozum podpowiada, że cena może być wysoka. Niestety, inteligencja nie idzie w parze z odwagą. Czas mija i słowa Młynarskiego miło będzie wspominać, a status społeczny związany z rozumem, inteligencją ulegnie, jak to już było, ideologii, która nie będzie miała oporu zniszczyć tę pierwszą. Dlatego cały czas mam dylemat, czy możemy mówić o mądrości narodu, jeżeli ten naród oddaje się ideologii, a z rozumu nie korzysta. 

ZŁOŻONOŚĆ SUBSTYTUTU EMPATYCZNOŚCI

         Może temat wydaje się złożony w sferze przeciętnej interpretacji, jednak to typowe zastępcze rozważania w okresie wakacyjnym, typowo ludzkich zachowań w typowych sytuacjach. Generalnie chodzi o etymologię słownictwa, dotyczącą naszych zachowań w różnych empatycznych przypadkach. Wydawałoby się, że poziom edukacji czy intelektualnego pojmowania rzeczywistości ma istotny wpływ na zakres naszego reagowania na bodźce społeczne. Założenie wydawało się słuszne w dobie rozwijającego się socjalizmu i braku lub wręcz ograniczaniu empatii w społeczeństwie. Wszechobecna świadomość, dojrzałość oraz odpowiedzialność zabijały wszelkie odruchy związane z duchowością i uczuciowością. Oczywiście nie można twierdzić, że były zabraniane i niszczone, ale były to sprawy osobiste nie związane z życiem społecznym. Łzy, wzruszenie, przejawy zbyt agresywnej radości czy uczuciowości nie pasowały do wizji nowoczesnego społeczeństwa. Można powiedzieć, że kształtowaliśmy się w kierunku techno społecznym. Status braku wrażliwości wydawał się być związany ściśle z wykształceniem i stanowiskiem. Im wyższy status społeczny tym mniejsza wrażliwość. Wypaczenia te spowodowały podział społeczeństwa na elity i wrażliwy gmin.

            Zmiany demokratyczno-ustrojowe przez ostatnie dwadzieścia pięć lat balansowały na pograniczu techniczno-socjalnym i duchowo-empatycznym. Goniąc kraje europejskie w wyścigu rozwijającego się kapitalizmu w sposób demokratyczny chcieliśmy podobnie, jak ustrojowo, budować nasz kraj na równi z Unią Europejską. Nie wiem czy to się udało, ale w dalszym ciągu żyje się u nas biedniej niż we Francji czy w Niemczech. Natomiast pewne jest to, że zmieniło się w ostatnim roku w sferze społecznej. Stanowisko stonowanego europejskiego współistnienia kulturowego zastąpiono agresywną nutą patriotyczno-duchową. Szczególnie trudne jest to do przełknięcia po przeszło półwieczu urawniłowki społecznej i edukacji politycznej ukierunkowanej przez braci ze wschodu. Musi minąć pokolenie, by nowy nurt tworzony przez polską rzeczywistość trwale zagościł w kraju nad Wisłą. Polski hymn śpiewany w całości, sentyment do kresów, wrażliwość i duchowość tak charakterystyczne dla II Rzeczy Pospolitej.

            Piękne, prawda piękne, ale musimy też pamiętać, że empatia to nie tylko wrażliwość, ale też i chamstwo, obłuda, fałsz i złośliwość. Fajnie cieszyć się z życzliwości ludzkiej, gorzej gdy próg nasz przekroczy fałszywiec z obłudą w sercu i na twarzy mówiąc – przyjaciel i z uśmiechem na obliczu ograbi z marzeń. Dlatego trudno nam się pogodzić ludziom starszego pokolenia z faktem, że to co kiedyś było etycznie niepoprawne staje się w dobie substytutu empatii nagminne. Wiara, poczucie więzi, miłość to takie piękne i szczere, ale co zrobić gdy ktoś zgodnie z poczuciem swojego ego ma inną interpretację wrażeń? Dobrze by było dokonać przewartościowania społecznego i przypomnieć, że są zasady etyczne od wieków napisane, których trzeba przestrzegać na co dzień, nie od święta.      

DYPLOMACJA – WIELKA PIĄTKA

        „Wielka piątka (ang. Big Five) – pięcioczynnikowy model osobowości (w skrócie PMO) autorstwa Paula Costy i Roberta McCrae obejmujący pięć czynników osobowości: neurotyczność, ekstrawersję, otwartość na doświadczenie, ugodowość i sumienność”.

        Spodziewam się, że mój tekst będzie wyzwaniem dla niektórych osób, ale piszę ze względu na moje samo zrozumienie. Staram się pojąć wydarzenia ostatniego weekendu w aspekcie relacji interpersonalnych. Staram się zrozumieć gdzie powinna być granica między tak zwaną dyplomacją, a asertywnością. Często państwo spotykają się z pojęciem dyplomacji, zachowań dyplomatycznych, postaw dyplomatycznych. Wielkim zaskoczeniem jest, że dyplomacja w życiu społecznym nie występuję bądź jest pojmowana w ujęciu stosunków międzynarodowych. Tym bardziej jestem zdziwiony, że w naszej codzienności często pojęcie dyplomacji kojarzy się z  umiejętnością dostosowania się do różnych interakcji personalnych. Wkraczając na grunt inteligencji emocjonalnej, inaczej EQ (ang. Emotional Intelligence Quotient; także EI – Emotional Intelligence), czyli jak nasze predyspozycje osobiste w rozumieniu zdolności rozpoznawania stanów emocjonalnych własnych oraz innych osób, jak też zdolności używania własnych emocji i radzenia sobie ze stanami emocjonalnymi innych osób, wpływają na relacje społeczne. Inaczej mówiąc zdolność, umiejętność panowania i narzucania swoich emocji, odczuć, prawd i przemyśleń w iście szatański sposób powodujący wrażenie konieczności i nieodzowności. Częstym efektem jest euforia ze słusznie podjętej decyzji.

       Patologie, które występowały w historii gatunku Homo Sapiens potwierdzają założenia naukowe powyższych rozważań i stanową namacalny dowód na istnienie przypadłości. Czingis Han, Napoleon, Hitler, Stalin elementarne przykłady na potwierdzenie teorii. Pierwszy był synem Jesügeja Baatury, dowódcy jednej z wielu małych ord mongolskich, u schyłku życia twórca imperium. Cesarz Urodził się w Ajaccio na Korsyce, w niezamożnej rodzinie adwokata pochodzenia szlacheckiego Carla Marii Bonapartego i jego żony Letycji. Tytułowany „Napoleon, z łaski Boga i Konstytucji cesarz Francuzów, król Włoch, protektor Związku Reńskiego, mediator Konfederacji Szwajcarskiej etc., etc., etc.” Führer (niem. Wódz) Adolf Hitler, przywódca nazistowskich Niemiec był malarzem pokojowym. Natomiast Stalin (pseudonim) był synem Wissariona „Beso” (a według innej wersji swojego ojca chrzestnego, oberżysty Koba Egnataszwiliego) i jego żony Katarzyny (Jekatieriny, Ketevan) z domu Geładze. Losiv Dżugaszwili, bo takie nosił prawdziwe gruzińskie nazwisko, w którym przyrostek nazwiska -„szwili” oznacza po gruzińsku „syn”, aczkolwiek nie jest znane w tym języku słowo bądź imię „Dżuga”. Był dzieckiem słabym i chorowitym, trzecim w rodzinie, dwoje starszych umarło w niemowlęctwie. Od urodzenia miał zrośnięty drugi i trzeci palec u lewej stopy. Także jego lewa ręka odstawała od normy i była krótsza od prawej ze względu na spowodowany w dzieciństwie urazy.

         Te krótkie charakterystyki mają przybliżyć państwu istotę problemu oraz odpowiedzieć na pytanie, jak tak nijakie osobowości mogły osiągnąć tak wysoki status społeczny? Jak mogły wpłynąć na miliony, by te miliony zapomniały o człowieczeństwie. Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem i dopiero wydarzenia ostatnich dwóch dni w sposób praktyczny wyjaśniły mi mechanizm działania. Winna oczywiście wszystkiemu jest inteligencja emocjonalna, a właściwie umiejętność się nią posługiwania. Bazowanie na empatii, pewnej dozie szaleństwa buduje podstawy chorych wizji prowadzących „stado” ku przepaści.

      Wielka Piątka, o której na początku napisałem to podstawy budowania osobowości. Stałość emocjonalna, czyli przystosowanie emocjonalne, ekstrawersja polegająca na pozytywnej interakcji społecznej, otwartość na doświadczenia, ugodowość, sumienność to pozytywne walory osobowościowe. Jednak wielka piątka to też przeciwieństwa. Neurotyczność, czyli skłonność do przeżywania negatywnych emocji (strachu, zmieszania, gniewu, poczucia winy) oraz podatność na stres psychologiczny. Introwersja, czyli zamknięcie się w sobie. Izolacjonizm, czyli negowanie oddziaływania środowiska społecznego. Antagonizm, czyli negatywne nastawienie do innych ludzi. Nieukierunkowanie, jako brak organizacji i motywacji do działania.

       Gdzie, zatem jest ukryty problem? Problem tkwi w pomieszaniu czynników osobowościowych i chorym, na pograniczu osobowości „borderline”, nimi manewrowaniu. Normalny człowiek, jako organizm społeczny podatny jest na sugestie i społeczne oddziaływanie. Doświadczenie przeprowadzone w jednym z programów naukowych polegające na ustawieniu „kolejki” oczekujących tylko w oparciu o informację, że podobno ma się wydarzyć coś fajnego oraz dalsze manewrowanie jej poruszaniem po przestrzeni marketowej w rytm piosenki „Jedzie pociąg z daleka….” obrazuje, jak chorej jednostce łatwo jest manewrować tłumem. Kolejnym przykładem jest wprowadzenie poczucia winy przez fikcyjne rozliczanie z czegoś, co nie zostało tak naprawdę wprowadzone. Stanowienia praw i obowiązków w godzinach „nocnych” czy późno godzinnych obrad, gdy wszyscy są już zmęczeni i chcą jak najszybciej znaleźć się w domu. Umiejętny borderline lub grupa społeczna może kształtować i formatować środowisko społeczne do swoich potrzeb budując wrażenie silnej więzi wsparcia.

       Gdzie jest, zatem asertywność? Asertywność jest niszczona. Jednym z elementów jej niszczenia jest „dyplomacja”. Ci, którzy widzą i czują manipulację bazując na swoim wykształceniu, kulturze, empatyczności oraz etyczności zostają pozbawieni swoich argumentów przez „dyplomację”. „Daj spokój, bądź mądrzejszy, nie warto. Bądź kulturalny nie reaguj na złośliwości. Przecież jesteś inteligentniejszy nie daj się sprowokować. Nie wyżywaj się na poszkodowanym. Przecież on ma pod górę. Bądź kulturalny i daj przykład. Bądź dyplomatą i nie daj się wyprowadzić z równowagi”. Efekt – manipulacja, degradacja, oczernienie, wyparcie i jak w syndromie „lawiny”, eskalacja.

         Niestety nie ma na to lekarstwa. Jeżeli znajdziemy się pod wpływem trzeba odchorować. Nie pomogą ostrzeżenia, dyskusja, rozwaga. Musi nastąpić kulminacja, by mogła następować stabilizacja. Kończąc moje rozważania dochodzę do wniosku, że psychoza tłumu, masy społecznej jest nielogiczna i nieprzewidywalna, mimo, że zawiera wysoce intelektualne składniki. Myślący inaczej, w tej strukturze z łatwością poprowadzi inteligenta na śmierć. Myślę, że w tym przypadku inność działa jak obrona. Kochani pamiętajmy o „Inności”, dajmy jej działać.       

„ZMĘCZENIE MATERIAŁU”

       Pewnie każdy z Państwa spotkał się z takim określeniem w przypadku usterki swojego pojazdu czy innego urządzenia mechanicznego, którego konstrukcja uległa zniszczeniu. Niestety jeszcze nie dopracowaliśmy się materiału, który nie poddawałby się upływowi czasu. Pisałem już o entropii i szeroko rozwodziłem, jak wszystko zmierza ku chaosowi, więc nie będę się powtarzał. Interesuje mnie inne zastosowanie pojęcia w odniesieniu do stanu psychicznego przeciętnego przedstawiciela gatunku Homo Sapiens. „Zmęczenie materiału” – zmęczenie organizmu, psychiki, osłabienie funkcji witalnych to cechy charakterystyczne omawianego objawu. Naprawdę wymagana jest silna psychika, by tak zwane zmęczenie materiału przełamać w końcówce mijającego tygodnia. Założenie blokady intelektualnej lub po prostu wyjechać z tego kraju.

      W drugiej dekadzie trzeciego tysiąclecia w okresie galopującego postępu technicznego mentalność społeczna przepada w odniesieniu do geniuszu człowieczeństwa. Przerażające jest to, jak śpiewał Czesław, że człowiekiem gardzi człowiek, i że ktoś słowem złym zabija tak jak nożem. Dziwny ten świat, a najdziwniejsze jest w nim to, że człowiek rozumie swój błąd, ale brnie dalej zaślepiony żądzą. Żądzą władzy, wielkości, dominacji zaślepiony fanatyzmem czy własnymi fobiami. Zaślepiony własnym egoizmem. Pewnie to też droga do entropii, do samounicestwienia. Miejmy nadzieję, że efekt destrukcji jeszcze nie będzie nas dotyczył, chociaż nie jest to pewne. Migracja narodów, kryzys ekonomiczny, wojny religijne, a symetrycznie globalizacja, postęp, humanitaryzacja życia i podbój kosmosu. Ciekawe co wygra?

     Szerokie spektrum analizy zawężamy do Polski i mijającego przedwyborczego tygodnia. Niespotykany w minionych „Olimpiadach” wyborczych wysyp nurtów, partii, frakcji i aktywności społecznej w życiu codziennym, mediach i Internecie. Jesteśmy zasypywani natłokiem informacji. Chaos medialny trwający prawie trzy miesiące musi normalnego człowieka doprowadzić do stanu blokady informacyjnej. Przestajemy przyjmować bodźce, a nasz stan apatii budzi reakcje negatywne tych, którzy starają się nas przekonać do swoich racji. Następuje zmęczenie materiału. Nie wiem czy zauważali państwo, pojawiają się coraz częściej hejterzy, którzy blokują zdroworozsądkowe stanowiska tylko dlatego, że nie są po ich myśli. Uwłaczające jest to, że posuwają się do słownictwa, które jak śpiewał wspomniany nasz muzyczny wieszcz, ranią tak jak nożem. Za nic mają demokrację, za nic kulturę słowa, kryjąc się pod Nickami lub przekonaniem o bezkarności ubliżają tym, którzy myślą inaczej. Ta bezkarność ich uskrzydla. Boję się, że od słów do czynów jest krótka droga. Całe szczęście, że ten wyścig szczurów już się kończy. Sobotnia cisza nie pozbawiona emocji i niedziela, która wyjaśni wszystko.

      Mimo zmęczenia materiału życzę Państwu, byście dokonali właściwego wyboru zgodnie z Waszym sumieniem, uznaniem i przekonaniem. Byście kładąc się spać w niedzielę wieczorem, mając świadomość, że śpicie godzinę dłużej zanucili sobie piosenkę  Kabaretu „Starszych Panów” „Już czas na Sen”:

Dobranoc, dobranoc ojczyzno,

już księżyc na czarnej lśni tacy

dobranoc, i niech Ci się przyśnią

pogodni, zamożni Polacy

że luźnym zdążają tramwajem,

wytworną konfekcją okryci

i darzą uśmiechem się wzajem,

i wszyscy do czysta wymyci

i wszyscy uczciwi od rana,

od morza po góry, aż hen

Dobranoc, ojczyzno kochana

już czas na sen.

Dobranoc Państwu.

ZROZUMIEĆ KOBIETĘ

       Nie wiem czy państwu się zdarzają takie odczucia, że czasami trudno pojąć wydawałoby się rzeczy oczywiste. Słońce wschodzi, zachodzi, podąża po nieboskłonie i mimo, że od wieków interpretowano to, jako ruch gwiazdy po firmamencie, a było odwrotnie, nikomu to nie przeszkadzało. Wieki bliskie skomplikowały tę oczywistość dając nam wiedzę, że to nie owa gwiazda pomyka, lecz my zasuwamy dwadzieścia cztery godziny na dobę, stojąc lub chodząc w „pociągu” nazywanym ruchem wirowym ziemi. Nie dość tego, to trzysta sześćdziesiąt pięć dni oglądamy nasze słoneczko z innej strony jakby była to jakaś różnica w przypadku energetycznego olbrzyma. Aksjomat, to jest takie pojęcie, które nam mówi, że tak jest i tak ma być, chociaż zmysły nam mówią, co innego. Naukowcy tak twierdzą, a oni się nie mylą. Oczywiście znamy przykłady i doświadczenia potwierdzające teorie, ale tak jakoś głupio, że wszystko się przewartościowało. Do dnia dzisiejszego wszak mądrzy w piśmie, mimo że teorię ewolucji wymyślili, nie potrafią powiedzieć, co było pierwsze kura, czy jajko? Fascynujące jest to w naszym gatunku Homo Sapiens, że jeżeli czegoś nie wiemy lub nie rozumiemy potrafimy stworzyć teorie, które wszystko wyjaśnią. Od wieków, co niepojęte musiało być zinterpretowane, bo dawało poczucie zrozumienia, przekonania i pewności, że nic nie dzieje się przez przypadek. Lubimy wierzyć, że wszystko ma swoją istotę, zasadność oraz zrozumienie. Nauka oparta o rozum i doświadczenie popycha nas w przyszłość rozwijając intelekt w kierunku teoretycznej ascendencji, dając przekonanie wyższości wiedzy i umysłu nad materią. Niestety, jeszcze nie wszystkich to dotyczy intelekt to domena zaledwie dziesięciu procent populacji ludzkiej. Reszta to średniowiecze lub czasy jeszcze wcześniejsze, może nawet wspólnoty pierwotnej, a może początków ewolucji. Bo,  jak nazwać istotę, która myśli tylko o żarciu, chędożeniu i spaniu, ewentualnie o używkach wymyślonych przez innych. Egzystuje, bo tak żyli jego przodkowie i tak widocznie jemu się wydaje, że tak jest dobrze. Wytłumaczeniem takiej postawy, a której ten twór egzystencjonalny się trzyma – to wiara. Wiara rozumiana, jako interpretacja duchowa niepojętego świata. Wiara pozwala wszystko zrozumieć, chociaż pewnie na poziomie jamochłonów jej nie ma, ale ona wyróżnia nasz gatunek ze świata zwierzęcego. Chociaż zwierzęta też reagują na bodźce zewnętrzne na przykład „Odruch Pawłowa”.

            Rozważając zawiłości świata, jego niepojętność, złożoność, którą rozumiemy, jako dopust sił wyższych lub złożoność ewolucji musimy pamiętać, że wszystko zależy od interpretacji i pojmowania bytu codziennego. Pierwszy wariant nobilituje nas, jako gatunek wyróżniony, stworzony dla jakiegoś celu oraz drugi nurt naukowy, z którego wynika, że jesteśmy częścią składową czegoś pięknego nazwanego życiem Globu Błękitnego zwanego Ziemią. Można powiedzieć, że dla tych „pierwotniaków”, o których wspomniałem, jest obojętne gdzie? co? dlaczego? Ale dla innych świadomość istnienia w społeczności, środowisku jest dobrem nieodzownym i koniecznym. Poczucie więzi, istnienia daje wszechpotężną moc zrozumienia swojej roli w otaczającej rzeczywistości. Wydaje się, że wszystko, co nas otacza ma sens i swoją rolę do spełnienia. Nie da się wszystkiego pojąć zrozumieć, zasadą jest radość z życia. I pewnie można by było tak trwać bez końca gdyby nie ciekawość. Jak mówią ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale bez ciekawości nie byłoby postępu, nie byłoby ewolucji. Ciekawość nas rozwija, a zarazem pogrąża. Niemoc zrozumienia nas przeraża, by się nie bać szukamy wytłumaczenia w nadprzyrodzonych relacjach. Jednym to wystarcza drudzy drążą temat.

         Nie bez kozery dałem tytuł felietonowi „Zrozumieć Kobietę”. To jedna z zagadek, której zinterpretować się nie da nawet wiara tu nie pomoże. Można przyjąć złożoność problemu, jako aksjomat, ale też jest trudność, bo ten aksjomat cały czas się zmienia. Mówią kobieta zmienną jest i basta, tak ją trzeba rozumieć, pojmować i akceptować. Piękne słowa, ale jak przełożyć je na sens życia? Ta zmienność jest udręką szczególnie dla płci przeciwnej. Świat jest tak urządzony, że aby przetrwać musi się połączyć osobnik płci męskiej z żeńską świata zwierzęcego, nie wspominając o roślinach. Inaczej, jeżeli nie wgłębimy się w naukę, nie da się tego rozwiązać. Zwierzęta mają to poukładane. Czas rui to czas prokreacji. Działania hormonów, które buszują w organizmie i wszystko jest bez ograniczeń. Słabszy osobnik przegrywa silny bierze wszystko, bo taki jest dobór naturalny. Rozważając ten sam problem w stosunku do gatunku Homo Sapiens spotykamy się z trudnością interpretacji faktów i złożonością sytuacji. Z prostych spraw zrobiono istotę człowieczeństwa. W przypadku męskim mało skomplikowaną opartą na pociągu i akcie seksualnym, czyli chędożeniu w języku staropolskim obejmującym: zaloty, uwodzenie, obietnice, przysięgi oraz to, co najpiękniejsze obcowanie z tą płci przeciwnej osobą. „Pierwotniak” na pewno inaczej to pojmuje, ale w mojej interpretacji brzmi sensownie. W przypadku kobiet seksualność i popęd to totalne wariactwo oparte na nieprzewidywalnych regułach i zasadach. Dziś wydajesz się odpowiedni i ten jedyny, gdy nagle następuje załamanie pogody i już jest inny, który wygryzł cię z wyścigu do „Szału Uniesień” Podkowińskiego. Bywa też czasami, że następuje zbrojne zajęcie, które totalnie nas ruguje z życia towarzyskiego. Masz prawo kochać, podziwiać, milczeć i być szczęśliwy z dostąpienia zaszczytu bycia tym jedynym. Ale niestety gdy wydaje ci się, że dziś jesteś ten jedyny, kochany, umiłowany, to po latach kilku dowiadujesz się, że większej pomyłki nie było w jej życiu. Zrozumieć kobietę! To rzecz niemożliwa. Jeżeli jakiemuś facetowi to się uda powinien otrzymać Nagrodę Nobla. Próbowałem kiedyś napisać dekalog kobiecości, dziś kiedy to wspominam ogarnia mnie pusty śmiech z faktu, że byłem taki naiwny. Jedyne światełko w tym tunelu to fakt, że próbować trzeba, bo niestety, kochani Panowie, bez Bab żyć się nie da. Tym optymistycznym akcentem zachęcam „Brać Samczą” do przemyśleń nad faktem czy warto w ten problem zagłębiać się głęboko, gdy tych problemów jest od groma na tym błękitnym globie do ogarnięcia.        

BIALSKI SPOT

      Wbrew pozorom nie jest łatwo wypromować miasto, zwłaszcza te położone na kresach wschodnich Polski. Strony nasze zawsze będą się kojarzyć z „Ranczem” „Samymi Swoimi”, „U Pana Boga ………” czy „Raz do roku w Skiroławkach”. Po prostu, jak to specjaliści mówią, mamy markę i marki trzeba się trzymać. W markę wpisuje się film „To nie koniec świata” gdzie wyraźnie uwypuklono naszą zaściankowość i taki obraz jest zgodny z ogólnopolskim pojmowaniem naszych stron. Inny przekaz tu nie pasuje i zamiast z tym walczyć trzeba to umiejętnie wykorzystać. Na bazie komedii, ironii można stworzyć materiał, który będzie pokazywał dynamiczne zmiany południowo podlaskiej rzeczywistości. Nie zgodzę się z interpretacją o wolno płynącym czasie w mieście gdzie mamy Akademię Wychowania Fizycznego i Państwową Szkołę Wyższą. Gdzie jest od groma klubów, pubów oraz nawet browar, gdzie młodzież ucząca się stanowi większość miejską grodu nad Krzną. To chyba nie u nas występuje uśpienie narodowe.

            Wróćmy jednak do spotu reklamowego promującego nasze miasto sponsorowanego przez magistrat. Przyczepić się do warsztatu artystycznego nie można. „Produkcją spotu zajęło się bialskie „Shinobi Pictures”, scenariusz i reżyseria to dzieło Adriana Brzezińskiego oraz Dominika Masalskiego, który skomponował także ścieżkę dźwiękową. O „przekaz” zadbali A. Brzeziński, Łukasz Osypiuk i Sebastian Kostrubała. Stylizacjami zajęła się Marta Pendryk, a w realizacji pomogli Jakub Jańczuk, Michał Łuć, Maciej Szupiluk, Marcin Bochenek, Tomasz Niźnikowski, Waldemar Wiśniowski oraz Renata Szwed. W filmie wykorzystano m.in. ujęcia z drona (kiedyś tylko można było pomarzyć), technikę zdjęć poklatkowych i zdjęcia slow motion. Produkcja kosztowała urząd miasta 35 tys. zł netto”. Informacji dostarczyła Biała24.pl, i dzięki niej informuję państwa, jak to „dzieło” powstało. Żeby ocenić trzeba obejrzeć, a jest co, bo aż dziesięć minut. Sprzeczne jest to z wszelkimi arkanami promocji, bo każdy manager powie, że uwaga „klientów” jest krótka i wymagająca. Proszę popatrzeć na Youtubie. Szybko zmieniamy kanał jak jest coś przydługie i mało dynamiczne. Spot, niestety jest długi i mało dynamiczny nie przyciąga uwagi, czyli jest do …….  –  nieprzetrawienia.

     Wróćmy do fabuły, czyli przygód „Jasia” w Białej Podlaskiej. Przyjechał pociągiem na bialski dworzec, już po rewitalizacji, wpada na graffiti tylko jakoś nie kojarzę gdzie jest ta ściana z tym malunkiem? Potem breakdance przed starą parafią. Wyciąga jakieś płótno na tle ośrodka Caritasu Biała Podlaska. Dawny stary szpital też po rewitalizacji. Okazuje się, że to jest stara mapa z zaznaczoną jakąś trasą jakby poszukiwacza skarbów. Kolejne ujęcie to Muzeum Białej Podlaskiej gdzie młodego Jasia prześladują jacyś rycerze. Jakoś nie kojarzę żeby tacy bywali na Południowym Podlasiu. Idąc za nimi młody wpada do Miejskiej Biblioteki Publicznej gdzie o zgrozo kradnie figurkę rycerza, a może pożycza? Nie wiem, ale to jakoś głupio wygląda. Odwiedza „Barwną” multimedialną bibliotekę dla dzieci i młodzieży. Wyciąga ponownie szmatkę z mapą, którą wyraźnie orientuje w bibliotece. Kierunek pada na regał z książkami. Rozumiem, że znalazł tajemnicze przejście. Rozpycha książki i wyraźnie ma zamiar wejść w dziurę narażając księgozbiór na zniszczenie. Wychodzi na łąki i tu kolejną mam zagwozdkę, bo niestety nie wiem gdzie to dziwne drzewo rośnie? Okolice naszych miejskich łąk znam dobrze. Przeskok do AWF-u oraz dynamizm sportu bialskiego nie budzi zastrzeżeń. Zaskoczenie to studio ruchu oraz nowe techniki medialne. Taniec towarzyszki to zrozumiałe wszak mamy osiągniecia w tej dyscyplinie. I tu bym urwał dwie minuty, bo o AWF-ie już było. Państwowa Szkoła Wyższa, jak wiadomo jest się czym chwalić i to rozumiem. Tylko, co ma wspólnego mikroskop z Białą? Bo, jak interpretuję przekaz, młody ogląda miasto pod mikroskopem i jest przerażony. Ten fragment jest nawet dość ciekawy, bo dynamiczny. Troszeczkę mnie starego szokuje połączenie tańców ludowych zespołu „Biawena” z capoerią. Super są ujęcia pikniku w parku radziwiłłowskim. I za cholerę nie wiem gdzie jest ten drewniany most? Jak się domyślam pewnie gdzieś na Klukówce. Szkoda mi trochę młodego, bo skarbu nie znalazł, a tyle się nachodził.

            Podsumowując spot jest interesujący. Radziłbym jednak producentom trzymania się marki, której się nie pozbędziemy, a umiejętnie ją wykorzystując przybliżyć miasto światu. Czasami warto posłuchać starszych. Gratuluję wydania społecznych pieniążków – z klasą! 

PODLASKI GRAJDOŁEK

       Takie niezbyt poprawne sformułowanie, ale oddające w zupełności odczucia z ostatnich mentalnych przeżyć związanych z Południowym Podlasiem. Sfrustrowanie bezsilnością i marnością funkcjonowania w społecznych realiach, gdzie dążność do malkontenctwa i etnocentryzmu oraz samo zachwytu i zadowolenia dominuje codzienność, działało nihilistycznie na postrzeganie świata. Niczym smerf maruda narzekający na wszystko pozwolę sobie ponarzekać, bo przecież to polskie. „Syndrom Polski” jak twierdzi Max Kolonko to: malkontenctwo, etnocentryzm, brak afirmacji sukcesu, negacja sukcesu. Trudno się z tym nie zgodzić. Polacy w odróżnieniu od innych nacji zawsze i wszędzie narzekają. Samochwalstwo, a szczególnie regionalizm w przypadku na przykład Południowego Podlasia funkcjonuje w mediach i społecznych przekazach. Bo u nas, bo my, bo tylko tu ….., można wyliczać, a tak naprawdę to ………  No mniejsza z tym można ponarzekać. Cieszyć się sukcesem innych też nie potrafimy i sukces często traktujemy, jako dopust boży, który po kątach kryjemy, przeklinając w duchu, że nas to spotkało. Jak Solejuka w „Ranczo” teoretyczny „wytrysk” ropy, który prawie doprowadził do rozstroju nerwowego i dylematów: zmienić żonę? podzielić się z dziećmi i komu dać łapówkę, by choć trochę zostało? Można zapytać skąd to się wzięło? Dlaczego tacy jesteśmy? Odpowiedź jest prosta – dziedzictwo pokoleń oraz umiłowanie pieniądza i ambicji. Nie będę tematu rozwijał, bo zabrakłoby kilku kartek, by te nasze słabości opisać.

            Sukcesem jest fakt, że są tacy, którzy potrafią się śmiać ze swych słabości, ale tylko wtedy, gdy ich nie dotyczą i pokazywane są w telewizji, nie na własnym podwórku. Lubimy śmiać się z innych, gorzej gdy sami robimy z siebie błaznów. Nie daj Boh się takiemu narazić „Sami Swoi” cię rozliczą. Nawet o „trzy palce”, jeżeli trzeba, bo naród mamy pamiętliwy. Właśnie tu na Południowym Podlasiu od dawna królowały emocje. Mądrość, inteligencja, kultura, obycie to efekt postępu, ale charakteru, uczuć ni jak nie wyplenisz. Z jednej strony europejskość, a w „obejściu” kurwidołek i wszystko co najgorsze. Szlachetność, religijność, serdeczność i uczciwość mieszają się z chamstwem, brutalnością, rozpustą, moralnym dnem w zależności od okoliczności, emocji u tych samych osób. Może jedynie mniej jest widzów w tej realnej rzeczywistości. Jak dziesięć czy pięć przykazań, które są po to, by je łamać, bo inaczej kościół byłby niepotrzebny. Nie byłoby pokuty, która po odbyciu dodaje nam skrzydeł do dalszej niemoralnej bytności. Jak Konstytucja czy inne przepisy prawa dostarczają nam emocji podczas ich łamania. Zakazy, nakazy, ograniczenia są dla innych, maluczkich, którzy się boją konsekwencji lub prześladowania. My lubimy, wręcz kochamy emocje, jak już opisywałem w „syndromie pijaka”. Wielcy i wspaniali przy wspólnych zagrożeniach, chętni do poświeceń, jak w transie alkoholowym. Gdy spokój i egzystencja, jak na kacu, szukamy ujścia złego samopoczucia na rodakach.

        Tytułem felietonu ograniczyłem przedmiot pojmowania, ale zła byłaby to analiza, która nie ujmuje spektrum oddziaływania. Polska, ojczyzna moja ukochana, korzenie i historia tego kraju budują mój optymizm tym, że wszystko co złe to nie tylko Południowe Podlasie. Rozdarta politycznie, ekonomicznie, finansowo, gdzie obcy kapitał steruje polską gospodarką, a politycy wojują nie wiadomo o co? Tak, jak u nas na Podlasiu tak w całym kraju kultura i chamstwo tworzą rzeczywistość społeczną. Gdzie silniejszy dyktuje prawa, a prawa są po to by były, nie by je przestrzegano. Prawo jest martwe, bo nie ma wsparcia finansowego. Cóż, że mamy wspaniałe ustawy, rozporządzenia, decyzje, wszak mieliśmy też piękną majową konstytucję, które wprowadzają prawo, ale na papierze. Brak kasy uniemożliwiał i uniemożliwia zastosowanie go w praktyce. Dlatego wszyscy podpierają się kwitologią dla własnego RWD (Ratuj Własną Dupę), bo jak wejdzie prokurator wyciągnie się kwit zatwierdzony na „górze”, który pokaże, jak trzeba działać tylko sorry nie ma na to funduszy. Wielki burdel ukryty za przepisami i administracją, pokazujący czasem swoje „uszy”, gdy wydarzy się coś niedobrego, karambol na S8, tornado, powódź, pożary leśne, katastrofy przemysłowo-techniczne. Uchowaj nas Panie od zarazy i ruchów etnicznych podobnych, jak na Ukrainie, bo wtedy zobaczymy, w jakich jesteśmy ekskrementach. Strach pomyśleć, co się może zdarzyć w przypadku zagrożeń infrastruktury krytycznej, której plany ochrony są u Wojewody, a powiaty nie mają zielonego pojęcia, o co chodzi. System musi być spójny, jednolity i wydolny. Podział dzielnicowy Polski wiadomo czym się skończył. Najdziwniejsze, że kryzys się kojarzy wszystkim z klęskami żywiołowymi, a zarządzanie z reagowaniem, kiedy jest już za późno na zapobieganie, przeciwdziałanie, ale jest wtedy podkładka na finansowe wydawanie. Jest prawo, są zasady, są prowizoryczne struktury, są systemy wzajemnie się przenikające, ale gdy coś się stanie trudno znaleźć odpowiedzialnego. O to właśnie chodzi, rozmyć odpowiedzialność, by niepotrzebnie nie cierpiał człowiek, który bierze mizerną kasę, ale prokuratorskie rozliczanie.

           Unijne przepisy bez wsparcia finansowego to tylko zapisy, które są, ale nie są realizowane. Jak konstytucja unijna mówiąca o tolerancji (dzięki Bogu jeszcze nie zmanierowała narodu) oficjalnie w mediach i w społeczeństwie ma poparcie. W zaciszach domów budzi kontrowersję, bo nie tak nas wychowywano. Rasizm w USA po latach zmienia swoje oblicze. Nie ciemny odcień skóry (nie napiszę inaczej, bo posądzony zostanę o szowinizm), ale biały w relacjach społecznych jest prześladowany, a przecież wszystkim chodzi o demokrację. Jednak nie kolor skóry jest istotą rozważania, ale mądre kierowanie i zarządzanie tak na przykład w Unii Europejskiej, gdzie miliardy idą na wsparcie „ściany wschodniej” i wsiąkają, jak mówił marszałek, a wszystko przez brak „melioracji”. Wszyscy kombinują Grecy, Włosi, Portugalczycy, każdy ciągnie do siebie, dopóki Niemiec się nie wkurzy i nie weźmie za cugle, bo sam nie chce płacić. Wtedy rwetes społeczny, bo się nie da oszukać. Ciekawe czy parlament europejski i nasi narodowi przedstawiciele będą mieli to na uwadze?

             W prosty sposób przeszliśmy od grajdołka podlaskiego, bagienka polskiego do szamba europejskiego, które im bliżej wyborów do parlamentu unijnego tym bardziej śmierdzi. Partie się prześcigają w „komplementach”, a właściwie wszystkim chodzi o kasę, niewyobrażalną dla przeciętnego Podlasiaka, który nie wie w ogóle, o co w tych wyborach chodzi. Bo tak mówiąc szczerze, co Bruksela zrobiła żeby nam tutaj żyło się lepiej? Gdzie kasa, która miała ożywić Polskę „B” i jej społeczność? Gdzie praca? Szkolenia, kursy to papier toaletowy do podtarcia, nie miejsca pracy i gospodarka. Kiedyś jeszcze przed komuną, nie było wtedy centralnego zarządzania (ukłon do pana ministra) był rząd Grabskiego, który stworzył przesłanki do powstania COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Dziś brak planu takiego, a jeśli już jest to na papierze, z braku funduszy nie do realizacji, a przecież Europa płaci. Nie ma szans, by „kurwidołek podlaski” odbił się od dna swego. Brak męża opatrznościowego, z charakterem, odważnego i odpowiedzialnego, którego dobrem szczególnym będzie Polska i jej mieszkańcy, nie polityka. Trzeba nam Angeli Merkel lub Putina (bez sympatii osobistej) nie polityków dbających tylko o notowania, które mogą oderwać ich od koryta. Europa musi zrozumieć, że „ściana wschodnia” jest ważna nie tylko, ze względu na położenie, ale też wyrównania dysproporcji społecznych i świadczenia o unijnej jedności. Dziś brakuje tego przekonania, bardziej nam do ZBiR-u (Związek Białorusi i Rosji) w poziomie życia niż do Brukseli.

         Kontynuując „Marudy” narzekania mogę stwierdzić, że pomimo mego pisania i tak się nic nie zmieni. Pozostanie po staremu, będziemy udawać, że tworzymy jedność europejską i kombinować, jak w tej jedności przetrwać. Przecież Polak nie gorszy od Greka, Włocha czy Hiszpana. Ja tam się nie gniewam, że kiedyś na mnie pluto, obrażano i ośmieszano. Nie wściekam, że racje były inne, teraz są przeciwne, ale słuszne. Nie krzyczę, że w Brukseli się zdziwią, że jest tak, a było inaczej. Wiem, że to polityka. My Podlasiacy tak mamy, lepszy szeryf z obcej wsi niż własny. Kończąc pocieszenie mam wielkie, że większość ma to wszystko w tylnej części ciała, a jedynie się martwi tym, by poszaleć, wypić, chuci dać upust, pochędożyć, dać komuś w mordę, coś do garnka włożyć i zważać, by nikt nie wszedł nam w drogę, bo od Południowego Podlasia – Wara. Tym optymistycznym akcentem życzę udanych wyborów, bo wszak one nas nie dotyczą, u nas wieś spokojna i własna.    

ROZWAŻANIA PRZED ŚWIĘTAMI

Piątek trzynastego przeważnie kojarzy się z niezbyt przyjemnymi wydarzeniami. Piątek trzynastego to kolejna rocznica „Stanu Wojennego”, to tak jakby skumulować emocje w jednym czasie i w jednym momencie. Czekać tylko czy coś gdzieś nie pęknie? W Polsce raczej nie powinno, ale może na Ukrainie? Miejmy jednak nadzieję, że rozsadek zwycięży. Nie poddawajmy się przesądom. Od samego rana demonstracje przed domem Generała. Słychać rozważne głosy polityków, których wcześniej nikt nie podejrzewał o rozsądek. Pan Kurski i młody Wałęsa naprawdę przekazywali nawet dostępny i mądry przekaz. Można się czuć było zaskoczonym. Obserwując manifestujących dało się zauważyć, że były sportowo-polityczne nastawienia oraz stwierdzić, że „rany” jednak się tak szybko nie goją, jakby się nam wydawało. Nie  było tych w odpowiednim wieku adekwatnym do wydarzeń, lecz dużo ludzi młodych, którzy mogą stan wojenny znać tylko z przekazu, ale czuć było, że emocjonalnie i historycznie są bardzo zaangażowani.

Trudno jest oceniać tamte chwile, trudno wyciągać wnioski, młodym jest prościej dla nich był to czas bezprawia i okupacji. Prawdą jest, że z demokracją to nie miało nic wspólnego i działa się krzywda. Wielu ten okres źle wspomina, mając uraz, nienawiść i złość do autorów widowiska. Minęło ponad trzydzieści lat od momentu zaszłości, a tych, co pamiętają przybywa. Stan wojenny z 1981 roku w pisuje się w naszą historię tak, jak inne historyczne wydarzenia z przeszłości Polski, szkoda tylko, że zgoła innymi zgłoskami niż jeszcze wielu pamięta. Dziś słowa nienawiści, wrogości, braku przebaczenia są utrwalane wśród młodych ludzi, chociaż dwadzieścia kilka lat demokracji zmieniło oblicze Polski. Nie można zapomnieć złych chwil, bo to przecież historia, ale nie można uczyć na jej podstawie nienawiści i zacietrzewienia. Wymierzaniem sprawiedliwości zajmują się sądy i do nich należy ocena zbrodni i przewinienia. Dziwi, zatem, że w dalszym ciągu są tacy, którzy szukają sprawiedliwości w zgoła niedemokratycznych relacjach. Dziwi tym bardziej, że wspierając ruchy demokratyczne Ukrainy wespół z siłami nacjonalistycznymi, o dziwnie niekorzystnej dla współpracy z Polską przeszłości, nie potrafimy wybaczyć, i dać możliwość sądom oceny winnych zbrodni Stanu Wojennego.

Trzynasty grudnia i do tego piątek, to nic dobrego. Trudno się za siebie nie obejrzeć, i jak to wcześniej bywało splunąć, by nie zauroczyć. Chociaż mówią, że trzynastka też szczęście przynosi i tego się raczej będziemy trzymać, chociaż był stan wojenny. „Komuchy” mówią, że przez to połowa narodu z drugą połową się nie wyrżnęła. Faktem jest, że nienawiść widoczna była i mała iskra lawinę by obudziła.  Osobiście byłem internowany w COSUiE w Olsztynie i wiem, że tylko miałem się uczyć i nie zajmować polityką. Wkurzony byłem, jako młody żonkoś, gdyż zostałem przez stan wojenny rozłączony z połowicą, ale myślę, że moje problemy to nie miejsce i poziom, by o nich wspominać. Jakby nie oceniać te chwile, które i tak będą oceniane i to nie tylko przez nasz pokolenia, trzeba stwierdzić, że to też była Polska, może nie demokratyczna, ale żyli w niej ludzie, rodziły się dzieci, był bunt i budowała się demokracja. Wtedy też były Święta, jakże inne, ale Święta i o tym chyba każdy pamięta. Piątek trzynastego grudnia to już prawie czas świąteczny. Został praktycznie tydzień, by się określić gdzie i jak będziemy je spędzać. Wiadomo, że w rodzinie tylko jest pytanie czy w wąskim kręgu czy raczej szerzej? Na pewno wspaniale i uroczyście.