JESTEM WETERANEM, KOCHAMY CIĘ WSZYSCY

           Takie skojarzenia niełatwe nasuwają mi się w kontekście rozważań na temat Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ, których jestem członkiem, a jednocześnie mam obawę, że może to jakieś uzależnienie na przykład tak, jak alkoholowe. Budzące współczucie społeczne i troskę, że facet się zatracił w nałogu tożsamości narodowej raczej skromnie tolerowanej w społeczeństwie. Oczywiście symbolicznie zasygnalizowanej rocznym pobytem za granicą, który nijak się ma do osiągnięć weteranów, którzy prawie całą służbę poświęcili, jak to niektórzy mówią służeniu państwu za kwoty dewizowe. Często niewspółmierne do poniesionych strat osobisto-mentalnych. Kosztem rodzin i służby trwali w swej fascynacji służenia Polsce poza granicami kraju. Zmiany są odczuwalne w psychice, działaniu i skłonnościach do zatracenia się w używkach ogólnie dostępnych. Do tworzenia rzeczywistości nie zawsze ogólno pojętej.

           Zarząd stowarzyszenia, Prezydium to osoby, które zostały wybrane w procesie demokratycznych ustaleń w trakcie IV Krajowego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ z myślą społeczności do stworzenia podstaw transparentności. Transparentność, modne to ostatnimi czasy słowo. Cóż ono realnie ma oznaczać i czym ma skutkować realne zastosowanie? W teorii ma zapewniać przejrzystość, jasność reguł i ich zastosowania. Generalizując, ludzie oczekują przejrzystości na dwóch płaszczyznach, pierwszą jest sprawowanie władzy, a drugą finanse. Mówiąc prosto, ludzie oczekują, że gdy ktoś rządzi (mniej istotne czy w Pałacu Prezydenckim, Kancelarii Premiera, czy Urzędzie Gminy w Białej Podlaskiej) ma czynić to w taki sposób, aby „członkowie” nie mieli wątpliwości co do intencji i sposobów realizacji zadań w sposób jasny i klarowny. Tak, uczciwy, bo transparentność według tego, jak ludzie ją rozumieją, nieodłącznie związana jest z uczciwością. Wierząc w uczciwość nowych władz społeczność kombatancka Zarząd i Prezydium utworzyła, by kształtowały naszą weterańską tożsamość.

          Spotkanie w Rynii w dniach 21-23 kwietnia 2017 roku, trudno mi określić jakiej formy, bo oprócz Prezydium i Zarządu byli przedstawiciele kół oraz zaproszonych gości, mam nadzieję to potwierdziło. Prezydium i Zarząd przepełnieni są pracą dla dobra stowarzyszenia i jego członków. Przykro mi, ale osobiście nie mogłem się pochwalić swym udziałem w działalności prezydium, interpretacją decyzji oraz polityki zarządu, która to ma kształtować naszą pozycję w środowisku służb mundurowych i wojsku. Nie mogłem wyrazić swego uznania i podziwu dla tych wspaniałych ludzi, którzy swój wolny czas poświęcają zaangażowaniu, by pojęcie „Kombatant Oenzetowski” to nie była pojęciowa fikcja, lecz poszanowanie godności i munduru.

             Nie mogłem, bo nie byłem obecny, bo się nie wstrzeliłem w jedyny termin do przeprowadzenia spotkania zaproponowany przez Rewita WDW Rynia. Naprawdę chciałem, ale zdałem się na wybór Sekretarza Generalnego Zarządu, który nie pierwszy raz podjął słuszną decyzję wyręczając nas z kłopotu zajęcia się problematyką wyboru. Ma nieobecność, mam nadzieję niezauważona, nie była istotna przy podejmowaniu decyzji, które przyczynią się do uregulowania statutowej działalności bez zwoływania Nadzwyczajnego Zjazdu Stowarzyszenia. Niestety muszę bazować na opinii kolegów z zarządu. Podobno Koledzy podkreślali transparentność działania Prezydium, które konsultowało się oraz zasięgało opinii w istotnych sprawach dla stowarzyszenia. Które wykazało się dyplomacją i kiedy nam zaproponowano tak mało miejsc na obchody Centralne Dnia Weterana w Giżycku przyjęło to na klatę, jako formę zaproszenia nas jako gości, nie uczestników. Prezydium, które potrafi zająć stanowisko w tak istotnych sprawach jak zmiana ustawodawstwa i współpracę z innymi organizacjami. Prezydium, które dba o naszą przyszłość jako organizacji kombatanckiej zrzeszającej wszystkich kombatantów nie tylko oenzetowskich. Prezydium, które potrafi nas reprezentować w relacjach z Ministerstwem Obrony Narodowej. Prezydium, które nie zawraca głowy zarządowi duperelami tylko informuje o osiągnięciach, a nie problemach. Prezydium, które dba o naszą reprezentację powołując pełnomocników, specjalistów, którzy poprowadzą nas w świetlaną przyszłość. Prezydium, które dzięki znajomości prawa nie pozwoli nam pobłądzić w relacjach kombatant, a kombatant.

          Myślę, że dość klarownie przedstawiłem swoje spostrzeżenia mimo, że na spotkaniu nie byłem i nie ustosunkowałem się do przedstawionych komplementacji moich kolegów, ale wiem na pewno, że Prezydium i Zarząd podąża dobrą drogą samodoskonalenia, które zaowocuje szerokim poważaniem środowisk kombatanckich, szczególnie starszego pokolenia, a nam przyniesie szereg profitów związanych z bytnością w szeregach tych, którzy walkę mają za sobą. Cieszy mnie ogromnie, że mimo kombatanckiego ujednolicenia zachowujemy Oenzetowską tożsamość chociażby w fakcie noszenia błękitnych beretów i przepięknych garniturów. Raduje me serce fakt, że jest spora grupa kolegów, która nie zapomniała o mundurach i swojej przynależności do Sił Zbrojnych. Potrafi przypomnieć tym, którzy chcieliby nas umieścić w zakamarkach Lamusa o naszej wojskowej osobowości. Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt: wysączymy ją z piersi i z pieśni. Tak pisał, obecnie nielubiany poeta i chociaż lat minęło wiele to Kolego drogi nie zapominaj, że członkostwo twe w naszych szeregach to nie tylko znaczek w klapie, ale też powinność jeżeli będzie trzeba. Generalnie rzecz biorąc cieszy mnie ogromnie fakt mego uzależnienia, Polską i nie widzę konieczności przeprowadzenia terapii zespołowej, chociaż niektórym o to chodzi. Kochani ja też Was Kocham i radzę byście pamiętali o innych.

 

 

HISZPAŃSKIE KLIMATY

         Fajnie jest, kiedy ktoś sprawia ci prezent. Takim świątecznym prezentem były zakupione przez dzieci bilety na przelot tam i z powrotem z Warszawy do Alicante w Hiszpanii. Zostałem tylko poproszony o udział w przedsięwzięciu wynoszący czterysta złotych, a o resztę mam się nie martwić. Pewnie gdyby ktoś obcy wystąpił z takim planem wybuchnąłbym śmiechem, że chce mnie naciągnąć na kasę, bo celu nie znałem, ale kiedy proszą dzieci przez żonę, uległem. Pod choinką znalazłem bilety na przelot do Hiszpanii na tydzień, w okresie ferii zimowych, oczywiście z małżonką. Okazało się, że koleżanka z lat szkolnych przebywa na stałe w Walencji, a dokładnie niedaleko Catral dwadzieścia kilometrów od Alicante i zaprosiła nas na tydzień. Tydzień się nadarzył właśnie w ferie, które w tym roku w województwie lubelskim przypadały na drugą połowę stycznia. Wydawało się, że to żadna różnica gdy lecisz w ciepłe kraje, a Hiszpania szczególnie południowa, do nich się zalicza. Realia, okazało się napisały swój scenariusz.

         Zimowy poranek siedemnastego stycznia br. godziny wczesnoranne i przejazd z centrum Warszawy na lotnisko w Modlinie. Pierwszy raz tu gościłem i muszę przyznać robi wrażenie. Dokładne zadupie z dużym parkingiem, za który trzeba płacić słono. Ja zapłaciłem sto sześćdziesiąt złotych za siedem nocy. Duża  nowoczesna hala z prawej odloty, z lewej przyloty. Waga przy okienkach z boku pokazała, że mam nadwagę w bagażu dwa kilogramy, a za kilogram dziesięć euro. Całe szczęście jest mała torba na bagaż podręczny i mieścimy się w limicie. Przejście przez odprawę to horror. Dziesięć lat minęło jak ostatnio latałem, dlatego byłem w szoku kiedy mi nakazano: zdjąć buty, wyjąć wszystkie rzeczy z kieszeni, pasek, elektronikę, kurtkę, bluzę i myślałem, że jeszcze spodnie, ale bez tego się obyło. Byliśmy odprawieni i oczekiwaliśmy prawie dwie godziny na wylot. Godzinę zgodnie z wytycznymi stawiliśmy się przy „wrotach”, ale coś się stało i zamiast pół godziny przed odlotem siedzieć w samolocie, z przyczyn o których pasażerowie nie powinni wiedzieć, nastąpiło piętnasto minutowe opóźnienie.

            Samolot jak samolot dość przestronny. Wszystkie, no prawie wszystkie miejsca zajęte i wśród pasażerów dostrzegam znajome twarze. Kieruję uwagę żony, która tylko stwierdza, że dawno już zauważyła. Trzy siedzenia z przodu zajęli miejsca „kabareciarze”. Krzysztof i Leszek zajmowali fotele przez nikogo nie rozpoznani. Wątpię, ale taki jest nasz naród od uwielbienia do ignorancji. Wystartowaliśmy i mimo protestów osoby siedzącej obok, jak tylko było można poleciałem z biletem po autograf. Chłopaki miło zaskoczeni złożyli swe podpisy na dokumentach wierzcie mi nie finansowych. Trzy godziny lotu, dość miłe lądowanie z przygłuchem i byliśmy na miejscu. Temperatura przychylna gdzieś około szesnastu stopni, co w porównaniu z minus dwa w Warszawie znacznie poprawiła nastroje. Oczekiwali nas Dolores i Roberto bardzo uradowani z naszego przybycia. Przejazd około trzydziestu minut i wylądowaliśmy na ulicy związanej z Indykiem niedaleko Dolores prowincji chyba Alicante. Cabania z basenem, palmami i grysem zastępującym trawę tworzyły piękny widok hiszpańskiej daczy. Serdeczne przywitanie i rozlokowanie się, by spokojnie rozpoznać się w okolicy i sytuacji. Gospodarze serdeczni i przyjaźni pokazują swoje domostwo. Mnie osobiście zachwycił podgrzewany sedes z podmyciem i wysuszeniem po opróżnieniu, ale to jak z tym góralem, którego nie stać było na samochód, ale takie drzwi to se kupi i pomyślałem o domu. Temperatura, która miała spadać i zapowiadane deszcze nie zachęcały do ablucji w basenie przy temperaturze dziewięciu stopni wody. Z boku domu były schody na taras, który był jednocześnie dachem domostwa i rozejrzałem się wokoło. W kierunku wschodnim zobaczyłem Serra de Crevillent [sɛra de kɾeviʎent]. Sierra de Crevillente to pasmo górskie w Systemie Baetic, w południowej Hiszpanii. Pasmo rozciągające się w okolicach Murcji i prowincji Alicante. Najwyższym szczytem jest Sant Gaietà o wysokości 835 metrów, w pobliżu miasta Crevillent. Patrząc na północ zobaczyłem w oddali Park Narodowy Sierra de Callosa, o powierzchni 1543.44 ha, który znajduje się w gminie Callosa de Segura też w prowincji Alicante. Park znajduje się na południowo-wschodnim zboczu Sierra de Callosa, które wraz ze swoim sąsiadem Sierra de Orihuela, są dwoma imponującymi wapiennymi wzniesieniami, które gwałtownie wyrastają w  środku rozległej równiny Vega Baja del Segura. Sierra de Callosa, z najwyższym szczytem o nazwie La Cruz de En Medio 578 m, ma wyjątkowo bardzo nierówny teren charakteryzujący się stromymi zboczami, bardzo wyostrzonymi w wyniku procesów erozyjnych, bogatymi w obecność dużych skał i głębokich wąwozy i kanionów. Patrząc na południe widziałem rozległą równinę z wyspami osiedli na polach pomarańczowych i karczochów. Gdzieś tam w odległości około pięciu kilometrów rozlewały się płytkie jeziora zalewowe Panda de Ponent, Panda de Llevant oraz Tolla Sud de Llevant, stanowiące kiedyś część Adriatyku stanowią urokliwe uzupełnienie krajobrazu zwłaszcza, że rozdziela je kanał de Regs de Llevant wspaniałe miejsce wycieczek rowerowych.

         Tyle okolica, trzeba było wrócić do rzeczywistości i się rozgościć. Gospodarze pełni cierpliwości i uroku osobistego przez tydzień zabawiali nas swoją obecnością, rozmową i zaangażowaniem, bo niestety pogoda nie dopisała i większość czasu spędziliśmy na rozmowach, degustowaniu przewspaniałych dzieł kulinarnych gospodarza. Jedyne wypady to do Catral do sklepu po produkty. Do Almoradi po trunki i kiedy wreszcie zrobiło się troszeczkę cieplej i słoneczniej pojechaliśmy do Torerevieji zwiedzić galerię handlową. Ciekaw byłem co ewentualnie mógłbym zobaczyć gdyby pogoda była lepsza. Przewodniki sugerowały obejrzenie Muzeum Archeologicznego Alcudia usytuowanego około trzech kilometrów w kierunku południowym od hiszpańskiego miasta Elche i około ośmiu kilometrów od Catral. Podobno nieopodal płynie rzeka Vinalopo. Obecnie Muzeum jest rozbudowane i zajmuje obszar około dziesięciu hektarów, a w ciągu ostatnich stuleci trwały tam liczne prace wykopaliskowe. Muzeum przez długi czas należało do rodziny Ramos, lecz od1996 roku zostało przejęte przez Uniwersytet w Alicante i wówczas nastąpił rozwój Muzeum w kierunku badań naukowych oraz powiększania kulturowego bogactwa. Muzeum pozostaje w ścisłej współpracy z Uniwersytetem Alicante i każdego roku przyjmuje studentów, by pomagali w aktualnych pracach wykopaliskowych. Kolejną atrakcją jest Park Municipal z Bazyliką de Santa Maria w Elche to piękne miejsce, podobno można tam spacerować i zapomnieć o całym świecie. Setki, jeśli nie tysiące palm nadają temu miejscu niepowtarzalny klimat. Wracając z Elche warto troszeczkę zboczyć na południe i w odległości około trzech kilometrów od jezior Ponent i Llevant w miejscowości Pusol zwiedzić muzeum etnograficzne, a zarazem szkołę założone w 1969 roku jako działalność związaną z projektem „Szkoła Edukacji i Ochrony Środowiska”. Kiedy nasycimy już swoją ciekawość warto w dniach następnych odwiedzić na przykład Aquopolis Torrevieja szesnaście kilometrów od Catral, to bardzo dobre miejsce do odpoczynku i zabawy. Szczególnie polecane rodzinom z dziećmi z uwagi na świetne atrakcje dla maluchów. Można pławić się w płytkim basenie, a dzieciaki szaleją w nim cały dzień i są bezpieczne. Drugi dzień jest darmowy po zgłoszeniu się w punkcie informacyjnym. Obsługa wykonuje zdjęcie całej rodziny, daje specjalny paragon na podstawie czego (po weryfikacji) wpuszcza za darmo następnego dnia. Nic dodać nic ująć, a jeżeli chcemy uatrakcyjnić swój pobyt warto odwiedzić Alicante. Castle of Santa Barbara super zamek nad miastem. W samym zamku do wielu miejsc można wejść, a w nich wystawy dotyczące zamku i miasta. Z góry niesamowite widoki… Warta obejrzenia jest też Guadalest Valley z położonym wysoko w górach pięknym zamkiem. Dobre, nie męczące dojście. Piękne widoki. U podnóża klimatyczne, ciekawe miasteczko z wieloma sklepami. Hiszpania jest piękna tylko trzeba mieć pogodę i plan co chcemy zobaczyć, by nasycić swoje wrażenia.

             Powrót do domu jest zawsze przykry. Wszystko co miłe musi się kiedyś skończyć. Pożegnaliśmy Dolores i Roberta ślicznie dziękując i udaliśmy się na halę odlotów. Port lotniczy w Alicante jest znacznie większy niż w Modlinie. Odprawa, niestety nadwaga dwa kilogramy. To melony, w których zagustowałem zwłaszcza z hiszpańską szynką i balsamem. Musiałem kosmetyki przerzucić do podręcznego. Przejście przez odprawę to kolejna porażka nie dość, że ponownie się rozebrać kazano nawet z butów, to straciłem: piankę do golenia, dezodorant i żel pod prysznic. Piękne dziewczę chciało mi zabrać Dolce&Gabbana, ale tak spojrzałem, że zrezygnowała. Do Polski wracali też Krzysztof i Leszek ubrani w dość ciepłe rzeczy, zwłaszcza Leszek, w czapkę z nausznikami. Lot przebiegł bezboleśnie. Dowcipy panów chyba to już ich druga natura. Kolega Leszek kręcąc filmik komórką zapytał co Kolega Krzysztof chce przekazać pokoleniom w razie katastrofy. Słyszałem, bo siedziałem z tyłu za Panami. Ponadto zazdrościłem koledze Leszkowi Ballantinesa, którego ukradkiem spożywał, a którego mi nie dane było spróbować, bo samochód czekał w Modlinie. Opłata parkingowa i droga do dzieci. Tak się nam skończył hiszpański tydzień w prowincji Alicante. Jest co wspominać. Dziękujemy Kochani za przyjęcie. Do zobaczenia.    

 

WIECZÓR INTELEKTUALNY W „STREFIE NR 6”

       W dniu piątego czerwca br. miało miejsce w Miejskiej Bibliotece Publicznej Filia Nr 6 przyjemne dla mnie wydarzenie. Na zaproszenie Pani Krystyny Nowickiej miałem okazję spotkać się z przeuroczymi osobami, które ciekawość skłoniła do odwiedzenia murów biblioteki z nadzieją na przeżycia intelektualne piątkowego wieczoru długiego weekendu świąt „Bożego Ciała”. Mam nadzieję, że radość była bilateralna czyli obustronna. Ma, że osoby przybyłe to elita bialskiego świata kultury, druga strona miała okazję posłuchać pięknych utworów na saksofon w wykonaniu Tomasza Rogalskiego, nie wspominając o osobistych wynurzeniach gospodarza wieczoru. Oczywiście gospodarzem była Pani Krystyna, ja tylko nudziłem a`propos życia. Właściwie tylko dzięki doświadczeniu Pani Krystyny i muzyce Tomka wieczór nie zakończył się klapą autora. Nieprzygotowany na poklask oraz uznanie, tym bardziej na zrozumienie, czułem się zażenowany i zagubiony, nie spodziewałem się, że ktoś może się zainteresować spotkaniem z moją osobą. Co powiedzieć, co przekazać, jak zachęcić i jak nie nudzić? Te pytania prześladowały mnie od tygodnia. Z młodzieżą było łatwiej, tam mogłem się dzielić doświadczeniem i mądrością życiową, ale jak zaimponować dorosłym, Paniom? Liczyłem na ewentualne małe zainteresowanie spotkaniem. Me nadzieje były płonne, przybyła większość płci pięknej nie dawała nadziei na uniknięcie konfrontacji. Trzeba było zaistnieć i myślę dzięki Pani Krysi i Tomkowi zaistniałem jako narrator intelektualnych wrażeń muzycznych. Mówić o pisaniu nie jest prosto tym bardziej, że nie poczuwam się twórcą prozy powszechnej lecz bardziej komentatorem, obserwatorem „prozy życia”, nie wirtualnej lecz tej codziennej. Życiorys pięknie przedstawiła gospodarz spotkania, nie omieszkując pogrążyć mnie totalnie, przedstawiając jako konfidenta czyli donoszącego przez zacytowanie felietonu „Donos na życie”. Dziwi mnie ogromnie, że nie zraziło to uczestników eventu, a wręcz przeciwnie. Postanowiłem opowiedzieć o swych przeżyciach na misji, bo wiedza ta jest skromna i mało znana w naszym społeczeństwie z uwagi na tajemnice wojskowe oraz brak społecznego zrozumienia. Cieszy mnie ogromnie, że mogłem zainteresować słuchaczy ciężką służbą żołnierzy polskich poza granicami kraju, bo oni opowiadać o swoich doświadczeniach nie mogą. Ogromnie byłem zaskoczony wiedzą z zakresu moich tekstów i ich zrozumienia. Przyjemnie było słuchać, że jednak potrafiłem dotrzeć do serc i ducha, że me teksty są zrozumiałe i czytane, a to największa satysfakcja dla autora. Przyznam się państwu, że były to dwie najbardziej przyjemnie spędzone godziny w moim życiu publicznym, wiadomo intymnie mniej się mówi, a więcej przeżywa, ale to już inna historia. Dziękuję Paniom, Panom za przybycie za zrozumienie moich rozterek i dywagacji. Dziękuję za cierpliwość, dobre słowa, które mobilizują do dalszego działania. Dziękuję, że byliście.