„LWIGRÓD” NIEKRÓLEWSKI

          Właściwie to od samego początku się nie układało. Złożyłem wniosek do sanatorium, a właściwie mój doktor pierwszego kontaktu stwierdził taką konieczność z uwagi na coraz częstsze przypadki snu niespokojnego i prowadzenia „nocnych” kampanii. Czekałem w polskich realiach prawie półtora roku na skierowanie, które miało mnie ukierunkować na morskie oddychanie do Kołobrzegu, a wysłało do Krynicy Górskiej na zadymianie. Żołnierz nie wybiera i nie dyskutuje widocznie lekarze z NFZ wiedzą lepiej. Zaraz po otrzymaniu skierowania gdzieś na początku grudnia zadzwoniłem do uznanego uzdrowiska w Krynicy Zdrój, które „Lwigród” się nazywa, z prośbą o możliwość rozważenia pojedynczego zakwaterowania z uwagi na opisaną wyżej przypadłość, oczywiście nie za darmo. Miły pan w odpowiedzi na moją prośbę stwierdził, że jest już kolejkość i może mnie na rezerwowość zapisać. No cóż, miałem inny wybór? Rozważałem dylemat podróży pociągiem czy samochodem. Ze względu na pogodę i odległość wybrałem pociąg. Kolejny błąd, podróż do Warszawy była to przyjemność, ale z Warszawy do Krynicy – okropność. Polskie Koleje Państwowe, których już nie ma, ale tak się potocznie przyjęło je nazywać, stwierdziły, że bogatszy klient i tak jeździ w tym kierunku samochodem więc dały, na przejazd dziewięciogodzinny, wagony wymagające sanatoryjnego leczenia. Wyprodukowane we wczesnych latach osiemdziesiątych państwa totalitarnego, jak nic nie chcą wycofać się ze służby. Prawdą jest, że jedynki odpuściły, ale dwójki się trzymają i twardymi ośmiomiejscowymi przedziałami umilają podróż kuracjuszy do Edenu odnowienia. W samolotach przy takiej długości lotu stosuje się różne ćwiczenia, w przedziale mazowiecka młodzież feryjna jakoś sobie dawała radę, natomiast dziadek siedzący od okna prowadził walkę z chłodem i prostatą, która już po godzinie podróży była odczuwalna. Jedynie w średnim wieku dziewczę siedzące naprzeciwko mobilizowało do poświęcenia i wegetowania do celu podróży to na jednym lub drugim pośladku. Jakaż ulga, kiedy pojawiła się tablica „Krynica”. Taksówkarz bez skrupułów za dwa kilometry podwiezienia skasował dwie dyszki, wszak to kurort nie jakaś wiocha. Z gościńcem i uśmiechem na twarzy, wszak jestem z Podlasia, a u nas nie wypada przecież jechać w gości bez gościńca, poprosiłem o pokój. Manager Pan Piotr prosił poczekać. W moim przypadku dwie godziny i to przez przypadek trafiłem na trzy przesympatyczne dziewczęta, które pokoje porządkowały i to pewnie, przez mój urok osobisty, poinformowały, że trzysta trzydzieści jeden jest gotów. Tylko prosiły żebym do sytuacji podchodził z rezerwą. Emocje dla weterana misji pokojowej są obcym przeżyciem z uwagi na wymogi kwalifikacyjne. Niestety dałem się zaskoczyć, pewnie przez wiek, niestety. Najpierw walizka nie chciała wejść do pokoju, bo drzwi się za bardzo nie otwierały. Zresztą trudno się dziwić, jak w pomieszczeniu dwa i pół metra na trzy wszystko rozmieścić. Pojedynczy tapczanik, stolik kawiarniany mały, szafa dwudrzwiowa, stolik przyłóżkowy z telewizorem LED w nogach łóżka, krzesło, elektryczny czajnik, niedziałające radio i nocna lampka na żarówkę energooszczędną. Telewizor stoi i jest fajny, ale czy działa nie wiem, bo trzeba kolejne pieniądze zapłacić. Trudno zrezygnowałem z incognito i poszedłem do Pana Piotra już bardziej oficjalnie. Przedstawiłem się jako weteran, członek SKMP ONZ, ale wrażenia żadnego to nie zrobiło. Masz pan do wyboru jedynkę lub pokój trzy osobowy. Ze względu na prywatność wybrałem klatkę z widokiem na komin instalacji grzewczej. Jeszcze bardziej się wkurzyłem, gdy za te widoki przyszło mi zapłacić pięćset pięćdziesiąt złotych. Krynica ponoć wspaniałe miejsce gospodarczo-kulturalne, ale po dwóch dniach pobytu wydaje się potężną komercją, rutyną i tylko ludziska z obsługi wydają się być normalni i bardzo serdeczni dla pacjentów. Władza zdaje się robić łaskę, że nas przyjęła narzekając, że tylko osiemdziesiąt złociszów od łebka za dzień pozyskuje. Jeżeli ktoś chce zrezygnować proszę bardzo, ale kasa przyjmie odpowiednią kwotę. Cholera, gdyby człowiek nie miał tych kredytów uniósł bym się honorem. Zresztą jaki to dyshonor dla byłego wojskowego, kiedy inni będąc w służbie zapominają co to wojsko. Czasy się zmieniają dziś nawet nie pieniądz rządzi, lecz stanowiska. Każdy myśli, że jak się dorwał do stołka to już pan wielki, a tu minie lat kilka i nikt nawet o nim nie wspomni. Trzeba być człowiekiem i mieć szacunek do człowieka. Liczę, że towarzystwo, zabiegi, a przede wszystkim te miłe panie dbające o moje samopoczucie przyczynią się do poprawienia mojego wisielczego nastroju. Wszak to dopiero dzień drugi leczenia sanatoryjnego oferowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia w Krynica Zdrój w niekrólewskich apartamentach „Lwigrodu” – dziękuję.  

KOMBATANT A WETERAN

        „Tak z ciekawości zapytam i żadnej w tym złośliwości, kim są kombatanci misji pokojowych? Bo znalazłem, według polskiej ustawy o kombatantach, kombatantami są osoby, które brały udział w wojnach, działaniach zbrojnych i powstaniach narodowych, wchodząc w skład formacji wojskowych lub organizacji walczących o suwerenność i niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej”. Pyta się Tomek TakiSe na Facebooku. „Kombatant − dosłownie towarzysz broni. Słowo pochodzi z języka francuskiego i oznacza członka regularnych formacji wojskowych, ew. ruchu oporu. W znaczeniu potocznym jest to były żołnierz, partyzant lub uczestnik ruchu oporu”. Według Wikipedii. Znalazłem też opracowanie Macieja Malinowskiego
http://obcyjezykpolski.pl/kombatant-%E2%80%92-to-znaczy-kto/
, który w dosyć ciekawy sposób tłumaczy etymologię tego słowa. „Informator dotyczący praw i obowiązków żołnierzy uczestniczących w działaniach wojennych” wydany przez Departament Wychowania i Promocji Obronności MON w 2006 r. W rozdziale „Podstawowe definicje”, wśród wielu haseł (m.in. cel wojskowy, jeniec wojenny, obiekty cywilne, obrona cywilna), znajdujemy definicję słowa kombatant: ‘każdy członek sił zbrojnych z wyjątkiem personelu medycznego i duchownego oraz korespondentów wojennych’. Dowiadujemy się ponadto, że kombatanci tym się różnią od innych członków sił zbrojnych, czyli niekombatantów, iż są umundurowani i jawnie noszą broń, i że tylko kombatantom przysługuje status jeńca wojennego. Inne jeszcze ciekawe informacje znajdziecie państwo w tekście. Jeżeli chodzi o dalszą część pytania muszę się nie zgodzić z kolegą Tomkiem, bo USTAWA z dnia 19 sierpnia 2011 r. o weteranach działań poza granicami państwa Art. 15. Dzień 29 maja ustanawia się Dniem Weterana Działań poza Granicami Państwa, a nie 25 maja, jak kolega wspomniał.

         Szanowni państwo wielokrotnie zajmowałem stanowisko w tej sprawie i myślę, że tym tekstem zakończę dysputę. Przypomina mi się dylemat odwieczny ludzkości – co było pierwsze jajko, czy kura? Zostawiam was z tym dylematem. Wracając do tematu kombatant, a weteran odniosę się do sprawy w banalny, a jakże istotny sposób. IV Krajowy Zjazd Delegatów Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych (SKMP) ONZ przepełniony emocjami podzielił środowisko misjonarskie na kombatantów i weteranów. Powstało Zrzeszenie Weteranów Działań poza Granicami Państwa w proteście na brak zgody zmiany statutu SKMP ONZ i wprowadzenia nazwy weteran, jak to jest ujęte w ustawie.

           Zabierając głos powiedziałem, że w swym założeniu idea zmiany nazwy jest racjonalna jednak nie uwzględnia aspektów etyczno-moralnych. W latach, gdy powstawało stowarzyszenie, w realiach ówczesnej Polski, nie funkcjonowało pojęcie „weteran”. Wszyscy, którzy uczestniczyli w działaniach zbrojnych byli kombatantami. Wejście w życie ustawy o weteranach generowało, zatem presję społeczną, by dostosowywać się do zmian, gdyby nie etyka, empatia, tradycja, godność i honor polskiego żołnierza w służbie, emeryturze i tak nielubiane przez moją osobę słowo, w spoczynku. Kombatant, weteran proszę bardzo mamy demokrację i proszę stosować według uznania. W mojej ocenie oznacza to samo. Jest tylko jedna różnica. „Waga”, waga słowa kombatant jest w naszym społeczeństwie inna. Czy istniejące obecnie formacje strzeleckie mają coś wspólnego ze strzelcami Piłsudskiego? Czy jest to jednolita przepełniona empatią organizacja zbrojna uwielbiająca swego „Wodza”? Znamy odpowiedź, ale cieszymy się, że jest kontynuacja tradycji i budowanie pamięci o historii dokonań naszego narodu. Mamy więź z przeszłością.

           My, misjonarze oenzetowscy nie możemy i nie zaprzepaścimy dokonań, tradycji, wysiłku pokoleń członków stowarzyszeń kombatanckich, którzy w zastraszającym tempie odchodzą na wieczną wartę. Zwracamy się, zatem z prośbą do środowisk kombatanckich o możliwość kontynuacji ich działalności, jako kombatanci. By pojęcie kombatant, tak szanowane w dziejach Polski nigdy nie zniknęło ze słowników i historii. Kultywując tradycję, historię i pamięć o przeszłości tworzymy korzenie moralne narodu bez względu czy jesteśmy kombatantami, czy weteranami. Kombatant, weteran to brzmi dumnie. Być kombatantem, weteranem to zaszczyt. Mamy demokrację, zatem życzymy kolego ze Zrzeszenia Weteranów Działań poza Granicami Państwa samych sukcesów. Jednocześnie prosimy, by nie budowali swojego statusu społecznego w oparciu o dokonania i członków SKMP ONZ. Jeżeli chodzi o Pana Tomka to myślę, że zrozumiał mój przekaz.   

EMPATIA WETERANA/ KOMBATANTA

       Szanowni Państwo temat wbrew pozorom nie jest prosty i łatwy. Mówi się przecież, że mężczyźni nie płaczą tylko się smucą. Typ męski to twardziel bez skrupułów, istny macho. Tymczasem obserwując fejsbooka zauważymy zdjęcia wojowników, którzy okazują emocje. Kaligula też płakał zachwycając się pięknem płonącego Rzymu. Hitler kochał zwierzęta. Stalin zachwycał się twórczością Michała Bułhakowa. Napoleon kochał kobiety, a mimo to zasłynęli jako tyrani Europy. Miliony straciło życie, a przecież wrażliwi byli to ludzie.

            Myślę, że psycholog, psychiatra potrafi to wyjaśnić motywując postępowanie chorobą umysłu czy kompleksami. Natomiast, jak to jest z normalnymi wojownikami? Czy empatia to właściwe słowo charakteryzujące człowieka militarnego czynu? Sprawa jest złożona i wynika z wychowania, kształtowania, wyszkolenia oraz tak zwanej inteligencji emocjonalnej. Emocje to czynnik wysokiej kontroli na polu walki, ale emocje to też człowieczeństwo. Umiejętność kontrolowania emocji oraz właściwej ich interpretacji to wyższa szkoła jazdy, którą nie każdemu udaje się opanować. Inteligencja, umiejętna ocena sytuacji, właściwe wnioski to wzorzec współczesnego żołnierza pola walki. Oglądali pewnie państwo film „Snajper” Clinta Eastwooda i scenę kiedy ubezpieczając kolegów zaobserwował kobietę z młodocianym chłopcem, który po chwili przymierzał się do strzału z granatnika. Dylemat, koledzy czy dziecko? Hitlerowcy tłumaczyli się, że wykonywali rozkazy. „Okropności wojny” wyrażone w twórczości Francisca Goi dają wizualny obraz tragizmu działań wojennych, a masowe mogiły prześladują cywilizacje już od wieków. Bezprawie, mord jako elementy spotykane w nadmiarze powodują blokadę emocjonalną lub chorobę psychiczną u mniej odpornych osobników. Tak, jak u osób obcujących z ludźmi chorymi czy pokrzywdzonymi ich wrażliwość w perspektywie czasu ulega osłabieniu. Czy jest to złe, naganne? Myślę, że nie, bo nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nasza psychika, organizm włączył elementy obronne, by nie doprowadzić do samounicestwienia. Tak żołnierz na polu walki spotykając śmierć na każdym kroku obojętnieje na jej urok. Prawdą jest, że nie każdy podoła wyzwaniu.

            Empatia weterana, kombatanta to zespół doświadczeń, przeżyć i doznań. Tych starszych z nieustalonym PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) i tych po Iraku i Afganistanie. Empatia to element osobowości każdego człowieka. Ci, którzy mają ją zaburzoną to psychiczni albo niebezpieczni sadyści czyli na jedno wychodzi. Polscy Weterani misji poza granicami kraju to osoby, które zdały egzamin z empatii. Godnie reprezentowali swoje człowieczeństwo poza granicami państwa. Realizując misje pokojowe i stabilizacyjne dali się poznać jako wysokiej klasy specjaliści. Kulturą, wrażliwością na krzywdę społeczną zdobyli uznanie ludności cywilnej rejonów zapalnych. Polski żołnierz, obecnie emeryt, rencista to wrażliwy uczciwy człowiek żyjący na pograniczu klasy średniej mający za zapłatę dokument świadczący prawnie, że jest weteranem. Duma, honor i zadowolenie z faktu bycia weteranem to obecny obraz empatii polskiego weterana. Empatia weterana/ kombatanta to otwarcie społeczne, solidarność środowiska. Otwarcie na krzywdę i niesprawiedliwość.      

OTWARCIE CENTRUM WETERANA

          „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli ………….” wiersz Władysław Broniewskiego podobno komunisty zaciętego, który z patrioty okazał się  niezbyt wygodnym dla świata współczesnego. Fakt, realia się zmieniły, dziś ten, który był wieszczem i pisarzem dla dzieci okazało się, że krzywdy przez niego wyrządzone są większe niż talent i dorobek pisarski. Ten demokratyczny przewrót, który nastąpił w kraju nad Wisłą popsuł wszystko. Zamiast rewolucji, krwi i rozliczeń, które pozwoliłyby postawić wyraźną kreskę pomiędzy złymi i dobrymi, mamy nijakość. Nieudolne próby lustracji, rozliczeń, interpretacji i mamy dwojakość. Gorsze, że rządzący z tym problemem nie potrafią sobie poradzić czekają, aż czas sprawę „załatwi”.

          Nie chodzi o kombatantów wojen światowych lecz tych, którzy przez czterdzieści pięć lat rządzili niby Polską i Polsce tej służyli. Zwą ich „Komuniści” chociaż komunizmu nigdy w Polsce nie było. Tworzyli polską rzeczywistość przez te wszystkie lata, gnębiąc, mordując, prześladując prawicowego Polaka. Odsuwali na margines społeczny nie dopuszczając do szkół oraz wiedzy. Płaszcząc się przed obliczem „Wielkiego Brata” chcieli ten naród uciemiężyć, ucząc na siłę języka obcego, który obecnie jest atutem intelektualnym nie jednego Polaka. Przez czterdzieści pięć lat gnębieni, na przekór wszystkiemu osiągnęliśmy poziom intelektualny, który analfabetyzm wyplenił. Co robić dziś z nimi?

            Winni są  zaniechania, pokory wobec „Wielkiego Brata”, braku poczucia polskości. Ideologicznie nie do naprawienia. Gdyby była rewolucja wszystko, by rozwiązała. „Element” by się usunęło, a tak trzeba czekać. Nastaną nowe pokolenia, których wiedza nie będzie zawierała historii z okresu „upodlenia”. Nikt nie będzie musiał o tych chwilach pamiętać. Najgorzej być tym młodym, który staje na rozdrożu życia. Wie jak było, bo dorastał i wie jak jest teraz. Najgorsze, że wszystko pamięta te złe i te dobre chwile i nie potrafi się odciąć od tego co było, bo to przecież jego człowieczeństwo. Jego historia życia. Młodzi tworzący historię współczesną patrzą z pewnym zainteresowaniem na „kameleona” oraz odrazą, że potrafi się dostosować. Jednak żyć trzeba i czekać, aż się umrze, wtedy problemu nie ma. Rysunek układanki jest wtedy zgodny z klockami.

            Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa pragnie być ponad podziałami politycznymi, ponad wszystkim co dzieli, a jednoczy środowiska. Tylko jak wspierać tych, którzy w tamtych dziwnych czasach, służyli Polsce innego „środowiska”. Jak docenić tych, którzy, co prawda o pokój walczyli, ale nie obecny, tylko klasy robotniczej. Żołnierz, wojownik, ma za zadanie cel nadrzędny wykonywać rozkazy, w politykę się nie bawić, lecz bronić, chronić, pomagać nie szczędząc zdrowia i życia. Tak było jest i będzie bez względu na kraj i obyczaje. Służyć, jak przysięga nakazuje. Mimo, że później się wszyscy wyprą i pozostawią samych sobie. Ameryka gorzko za to zapłaciła i płaci dalej. Ale jest dziś wielka różnica jeżeli chodzi o weteranów z Wietnamu. Kiedyś plama na demokracji, dziś zrozumiano oddanie. Żołnierz, weteran, kombatant to nie konsternacja i zażenowanie lecz duma, że są osoby, które potrafią nie patrząc na uwarunkowania polityczne, służyć życiem i oddaniem ojczyźnie bez względu jaka by nie była.

            Szkoda, że nie było rewolucji, dziś władza nie musiałaby się starać, by wyjść z twarzą wobec wszystkich tych, którzy służyli z oddaniem w tamtych i obecnych czasach. Boli, że media nas nie widzą, wspomina o nas tylko prasa i czasem jakiś artykuł lub gablota w Centrum Weterana, a przecież przez sześćdziesiąt lat służyliśmy z oddaniem. Żołnierz, policjant, strażak, pracownik cywilny. Czy fakt istnienia przeszło stu tysięcznej armii, ale nie w tej co trzeba epoce ma przejść do zapomnienia? Służyłem ONZ-etowi w nowej Polsce, ale wychowała mnie „Komunistyczna”. Broniłem pokoju nie orężem, lecz błękitną flagą, hełmem i beretem, czy przez to jestem gorszy od szturmana, który walczył w Iraku i Afganistanie? Nie sadzę. Proszę nie zapominać o chłopakach przykutych do masztów w Jugosławii, działaniach w UNPROF-orze, Gruzji, Libanie. Myśmy walczyli nie bronią, a „błękitem” i tego nam nikt nie odbierze.

            Dziwny jest ten czas, kiedy otwieramy nasz przybytek pamięci, spokoju, zrozumienia, a jednocześnie daje się odczuć, że Ci, którzy powinni nas rozumieć przejawiają skłonności do lekceważenia, odizolowania. Powiedziałbym dosadnie, że jesteśmy, jak „coś na tylnej części ciała”, ale nie wypada. Moją inicjatywą do Pani Premier się zbliżyliśmy na spotkaniu opłatkowym, bo za nami jest przeszło półwieczna historia. Młodzi jeszcze mają czas na dowartościowanie. Chcieliśmy być blisko, chcieliśmy być zrozumiani. Wydaje się, że Pani Premier to zrozumiała, ale czy wszyscy i czy do końca?

            Stowarzyszenie Kombatantów Misji Pokojowych ONZ to historia, którą chcieliśmy przeforsować bez względu na politykę i uznanie. Osobiście przy otwarciu zrozumiałem, że trzeba nam godnie odejść. Dlatego zwracam się z uprzejma prośbą do Pani Premier, by Pani pozwoliła nam znaleźć się tam gdzie nasze miejsce, czyli wśród kombatantów czasu przeszłego. Naszym miejscem jest Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, oczywiście jeżeli nas przyjmie. Zróbmy kolegom miejsce, Combattre – tak trzeba.