BABSKI COMBER

      Sobota ostatni wolny czas na zabawę przed nadchodzącym wielkanocnym postem. No, jeszcze we wtorek śledzik przed środą popielcową i koniec. Czas umartwiania się zacząć. Był Tłusty Czwartek bogaty w pączki i faworki oraz ogólnopolskie obżarstwo zgodnie z tradycją kraju nad Wisłą. Tradycja i przesąd mówią, że kto chociaż jednego ze złocistą aureolą oraz różaną pomadą nie spożyje ten nieciekawe życie mieć będzie. Uczeni twierdzą, że czterysta kalorii za jednym przybędzie, czyli żeby spalić go na Górę Parkową tam i z powrotem chodzić będę. Zjadłem dwa i co prawda raz zaliczyłem Górę, ale przez baby drugiego też spaliłem.

            Krynica jaka jest to wiecie, ale nie spodziewałem się, że jest drugie dno w tym interesie. „Babski Comber” w tłusty czwartek to tradycja w narodzie jeszcze z czasów średniowiecza chyba. Comber to tylko na Podhalu przebywa. Pytałem się dziewczę w kawiarence co wie na ten temat, a Ono twierdzi, że pierwszy raz się z tym spotyka. Okazało się, że z Warszawy przybywa i choć zakochana w stronie to jednak o tradycji nic nie wie. Od dzisiaj już wie, bo ją dokształciłem.

             Dowiedziałem się o „Combrze” od przekupki ze straganu, kiedy wspomniałem, że jutro Tłusty Czwartek i jak się go w Krynicy świętuje. Ku memu zaskoczeniu dziewczę z entuzjazmem oświadczyło, że jutro jej święto i wszystkie kobiety w Krynicy świętują i lepiej żebym się strzegł, bo jak dopadną to może źle się skończyć dla mojej ………. no nie ważne coś o czystości wspomniała. Zdajecie sobie sprawę jakie to wywołało na mnie wrażenie, kiedy od tygodnia przeszło tylko zabiegi, woda, dzięki której żaby się już w żołądku zaległy i ciasna jedynka, która zmieniłaby swój wyraz, gdyby swój stan osobowy powiększyła. W każdym razie wyobraźnia się ruszyła i spowodowała, że ten „Comber” wydawał się tym czymś co może zmienić moje nastawienie do czasoprzestrzeni. Pisałem co to jest, ale przypomnę, że jakbyście kopali ogródek to od płotu do godziny dziesiątej. W moim przypadku to ewentualne zagrożenie dla mojej, jak to nazwać w tym wieku, chyba wstrzemięźliwości, a całodziennym przebywaniem w doborowym towarzystwie pań, które idą na całość. Proszę rozumieć to jako jednodniowe wyzwolenie z konwenansów i wstrzemięźliwości. Żeby to wyjaśnić odsyłam do Nienackiego, który literacko to przedstawił jeżeli chodzi o zachowanie nie okoliczności. Przynajmniej ja to sobie tak wyobrażałem, a Wikipedia to potwierdziła.

            Wypadłem więc rano na miasto, z obawą, a zarazem z nadzieją, że dziać się będzie. Wcześniej kuracje zaliczyłem, żeby nie przepadły i żeby żabkom wody nie zabrakło i ruszyłem na miasto. Chodziłem tam i z powrotem i nic. Baby wywiało, pewnie dlatego, że halny wiał wszędzie. Domyślałem się, że to skutek pogody. Pewnie wolały się zebrać potajemnie i przygotować robiąc podkład procentowo-kaloryczny na doznania wieczorne w określonym miejscu i momencie, które to miejsce nie jest znane i nie będzie dla cepra bywszego tylko w krótkim momencie.

              Baby świętowały, ale pewnie w swoim zakresie, po cichutku tak, jak to u nas od jakiegoś czasu bywa, żeby nie robić hałasu. Tym bardzie, że konkurencja ceprska pcha się wszędzie. Coś prasa wspominała o dudach podhalańskich, które skażone zostały jakimiś politycznymi obrazami. Wcale się zatem nie dziwię, że baby pouciekały z obawy, że przy ich święcie ktoś próbował będzie miast uciech i zabawy molestować politycznymi sprawami. Rozczarowany wielce, ale rozumiejący postępowanie zakodowałem sobie, że pewnie przyjdzie taki czas w przyszłości, że będąc w Krynicy doznam rozkoszy niekoniecznie nocy letniej. Kontynuując dalej wniosek kolejny przytoczę, że na fali paradoksu, który kraj nasz okupuje od czasu pewnego, miast tracić kalorie uciekając przed babami straciłem je za nimi ganiając.  

KULTURA WYPOWIEDZI

            Pewna pyra poznańska nam zarzuciła, że strona jest mało obiektywna i w dupę włażąca. Miast o kulturze pisać bawi się w relacje z pogranicza kiczu dziennikarskiego. Schlebiająca miejskiej władzy i ogólnie nic ciekawego tylko nudy. Brak życia i temperamentu, tak nazwane przez Pyrkosza ble, ble mlaskanie. Tymczasem Biała to nie Poznań i warto przeczytać czasem jak kresy wracają do korzeni i prezydent przemawia ludzkim głosem. My tu na wschodzie jesteśmy tego spragnieni nie historycznych ciekawostek. My historię tworzymy na miarę naszych możliwości. Proszę, więc tutaj z ziemniakami nie wychodzić i swoje owieczki na wieży ubierać w inne stroje nie w nasze. Wara od miedzy, bo sięgniemy po kosę Południowe Podlasie jest podlasie. Przeto pisać będziemy wkurwiająco, soczyście, choć słownictwo nie wybitne, ale treściwe. Raczej do inteligentnych nacji, nie mylić z pyrami, bo nie czują ironii oraz nie rozumieją prześmiewców, po prostu są myślący inaczej. Nie będziemy się dalej rozwodzić nad wyższością podlaskiego intelektu, bo z pewnością większość społeczna kraju nie przełknie afrontu.

      Jednak fakty mówią prawdę. Proste przykłady, jak na zawołanie. Gdzie najlepsze komedie powstały? No gdzie? Na Podlasiu. To tu naród wykształcony zdobywał swoje podwaliny słowiańskie, tworzył kulturę wschodnią. Konopielka, U Pana Boga w ……., Sami Swoi, Ranczo, To nie koniec świata, mogły powstać tylko tu gdzie kultura narodowa się tworzy. Nawet sławetny Forfiter z kresów do ameryki zawitał. Tylko tu mądrości oczywiste światło dzienne ujrzały i tylko tu pyra poznańska może się uczyń, choć sama zapomniała, że korzenie ma słowiańskie, co to jest życie. W każdym polskim domu słychać głośno wypowiadane mądrości podlaskie mówiące o tym, że na przykład każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara. No, kto mógł to wymyśleć? Tylko chłop z Podlasia, który z krwią ojców ukochał wolność i prawo do gruntu oraz miłość do siebie, oczywista. Każdy wie, że nam lepiej w drogę nie wchodzić, bo jak się napniemy, to chłop żywemu nie przepuści i basta. My bidę klepiemy, by wyżywić miasta, a ci, co mają, to nawet Janosikowego nie chcą okazać tylko dulki liczą i krzyczą, że im nie wystarcza. To jak One rządzą? Gdzie rozum chłopski, by tak dzielić by wszystkim starczyło? Wszak u nas dzieją się cuda. Jak inaczej nazwać fakt funkcjonowania marketów, kiedy Bialczanin z zasiłku żyje i ogólnie jest bida, bo nie ma przemysłu i nawet na oświetleniu trzeba oszczędzać.

       Jednak wszystko funkcjonuje i można powiedzieć się rozwija, bo Podlasiak jak Czerepach kombinuje, jak robić, by mnie i rodzinie dobrze się żyło. To jest właśnie mądrość podlaskiego kresowiaka. Proszę, więc jarosza zachodniego niech się nie ośmiesza i nie wyjeżdża, z propozycją od chamienia, bo to nie nasza melodia. My sami wiemy, co jest dobre i dla nas korzystne, więc prosimy, by widze z dala niech się do nas nie wtrącają. Wiemy, co pisać i jak dowartościować naród z za rzeczki, który mądrością życiową nie jednych przerósł. My tworzymy nową wartość, budujemy nowy byt, budujemy lotnisko naszym marzeniom, myślom na miarę naszych możliwości, by było blisko do Europy. Infrastrukturę już mamy.         

NA SZEROKIEJ WIERCHOWYNIE

DZIEŃ TRZECI

Zdałem sobie sprawę, a właściwie mi uzmysłowiono, że z mojego tekstu wynika, że całe to nasze wędrowanie po Bieszczadzie to tylko pretekst, by się napić. Przeczytałem jeszcze raz własną twórczość i stwierdziłem, że jak ktoś chce się doszukać to pewnie znajdzie. Uznałem też, że w pewnym sensie koledzy mają rację mówiąc coś o wątrobie. Dlatego pozwolicie, że temat picia rozwinę i wyjaśnię. Nie dla tego, że chcę się tłumaczyć, ale że wieczory na takich wyprawach są istotne. Osiemnaście lat wyjazdów w Bieszczad daje mi doświadczenie, z którym nie omieszkam się podzielić. Zespół, grupa, ekipa, znanych sobie osób z pracy czy towarzystwa postanawia wyjechać wspólnie na wyprawę w góry. Niby znani, niby rozumiani przez otoczenie, ale nikt nie wie jak się znajdą w innej od znanego środowiska „atmosferze”. Człowiek to skomplikowana istota. Generalnie gra przez całe życie wybraną przez siebie postać. Ukrywając pod płaszczykiem kultury i ogłady czasami potwora. Teraz wyobraźmy sobie, że w trudnej sytuacji może się okazać, że niestety bardziej liczy się jego ego niż dobro wszystkich. Czyli nie można na niego liczyć. Takich ludzi trzeba kulturalnie selekcjonować. Tych kilkanaście lat wyjazdów w góry nauczyło nas, a właściwie wyrobiło procedury postępowania. Nauczyli nas górale, a właściwie Kryśka z Selką w „Kolibie”. Pierwszy raz pojechaliśmy wspólnie z Krzysiem i ekipą w Bieszczad w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku. Wtedy jeszcze Stanisław z Poznania z nami jeździł, mimo że doktor psychologii wyśmienicie się sprawdził. Znając Stanisława wiem, że potwierdzi moje wywody. Wracając do tematu wieczorem przy kominku kolibskim (schronisko Politechniki Warszawskiej jeszcze w starym formacie. Dziś to SPA w porównaniu z historią, a szkoda) zaprosiliśmy gospodarzy, czyli Krystynę, Selkę i Sławka do wspólnego biesiadowania. Butelczyna pojawiła się na stole i poprosiliśmy gospodarzy o kieliszki. Zaskoczeniem był jeden. Popatrzyliśmy po sobie ze zdziwieniem. Krystyna Rados, córka Króla Bieszczadu widząc nasze głupie miny wyjaśniła, że będziemy pili po bieszczadzku. Nie rozumiałem jeszcze wtedy znaczenia tego ceremoniału. Dziś wiem, że jest konieczny. By wyjaśnić jego znaczenie odniosę się do twórczości Karola Maya i jego książki „Winnetou”. Pamiętacie chyba wszyscy, jak na znak pokoju palono fajkę. Nie uczestniczenie w tym ceremoniale powodowało zniewagę. Myślałem, że jest to taki sobie zwyczaj indiański do momentu, kiedy się nie zastanowiłem, co tytoń zawierał w swej treści, jaką miksturę? Podejrzewam, że przez wieki dopracowaną. Takim wypracowanym przez lata zwyczajem w górach jest sposób spożywania procentowych napojów. Szczególnie istotny przy zgrywaniu zespołu. Śmiało mogę powiedzieć i wiem, że Piotr, Krzysztof oraz Marian przyznają mi rację. Jak się to odbywa? Szef wyprawy Krzysztof otrzymuje od „zaopatrzeniowca” butelkę. Bierze kieliszek, napełnia i przypija np. do mojej osoby mówiąc – „Twoje zdrowie Artur”. Odpowiadam – „Dziękuję” lub jak to ostatnio nauczył nas Wasyl po ukraińsku – „Niech Ci się przyjmie”. Krzysztof ponownie napełnia szkło i stawia na stole przed moją osobą wraz z butelką. Błędem ogromnym jest momentalne chwytanie za napitek i procedowanie dalej. Toast musi nabrać mocy. Jest to szacunek dla wznoszącego i dla odbiorcy. Oczywiście nie można przesadzać. Pamiętam jak byliśmy w „Szerokich Wierchach” i Alicja gospodyni, przetrzymywała kolejkę Piotra nawet piętnaście minut. Spytana dlaczego? Odpowiedziała, że nie wie ile mamy alkoholu i nie chce, by się wieczór za szybko skończył. Uspokoiła się, gdy zobaczyła zapasy. Kontynuując opowieść i wykład informuję, że kiedy kieliszek odpoczywał i toast nabierał mocy przy stole trwała wymiana zdań, humoru, śpiewu i zabawy. Kiedy uznasz, że kolej na ciebie wznosisz toast przypijając do siedzącego po lewej, czyli zgodnie ze wskazówkami zegara. Wypiwszy zawartość napełniasz kieliszek i stawiasz przy siedzącym z lewej strony koledze. Proces się powtarza systematycznie, aż butelka się skończy. Jak to się mówi „Na kogo padnie na tego Bęc”. Kończący nową butelkę przynosi nową lub kierownik zarządza koniec imprezy. Wszystko zależy od tego, jaka atmosfera się wytworzy. Alkohol ma to do siebie, że pity z mądrymi przerwami powie nam wszystko o tobie. Nie zdarzyło się jeszcze w naszych wyprawach żeby ktoś spał na stole lub leżał pod nim. Rozweselenie, które następuje po kolejnym kieliszku, który dotarł wraz z toastem powoduje, że czas się wydłuża. Śpiewy, tańce i wesołość ogólna zbliża ogromnie. Wasyl, u którego byliśmy, tak się nami zachwycił, że mimo obaw swój bimber postawił i pięknie zagrał na fujarce „Czerwony Pas”. Mamy przyjaciela na Ukrainie, który nas polubił za szczerość, otwartość, wesołość i umiejętność zabawy. Brak pamięci dnia następnego, Marian, jako lekarz nam wyjaśnił, nie wynika z nadmiary alkoholu, lecz z SKS-u. Niestety pamięć krótka z wiekiem ulega degradacji. Alkohol zaś znieczula nie dostarczając bodźców, które nie zapisują się w pamięci. Czyli mimo, że kładziesz się spać podchmielony, może się okazać, że wyleciało z głowy część wieczoru. Picie pozwala też odreagować emocje, które przywieźliśmy z sobą z domu. Pozwala się dotrzeć, zrozumieć i wyeliminować „palantów”. Oczywiście nie wyrzucimy ich z naszego zespołu, ale na pewno drugi raz się w nim nie znajdą. Zwyczaj ten się sprawdzał w polskim Bieszczadzie. Niestety tu na Ukrainie musimy go zweryfikować. Nie da się po Wierchowynie wędrować po burzliwym wieczorze. Przynajmniej w moim przypadku. Wieczek swoje robi, chociaż Michał ma sześćdziesiątkę, a pomykał jak kozica. Tylko właśnie?

Myślę, że zrozumieliście sens wspólnego wieczoru i biesiadowania w stylu góralskim lub jak my mówimy, bieszczadzkim. Wrócę, zatem do relacji z wyprawy we wschodnie Karpaty. Dzień trzeci zaczął się podobnie. Godzina siódma rano ichniejszego poranka zgodnie z zegarem biologicznym stawia mnie na nogi. Tym razem brak zaskoczenia. Rozum zaakceptował zmianę corannego wystroju wnętrza. Ponownie po cichu lecę do kibelka i stop zamknięto. Trzeba czekać. Teraz ja mam mord w oczach, ale cóż toaleta jest tylko jedna. Udaje mi się w międzyczasie wskoczyć do przybytku odosobnienia. Nie będę opisywał szczegółów. W każdym razie szczęśliwy i wykąpany wróciłem do pokoju szykować się na wyprawę. Suchość w gardle i pragnienie oczywiście dokuczały, ale wczorajsze zakupy płynów zaraz temu zaradziły. Dziwne, ale brak bólu głowy czy innych sensacji świadczyły o tym, że wieczór spędziłem w sprawdzonym towarzystwie. Godzina dziewiąta to śniadanie podane punktualnie przez Marysie. Po Marianie i Krzysztofie nic nie widać, ale moja osoba i Piotra strasznie uzewnętrznia wczorajsze zmęczenie. Bolące gardło przypomina, że wczoraj ostro śpiewało. Miły akcent śniadania to składane życzenia przez ekipę. Wszak dzisiaj są moje imieniny. Przyjemnie się człowiekowi staje z świadomością, że są szczere. Około godziny dziesiątej wyruszamy na Szpyci. Mała zmiana w treści. Uwzgledniająca Krzysia telefon, że nie na Smotrec, a na Szpyci nas wywiało. Wcześniej, a właściwie już poprzedniego wieczoru Wasyl nam tłumaczył trasę. Nawet ją narysował na kartce. Jeszcze raz wytłumaczył nam jak iść przed opuszczeniem domu. Schodzimy na dół. Przejście po oszronionej kładce na drugą stronę potoku i tym razem podążamy w lewo lekko w górę. Widoki są cudne mimo zmęczenia. Jedyna nadzieja, że z czasem przejdzie, jak to nie raz już bywało. Z taką nadzieją ruszamy żwawo. Dochodzimy do białego domu, gdzie trzeba przejść na druga stronę potoku według wskazówek Wasyla. Może i byśmy tak zrobili, gdyby człowiek był rześki, ale inicjatywę przejęła młodzież, która stwierdziła, że trzeba trzymać się szlaku. Jak im strasznie trudno zrozumieć, że doświadczenie jest mądrzejsze od chęci. Wasyl dobrze wiedział, na co nas stać i życzył nam dobrze. Młodość, że tak powiem szczerze i dosyć dosadnie dała nam w dupę. Poszliśmy zielonym szlakiem. Generalnie po wczorajszym wieczorze nie było słychać Mariana, Piotra oraz mojej osoby. Przystaliśmy na wszystko, ale tylko ten raz. Doświadczenie to jest takie coś, że jak raz dostaniesz bodźce, to na całe życie pamiętasz. Przeszliśmy około kilometra po tej naszej kamienistej drodze do miejsca gdzie się szlak zaczynał. Nieco dalej po prawej stronie było miejsce gdzie „od 1 czerwca 2010 r. jest pamiątkowa tablica i huculski dębowy krzyża ustawiony staraniem Towarzystwa Karpackiego w miejscu gdzie w latach 1926 – 1940 stał dom Stanisława Vincenza. Siedemdziesiąt trzy lata temu autor tetralogii „Na wysokiej połoninie” uciekł przed spodziewanym aresztowaniem przez NKWD i opuścił na zawsze ukochane Wierchowiny”. Tak wyczytałem później na stronach Towarzystwa Karpackiego. Szkoda, że zabrakło zaangażowania i sił, by w to miejsce zajrzeć. Przeszliśmy potok i znaleźliśmy się w pięknym wysokim lesie świerkowym. Szlak się zaczynał strumieniem i miejscem biesiadnym. Zostały nawet ślady po biesiadujących. Butelka z wodą poszła w ruch. Piotr przywiózł ze sobą wodę z Piwnicznej. Znałem jej smak wszak byłem w sanatorium w maju i się nią raczyłem. Liczył, jak myślę, że się uchowa na ostatnią godzinę. Niestety po wczorajszym wieczorze szybko butelka została opróżniona. Uzasadnienie było proste. Mamy strumień więc warto puste naczynia napełnić świeżą wodą. Widziałem ból na licu kolegi i wkór……, ale niestety musieliśmy tak zrobić, by się ustrzec jak to Marian mówił odwodnienia. Piotr ruszył przed siebie jak „Łysek z pokładu Idy” do przodu systematycznie. Nam nie pozostało nic innego jak brać przykład z kolego i ruszyć w drogę. Piękny był to las, piękna droga. Pomału acz systematycznie pięła się w górę. Dobrze, że mieliśmy kijki, które pomagały nam w tej wędrówce. Zwykle najsłabsze ogniwo tempo dyktuje, ale chyba się jednak nie dotarliśmy do końca, bo Michał wystrzelił do przodu i tyle go było widać. W miejscu tym składam podziękowania ogromne Marianowi, że mimo podobnego jak moje zmęczenie dzielnie mi towarzyszył w podchodzeniu pod górę, czym dodawał mi otuchy. Piotr parł do góry bez zastanowienia czasem się zatrzymując dla uzupełnienia płynów, z których też skrzętnie korzystałem. Po jakimś czasie i intensywnym wchodzeniu wyszliśmy na niżną połoninę. Można się było zatrzymać i poleżeć na trawie wystawiając plecy do osuszenia. Pięknie wyglądała Czarnohora. Pięknie wyglądał Szpyci. Pięknie wyglądały ośnieżone połoniny, kosodrzewina i czarne granie. Pięknie wyglądała przestrzeń naprzeciwko gdzie widać było jakieś pastwisko i szałas drewniany pewnie dla owiec. Myślałem, że to już niedaleko. Jakże się myliłem. Połonina, na której siedzieliśmy była raczej pastwiskiem, bo powyżej nadal las się rozprzestrzeniał. Chyba z dwie godziny minęło naszego podchodzenia, kiedy las się zamienił w kosodrzewinę przykrytą śniegiem. Podążaliśmy śladami Michała, którego czerwona sylwetka gdzieś wysoko się pojawiała. Kolejne zatrzymania ratowały życie. Nawet sobie nie zdajecie sprawy, co to znaczy woda i jak ona przecudnie smakuje. Kolejny raz zmieniam podkoszulek. Wykręcam mokry i wkładam do foliowej torby, by nie przemokły suche. Widoki cudne, ale pomału dochodzę do wniosku, że jestem za duży, za gruby i za ciężki i na dodatek skacowany. Idę i jak mantrę sobie powtarzam: za duży, za gruby, za ciężki, za duży, za gruby za ciężki, za duży, za gruby, za ciężki. Mógłbym tak do wieczora, ale z uwagi na psychikę musiałem się jakoś dowartościować. Pomyślałem, wielkości swej nie zmienię, zresztą jak dotychczas nie przeszkadzała w wyprawach, a wręcz nawet pomagała, bo robiłem za tragarza. Natomiast grubość i ciężkość to są zaszłości, których się muszę wyzbyć, jeżeli chcę dalej korzystać z uroków Huculszczyzny. Cóż z tego, że była kondycja, gdy brakowało wytrzymałości mięśni i kolan, a przede wszystkim kręgosłupa, by te wszystkie kilogramy po tych górach nosić. Takie wyprawy naprawdę motywują. Teraz wiem, dlaczego himalaiści nie są tacy potężni tylko raczej chudzi. Rozważając te wszystkie ułomności swego ciała myślałem, kiedy dojdziemy do szczytu. Tym bardziej, że ta czerwona sylwetka wciąż się pojawiała idąc wyżej i wyżej pozbawiając złudzeń. Niespodziewanie, byliśmy na górze. Jeszcze tylko przeskoczenie zaśnieżonych okopów z czasów drugiej wojny światowej i roztoczył się przed nami bezmiar czarnohorskich połonin. Słońce pomału zniżało swój bieg po nieboskłonie, ale nam to nie przeszkadzało. Byliśmy, jak w niebie. Rozmiar przestworzy zachłysnął swym urokiem. Stał człek oniemiały z wysiłkiem łapiąc powietrze. Za duży, za gruby, za ciężki, ale jestem.

            Cisza, żadnego wiatru, żadnego ptactwa tylko my i góry. Jakże pięknie nam się trafiło bycie tu, kiedy śnieg pokrył szczyty i połoniny, a tam w dole jeszcze zieleń. Kawa i herbata rozgrzały wewnętrznie. Kolejny raz zmieniam podkoszulkę, wykręcam i wkładam do folii. Całe szczęście, że wszystkie siedem zabrałem. Alkohol już dawno wyparował, ale za grubość, za ciężkość zostaje. Krzysztof odpalił palniki na gaz, by przygotować pożywienie. Mieliśmy żywność liofilizowaną. Był do wyboru kurczak z ryżem, ziemniaki z kiełbasą, spaghetti oraz makaron. Wybieram kurczaka z ryżem. Jednak zbyt mało wody powoduje, że jest strasznie suchy i gęsty. Zamieniam się z Tomkiem na ziemniaki z kiełbasą. Kolejny niefart nie wymieszał wszystkiego i jest proszek na dnie. Zresztą nie mam apetytu wielkiego podobnie jak i Piotr. Jemy na siłę, by dostarczyć mięśniom energii do dalszego wysiłku. Michał zaopatrzony w swoje produkty rezygnuje z udziału w liofilizowanej biesiadzie. Szkoda tylko, bo naraził Krzysztofa, a raczej Tomka na koszty. Godzinny odpoczynek i ruszamy dalej. Słońce coraz niżej. Idziemy na azymut, a raczej schodzimy na azymut. Udaje mi się w zarastającej kosodrzewinie dostrzec ledwie widoczną ścieżkę. Widocznie miejscowi podążają nią na zbieranie jagód i borówek. Schodzimy stromo w dół. Strach pomyśleć jakbyśmy musieli wchodzić pod górę. W niektórych momentach zjeżdżam na pośladkach powoli. Prowadzi ponownie Michał, który na początku zgubił się  idąc inną drogą, ale po nawoływaniach jak duch z kosodrzewiny wyskoczył i zajął przewodnictwo. Ostrożnie z namaszczeniem zsuwamy się po stromym zboczu. Wreszcie zaczyna się las. Jest bezpieczniej. Szlak prowadzi do potoku. Poruszamy się w dół gdzie strumień płynie. Nagle szlak ginie. Nie da się przejść po skałach. Trzeba wchodzić pod górę. Wychodzimy do zagajnika. Widać ślady bytności człowieka, a przynajmniej wypasanego bydła. Chyba nie musze tłumaczyć, co znaleźliśmy. Znaczy jesteśmy na dobrej drodze. Trzeba tylko te drogę odszukać tym bardziej, że słonko coraz niżej. Dochodzimy do drewnianego szałasu widzianego kilka godzin wcześniej. Spotykamy dwóch Polaków, którzy w szałasie nocują. Wskazują nam drogę. Pozdrowienia, serdeczności i ruszamy w dalszą podróż. Kolejny raz się przebrałem. Dochodzimy do potoku, który można pokonać samochodem, ale nie piechotą. Tomek odkrywa, że jest kładka obok. Dwa zwalone świerki leżące obok siebie. Troszeczkę zmurszałe, czyli muszą już spoczywać długo. Jeden po drugim pokonujemy przeszkodę. Michał ocenił, że jest to ryzykowne wraca do przeprawy brodem. Bierze jakiś kij i skacze po kamieniach. Wszystkim udało się pokonać, a przecież mogłoby być różnie. Idziemy w dół drogą. Robi się ciemno. Zapalamy czołówki, by przyświecały nam pod nogi. Droga się wije i schodzi w dół dość spokojnie. Nie ma stromych zejść, nawet skłonny jestem powiedzieć, że dostępna dla samochodów. W ciemnościach dochodzimy do drogi, z której wyruszyliśmy. Jak się okazało była to trasa, którą Wasyl nam proponował. Jeszcze raz mówię trzeba słuchać mądrzejszych, starszych oraz bardziej doświadczonych. Do domu dotarliśmy spóźnieni tylko piętnaście minut. Czyli o godzinie dziewiętnastej piętnaście, a wyszliśmy o dziesiątej trzydzieści. Na szlaku spędziliśmy prawie dziewięć godzin i dostaliśmy dobrze w d…………. Marysia dała nam odsapnąć i gdzieś koło dwudziestej podała ciepły posiłek. Dziś już nie pamiętam, co było, ale wiem, że było dobre, gorące i smaczne. Wspomnienie, przez kierownika wyprawy, alkoholu wzbudziło jednoznaczny sprzeciw nawet solenizanta. Morał z dnia dzisiejszego wynikł następujący. Pijesz nie idź w góry, a jeżeli to tylko symbolicznie. Słuchaj starszych i zabieraj więcej podkoszulków.